Jelita/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Jelita‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jelita
Podtytuł Legenda herbowa z r. 1331
Data wydania 1881
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



IX.


Wiedział Bąk o wszystkich obrotach Szarego. Miał on swych ludzi wszędzie, a gdy inaczej języka dostać nie mógł, żebraka, któremu u siebie chleb i przytułek dawał, niejakiego Kurpia, wyprawiał do Mojkowiec, a czasem i do Surdęgi.
Kurp ten, niegdy także z ziemiany polowaniem się po gościńcach zabawiał, potem okulał i zniedołężniał, chadzał więc z torbami za jałmużną, a że gębę miał wyprawną, i ludzi gadkami i piosenkami bawić umiał, nie źle mu się działo.
Ten gdy raz na Wilczą górę zaszedł i w czeladnej izbie durzył zebranych próżniaków, którym do smaku przyszedł, bo w nim swojego poznali; nadszedł Bąk. Najulubieńszą jego też zabawą było ze swą czeladzią, w dymnej izbie przesiadywać i ladajaką rozpustną rozmową czas zabijać. Kurp mu się podobał, na długie zimowe wieczory go sobie zamówił, piwa mu nie szczędząc.
Łaził więc tu stary i siedział chętnie, a gdy się lepiej poznali, zaczął go Nikosz tu i owdzie wysyłać, aby się o coś dowiedział. Nie obudzał stary kaleka podejrzenia, znano go od dawna że się po okolicach wałęsał. I tak uczynił sobie zeń pomocnika.
Wlókł się Kurp do Mojkowiec, do Wronikowa, a gdy tam niemógł się dowiedzieć co mu było potrzeba, szedł do Surdęgi stawał u zamkniętych wrót, śpiewał, piszczał, aż mu wreszcie je otworzono.
Tu też żebraka od ognia w czeladnej izbie nie odpędzano. Dawano mu jeść, słuchano chętnie co rozpowiadał — wypytywano i wygadywano się przed nim, nie zbyt ostrożnie.
Kurp’ zawsze mógł się tu dowiedzieć kiedy i na jak długo wyjeżdżał z Surdęgi Florjan, i gdy się go z powrotem spodziewano.
I teraz też, gdy Hebda wezwał Szarego, a sposobiono się do wyprawy przeciw Krzyżakom, Bąk był dobrze uwiadomiony. Wiedział i o tem że ludzi co najlepszych z sobą zabrał Szary, a był pewien że z niemi zostanie przy królu i nie zjawi się do Surdęgi, aż po wojnie, która się zapowiadała długą i krwawą.
Właśnie gdy Szary do Poznania spieszył, a potem do króla pod Kraków, Bąk na Wilczej górze przemyślał jakby z niebytności jego korzystać.
Jesiennego wieczora w wielkiej czeladnej izbie u Bąka wszystek jego dwór był zgromadzony. Na ławie w kącie siedział i Kurp kije swe obok siebie postawiwszy.
W izbie jak zawsze dymno było i mroczno, choć się w jednem jej końcu ogień palił i u komina skałki zakładano na żelazny ruszt, aby przyświecały.
Twarze i postacie które z za dymu gdzieniegdzie się ukazywały, oświecone płomykiem skałki, wszystkie były do siebie dobrze dobrane. Zbóje jeden w drugiego, zarosłe, czarne, opalone, z porąbanemi twarzami, nie wiele poszanowania okazując swojemu panu i wodzowi — siedzieli i leżeli na wpół, z kubków popijając i niekiedy dzikiemi głosy się odzywając lub wykrzykując.
Bąk srogim bywał dla tych ludzi, gdy szło o posłuszeństwo, wiedzieli że gdy się wściekł z gniewu, nie jednemu łeb ściął — ale bywały godziny w których im z sobą pozwalał poufale przestawać. Wśród nich, gdyby nie dumna postawa i nawyknienie do rozkazywania, które człowieka czyni siebie pewnym a piętnuje w nim wodza — trudno w nim było rozeznać pana. Odzież miał prawie taką na dzień powszedni jak i drudzy, nie odznaczał się od nich niczem. Obyczaj też miał ów leśny a starego rzemiosła — mowę taką jak inni zbóje.
Wśród nich czuł się w swoim żywiole.
Stał teraz w pośrodku nich, w bok się ująwszy, a towarzysze siedzieli niektórzy, leżeli na ziemi i na ławach, pospierani na ręku. Kurp piwo pił kubek trzymając w jednym ręku, w drugim dużą chleba kromkę, białem czemś zasmarowaną, którą chciwie pożerał.
