Jermołaj i młynarka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Turgieniew
Tytuł Jermołaj i młynarka
Pochodzenie Z „Zapisek myśliwego”
Wydawca Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1898
Druk Drukarnia Artystyczna Saturnina Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VI.
Jermołaj i młynarka

Wieczorem, z myśliwym Jermołajem, poszliśmy na „ciąg“. Ale, zapewne nie wszyscy moi czytelnicy wiedzą, co to jest „ciąg“. Przeto posłuchajcie: Na kwadrans przed zachodem słońca, na wiosnę — wchodzicie do gaju, z bronią, bez psa. Obieracie sobie miejsce, gdzie blizko brzegu gaju, wśród krzaków, oglądacie się, opatrujecie piston, porozumiewacie się z towarzyszem. Przechodzi kwandrans; słońce zaszło, lecz w lesie jeszcze jasno, powietrze czyste i przezrocze, ptaki śpiewają, młoda trawa jaśnieje blaskiem szmaragdu... czekacie.
Wnętrze lasu stopniowo ciemnieje; czerwone światło zorzy wieczornej powoli ślizga się po korzeniach i pniach drzew, podnosi się coraz wyżej i wyżej, przechodzi od niższych, prawie jeszcze gołych gałązek do nieruchomych, zasypiających wierzchołków...
Wreszcie i same wierzchołki pociemniały; niebo zaróżowione staje się niebieskiem, wzmaga się zapach w lesie coraz silniejszy, pociąga ciepły, wilgotny wietrzyk. Ptaki zasypiają. Nie wszystkie razem, według gatunków, i oto ucichły zięby, po kilku minutach czyżyki, za niemi poświerki.
W lesie ciemniej i ciemniej. Drzewa zlewają się w wielkie czerniejące masy. Na niebie występują pierwsze gwiazdki. Wszystkie ptaki śpią. Czarne pliszki, maleńkie dzięcioły jeszcze się odzywają senne, lecz i one umilkły. Jeszcze gdzieś smutnie zakrzyczała wilga, słowik odezwał się po raz pierwszy.
Serce wasze męczy oczekiwanie... i nagle, lecz tylko jedni myśliwi mogą mnie zrozumieć, nagle, w głębokiej ciszy, rozlega się szczególniejsze chrapanie i świst, słychać miarowe uderzenia skrzydeł i słonka, pięknie nachyliwszy swój dziób, wypływa z za ciemnej brzozy na strzał.
Oto, co znaczy stać na ciągu.
Tak więc udaliśmy się z Jermołajem na „ciąg“, lecz przepraszam, pierwej muszę was zapoznać z Jermołajem.
Wyobraźcie sobie człowieka czterdziestopięcioletniego, z długim i cienkim nosem, czarnemi oczkami, roztarganemi włosami i szerokiemi, śmiejącemi się ustami. Człowiek ten, czy zimą czy latem, chodził w nankinowym kaftanie, niemieckiego kroju, lecz podpasywał się pasem, nosił niebieskie szarawary i czapkę futrzaną, darowaną mu niegdyś przez podupadłego obywatela.
Do pasa przywiązywał dwa worki: jeden z przodu, przekręcony na dwie połowy: na proch i na śrut; drugi z tyłu na zwierzynę, przybitki zaś Jermołaj wyciągał z własnej, nigdy niewyczerpanej czapki. Mógłby on bardzo łatwo, za pieniądze, jakie miał za sprzedaną zwierzynę, kupić sobie ładownicę i torbę myśliwską, lecz ani razu nie pomyślał nawet o podobnym sprawunku i nabijał swoją strzelbę jak dawniej, wzbudzając podziw widzów zręcznością, z jaką unikał zmieszania prochu ze śrutem.
Broń miał pojedynczą, ze skałką, „bijącą mocno“, na skutek czego prawa szczęka Jermołaja zawsze była pełniejsza od lewej. Jak on trafiał z tej broni, nawet bardzo mądry człowiek nie odgadłby, lecz trafiał...
