Jelita/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Jelita‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jelita
Podtytuł Legenda herbowa z r. 1331
Data wydania 1881
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron



VIII.


Nie było pewnie na szeroką okolicę szczęśliwszego małżeństwa nad to krwawe, ani lepiej dobranej pary. Wprawdzie szczęśliwemu Florjanowi długo siedzieć w gnieździe nie dał wojewoda. Raz w raz go potrzebowano, musiał ledwie zsiadłszy z konia, na drugiego się przesiadać; ledwie przywitawszy się, żegnać.
Naówczas Dalibor zostawał na straży grodka, domu, żony i gospodarstwa, a Domna też mu pomagała. Piękna młoda pani, była i pracowitą i mężną, jak przystało żonie wojaka. Cały dzień nie przysiadła i nie spoczęła, albo z dziewczętami swemi przędąc i śpiewając, lub ojca zabawiając, porządek czyniąc w domu, wreście modląc się, bo, choć do klasztoru iść nie chciała, pobożną była bardzo.
A ta pobożność jej i praca była przedziwną, okraszona wesołością, pogodą oblicza, uśmiechem spokojnym, niewinnym, dziecięcym niemal, który z ust jej nigdy nie schodził.
Stary Dalibor patrząc na nią jak się śpiewając krzątała po domu, płakał z radości. Ludziom też to wesele pani serca dodawało.. Miłowali ją wszyscy, a przez tę miłość obawiali się razem. Słowo jej za rozkaz starczyło najsroższy i czego czasem Dalibor nie mógł postrachem, ona zrobiła spojrzeniem.
Kilka miesięcy zeszło tak w niczem nie zamąconem szczęściu, gdy dnia jednego wiosną powracając z pola włodarz, oznajmił Daliborowi, iż — coś się osobliwego działo na Wilczej górze.
Opowiadał iż ludzie tam jacyś zjechali, naprzód na oględziny, potem z wozy i końmi i jakby sobie obozowisko zakładali.
Od wielu lat nikt tam się nigdy nie dowiadywał, pustką stały rumowiska.. bezpańskiemi pola do koła, na raz znalazł się pan.
Pod samym bokiem Szarym nie miły to był gość przy niepewnych granicach. Posłał naprzód stary włodarza aby języka dostał, co tam byli za goście.
Włodarz którego wołano Wnukiem, człek już siwy i bywały, konia wziąwszy, i niby pola sobie objeżdżając, zajechał pod Wilczą górę. Ludzi na niej leżało ze dwudziestu, wszystko zbrojni, chłop w chłopa zdrowi i silni. Zobaczywszy go, jeden wstał i zagadnął czego chce!
— Jam tu z sąsiedztwa, odezwał się Wnuk, patrzę co nam za nowina przybyła, bo tu z dawien dawna nikt nie gościł.
— No, a teraz za wszystkie czasy będziecie mieli sąsiadów i gości — zaśmiał się ten co z nim rozmawiał, człek z kilką szramami i bliznami przez łeb naznaczony.
Popatrzali na się.
— Coście to, kupili czy odziedziczyli? zapytał Wnuk.
— Kupiłem, odparł zuchwale zapytany i tęgom zapłacił, — pargamin mam jak należy, pod pieczęcią przy świadkach.. a kto czytać nie umie, to mu żelazem prawo swoje wytłumaczę.
— A nie wolno wiedzieć jak was mianują? rzekł Wnuk cierpliwie..
— Swego czasu się dowiecie! zaśmiał się porąbany odchodząc.
Koźlarogom trochę było nie na rękę dostać sąsiada, gdzie dawniej sami gospodarzyli na bezpańskiem — lecz że żadnych praw do Wilczej góry nie mieli, musieli cierpliwie znosić co się tam działo.
Krzątano się bardzo gorąco około pustego pagórka, na co z Surdęgi patrzeć było można, bo oko sięgało łatwo do niego. Ludzi miał z sobą nowy dziedzic kilkudziesięciu, i wozów kilka. A choć na nich sobie zapasów przywieźli i co było do życia potrzeba, nie bez tego ażeby czegoś nie zabrakło im. Naprzód więc niektórzy z ludzi zaczęli dochadzać do Woźnik, aby sobie piwa dostać i świeżego chleba kupić.
