Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z rozrzewnieniem, rzuciwszy miecz, przybliżył się do niej...
— Ty tu... Halko moja...
Przywiązana żona, posłuszna niegdyś niewiasta, której znał miłość dla siebie, zamiast rzucić się w jego objęcia — cofnęła się krok.
Zdawała się mówić by się nie zbliżał.
Upokorzony Wincz stanął.
Halka mówić nie mogła jeszcze — ręką cisnęła piersi, oddychając ciężko, przysłaniała sobie załzawione oczy.
Duma nie pozwalała mu mówić więcej.
— Tak — ja — ja — przyszłam raz jeszcze do ciebie — poczęła Halka cichym głosem. Przedarłam się tu, mimo niebezpieczeństwa... Wincz... ratuj siebie i nas!!
Ponuro zamruczał coś wojewoda[1]
— Co, wam, babom, mięszać się do spraw naszych — odezwał się wyraźniej. Co wy rozumiecie? Czekajcie... Jeszcze nie koniec...
Błysnął oczyma i tchnął ciężko, niewiedział co mówić.
— Nie czekaj końca — przerwała żona — jakiż on być może? Zguba ostatnia...
Zapłakała... Wincz się burzył...

— Mówicie o ratunku! jakiż teraz może być! Wojna nie skończona... Ja tu nie mam z kim gadać — Króla Jana nie doczekali się, Mistrz w Malborgu — to głupia dzicz. —

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.