Miał on i wyżła, który się wabił Waletka; zadziwiające stworzenie! Jermołaj nigdy jeść mu nie dawał.
— Będę ja psa pasł — mówił — pies, mądre zwierzę, sam sobie pożywienie znajdzie.
I rzeczywiście, chociaż Waletka najobojętniejszego przechodnia raził swą chudością nadmierną, lecz żył i długo żył; nawet, bez względu na swe biedne położenie, nie zdradzał chęci opuszczenia swego pana.
Raz, jakoś za młodych lat, uciekł na dwa dni, ale to głupstwo prędko od niego odeszło.
Najbardziej godną uwagi właściwością Waletki była jego szczególna obojętność na wszystko na świecie. Gdyby tu była mowa nie o psie, użyłbym wyrazu — rozczarowanie. On zazwyczaj siadywał, podkuliwszy pod siebie kusy ogon, był jakby nachmurzony, od czasu do czasu wstrząsał się i nie uśmiechał się nigdy (wiadomo, że psy umieją się uśmiechać i to bardzo przyjemnie).
Był on strasznie brzydki i ani jeden próżnujący dworski człowiek nie opuścił okazyi, aby się nie naśmiać z jego powierzchowności, ale wszystkie te żarty, a nawet uderzenia, Waletka znosił z zadziwiająco zimną krwią.
Szczególną przyjemność robił kucharzom, którzy natychmiast odrywali się od roboty i z krzykiem puszczali się za nim w pogoń, gdy on, wskutek słabości, nietylko jednym psom właściwej, wsuwał swój głodny pysk w półotwarte drzwi ciepłej i pełnej kuszących zapachów kuchni.
Na polowaniu był niezmordowany, węch miał dobry, lecz jeżeli wypadkiem dopędził ranionego zająca, to pożerał go z rozkoszą, całego, do ostatniej kostki, gdziekolwiek w chłodnym cieniu, pod zielonym krzakiem, w przyzwoitem oddaleniu od Jermołaja, klnącego wszystkiemi znanemi i nieznanemi dyalektami.
Jarmołaj należał do jednego z moich sąsiadów, obywatela starej daty.
Obywatele starej daty nie lubią „kulików“ i wolą żywność domową.
Chyba tylko, w wypadkach nadzwyczajnych, jako to: w dnie urodzin, imienin i wyborów, kucharze staromodnych obywateli przystępują do przyrządzania długodziobnych ptaków i... wpadłszy w zapał, właściwy ruskiemu człowiekowi, kiedy ten, sam nie wie dobrze co robi, wymyślają takie mądre przyprawy, że goście po większej części z ciekawością i uwagą przyglądają się podanym potrawom, ale probować ich odważyć się nie mogą.
Jermołaj miał nakazane raz na miesiąc dostarczać do kuchni pańskiej dwie pary cietrzewi i kuropatw, a zresztą pozwalano mu robić co chce i żyć czem chce.
Wyrzekli go się, jako człowieka niezdatnego do żadnej roboty.
Prochu i śrutu, ma się rozumieć, nie dawali mu, trzymając się widocznie tej zasady, dla której i on psa swego nie żywił.
Jermołaj był to człowiek dziwnego rodzaju, nie troszczący się o nic, jak ptak; dość gadatliwy, roztargniony i na pozór niezgrabny, lubił bardzo pić, na miejscu ustalić się nie mógł, idąc, powłóczył nogami i przewalał się z boku na bok, ale tak włócząc nogami i tak przewalając się, mógł przejść pięćdziesiąt wiorst na dobę. Miewał on najrozmaitsze przygody: nocował w błotach, na drzewach, na dachach, pod mostami, siadywał nieraz w zamknięciu w piwnicach, na strychach, w stodołach. Tracił broń, psa, najniezbędniejsze części ubrania, bywał bity mocno i długo, — a jednak po niejakim czasie powracał do domu, odziany, z bronią i z psem...
