Jelita/Tom II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Jelita‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jelita
Podtytuł Legenda herbowa z r. 1331
Data wydania 1881
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



IV.


Nie było czasu namiotów rozwijać pod Koninem, wojewoda krył się od słoty pod szałasem na prędce z gałęzi skleconym — przysiadł sparty o ściankę jego od strony nawalnicy przeciwnej — otulony opończą, z głową zwieszoną na piersi, nie podnosząc oczu, obawiając się spojrzeć przed siebie.
Nie ten to był człowiek, któregośmy dumnym, silnym, pewnym siebie w Pomorzanach widzieli, wyzywającym króla, gotowym walczyć ze światem całym. Była to ofiara namiętności własnych i niepoczciwości ludzi. Wychudła twarz, zapadłe szczęki, powiększone boleścią oczy, patrzące dziko, drgające ręce, uszy na najmniejszy szelest drażliwie — strasznym go razem i politowania godnym czyniły. Siedział sam, opuszczony przez wszystkich, bo służba nawet zbliżała się doń z obawą, niechęcią, ze wstrętem.
Prawa jego ręka Włostek, siedział gdzieś na uboczu...
Ziemianie, którzy nań napadali, szukając u niego ratunku, teraz już przekonani o bezsilności jego, opuścili zupełnie. Zemstą się odgrażano, lecz nikt się nie porywał z nią — każdy musiał myśleć o własnem ocaleniu. Od napadu na Łęczycę i Kalisz, spory kawał czasu upłynął, Wielkopolska w znacznej części została zniszczoną, złupioną, ogniem i mieczem obróconą w pustynię.
Ci co szli z krzyżakami, własnemi oczyma patrzeć musieli na płonące sioła swoje, na rabunek swych dworów... Niektórzy pouchodzili z obozu, innych uchodzących pochwycili i wiązali krzyżacy...
Wszystkie, najgorsze przepowiednie się ziściły... Kalisz został wzięty, za nim szerokim pasem poszła pożoga i śmierć...
Nigdy krzyżacy większego nie ukazali okrucieństwa...
Marszałek, który mało mówił, a wiódł bezlitośnie zastępy swe, nikogo nie opuszczając, raz tylko się odezwał.
— Niech się papieżowi skarży królik Krakowski — zobaczymy co zyszcze...
Urągano się królowi, który zdala i jakby nie śmiało szedł za zwycięzkimi rabusiami. Słychać o nim było, nie ukazywał się nigdzie...
Pomimo siły swej i zwycięztw, których żadne niepowodzenie nie zatruło, krzyżacy byli niespokojni. To widmo króla, chodzące za niemi ciągle, nie pochwycone i nie postrzeżone, nie dawało im usypiać na zgliszczach...
Polski oddział wojewody zdawał się iść z niemi po to tylko, aby patrzał na zniszczenie ziemi swojej. Wlekli się opasani jak niewolnicy, bezsilni.
Wojewoda napróżno wołał i prosił litości, płakał łzami krwawemi, — Marszałek słuchał go obojętny, a w końcu i słuchać poprzestał. Odmawiał mu rozmowy, posyłał do niego podwładnych. Zbywano go czasem słowem lodowatem, niekiedy urągowiskiem.
Zdrajca, od którego odwracali się wszyscy — pokutował, piekło nosząc w piersi i dręcząc się jak potępieniec. Nie było dlań ratunku — każdy dzień, każda łupież i zniszczenie nowe spadały brzemieniem coraz cięższem na obarczone starca sumienie...
Widok zemsty tej, którą wiódł z sobą na posiadłości Łokietkowe, już go nie rzeźwił i nie pocieszał. Uczucie to dawno było nasycone i zgasłe... Przed nim przyszłość stała tak straszna, że śmierć wydawała się wyzwoleniem.
W małych potyczkach, przy braniu miast, które się broniły, wojewoda rzucał się jak szalony w wir walczących, narażał na strzały, szukał śmierci tej, i znaleźć jej nie mógł.
Inna mu była przeznaczoną, i taka może, na jaką zasłużył. W obozie pod Koninem, już miara goryczy jaką mógł wypić człowiek, zdawała się wypełnioną. Wojewoda czuł, że dłużej patrzeć na tę rzeź nie potrafi... Mówiono do niego nie słyszał — zatopiony w sobie szukał sposobu tylko jakimby koniec swój przyspieszył.
