Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/93

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    trzyk. Ptaki zasypiają. Nie wszystkie razem, według gatunków, i oto ucichły zięby, po kilku minutach czyżyki, za niemi poświerki.
    W lesie ciemniej i ciemniej. Drzewa zlewają się w wielkie czerniejące masy. Na niebie występują pierwsze gwiazdki. Wszystkie ptaki śpią. Czarne pliszki, maleńkie dzięcioły jeszcze się odzywają senne, lecz i one umilkły. Jeszcze gdzieś smutnie zakrzyczała wilga, słowik odezwał się po raz pierwszy.
    Serce wasze męczy oczekiwanie... i nagle, lecz tylko jedni myśliwi mogą mnie zrozumieć, nagle, w głębokiej ciszy, rozlega się szczególniejsze chrapanie i świst, słychać miarowe uderzenia skrzydeł i słonka, pięknie nachyliwszy swój dziób, wypływa z za ciemnej brzozy na strzał.
    Oto, co znaczy stać na ciągu.
    Tak więc udaliśmy się z Jermołajem na „ciąg“, lecz przepraszam, pierwej muszę was zapoznać z Jermołajem.
    Wyobraźcie sobie człowieka czterdziestopięcioletniego, z długim i cienkim nosem, czarnemi oczkami, roztarganemi włosami i szerokiemi, śmiejącemi się ustami. Człowiek ten, czy zimą czy latem, chodził w nankinowym kaftanie, niemieckiego kroju, lecz podpasywał się pasem, nosił niebieskie szarawary i czapkę futrzaną, darowaną mu niegdyś przez podupadłego obywatela.
    Do pasa przywiązywał dwa worki: jeden z przodu, przekręcony na dwie połowy: na proch i na śrut; drugi z tyłu na zwierzynę, przybitki zaś Jermołaj wyciągał z własnej, nigdy niewyczerpanej czapki. Mógłby on bardzo łatwo, za pieniądze, jakie miał za