Nie można go było nazwać człowiekiem wesołym, chociaż prawie zawsze znajdował się w dość dobrem usposobieniu; wogóle robił wrażenie cudaka.
Jermołaj lubił pogwarzyć z dobrym człowiekiem, szczególniej przy kieliszku, lecz i to niedługo: wstaje i odchodzi.
— Dokądże ty, dyable, idziesz? noc teraz.
— A do Czaplina.
— Na cóż masz wlec się do Czaplina o dziesięć wiorst?
— Tam, u Sofrona przenocuję.
— To nocuj tu.
— Nie, nie można.
I idzie Jermołaj ze swoim psem w noc ciemną przez krzaki i błota, a bardzo być może, że Sofron nawet go na podwórko do siebie nie puści, a jeszcze i po karku da, żeby poczciwych ludzi po nocach nie budził.
Nikt nie mógł zrównać się z Jermołajem w sztuce łowienia ryb na wiosnę, podczas powodzi, wydobywania raków z nor rękami, tropienia zwierzyny, wabienia przepiórek, chwytania słowików.
Jednej rzeczy nie umiał, układania psów — do tego brakło mu cierpliwości.
Miał on i żonę. Chodził do niej raz na tydzień. Mieszkała ona w nędznej, na wpółrozwalonej chacie, żywiła się byle jak i byle czem, nie wiedziała nigdy co jeść będzie jutro i wogóle miała bardzo gorzki los.
Jermołaj, ten dobroduszny człowieczyna, obchodził się z nią surowo i źle.
W domu przybierał groźną minę, a biedna żona nie wiedziała, czem mu dogodzić. Drżała przed jego spojrzeniem, za ostatni grosz kupowała mu wódki i z wielkiem uszanowaniem nakrywała go swoim kożuchem, kiedy on, rozwaliwszy się z godnością na piecu, zasypiał snem bohatera.
Lecz Jermołaj nigdy dłużej nad jeden dzień nie bywał w domu, a między obcymi był znów „Jermołką“, jak go nazywano na sto wiorst wokoło, i jak on sam siebie niekiedy nazywał. Najostatniejszy z ludzi dworskich czuł swoją wyższość nad tym włóczęgą i, być może, dlatego właśnie obchodził się z nim przyjaźnie.
Chłopi z początku z przyjemnością gonili go i chwytali, jak zająca w polu, lecz potem puszczali z Bogiem i raz poznawszy dziwaka, nie ruszali go więcej. Dawali mu nawet chleb i rozmawiali z nim.
Tego to człowieka wziąłem do siebie na strzelca i z nim udałem się na ciąg, do wielkiego gaju brzozowego, na brzegu Isty. Wiele rzek ruskich, na podobieństwo Wołgi, ma jeden brzeg górzysty, a drugi łąkowy. Ista — również. Ta niewielka rzeczka wije się bardzo fantastycznie. Pełza jak wąż. Nie płynie prosto ani pół wiorsty, a w niektórych miejscach, z wysokości pagórka, widzieć ją można na dziesięć wiorst daleko, z groblami, stawami, młynami i ogrodami.
Ryb w Iście mnóstwo.
Małe kuliki ze świstem przelatują wzdłuż kamienistych brzegów, upstrzonych chłodnemi i świeżemi zdrojami. Dzikie kaczki wypływają na środek stawu i oglądają się ostrożnie, czaple sterczą w cieniu, w zatokach.
Staliśmy na ciągu około godziny, zabili dwie pary słonek i chcąc przed wschodem słońca znów spróbować szczęścia (na ciąg można też chodzić rankiem), postanowiliśmy przenocować w najbliższym młynie.
Wyszliśmy z gaju, zeszli z pagórka, rzeka toczyła ciemno-niebieskie fale, powietrze gęstniało, obciążone wilgocią nocy.
Zastukaliśmy we wrota: psy zaczęły szczekać na dziedzińcu.