Wieczór był późny, noc się zbliżała, pod szałasem wojewody ciemno się robiło, ze służby jego nikt nie przychodził, siedziała opodal tuląc się od deszczu pod wozami. W początku, gdy obóz rozbijano, czeladź chciała mu posłużyć, pytała o rozkazy, raz i drugi wojewoda ją rozpędził.
Siedział więc teraz samotny, znieczulony, obojętny, jakiś pół senny, pół martwy, zbolały.
Tymczasem Włostek, który miał nad nim litość, nie pytając już o rozkazy, o kilka kroków kazał namiot rozbić, łoże posłać i nocleg przygotować...
Ze wszystkich, co byli przy wojewodzie, on jeden najlepiej, najdawniej go znając, najśmielszym był, i gdy namiot rozpięto, zabezpieczywszy go sznurami od burzy — Włostek pod ciemny szałas wsunął się szukać pana.
Nic nie mówiąc ujął go pod rękę... Wojewoda wstał i nie pytając, dokąd go prowadzi, poszedł za nim. W namiocie rzucił się na pościel, i oczy wlepiwszy w małą lampkę, którą Włostek zapalić kazał, pozostał bezwładny... Jedzenia odmówił, wody brudnej napił się trochę...
Porzucono go tam samym, bo nikt się do niego nie zgłaszał już, nikt — i widzieć nie chciał. Ze wszystkiemi zwaśniony był...
Wojewoda ze znużenia drzemać począł, lecz zaledwie sen zamykał mu oczy, jakiś przestrach je otwierał, rzucał się — oglądał — trwożył...
Raz i drugi za miecz chwycił i odrzucił go precz. W tem zaszeleściało coś około namiotu, opłotki i zasłona się podniosła, wysoki mężczyzna obwinięty opończą z kołnierzem stojącym, ktorego[1] twarz była całkiem zakryta, ostrożnie wśliznął się do namiotu.
Wszedł, przystanął w progu, obejrzał się i widząc wojewodę, który za miecz ręką drżącą pochwycił — nie poruszył się tem, ani uląkł, pozostał obojętnym.
Wincz siadł na łożu.
Wnijście to człowieka z zakrytą twarzą zdawało się go przestraszać — zwolna przybyły odrzucił kołnierz, który mu krył oblicze, zdjął czapkę na czoło nasuniętą. Wojewoda poznał Dobka Nałęcza, którego od ostatniej z nim rozmowy i rozbratu w Pomorzanach, nie widział.
Dobek nie był z niemi... Cóż on mógł robić w krzyżackim obozie?
Żywy to był i straszny wyrzut — ten człowiek, który z nim jedną nie chciał pójść drogą, a teraz przychodził może urągać się jego spodleniu i upadkowi.
Dobek stał i patrzał — ale w wejrzeniu trudno było dobadać, litość przeważała czy wzgarda — oburzenie czy miłosierdzie.
Postąpił krokiem ku łożu, ręce załamał i głową zaczął potrząsać w milczeniu...
— Czego chcesz? krzyknął tem przedłużonem wpatrywaniem się w siebie rozgniewany Wincz. Czego tu chcesz? Głowęś przyniósł pod miecz...
— A — choćby — odparł obojętnie Dobek... Głowę stracić to nic, ale cześć stracić, imie pokalać, ród pohańbić!! to gorzej...
Wojewoda milczał drżący.
— Czegom tu przyszedł? mówił dalej — spytać przyszedłem ciebie o rachunek... Czem ty to zapłacisz, do czego swoją zdradą dopomogłeś i co na twój kark i sumienie spadło...
Słuchaj.
Wojewoda chciał przerwać, Dobek nakazał mu milczenie.
— Słuchaj! Oto masz lik twoich czynów... Łęczyca spalona i łęczyckie spustoszone, Kalisz wzięty... Z nim opanowane Gniezno!! słyszysz ty to?... Gniezno... Zamek, kościół, grób patrona, skarbiec świętego, wszystko złupione... Nakło w popiołach, Sroda spalona, Pobiedziska zrównane z ziemią, Kleck, Kostrzyń, Sieradź, Uniejów, Warta, Szadek...
