Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o nim, abyś ścigał? a ja bym ci go na zemstę dać miała!!
Cofnęła się oburzona samą tą myślą, i usta zacięła.
Wyczekawszy trochę, Halka padła przed nim na kolana, poczęła ściskać jego nogi...
— Słuchaj — jedź ze mną. — Ja za twe życie i bezpieczeństwo stoję. Powrócisz cały, czy się z nim ugodzisz, czy nie. Słowo mi dali na to... Słowo królewskie święte... jedź ze mną...
Przez myśl wojewodzie przeszło wszystko, co wycierpiał od krzyżaków, od swoich, przekleństwo Dobka, wyrzuty własnego sumienia; nagle z porywczością taką, jakby sam siebie się obawiał, chwycił hełm i płaszcz, nic nie mówiąc. Halka żywo, jakby w nią z nadzieją nowe wstąpiło życie, poczęła mu pomagać do odziania się.
Niepotrzebowała już słowa, znała człowieka... postanowił jechać. Serce jej biło radością niewymówną, oczy błyskały łzami szczęścia.
Wojewoda z gorączkowym pospiechem przypasywał miecz, brał i rzucał odzież... oczy jego latały po namiocie — ale nie mówił nic.
Nie wołał nawet Włostka, bo i jemu zwierzać się nie chciał...
Dogorywającą lampkę zdmuchnął... rękę podał żonie... Szli już z namiotu precz... nie spytał nawet, jak się z obozu wydobyć, jak do