— Kto tam? — dał się słyszeć głos ochrypły i zaspany.
— Myśliwi jesteśmy — chcemy przenocować...
Odpowiedzi nie było.
— Zapłacimy!
— Pójdę, powiem gospodarzowi... Cicho! przeklęte psy... że was też raz licho nie weźmie!
Słyszeliśmy, jak robotnik wszedł do izby... Wkrótce powrócił.
— Nie — powiada — gospodarz nie kazał wpuścić.
— Dlaczego?
— Boi się; myśliwi jesteście, możecie jeszcze młyn podpalić, macie takie różne przyrządy.
— Co za dzieciństwo!
— U nas tu w zaprzeszłym roku młyn się spalił; nocowali właśnie; tacy co solone ryby sprzedają, i widać podpalili.
— Ale jakżeż mój bracie, trudno przecież nocować na dworze.
— Ha... jak sobie chcecie — rzekł i odszedł, stukając butami.
Jermołaj powiedział mu kilka słów nieprzyjemnych.
— Pójdziemy na wieś — odezwał się z westchnieniem, ale do wsi dwie wiorsty drogi.
— Zanocujemy tu — rzekłem — noc ciepła; młynarz za pieniądze da nam słomy.
Zaczęliśmy znów stukać.
— Czego chcecie? — dał się znów słyszeć głos robotnika — powiedziano raz, że nie można, to nie można!
Wytłomaczyliśmy mu o co nam idzie, on poszedł znów do gospodarza i po chwili wrócił z nim razem.
Skrzypnęła furtka.
Ukazał się młynarz; człowiek wysokiego wzrostu, z karkiem byczym, brzuchem zaokrąglonym i wielkim. Zgodził się na nasze żądanie.
O sto kroków od młyna znajdowała się niewielka, ze wszystkich stron otwarta szopa, właściwie dach na słupach. Tam przynieśli nam słomy i siana; robotnik na trawie, przy rzecze nastawiał samowar i przysiadłszy w kucki, gorliwie dmuchał w kominek. Węgle, rozpalając się, oświetlały jasno jego młodą twarz.
Młynarz pobiegł obudzić swoją żonę i wreszcie sam zaproponował mi, abym przepędził noc w izbie; wolałem jednak pozostać na świeżem powietrzu.
Młynarzowa przyniosła nam mleka, jaj, kartofli i chleba. Wkrótce samowar zaczął kipieć, zabraliśmy się do herbaty.
Z rzeki podnosiła się para; wiatru nie było; dokoła krzyczały chruściele, przy kołach młyńskich dawały się słyszeć słabe odgłosy. To krople spadały ze szczebli kół, to cienkie strumyki wody przedzierały się przez stawidła.
Rozłożyliśmy małe ognisko; Jermołaj piekł kartofle, ja tymczasem zdrzemnąłem się trochę.
Obudził mnie cichy, stłumiony szept.
Podniosłem głowę: przy ogniu, na wywróconym szafliku siedziała młynarzowa i rozmawiała z moim strzelcem. Już wpierw, po ubraniu jej, ruchach i wymowie, zauważyłem że to kobieta dworska; nie baba i nie mieszczanka — ale teraz dopiero przypatrzyłem się dobrze jej rysom.
Mogła mieć, sądząc z pozoru, około trzydziestu lat życia; chuda, blada jej twarz zachowała jeszcze ślady zadziwiającej piękności; szczególnie podobały mi się jej oczy, wielkie i zasmucone.
Oparła łokcie na kolanach, twarz na rękach, Jermołaj siedział zwrócony do mnie plecami i dorzucał drzazg do ognia.
— W Żołtuchinej znów pomór na bydło — mówiła młynarka. — U ojca Iwana obie krowy padły... Panie, zmiłuj się nad nami.
— A jakże wasze świnie? — zapytał po chwili milczenia Jermołaj.
— Żyją.