A wsie, a kościoły, a klasztory, a ludzkich żywotów tyle, a zbiegłych tyle, co po lasach mrą z głodu, a krwawe łzy?...
Mało ci tego? Syt jesteś? Nie jeszcze? Czego ci więcej potrzeba?! Mów...
Jęknął Dobek.
Co się działo, gdy on to przerywanym mówił głosem, powoli jak krople wrzącej smoły na ciało nagie, rzucając te imiona na sumienie jego — co się działo z Winczem — Dobek sam nie mógł zrozumieć, oczy miał zakryte dłonią, a usta, które pozostały odsłonięte, ból wykrzywił.
Milczenie trwało długo, wojewoda nie odpowiadał nic.
— Mów — odezwał się Dobek... gdzie, dokąd ich jeszcze powiedziesz, i gdzie my z żonami i dziećmi przed tobą i przed niemi chronić się mamy?.
Ja nie mam już domu ni łomu, w lesie, w jamie tulę nędzę moją... srom mój, żem także Nałęcz jako ty... bo nas ludzie palcami wytykają.
Gdy to mówił, wojewoda się zerwał na nogi — a Dobek cofnął mimowoli, sądząc, że z mieczem się nań rzuci.
Lecz Wincz spojrzał nań tylko gniewnie, ręce rozpostarł i głowę pochylił ku ziemi.
— Jeszcze się to nie skończyło, co się poczęło — rzekł zadławionym głosem. Nie widzicie jeszcze końca — obróci się to inaczej... Z krzyżakami, z królem Janem, z Mistrzem... będę mówił, teraz z rozwścieczonym żołnierzem nie ma sposobu... Zdziczeli — słuchać nie chcą...
Dobek kiwał głową szydersko.
— A kiedyż słuchać będą? przerwał gniewnie — gdy jeszcze słabsi będziemy niż dziś! Albo to są ludzie? albo to chrześcijanie? Zdaliście siebie i kraj na katy... wzięli was — nie oszczędzą nas... myślicie, że miłosierdzie mieć będą?
— Nieskończone to! nieskończone! porachujemy się! zamruknął wojewoda — nie klnijcie mnie — ja krew i głowę dam, a złe to odrobię!
— Jak! czem! począł Dobek. Wrócicie życie zabitym! odbudujecie miasta!.. Oddacie nam cześć straconą!!
— Czegoż ty chcesz odemnie? wrzasnął zniecierpliwiony wojewoda, czego?
— Chciałem ci tylko pokazać jedną z ofiar twoich — rzekł Dobek... Masz ją — patrz na mnie... Ja, dzieci i wnuki przeklinać cię będziemy, ciebie coś dla swojej pychy i zemsty nas wszystkich poświęcił i kraj do zguby poprowadził. — Przeklęty bądź szalony starcze... przeklęty...
Wincz słuchał tego wybuchu z głową spuszczoną, nie odparł słowa — obijały się o niego te wyrazy, jak garść rzuconego piasku od żelaznej zbroi. Stał nieruchomy.
— Przyszedłem, dodał Dobek, aby kogo jeszcze czas ocalić i wyrwać z twoich rąk. Zabiorę Nałęczów — którzy warci są, aby ich ratować. Zostaniesz sam z miłemi krzyżaki...
Odwrócił się od niego...
— Nie waż mi się tego czynić! krzyknął wojewoda, postępując za nim. Zakazuję; niewiesz co jutro będzie — ja ich potrzebuję,...
— Abyś ich zdał wszystkich niemcom!!
Wincz chciał coś mówić, rzucił obłąkanym wzrokiem i wstrzymał się...
Dobek spojrzał nań i wypadł z namiotu. Zawrócił się, trzymając zasłonę nad sobą.
— Jedyny ratunek, rzekł — chcesz? idź z nami. Wymkniemy się całym oddziałem z obozu, i pójdziemy precz... przebojem, gdy trzeba. — Wojewoda zmarszczył się i nogą uderzył o ziemię.
— I ja niepójdę — i ty mi ludzi się nie waż odciągać — potrzebni będą. Powiadam ci — nieskończona sprawa. — Potrafiłem zło uczynić, potrafię je naprawić — ale...