Bąk ku niemu był zwrócony.
— Gadaj że, psia wiaro, coś tam słyszał? wołał.
— Tom ci wszystko wygadał — odparł chleb żując, niewyraźnym głosem, bo gębę miał zatkaną Kurp — mało ich jest na zamku. Mniej niż kiedy bywało, a w potrzebie stara wiedźma, Zurycha, furtę tylną otworzy. Zaprzysięgła się.
— Gdyby łotrzycy tej pewnym być! zawołał. Po co na zamek się rzucać i szturmować, dość by się było podkraść, podpełznąć, przez furtę wpaść, Domnę porwać i ogień podłożyć.
— A wprzódy kąty oczyścić! zaśmiał się z ławy jeden.
— Jest tam się czem pożywić — rzekł drugi. Zamek stary, a po tych starych zawsze najlepszy łup.. Piwnice pełne! skrzynie nie puste!
Bąk mniej zdawał się myśleć o łupie i nań rachować; o Domnę mu szło i o pomstę tylko.
Dumał.
— Coć Żurycha mówiła? zapytał dziada.
— Klęła się że otworzy — rzekł Kurp. Ona wie że ja ją zgubić mogę, bom tam był gdzie męża swego struła, patrzałem na to... i przysiądz na to mogę.
— Babom wierzyć trudno! zamruczał Bąk. Gdyby Żurycha nie zdradziła! — ja mówię, tylko się do furty podkraść.
— A jak się do nich podkraść? — wtrącił inny drab’, który stał nie daleko pana. U nich dzień i noc straże chodzą, sam stary wstaje razy kilka i wypatruje. Zdala by dojrzeli.
— Żurycha, kiedy taka mądra i sprawna, rzekł któryś z ławy, jakby to nie mogła ludziom zadać na sen... i popoić.
Dziad głową potrząsał.
— Ja na baby bardzo rachować nie myślę — przerwał Bąk — na co nam to? Jest nas dosyć aby na zamek się wdrapać, choćby furty nie otworzyła, wrota wyłamać, podpalić.. a i drabiny weźmiemy z sobą.
Jeżeli ich teraz nie dostanę, to nigdy!!
— Jak zechcecie to dostaniecie, rozśmiał się jeden ze śmielszych. Wam Domna, a nam lochy i skrzynie..
Bąk ręką obojętnie rzucił, nie o skrzynie mu chodziło..
Kroków kilka postąpił ku jedzącemu ciągle i popijającemu Kurpiowi.
— Gadaj! — rzekł zadumany...
Dziad począł nań patrzeć nie odpowiadając jeszcze.
— Ludzi wielu? — pytał Nikosz.
— Policzyć trudno — bąknął żebrak, — kto ich pozna? a snuje się to tam z kąta w kąt ciągle tylko widziałem że nie bardzo gęsto.
— Co tu lik znaczy? — przerwał z ławy leżący. Na jednego z tych co na zamku nas musi być kilku, bo zawsze lepiej się bronić niż napadać. Jeśli furty nie otworzą nam wszystkim trzeba iść do ostatniego, wrota kołkiem podparłszy... Kto żyw! Raz chcecie skończyć... to skończyć!!
Zamruczeli inni popierając to zdanie — Bąk ciągle stał zadumany.
— Z temi ludźmi ja nie mam szczęścia — począł w pół do siebie, — tyle lat, tyle razy próbują, już bym innych ze świata zgładził, i zapomniał, — tych ani ukąsić... Urok jakiś!
— Urok! pewnie że urok — odezwał się dziad, — ale na to sposoby są...
Śmieli się niektórzy po cichu, spoglądając na żebraka, który dumnie usta zciął, poczuwszy szyderstwo...
— W tém urok, — odezwał się leżący na ławie, — że o babę idzie... Zachciało się koniecznie tej, gdy na świecie ich tyle jest.
Splunął, Bąk się namarszczył.
— Sprawa nie o babę — zawołał głosem podniesionym, — ale za krew moją, ja zemsty i krwi potrzebuję... Najlepsza pomsta będzie, gdy im ją odbiorę...
Cicho odezwał się jeden z towarzyszów.
— To i dzieci cudze przyjdzie brać! — Uśmiechnął się.
Nikosz czy nie słyszał, czy udał że nie słyszy, nic nie rzekł na to. Gromada jego po cichu mruczała; spoglądali na swego pana i wodza uśmiechając się skrycie, i pokazując palcami. Kurp dojadał i dopijał.