— Moglibyście podarować mi chociaż prosiątko...
Młynarka nic nie odrzekła — westchnęła.
— Z kim jesteście? — spytała.
— Z panem Kostomarowskim.
Jermołaj rzucił do ognia kilka gałązek jodłowych, które zaraz zaczęły trzeszczeć i gęsty biały dym podniósł się do góry.
— Dlaczego twój mąż nie wpuścił nas do izby?
— Boi się.
— Widzisz go! gruby brzuchacz! Gołąbko, Arino Timofiejewno, przynieś ty mi kieliszek wódki!
Młynarka wstała i zniknęła w ciemności, Jermołaj nucił półgłosem.
Arina powróciła z niedużą karafką i kieliszkiem. Jermołaj wstał, przeżegnał się i wypił duszkiem.
— Lubię! — dodał.
Młynarka znów usiadła na szafliku.
— A co, Arino, znów chorujesz?
— Choruję.
— Cóż ci to?
— Kaszel męczy nocami.
— Pan, zdaje się zasnął — rzekł Jermołaj po krótkiem milczeniu. — Ty, Arino, do lekarza nie chodź... gorzej ci będzie.
— Ja też nie chodzę.
— Ale do mnie przyjdź w gościnę.
Arina opuściła głowę.
— Ot lepiejbyście obudzili pana, Jermołaju Piotrowiczu. Kartofle już upieczone.
— A niech tam leży — rzekł obojętnie mój wierny sługa — nachodził się dziś dość, to śpi.
Poruszyłem się na sianie. Jermołaj wstał i zbliżył się do mnie.
— Kartofle już gotowe, proszę pana.
Wstałem; młynarka podniosła się i chciała odejść.
— Jak dawno trzymacie ten młyn? — zapytałem.
— Na Zielone świątki drugi rok się zaczął.
— A twój mąż zkąd jest?
Arina nie dosłyszała mego pytania.
— Zkąd twój mąż? — powtórzył Jermołaj głośniej.
— Z Bielewa; mieszczanin bielewski...
— A ty także z Bielewa?
— Nie; ja pańska... byłam pańska...
— Czyja?
— Pana Zwierkowa; teraz jestem wolna.
— Którego Zwierkowa?
— Aleksandra Siłycza...
— Czy nie byłaś pokojówką jego żony?
— A pan zkąd o tem wie? Byłam.
Z podwójną ciekawością i współczuciem spojrzałem na Arinę.
— Ja znam twego pana...
— Zna pan? — odrzekła półgłosem i pochyliła głowę.
Trzeba wiedzieć, dlaczego z takiem współczuciem spojrzałem na Arinę. Podczas pobytu mego w Petersburgu przypadkowo poznałem się z panem Zwierkowem.
Zajmował on dość poważne stanowisko i słynął jako człowiek czynny i światły. Miał żonę otyłą, sentymentalną, płaczliwą i złą — istotę tuzinkową i ciężką; miał też i synka, prawdziwego paniczyka, rozpieszczonego i głupiego.
Powierzchowność samego pana Zwierkowa nie była zbyt pociągająca: z czworokątnej prawie, szerokiej jego twarzy złośliwie patrzyły mysie oczka, sterczał nos duży i ostry, z ruchomemi nozdrzami; ostrzyżone, — szpakowate włosy jeżyły się nad pomarszczonem czołem, jak szczecina, cienkie wargi poruszały się ustawicznie i uśmiechały obłudnie.
Pan Zwierkow stawał zwykle, szeroko rozstawiwszy nóżki i trzymając grube ręce w kieszeniach.
Raz wypadło mi pojechać z nim karetą za miasto. Rozgawędziliśmy się. Jako człowiek doświadczony, czynny, pan Zwierkow zaczął mnie naprowadzać na „drogę prawdy...