Wnuk, który pod ten czas objeżdżał lasy, jednego z nich zastał w gospodzie w Woźnikach. Człek był nie młody i okrutnie porąbany, bez palców u ręki, bez jednego oka, nakuliwający na nogę, ale zuchwały jak zbój.
Chcąc się coś dowiedzieć o Wilczej górze, Wnuk go piwem poczęstował, aby na słowo wywabić. Człeczysku podpiwszy język się rozwiązał.
Naprzód się tedy wygadał że oni ze swym starszyzną, jak on to nazywał uśmiechając się, długo po gościńcach polowali, tu i owdzie, ale że im się wreszcie życie to naprzykrzyło, bo ich teraz ścigano i bardzo prześladowano. A że się ich starszy dorobił trochę grosza, w tej okolicy koniecznie pragnąc się osiedlić, zasłyszawszy o pustej Wilczej górze i gruntach do niej należących — pojechał do właścicieli i kupił ziemię tę za pięć kop groszy, cztery konie i sztukę szkarłatu, którą niegdyś u kupców na gościńcu złupił.
Starszego swojego zwał zbój Nikoszem Bąkiem i rozpowiadał o nim, że śmielszego i zuchwalszego nad niego na świecie nie było.
Kolnęło to Wnuka, gdy imie usłyszał, iż Nikosz musiał ten sam być który w Lelowie przebywał, i o Domnę się dobijał, a potem na jadące wesele napadł; lecz nie dając po sobie znać, pojechał ztąd precz do Surdęgi.
Tu gdy Daliborowi rozpowiedział wszystko a opisał mu widzianego wprzód Bąka, nie było już wątpliwości iż ten sam Nikosz był, który się na ich spokój nasiadł, a pewnie i teraz nie dla czego innego w Wilczej górze się zagospodarowywał, tylko aby im życie zatruć.
Musiano więc zaraz pomyśleć o obwarowaniu się na zamku, bo i napaść nocna i rabunek i wszelki gwałt był możliwy.
Na granicach się też musiano pilnować, bo zaraz do lasów pojechali ludzie z Wilczej góry z wozami i w puszczy Surdęskiej drzewo rąbali.
Kazano łąki pozatykać i rubieże poznaczyć.
Nazajutrz znaki graniczne powyrywane i połamane znaleziono. Wojna się poczynała.
Ale to były dopiero jej zwiastuny, bo do starcia nie przyszło. Stary Dalibor go unikał.
Na Wilczej górze tymczasem na gwałt budowano, zwożono drzewo, ciosano, oczyszczano gruzy, sypano wały, zrobiono na przekopie most i bronę — a na podzamczu, gdzie niegdyś stała osada, dla ludzi swych szałasy i lepianki klecić począł nowy dziedzic.
Ludzie ci jego że sami byli, i nie mieli z sobą baby ani jednej żeby im chusty poprała i jeść zwarzyła; ruszyli zaraz szukać sobie towarzyszek i w Surdędze dowiedziano się że jednego dnia w pięciu się puścili na upatrzonego za Pilicą i przy ruczaju, gdzie z Wulki dziewczęta i niewiastki przychodziły prać bieliznę, porwali jedną piętnastoletnią dziewkę, a drugą zamężną młodą, na koń je poprzywiązywali i uprowadzili.
Puściła się za niemi pogoń, ale wieśniacy źle uzbrojeni pobić się dali, a dziewczynę i niewiastę uwieźli zbóje.. trzymali je na zamku do czasu i, choć się o nie upominano wydać nie chcieli. Tak się i zostało.
Trwoga poszła po osadach okolicznych, że się już pilnowano wszędzie od tych rabusiów.. Oni też za trzecią dziewczyną pono wyjechali dalej i od trzody porwali o mil kilka, a tak uszli z nią, że i gonić nie było wiedzieć dokąd.