— Ale chcesz, byśmy ci teraz zawierzyli? zaśmiał się Dobek... Zapewne!!
I opuścił namiot.
Wojewoda, który aż do progu się za nim posunął — wstrzymał się tu, zwrócił namyśliwszy i padł na łoże. —
Po chwili zawołał Włostka, który zawsze czuwał w blizkości... kilka słów mu szepnął... i odprawił. Mimo znużenia nie mógł zamrużyć oka i oczyma szeroko otwartemi, patrzał na wnijście do namiotu. — Czekał, Włostek zjawił się po długim oczekiwaniu.
Polecono mu było iść w ślad za Dobkiem i wstrzymać tych, coby z nim uchodzić chcieli. Lecz jak wojewodę nie bardzo słuchano, tak i jego sługa dziś dawnego miru nie miał w wojsku.
Na próżno więc szukał Dobka i chciał dojść gdzie się obracał, odprawiono go gburowato, nie dopuszczono do namiotów... — dopiero ze dniem obiecywał się dowiedzieć, czy kto z ich oddziału nie uszedł.
Wincz nie odpowiedziawszy na doniesienie, głowę spuścił, ręką dał znać i pozostał na łożu, ale sen mu powiek już nie kleił. — Rzucał się — walczył sam z sobą. — Przekleństwa Dobka teraz dopiero skutkowały, powtarzając mu się w uszach...
Wieczorny szmer powoli ustawał w obozie, deszcz też i wiatr przeszły, niebo się nieco oczyszczać zaczęło. Cisza nocy nadchodziła.
Wojewoda pragnął spoczynku — i znaleść go nie mógł — przerzucał się z boku na bok — wstawał, siadał, kładł się, jęczał.
Z wiadra wody, które stało w namiocie zaczerpnął kilka razy — jakby go wewnątrz paliło. —
W tem ściany płócienne namiotu poruszyły się, jakby albo wiatr niemi rzucił, lub nieświadoma ręka szukała wnijścia do niego.
Wojewoda, który wiedział ilu miał nieprzyjaciół, a po Dobku przez przekleństwo domniemywał się, iż na życie jego godzić mogą — schwycił mieczyk...
Stąpanie ostrożne dało się słyszeć — zasłona uchyliła — ktoś wchodził... Wincz stanął, zerwawszy się z mieczem w ręku...
Lecz w progu ukazała się cała okryta czarną zasłoną — niewiasta, która chwiejąc się i słaniając, wchodziła nieśmiało, a ręce podnosiła, jakby szukała i potrzebowała podpory.
Choć twarzy jej nie mógł dojrzeć wojewoda — drgnął — mrowie po nim przebiegło...
Postawą i ruchami przypomniała mu żonę, Halkę jego...
Białą i wychudłą ręką zwolna podniosła część zasłony i odkryła twarz troskami zmienioną i wybladłą.
Ona to była.
Po tylu doznanych strapieniach, po walkach wewnętrznych, po tem życiu piekielnych mąk, wspomnienie, które mu to niewieście serce przynosiło, było tak odżywiającem, że na chwilę zapomniał o wszystkiem.
Z rozrzewnieniem, rzuciwszy miecz, przybliżył się do niej...
— Ty tu... Halko moja...
Przywiązana żona, posłuszna niegdyś niewiasta, której znał miłość dla siebie, zamiast rzucić się w jego objęcia — cofnęła się krok.
Zdawała się mówić by się nie zbliżał.
Upokorzony Wincz stanął.
Halka mówić nie mogła jeszcze — ręką cisnęła piersi, oddychając ciężko, przysłaniała sobie załzawione oczy.
Duma nie pozwalała mu mówić więcej.
— Tak — ja — ja — przyszłam raz jeszcze do ciebie — poczęła Halka cichym głosem. Przedarłam się tu, mimo niebezpieczeństwa... Wincz... ratuj siebie i nas!!
Ponuro zamruczał coś wojewoda[2]
— Co, wam, babom, mięszać się do spraw naszych — odezwał się wyraźniej. Co wy rozumiecie? Czekajcie... Jeszcze nie koniec...
Błysnął oczyma i tchnął ciężko, niewiedział co mówić.
— Nie czekaj końca — przerwała żona — jakiż on być może? Zguba ostatnia...