— Pozwól pan, że powiem — piszczał cieniutkim głosem — że wy wszyscy młodzi ludzie sądzicie i rozprawiacie o różnych rzeczach podług fantazyi; za mało znacie waszą własną ojczyznę... Rosya jest wam, panowie, nieznana... O! Czytujecie tylko niemieckie książki. Oto naprzykład, i to... i owo, to jest w kwestyi ludzi dworskich... Dobrze, nie spieram się, że to wszystko jest bardzo piękne, ale wy ich nie znacie, nie wiecie, co to za naród. (Pan Zwierkow utarł nos bardzo głośno i zażył tabaki). Wiesz pan przecież, jaką ja mam żonę: zdaje się, że lepszej nad nią kobiety trudno znaleźć. Jej służące, pokojówki, mają nie życie, ale prawdziwy raj na ziemi. Ale małżonka moja przyjęła za zasadę: nie trzymać służących zamężnych. Nawet nie wypada: dzieci, to, owo... gdzież taka służąca może dbać o panią jak należy, uważać na jej przyzwyczajenia... już jej nie do tego, co innego ma w głowie. Trzeba to sądzić po ludzku. Otóż jednego razu, przejeżdżamy przez naszą wieś... będzie to temu, żeby nie skłamać, piętnaście lat. Patrzymy, w domu starosty jest dziewczyna; córka, prześliczna, nawet wiesz pan, ma coś uniżonego w manierach... Żona odzywa się do mnie: — Koko... to jest, rozumiesz pan, ona mnie tak czasem nazywa... weźmy tę dziewczynkę do Petersburga, ona mi się bardzo podoba, Koko! Ja mówię: — Weźmiemy z przyjemnością. Starosta, ma się rozumieć, nam do nóg; takiego szczęścia, rozumiesz pan, nie mógł się nawet spodziewać. Dziewczyna naturalnie, płakała trochę z głupoty. Rzeczywiście, z początku mogło jej być przykro... dom rodzicielski... wogóle... niema się czemu dziwić... Jednak przyzwyczaiła się do nas prędko, oddaliśmy ją do fraucymeru, uczyli... naturalnie... Cóż pan myślisz? Dziewczyna robi postępy zadziwiające: żona moja poprostu rozmiłowywa się w niej, no i nareszcie, pomimo że były inne kandydatki, robi ją pokojówką przy swojej osobie... Niech pan to zauważy!... Trzeba jednak oddać sprawiedliwość; takiej służącej żona moja nigdy jeszcze nie miała... usłużna, skromna posłuszna... wszystko, czego tylko można wymagać... Za to też i żona, przyznam się, rozpieszczała ją zanadto. Ubierała pięknie, jedzenie z pańskiego stołu, herbata... wszystko, co tylko można sobie wyobrazić! Tak oto, była ona u mojej żony przez dziesięć lat. Raptem, pewnego pięknego poranku, wyobraź pan sobie, wchodzi Arina (Arina miała na imię) — bez meldowania się, do mego gabinetu — i buch mi do nóg!... Ja tego, jeżeli mam panu powiedzieć otwarcie, znosić nie mogę. Człowiek nie powinien nigdy zapominać o swojej godności. Nieprawdaż? — Czego chcesz? — Ojcze, Aleksandrze Siłyczu, proszę o łaskę. — O jaką? — Pozwólcie mi, panie, wyjść za mąż! Przyznam się panu, że zdziwiłem się. — A czy ty wiesz, głupia, że pani niema innej służącej? — Będę, panie, służyła, jak dotąd. — Głupstwo, głupstwo! pani nie trzyma sług zamężnych. — Melania może zająć moje miejsce... — Proszę nie rezonować!.. — Wola pańska... Przyznam się panu, że zdumiałem... Jestem taki człowiek, że, śmiem to powiedzieć, nic mnie tak silnie nie oburza, jak niewdzięczność... Przecież niema co opowiadać panu;... wiesz pan, że żona moja jest