Na pagórku wkrótce stanął zrąb dworu, który żółciał zdala. Czuć już było sąsiada, bo nad granicą umyślnie ludzie jego szkody zdawali się wyrządzać, ale do bitki jeszcze nie przychodziło. Odgrażał się tylko Dalibor i pan Florjan.. Choć się domyślali Nikosza, nie byli pewni, bo go w oczy nie widzieli.
On też z napaścią nie spieszył, bo słabszym się czuł, ludzi miał nie wielu. Tym czasem tylko ściągał osadników, posyłał i już na skraju lasu małą osadę zakładał, którą Cieślakami zwano, bo najwięcej tam było tych co około dworu robili z toporami.
Jeden w drugiego ludzie tego Bąka dobierali się wszyscy drabi i rabusie, tak że od nich w Woźnikach, we Wronikowie i w Laskach ciągle się musiano mieć na baczności, bo, choć schwytać ich było trudno, ciągle coś ginęło, to sztuka bydła, to koń, to wóz na polu zostawiony, a nawet całe stogi siana. Niepomogło to że ślady wiodły na Wilczą górę, bo kto poszedł ze skargą, to go zhukano, zagrożono i przepędzono.
Barcie w lesie wydzierać zaczęto — a pomniejszych szkód nie można było zliczyć.
A to gniazdo paskudne około Wilczej góry tak szybko rosło jak żadna jeszcze osada, którą tu ludzie pamiętali. Niewiedzieć z kąd się ta gawiedź brała. Miał między swemi pierwszemi towarzyszami Bąk takich ludzi, że gdy który z nich pojechał, a jeździli ciągle; zawsze z sobą kogoś, parobka lub babę, lub chłopię wyrostka przyprowadził.
Rozpowiadali Wnukowi, który się o to pilno dowiadywał, że Bąk z dawnych grabieży pieniędzy pono miał dużo i różnych kosztowności, i że z niemi do Sandomierza, do Krakowa i aż do Nowego Sąndcza posyłał, a niewolników kupował u żydów, którzy niemi handlowali. Więc to tam byli z całego świata zbierańce, różnego języka i krwi, z postrzyżonemi łbami, tacy o których wiedziano że zwykli byli zbiegać, pokuci w dyby drewniane, z któremi do roboty chodzić musieli i na noc im ich nie zdejmowano.
Tak w krótkim czasie namnożyło się około Wilczej góry tych przybłędów i w Surdędze zaczęło być coraz od nich niebezpieczniej i niewygodniej.
Czasem ów Bąk puszczał się na łowy w lasy, nie pytając granicy lub umyślnie jej nie szanując, i bujał po puszczy Surdęskiej, a na gorącem go złapać nie było można, choć się zasadzano nań.
Jednego razu gdy Florjan Szary sam polował u siebie, zasłyszawszy cudzą trąbkę, puścił się zaraz gonić napastnika, domyślając się kto był. Samotnie jechał. Tamten czy się spodziewał, czy nie chciał uchodzić, stał w miejscu potrębując i tak go Szary przydybał na polance. Na pierwsze spojrzenie poznał w nim Nikosza..
Stanęli tedy nie opodal od siebie, jakby się namyślając co mieli począć. Szczęściem Nikosz sam jeden był, a Szary dwóch miał ludzi, nie zaczepił go więc zbój, tylko ryknął doń.
— Poznałeś mię?
Nic na to nie rzekł Szary.
— Znajże iż ja tu nie dla kogo jestem ino dla ciebie, aby ci spokoju nie dać zażyć. Będziesz mnie miał dzień i noc pod bokiem, jak kamień w łożu. Wziąłeś mi dziewkę, którąm mieć chciał, — jeszcze ci ja ją może choć niewiastę odbiorę. Dwa razym się przez was krwią oblewał, oblejecie się wy i posoką i łzami..
To mówiąc pięść wystawił przeciwko Florjanowi, zawrócił konia i w las pojechał. Szary za nim strzałę puścił i psami swemi poszczuł, ale nie trafiła go strzała i psy nie nagnały.