Zapłakała... Wincz się burzył...
— Mówicie o ratunku! jakiż teraz może być! Wojna nie skończona... Ja tu nie mam z kim gadać — Króla Jana nie doczekali się, Mistrz w Malborgu — to głupia dzicz. —
Halka obejrzała się w koło, jakby obawiając być podsłuchaną, załamała ręce.
— Porzuć ich — rzekła — odstąp...
— I cóż pocznę naówczas z sobą? szydersko zawołał wojewoda... Wybiją nas do nogi. Do kogoż się zwrócę?
Halka obejrzała się raz jeszcze. —
— Do króla Władysława! szepnęła — do naszego króla...
Wojewoda w gniewie i oburzeniu rzucił się aż w koniec namiotu.
— Ja? do niego? Miałbym się kłaniać, aby mnie nogą popchnął? temu, który mi srom wyrządził, którego nienawidzę... nigdy w życiu!!..
Żona patrzała nań, dając mu się wyburzyć. Znała go zapewne i wiedziała, że pierwszemu wybuchowi potrzeba było dać ostygnąć...
Wincz zrywał się i poruszał gwałtownie, sam do siebie mówiąc — ona nie odzywała się, ścigała go tylko oczyma.
— Lepiej umrzeć, lepiej zginąć! zawołał.
— A co śmierć pomoże? poczęła zwolna Halka. Nazwią cię po śmierci zdrajcą, jako dziś zowią. Idąc do króla zmażesz tę zdradę w uniesieniu popełnioną...
Wincz ponuro zadumany stał, szarpiąc kaftan na sobie.
— Nie — nie może to być — odparł. Ja mojej głowy mu nie poniosę. On mi przebaczyć nie może, to darmo, bo w waszych tylko mózgach roić się może takie pojednanie. To nie męzka rzecz... Nie — nie. Siebie znam — nie daruję mu nigdy krzywdy mej, jego znam — on nigdy nie wróci mi łaski... Mam ginąć...
Nieskończył.
— Król przebaczy — po chwili milczenia — głosem pewnym odezwała się Halka.
Wincz wpatrzył się w nią.
— Zkąd to wiesz?
— Wiem — na pewno — powtórzyła — przebaczy...
Wojewoda zbliżył się niespokojny.
— Mów — począł naglić — zkąd ty przybywasz? kto ci zlecił? mówisz to z siebie?
Wojewodzina wystała trochę, jakby szukała w sobie natchnienia, co powiedzieć była powinna — co zamilczeć — odwaga w nią wstępowała, policzki się lekko zarumieniły.
— Jadę z tamtąd, rzekła — gdzie mogłam na pewno się dowiedzieć — o tem, co król myśli. Nie zlecono mi nic, bom nie wiedziała, czy się tu dostanę, lecz głową moją ręczę — przebaczy!! Będziesz mu jak byłeś radą i wodzem... zapomni coś zgrzeszył — jedź ze mną — jedź... błagam.
Spostrzegła wahanie się męża i nalegać poczęła.
— Winczu mój — ty wiesz jak mi twoja cześć droga. Zaklinałam cię, byś nie wiązał się z niemi. Gniew zaślepił, krwawo zapłaciłeś za to. Jeszcze czas — jedź ze mną... wszystko naprawim...
Nadzieja ta niespodzianie błyskająca wojewodzie, w osłupienie go wprawiła — walczył z sobą. — Halka zbliżyła się doń i rękę kładnąc na ramieniu, łagodniejszym głosem poczęła po cichu.
— Obóz króla niedaleko — nie wiedzą o nim krzyżacy, upojeni swojemi łatwemi zwycięztwy. Spili się krwią. Król za niemi goni, ściga ich, czekając chwili tylko.. Jedź ze mną... Noc czarna... Powrócisz przede dniem.
Wincz zaledwie mógł uszom swoim wierzyć — Łoktek więc był tak blizko? Ścigał krzyżaków? nie lękał się ich i czyhał na nich?
Szala mogła się przeważyć!
Gdyby nie żona, której ufał, zaledwie by mu się to zdało możliwem...
Z ciekawością począł dopytywać o króla Władysława, lecz Halka nie będąc pewną nawrócenia, miała to pomiarkowanie, iż obrotów jego zdradzać nie chciała. Była w obawie, czy się mimowolnie nie przyczyniła też do jego zguby.
