Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie może, to darmo, bo w waszych tylko mózgach roić się może takie pojednanie. To nie męzka rzecz... Nie — nie. Siebie znam — nie daruję mu nigdy krzywdy mej, jego znam — on nigdy nie wróci mi łaski... Mam ginąć...
Nieskończył.
— Król przebaczy — po chwili milczenia — głosem pewnym odezwała się Halka.
Wincz wpatrzył się w nią.
— Zkąd to wiesz?
— Wiem — na pewno — powtórzyła — przebaczy...
Wojewoda zbliżył się niespokojny.
— Mów — począł naglić — zkąd ty przybywasz? kto ci zlecił? mówisz to z siebie?
Wojewodzina wystała trochę, jakby szukała w sobie natchnienia, co powiedzieć była powinna — co zamilczeć — odwaga w nią wstępowała, policzki się lekko zarumieniły.
— Jadę z tamtąd, rzekła — gdzie mogłam na pewno się dowiedzieć — o tem, co król myśli. Nie zlecono mi nic, bom nie wiedziała, czy się tu dostanę, lecz głową moją ręczę — przebaczy!! Będziesz mu jak byłeś radą i wodzem... zapomni coś zgrzeszył — jedź ze mną — jedź... błagam.
Spostrzegła wahanie się męża i nalegać poczęła.