Od tego dnia prawie zaczęło[1] się między Surdęgą a Bąkiem, bo tak Wilczą górę zaczęto nazywać — nieustająca wojna.
Trzeba było mieć się na pieczy ciągle od nich, a i samemu często napadać by swoje odebrać albo za szkodę sobie wetować. Najwięcej na tem ludzie w Woźnikach, w Laskach, we Wronikowie a nawet w Mojkowcach cierpieli, bo panu chcąc dokuczyć na nich się jako bezbronnych rzucali zbóje. Zabijano, okradano, łupiono..
Szary często w domu nie bywał, więc ojciec trzymał się tylko obronnie i opędzał jak mógł. Bywało że Bąk ludzi swych zebrawszy kupą, podjeżdżał pod zameczek w Surdędze, niemal pod wrota i stawał albo się rozkładał obozem, odgrażając, wywołując... a szydząc żeby mu Domnę wydano...
Czasem Dalibor z małą garścią swoich musiał się z za ostrokołów odstrzeliwać im aby się pozbyć, nim by z sąsiedniej wioski ludzie nadeszli.
Naówczas sama Domna zagrzewała dwornię i łuki im brać kazała.
Pod jedną niebytność Szarego, Bąk na Woźniki najechawszy, gdy ludzie zaraz w lasy zbiegli, chaty zrabował i spalił.
Gdy Florjan powrócił, rozsierdził się tak że mu tego podarować nie mógł. Zebrał więc co mógł swoich, najwięcej z tych rozpierzchłych z Woźnik, dobrze ich uzbroił, i z pachołkami dworskiemi najechał w biały dzień na podzamcze Bąka.
Wypadł sam Nikosz na obronę, i przyszło do starcia na miecze, ale ludzi miał dobrych Szary i był dnia tego silniejszy, tak że Bąka zmusił uchodzić za bramę do gródka, a na podzamczu co było chat kazał pod nie ognia podłożyć, mszcząc się za Woźniki — i sam stał pilnując aby nie ratowano.
Jeszcze się po tej klęsce gorzej rozjadł Nikosz i jego ludzie, tak że między osadnikami jego a Florjanowemi już pokoju nie było, do spotkania rwali się na siebie i mordowali.
Zapalono nocą chaty w Mojkowcach, ale się je odratować udało.
Spłonęły stogi na łąkach u Szarego, popalono co było około Wilczej góry. Ale tu nie wiele się dało zniszczyć, bo zawczasu swoje siano na zamek pościągali.
Inaczej jak zbrojno nie wyjeżdżał z nich żaden za wrota. Najgorzej to dopiekało Szarym, że im wciąż w uszy krzyczał zbój, że Domnę odbierze, choćby dziesięć lat musiał na nią czatować. Mężna niewiasta, nie mogła prawie wynijść z zamku, gdy męża nie było; i nóż u pasa nosić zawsze, jak mężczyzna, bo od Nikosza i we własnym domu bezpieczną się nie czuła.
Życie na zamku w Surdędze stało się nieznośnem.
Byłby na to zaradził może Florjan, raz się z przyjacioły namówiwszy i z rodziną, a powinowatemi, aby Wilczą górę osaczyć i zbója wziąć a do królewskiego sądu odstawić. Lecz na to czasu nie miał nigdy, bo ledwie wrócił z wyprawy jednej, już na drugą wołano. Czasy takie były za Łoktka, iż co lepszemu rycerstwu, jeżeli nie na kresach, to kędyś w domu trzeba było bić się aby nie dać się wybić z pod jednego panowania buntującym. Gościem więc był w Surdędze pan Florjan, a może to zło iż szczęścia domowego nigdy długo zakosztować nie mógł na dobro się obracało, bo mu ono tem dłuższem było.
I miłość a zgoda między małżeństwem była taka, jakiej trudno gzieindziej[2] znaleść na świecie. Więc te dni skąpe które spędzał Szary u siebie, złotemi mu się wydawały, a przelatywały jak sen złoty.
Domna, która niegdy dziewczęciem piękną była, po narodzinach pierwszego syna, jeszcze wypiękniała i jakby się dopiero taką okazała jaką powinna była być dojrzałą.