— Przyszłam tu po ciebie, aby cię z ich szpon wyrwać — rzekła — chcesz ze mną do króla... jedź... nie? — po cóż ci wiedzieć o nim, abyś ścigał? a ja bym ci go na zemstę dać miała!!
Cofnęła się oburzona samą tą myślą, i usta zacięła.
Wyczekawszy trochę, Halka padła przed nim na kolana, poczęła ściskać jego nogi...
— Słuchaj — jedź ze mną. — Ja za twe życie i bezpieczeństwo stoję. Powrócisz cały, czy się z nim ugodzisz, czy nie. Słowo mi dali na to... Słowo królewskie święte... jedź ze mną...
Przez myśl wojewodzie przeszło wszystko, co wycierpiał od krzyżaków, od swoich, przekleństwo Dobka, wyrzuty własnego sumienia; nagle z porywczością taką, jakby sam siebie się obawiał, chwycił hełm i płaszcz, nic nie mówiąc. Halka żywo, jakby w nią z nadzieją nowe wstąpiło życie, poczęła mu pomagać do odziania się.
Niepotrzebowała już słowa, znała człowieka... postanowił jechać. Serce jej biło radością niewymówną, oczy błyskały łzami szczęścia.
Wojewoda z gorączkowym pospiechem przypasywał miecz, brał i rzucał odzież... oczy jego latały po namiocie — ale nie mówił nic.
Nie wołał nawet Włostka, bo i jemu zwierzać się nie chciał...
Dogorywającą lampkę zdmuchnął... rękę podał żonie... Szli już z namiotu precz... nie spytał nawet, jak się z obozu wydobyć, jak do króla dostać mieli, ufał żonie, a do stracenia — nic już nie miał... nie dbał o nic.
Gdy wyszli z namiotu... Halka zawahała się trochę, szukając kogoś oczyma, dwa nieruchome cienie stały opodal trochę... Szli ku nim...
Noc była czarna — wiatr, który się uspokoił, zrywał się znowu chwilami, przelatywał szumiąc nagle i opadał — niebo zakrywały chmury, pomiędzy któremi blade gdzieniegdzie gwiazdki ukazywały się i znikały.
Halka szła śmiało... aż do tego miejsca, w którem postrzegła stojących nieruchomo ludzi...
Jeden z nich przystąpił do niej bliżej — i poznawszy ruszył przodem, wskazując drogę. Drugi pozostał za niemi w tyle.
Wojewoda, który nie pytał o nic i dał się wieść — mijając tę postać tajemniczą, co miała im towarzyszyć — rzucił na nią okiem i zdało mu się, że poznał jednego ze swoich... Tym tylko sposobem dawało się tłumaczyć — iż Halka przez obozowisko dostała się do jego namiotu.
Byli tu tacy, co jej pomagali... Wiodący ich przodem szedł ostrożnie, pomijał szałasy, a nadewszystko niedopalone ogniska, których światło zdradzić by ich mogło. — Szli ciągle przez stanowiska zajęte ludźmi wojewody... i niepotrzebowali przebywać krzyżackich, pomiędzy które ważyć się nie było bezpiecznem.
Pochód ten pieszo po nocy, trwał dość długo, bo kilka razy krzyki i wrzawa niedalekie zmuszały ich wstrzymywać się, czekać, oglądać, aby nie wpaść w ręce ciurów i hałastry, której obozy pełne były.
Tak przedarli się w końcu na łąkę, wśród której spętane konie biedniejszych ludzi pasły się pod dozorem czeladzi... Ale ta spała znużona...
Z boku stały konie i ludzie... Spodziewano się, czy nie, wojewody, lecz wierzchowiec dla niego czekał osiodłany. Halka, która dawniej nieraz w szczęśliwych czasach mężowi towarzyszyła na łowy — dosiadła pierwsza podanego jej konia; dwaj ludzie towarzyszący im dotąd, skoczyli na siodła. W milczeniu, cicho, stępią wyruszyli od skraju obozowiska, łąką, po nad rzeczułką, ku czarnej ławie lasów, stojącej w dali. Przewodnik świadom drogi mimo nocy wiódł z pewnością taką, jakby z zawiązanemi oczyma mógł się tędy przedzierać.
