Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


te wyrazy, jak garść rzuconego piasku od żelaznej zbroi. Stał nieruchomy.
— Przyszedłem, dodał Dobek, aby kogo jeszcze czas ocalić i wyrwać z twoich rąk. Zabiorę Nałęczów — którzy warci są, aby ich ratować. Zostaniesz sam z miłemi krzyżaki...
Odwrócił się od niego...
— Nie waż mi się tego czynić! krzyknął wojewoda, postępując za nim. Zakazuję; niewiesz co jutro będzie — ja ich potrzebuję,...
— Abyś ich zdał wszystkich niemcom!!
Wincz chciał coś mówić, rzucił obłąkanym wzrokiem i wstrzymał się...
Dobek spojrzał nań i wypadł z namiotu. Zawrócił się, trzymając zasłonę nad sobą.
— Jedyny ratunek, rzekł — chcesz? idź z nami. Wymkniemy się całym oddziałem z obozu, i pójdziemy precz... przebojem, gdy trzeba. — Wojewoda zmarszczył się i nogą uderzył o ziemię.
— I ja niepójdę — i ty mi ludzi się nie waż odciągać — potrzebni będą. Powiadam ci — nieskończona sprawa. — Potrafiłem zło uczynić, potrafię je naprawić — ale...
— Ale chcesz, byśmy ci teraz zawierzyli? zaśmiał się Dobek... Zapewne!!
I opuścił namiot.
Wojewoda, który aż do progu się za nim posunął — wstrzymał się tu, zwrócił namyśliwszy i padł na łoże. —