Pozostał jej ów wdzięk niewinności dziewczęcej, jaki miała wprzódy, a przybyła powaga macierzyństwa i jego szczęście, które na pięknej twarzyczce świeciło jakby blaskiem błogosławieństwa bożego.
Gdy we wrotach oznajmiono o powracającym Florku, wziąwszy synaczka na ręce, z piosenką na ustach, z weselem na czole wychodziła przeciw niego żona, tem większą okazując radość by nie troskał się o to co pod niebytność jego przecierpieć musiała.
Nie poskarzyła[3] się nigdy mężna niewiasta, aby mężowi serca nie zalewać goryczą; a gdy stary Dalibor czasem, jako to zwykle jego wieku ludzie czynią, narzekaniom nie znał miary, zamykała mu usta łagodnie, pieszcząc, przerywając, odwracając rozmowę, aby Florjan w domu mógł trochę zażyć spokoju.
A właśnie tak tu było trudno o to!!
Myśleli Koźlarogi że złemu człeku sprzykrzy się w końcu to prześladowanie i walka; zwłaszcza że bezskuteczne były; lecz, przeciwnie im mniej mu się powodziło tem mocniej się zbój nasadzał i wszystkie siły wytężał.
Dalibór wreście padł na myśl, aby u niegodziwego Bąka pokój choćby okupić. Gotów był na to jaki miał zapas grosza poświęcić. Użyto przyjaciół, co się do Nikosza zbliżyć mogli, i poddano myśl jakiegoś układu i zgody. Na pierwszą o tem wzmianką[4] Bąk się zerwał, a było to w Sieradziu na zjeżdzie ziemian, krzycząc że gdyby mu górę złota taką dano, jak była Wilcza, nie kupiono by za nią spokoju dla Szarych, bo po to on żyje aby się na nich mścił iż mu jedyny skarb wydarli.
— Byłbym ja innym człekiem — począł, gdybym tej żony dostał którąm mieć chciał. Bogu bym i ludziom się zdał a za grzechy moje odpokutował — nie dali mi jej... Lała się krew moja, lać się będzie ich krew aż do kropli ostatniej i albo ja ją będę mieć lub zginę.
Poczęli go drudzy opamiętywać iż cudzą już żoną była, że jej nigdy dostać nie może.
— To niech on zginie co mi ją wziął, krzyczał zbój, albo niech i ona ginie, aby jej ani on ani nikt nie miał, gdy ja mieć nie mogę!!
Pókim żyw, nieustąpię..
I klął się tak strasznie, iż słuchający uszy sobie zatykali. Nie było więc innego sposobu, jak przed sąd królewski go pozywać o gwałty i zbójectwa. Ale dla tych wojen nieustannych sądy się i zjazdy nie zawsze w porze odprawiały, Bąk nie stawał na nie, sądzono zaocznie, a schwytać nie było sposobu.
Musieli więc Leliwy i Koźlarogi z powinowatemi ostatecznego się chwycić środka, czatować na złego człeka aby go zgładzić.
Nikosz Bąk, który sam niegdy zbójem był, i wiedział że głowa jego wiele wartała, umiał jej strzedz. Domyślał się co mu groziło, nie wyjechał z domu nigdy bez ludzi, dobierał najlepszych, zbroił się jak na wojnę, przytem czujnym był, pory wypatrywał, drogami się takiemi przemykał, że go wytropić nie było można; a jednym gościńcem nigdy dwa razy nie puszczał się.
Miał i ten rozum że ludzi usypiać umiał. Czasem go długo słychać nie było, przycupnął, siedział cicho, bąkano że chory.. Zaczynano lżej oddychać; a on przysposobiwszy się w milczeniu nagle potem rzucał się na nieopatrznych.