Gdy tentent już w obozie dosłyszanym być nie mógł, żywszym kłusem puszczono konie. Wojewoda, jadący obok żony, z głową obwisłą na piersi — nie otwierając ust, cały w sobie zamknięty — dawał się prowadzić, nie okazując znaku życia.
Halka z odsłonioną twarzą, którą wiatr smagał, w dal oczyma otwartemi napróżno patrząc, jakby ciemności zwyciężyć chciały, spieszyła to pół słowy nagląc wiodącego, to się zwracając ku temu, który jechał za niemi.
Poruszoną była i — dawała rozkazy, czuła się wodzem...
W lesie stało się straszliwie ciemno i droga była prawie nie do rozpoznania. Tu już przewodnik najlepszy niemógł nic, lecz stał za niego instynkt zwierząt; konie czuły miejsce, z którego wyszły i gdzie ich reszta pozostała. Puszczono je swobodnie...
Drożyna ciasna nie dozwalała inaczej jechać jak gęsiego, i żona puściła wojewodę przed siebie, sama zostając w tyle...
Zdawało się marzącemu o tem, co się stało wojewodzie, niepodobieństwem, ażeby w tak niewielkiej odległości od Krzyżaków Łoktek miał się znajdować. Nieograniczone zaufanie, jakie w żonie pokładał jedne, go uspokajało...
Myślał będzieli możliwem dotrzeć do Łoktka i nim zadnieje powrócić niepostrzeżonemu do namiotu?...
Nie pytał jednak, nie mówił nic — czekał...
W tem rżenie konia dało się słyszeć zdala, a te, na których jechali, odpowiedziały na nie wesoło. Nic jednak jeszcze widać nie było, ciemności leśne ich otaczały, a puszcza była podszyta i gęsta...
Nie rychło — poczuli dym w powietrzu, to było drugie znamię zbliżania się do ludzi... naostatek błyszczą ogniki jakieś z pomiędzy gałęzi. Jadący przodem zwolnił kroku.
Zatrzymali się na brzegu lasu... U nóg ich w dole była dolina nad rzeczką, rozlegająca się szeroko, w której domyślać się było można obozu.
Jadący przodem poskoczył, szukając straży obozowej, która tuż się znalazła. Poszeptali z sobą.
Stępią i po cichu posuwali się ku dolinie...
Cicho leżał obóz uspiony na pozór, lecz w istocie czuwający i jakby przyczajony. Ludzi pieszych snuło się wielu od namiotu do namiotu, we zbrojach, przy mieczach pilnujących porządku.
Nie było to owo wrzawliwe, a pijane obozowisko krzyżackie, ale coś na kształt zasadzki, wyczekującej chwili sposobnej aby się rzucić na nieprzyjaciela...
Wojewoda kapturem przysłonił twarz... jechał niespokojny, oglądając się ku Halce, która, jak tylko droga pozwoliła, zrównała się z nim, stając do jego boku.
W pośrodku plac był obszerny, obwiedziony sznurem — na nim duży namiot szary przysadzisty i jak kilka grzybów z ziemi wyrosłych, trochę mniejszych po bokach...
Tu straże gęściejsze chodziły... W namiocie wielkim przez płótno widać było światełko we wnętrzu.
Przewodnik zsiadł, a za jego przykładem wojewodzina zsunęła się z konia. Naprzeciw nim szedł już słusznego wzrostu mężczyzna, któremu kobieta szepnęła słów parę i ciągnąc męża za sobą pospiesznie, podeszła z nim do namiotu.
Dawał z sobą czynić co chciała... nie miał woli...
Towarzyszący im ludzie pozostali w pewnem oddaleniu...
Gdy tak czekali u drzwi namiotu, wojewodzina zbliżyła się do męża, chwyciła rękę jego i do ust ją przykładając, zawołała poruszona, głosem, w którym łkanie słychać było...
— W twoich rękach los nasz! cześć nasza... życie... wszystko...
W tem podniesiono opłotek, światło przedarło się z wnętrza, i na jasnem tle, wystąpiła maleńka, znana wojewodzie, postać króla, który sam wychodził ku niemu do progu.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – którego.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.