Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.II.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


częło — rzekł zadławionym głosem. Nie widzicie jeszcze końca — obróci się to inaczej... Z krzyżakami, z królem Janem, z Mistrzem... będę mówił, teraz z rozwścieczonym żołnierzem nie ma sposobu... Zdziczeli — słuchać nie chcą...
Dobek kiwał głową szydersko.
— A kiedyż słuchać będą? przerwał gniewnie — gdy jeszcze słabsi będziemy niż dziś! Albo to są ludzie? albo to chrześcijanie? Zdaliście siebie i kraj na katy... wzięli was — nie oszczędzą nas... myślicie, że miłosierdzie mieć będą?
— Nieskończone to! nieskończone! porachujemy się! zamruknął wojewoda — nie klnijcie mnie — ja krew i głowę dam, a złe to odrobię!
— Jak! czem! począł Dobek. Wrócicie życie zabitym! odbudujecie miasta!.. Oddacie nam cześć straconą!!
— Czegoż ty chcesz odemnie? wrzasnął zniecierpliwiony wojewoda, czego?
— Chciałem ci tylko pokazać jedną z ofiar twoich — rzekł Dobek... Masz ją — patrz na mnie... Ja, dzieci i wnuki przeklinać cię będziemy, ciebie coś dla swojej pychy i zemsty nas wszystkich poświęcił i kraj do zguby poprowadził. — Przeklęty bądź szalony starcze... przeklęty...
Wincz słuchał tego wybuchu z głową spuszczoną, nie odparł słowa — obijały się o niego