to wcielony anioł... dobroć nieopisana... — Zdaje mi się, że nawet złoczyńca i tenby nad nią miał litość... Kazałem Arinie pójść precz... Myślę sobie... nuż się opamięta, bo... nie chce się wierzyć, żeby w człowieku mogła istnieć taka czarna niewdzięczność. I cóż pan myśli?... — Nie upłynęło pół roku, a ta znów zaszczyca mnie swoją obecnością i taką samą prośbą. — Przyznam się, że wypędziłem ją z gniewem, pogroziłem i obiecałem powiedzieć żonie. Byłem wzburzony... lecz, wyobraź pan sobie, moje zdumienie... W jakiś czas później przychodzi do mnie żona, we łzach, zdenerwowana, ażem się przestraszył. — Co takiego? — Arina... Rozumie pan? Wstydzę się nawet powtórzyć. — Nie może być! Ale któż? — Pietruszka, lokaj... Targnęło mnie coś... Ja taki jestem człowiek, że półśrodków nie lubię!... Pietruszka nie winien. Ukarać go można, lecz on, według mego zdania, nie winien. — Arina, no cóż... co tu mówić? Ja, ma się rozumieć, natychmiast kazałem ją ostrzydz, ubrać w drelich i wysłać na wieś. Żona moja pozbawiona została najlepszej służącej, ale nie było innego środka... nie można przecież tolerować w domu nieporządku... Chory członek należy odciąć odrazu. No teraz, osądź pan sam, wszak znasz pan moją żonę. To przecież jest anioł... Wszak ona przywiązała się do Ariny i Arina wiedziała o tem, a jednak... w każdym razie, nie było co robić. Mnie, właściwie mnie, na długo zasmuciła niewdzięczność tej dziewczyny Już to serca... uczucia... w tych ludziach nie szukać... Paś wilka jak chcesz, a on zawsze będzie patrzył na las... Nauka idzie naprzód; lecz ja chciałem tylko dowieść panu...
I pan Zwierkow, nie dokończywszy, odwrócił głowę i zawinął się szczelnie w swój płaszcz, mężnie pokonywając pomimowolne wzburzenie.
Teraz czytelnik zapewne zrozumie, dlaczego spojrzałem ze współczuciem na Arinę.
— Dawno jesteś za mężem, za młynarzem? — zapytałem ją nareszcie.
— Dwa lata.
— I pan twój zgodził się na to małżeństwo?
— Odkupili mnie.
— Kto?
— Sawelij Aleksiejewicz.
— Cóż to za jeden?
— Mój mąż. Czy pan mówił co panu o mnie? — dodała Arina po krótkiem milczeniu.
Nie wiedziałem, co jej na to odpowiedzieć. Wtem — młynarz zawołał na nią i odeszła.
— Czy mąż jej dobry człowiek? — spytałem Jermołaja.
— Niczego.
— Dzieci mają?
— Było jedno, lecz umarło.
— Cóż, czy ona się tak podobała młynarzowi, czy co? Ile dał on za nią wykupu?
— A, nie wiem. Ona jest piśmienna. W ich interesie młynarskim taka rzecz dobra, widać więc, że się podobała...
— A ty ją dawno znasz?
— Dawno. Ja do jej państwa pierwej chodziłem. Ich osada niedaleko ztąd.
— A Pietruszkę, lokaja, znasz?
— Piotra Wasiliewicza? A jakże, znam.
— Gdzież on się teraz znajduje?
— Oddano go do wojska.
— Ona wydaje się niezdrowa.
— Jakie tam zdrowie! — A jutro, ja myślę, będziemy mieli ciąg dobry. Nie szkodziłoby, żeby pan teraz usnął.
Stado dzikich kaczek przemknęło nad nami i słyszeliśmy, jak zapadło na rzece, niedaleko od nas. Ściemniało zupełnie i zaczęło się robić chłodno. W gaju rozśpiewał się słowik. Zakopaliśmy się w siano i zasnęli.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Turgieniew i tłumacza: Klemens Szaniawski.