Choć żadne nie zdawało się grozić niebezpieczeństwo, ustawicznie musiano czuwać w Surdędze, a ta baczność i obawa nużyła i starego Dalibora i Florjana. Zameczek jak gdyby czasu wojny musiał załogę mieć, oręż i wszystko czego potrzebował do obrony, bo gwałtownej napaści zawsze się spodziewać musiano. Ostrokoły i drewniane opasanie gdy cokolwiek z gliny opadło, raz w raz oblepiano i obmazywano na nowo, aby ognia nie podłożono pod nie, który razy już kilka znajdowano, wraz ze smołą i pakułami.
Ludzi, choć potrzebował Szary, do swoich osad i do dworu, a stręczyli mu się, wahano się ich przyjmować, bo i to się zdarzało że w nich nasłanych zdrajców potem poznawano.
Przy tych wszystkich utrapieniach powszednich, inna kobietaby oczy wypłakała i los swój nieszczęśliwy przeklęła, ale Domna była wielkiego ducha niewiastą rycerską jak mąż, — i w ogniu tem żyła śpiewając a śmiejąc się jakby w swem żywiole..
Mężowi też, który powinność swą rycerską i służbę odprawiać musiał, nie stanęła na zawadzie nigdy, nie strzymała go gdy szedł ani łzami ni słowem. Uspokajała owszem gdy na koń siadł aby o dom się nie zbyt troszczył, bo oni z ojcem rady sobie dać potrafią. Pod niebytność też mężowską, ona i Dalibór musieli czuwać bez wytchnienia.
Nocą straże chodziły z grzechotkami i nawoływały się. Na najmniejszy szmer podejrzany bito w deskę na ludzi, aby wstawali.
Wieczorem nie spuszczając się na nikogo, Dalibor sam lub Domna obchodzili gródek do koła, każdej furty probując czy była dobrze zawarta, każde okno zasuwając i pilnując czy za ostrokołami kamień, koły, haki były na podoręczu.
Dalibor nie bardzo spać mogąc, kilka razy w nocy wstawał.. We dnie ktokolwiek się do wrót zjawił, musiano badać i opatrywać kto był, nim go puszczono. Jechać nawet do drugiej wsi bez zbrojnych nie było można, a po nad granicą gdzie były, drogi pozarastały, bo się nikt nie ważył na nie..
I gdy w tej dawniej tak spokojnej osadzie, wszystko stało otworem, dostatek panował, gromadziły się zapasy, teraz coraz było cieśniej.
Za to pusta niegdyś Wilcza góra, teraz Bąkiem zwana, już do dawnej wcale nie była podobną. Stanął dwór duży w pośrodku, a że stadninę chował liczną Nikosz, szop dla niej i dla trzody naklecono do koła. Na podzamczu po spaleniu go, przekopano rów i puszczono wodę, a w pośrodku, jakby na złość pobudowano chaty nowe. Zbóje co poprzychodzili tu sami, gwałtem i różnemi sposoby bab sobie napytali. Zwozili je, gdy inaczej nie mogli, kędyś z za świata i takie których już nikt nie chciał, a że srogo trzymali, więc się to nie rozbiegało.
Drugim dobrowolnie, dla świętego spokoju sąsiedzi wieśniacy córki i siostry dawali, choć się to na wiele nie zdało, bo dla tego swoich dzicz ta nie poszanowała.
A że zbóje mieli różne nabywania sposoby, i nie można było ręczyć żeby i teraz po gościńcach nie napadali; był u nich wszelkiego mienia dostatek.
Ubożało do koła, ci w pierze porastali. Najlepsze konie, najtłuściejsze bydło, najpiękniejsze szaty na nich widać było.
Nikosz gdy jechał ze swoim dworem, z najpierwszemi ziemiany mógł się równać szatami, wierzchowcami i zbroją, tylko w oczy im nie trzeba było zaglądać, bo jak on sam tak jego towarzysze, na łbach mieli napisano z czego urośli i czem byli.
Starał się o to pilno Szary, aby Nikosza do pułku wezwano i na służbę rycerską, boby przynajmniej czasu tego gdy go doma nie bywało, spokojniejszym mógł być. Lecz Bąk, który do zwady i napaści bardzo był skory na wojnę się nie spieszył. Miał sposoby różne wymówienia się od niej.
