Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śmiało szedł za zwycięzkimi rabusiami. Słychać o nim było, nie ukazywał się nigdzie...
Pomimo siły swej i zwycięztw, których żadne niepowodzenie nie zatruło, krzyżacy byli niespokojni. To widmo króla, chodzące za niemi ciągle, nie pochwycone i nie postrzeżone, nie dawało im usypiać na zgliszczach...
Polski oddział wojewody zdawał się iść z niemi po to tylko, aby patrzał na zniszczenie ziemi swojej. Wlekli się opasani jak niewolnicy, bezsilni.
Wojewoda napróżno wołał i prosił litości, płakał łzami krwawemi, — Marszałek słuchał go obojętny, a w końcu i słuchać poprzestał. Odmawiał mu rozmowy, posyłał do niego podwładnych. Zbywano go czasem słowem lodowatem, niekiedy urągowiskiem.
Zdrajca, od którego odwracali się wszyscy — pokutował, piekło nosząc w piersi i dręcząc się jak potępieniec. Nie było dlań ratunku — każdy dzień, każda łupież i zniszczenie nowe spadały brzemieniem coraz cięższem na obarczone starca sumienie...
Widok zemsty tej, którą wiódł z sobą na posiadłości Łokietkowe, już go nie rzeźwił i nie pocieszał. Uczucie to dawno było nasycone i zgasłe... Przed nim przyszłość stała tak straszna, że śmierć wydawała się wyzwoleniem.
W małych potyczkach, przy braniu miast, które