Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiek, który z nim jedną nie chciał pójść drogą, a teraz przychodził może urągać się jego spodleniu i upadkowi.
Dobek stał i patrzał — ale w wejrzeniu trudno było dobadać, litość przeważała czy wzgarda — oburzenie czy miłosierdzie.
Postąpił krokiem ku łożu, ręce załamał i głową zaczął potrząsać w milczeniu...
— Czego chcesz? krzyknął tem przedłużonem wpatrywaniem się w siebie rozgniewany Wincz. Czego tu chcesz? Głowęś przyniósł pod miecz...
— A — choćby — odparł obojętnie Dobek... Głowę stracić to nic, ale cześć stracić, imie pokalać, ród pohańbić!! to gorzej...
Wojewoda milczał drżący.
— Czegom tu przyszedł? mówił dalej — spytać przyszedłem ciebie o rachunek... Czem ty to zapłacisz, do czego swoją zdradą dopomogłeś i co na twój kark i sumienie spadło...
Słuchaj.
Wojewoda chciał przerwać, Dobek nakazał mu milczenie.
— Słuchaj! Oto masz lik twoich czynów... Łęczyca spalona i łęczyckie spustoszone, Kalisz wzięty... Z nim opanowane Gniezno!! słyszysz ty to?... Gniezno... Zamek, kościół, grób patrona, skarbiec świętego, wszystko złupione... Nakło w popiołach, Sroda spalona, Pobiedziska zrównane