Gdy się zrazu w okolicy ukazał, a wiedziano o nim od Leliwów, kto był i dawne jego sprawki też na wierzch powychodziły — stronili ludzie od zbója, nikt z nim na zjazdach na jednej ławie siąść nie chciał, ani pić i jeść u jednego stołu.
Ale to nie trwało. Zaczął rosnąć w pierze, potem co lżejszych ujmować sobie kubkiem, datkiem, końmi, bo to co mu łatwo przychodziło, tem lekko szafował, i powoli nawracali się już doń niektórzy. Puszczano mimo uszów co broił, a garnęli się do wesołego i chętnego człeka. Ośmielił się zrazu jeden pojechać do Bąka w gościnę na Wilczą górę, a jął potem zachwalać jak go tam przyjęto i obdarzono — pociągnęli probować drudzy.
Bąk co sam jak palec był w początku, poczekawszy miał już przyjaciół i drużynę. A wszyscy ci co do niego przystali już przez to Szarym nieprzyjaciółmi musieli być. Wprawdzie nie z najlepszych się to ściągało, a z odpadków, ale to zawsze najgłośniej krzyczy co najmniej warte.
Ze smutkiem musieli na to patrzeć Leliwowie i Dalibor stary i młody Florjan — lecz się nie skarzyli, bo mieli swą dumę... Leliwa też wkrótce zmarł synowi po sobie zostawując Lelow. Na Surdędze nie zmieniło się nic, a było coraz biedniej. W czem tylko pokrzywdzić i uszkodzić mógł Nikosz, nie omieszkał.
A że granice długo zapomniane były i zaniedbane, nikt ich nie pilnował, teraz obronić było trudno. Bąk się gwałtem powrzynał w posiadłość Szarych, tak że kopce posypał niedaleko zamku na łące, która jak świat światem do Surdęgi należała. Rozsypano je drugiego dnia, przyszło do krwawej bójki, lecz straż trzeba było trzymać, bo po nocy wpadali zbóje Nikosza z łopatami i co było rozorane, znowu nasypywali.
Toż samo w lasach na drzewach gdzie były znaki i krzyże na starych pniach, korę i żywe drzewo pozrębywano, a nowe w środku puszcz powyciosywano i posmolono aby się jak stare wydawały.
Zatem szło że o połowę ziemi w sporze potrzeba się było rozpierać ciągle.
Nikosz się śmiał i radował, gdy się dowiedział że w Surdędze nań narzekano, a gdy mu się udało dokuczyć — chwalił się z tem, i gdy Florjana nie było w domu, podjeżdżał z kupą pod wrota same gościńcem, stawał i wykrzykiwał, a szydził, że w ludziach co słuchali krew kipiała...
Czasem doń strzelano, lecz nie łacno go było dosięgnąć, bo żelaza na sobie miał dosyć, hełm nosił zawarty, bez tarczy małej nie ruszył, a oręża u boku i siodła miał nawieszanego, że na dwóch by go stało. Ci co z nim bywali także nie lękali się lada postrzału.
Jak ze wszystkiem w świecie człowiek obyć się musi i zżyć, tak i z tem nieszczęściem oswoili się na zamku wszyscy, oprócz pana Florjana. Temu więcej niż ta ciągła obawa i czuwanie dolegał srom iż jednemu przybłędzie niepoczciwemu, który się tu zwlókł niewiedzieć zkąd, ojczycem tutejszym nie będąc — musiał czoło stawić w zapasy z nim iść i nie módz go pokonać.
Nie mówił on o tem, bo skarzyć się nie lubił, lecz życie mu zatruwała ta troska dla żony którą choć zawsze dobrej myśli i wesołą widział, żałował iż w zamknięciu tem i jak w więzieniu żyć musi.
Myślał więc i przemyśliwał ciągle jakby raz pozbyć się człowieka tego i spokój biednej kobiecie powrócić, a modlił się o to jedno jak o nagrodę do Boga, aby mu dał nad wrogiem zwycięztwo.
Nie obiecywało się ono tak rychło.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zaczęła.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – gdzieindziej.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – poskarżyła.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wzmiankę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.