Dwóch ludzi wyprawił Bąk jeszcze po wioskach do Majkowiec, Wronikowa i Lasek, aby tam przez swoich (bo wszędzie ich mieli) — gdyby w Surdędze na gwałt uderzono czy zapalono wiechy, — nie bardzo kto na pomoc przybywał.
Nazajutrz, w noc bezksiężycową ciemną, najście na zamek było postanowione. Dwór Nikosza cieszył się z tego. Ludzie byli do bojek i napadów nawykli, smakowali w nich, a teraz dawno już nie kosztowali. Przykrzyła się praca koło domu jednostajna... Kurp pozostał na Wilczej górze, aby się przypatrzeć wszystkiemu.
Następnego dnia wszyscy się do wieczora wylegali, nie wiele mając do czynienia, bo wszystko co potrzeba pogotowiu stało.
Nikosz tylko niespokojny biegał po dworze, po wałach, wyglądał ku Surdędze, gadał sam do siebie; zaglądał do czeladzi i na chwilę nie spoczął.
Nad wieczór gorączka go zaczęła opanowywać coraz większa, uzbroił się zawczasu, miecz wyostrzył, zbroiczkę przypiął, i tak ciemności czekał niecierpliwie, jak drudzy dnia wyczekują. Na dany przez niego znak, ludzie zebrani do gromady, podzieliwszy się na dwie kupy, z których jedna do wrot głównych miała przypuścić szturm, druga u furty czekać na obietnicę Żurychy, ruszyli dróżyną ku Surdędze, z przykazaniem milczenia i nie szczękania bronią.
Choć mu pilno było bardzo Nikosz zatrzymał ich — dopóki światło na zamku widać było...
Jednego ze swoich z częścią ludzi na gościniec wysławszy aby około wrot wielkich gwałt uczynili, toporami je rąbiąc i usiłując ognia podłożyć, — sam Nikosz poszedł z resztą oddziału do furty, spodziewając się że mu ją otworzą.
Udało się wśród nocy przymknąć tak pod wrota zręcznym napastnikom, iż ich straż nie postrzegła i nie posłyszała aż toporami poczęli łamać bramę... i ognie rozpalać...
Jak piorun to spadło na małą załogę Surdęgi, która się cała ku wrotom zbiegać zaczęła krzycząc i nawołując...
Nim się tam ludzie namyślili co czynić i Dalibór posłyszawszy wrzask i łomot, kożuch wdziawszy wybiegł; już napastnicy wrota potrzaskali od dołu, ale kute były sztabami żelaznemi, więc się trzymały, a za niemi drugie stały, o których nie wiedzieli.
W zamku zawrzało....
Domna wstała przerażona od kolebki dziecka, załamawszy ręce; przytomność opuściła ją na chwilę. Sądziła że zbóje się już na zamek wdarli. Lecz natychmiast prawie odzyskała przytomność, dziecko oddała niańce, a sama pochwyciwszy mieczyk za starym ojcem pogoniła.
Około wrót już się bronić zaczęto i zrzucać kamienie i koła zębate na oblegających..
Dalibór rozkazywał, z zimną krwią człowieka, który wiele już przeżył i nie łatwo się daje ustraszyć.
W czeladnej izbie ogień był jeszcze, tu siedziała Żurycha, blada i drżąca... Domna wpadłszy do niej, nakazała wodę nastawiać i garnki ze smołą ludziom nosić na wyżki.
Przelękła baba — sama niewiedząc co czyni była posłuszną i z niezmierną gorliwością poczęła dziewkom rozkazywać...
Czeladź cała poszła na posługi załogi nielicznej, kto z czem mógł i miał.
Od wielkich wrót udało się na chwilę napaść odegnać, ale wnet ludzie Nikosza drabiny nieco dalej do częstokołów przystawiać zaczęli, patrząc gdzie obrońców nie widać było...
Tymczasem Bąk u furty stał i czekał, nie chcąc z tej strony nic rozpoczynać, a rachując na zdradę.
Żurycha zaś na oku trzymana, ze strachu by się nie wydało co zamierzała, służyła i kręciła się ani mogąc ni chcąc do furty dostać...
Nikosz czekając tu dosyć długo, słuchając wrzawy, która go dochodziła, a nie wiedząc co się działo z drugiej strony, kilka razy na znak napróżno uderzywszy do furty — klnąc poleciał po wałach do koła do swoich, aby się przekonać naocznie jak się im wiodło.
Zaczynał wiarę tracić w obiecaną zdradę baby...
Zamkowi na znak niebezpieczeństwa mieli zawsze gotowe wiechy do zapalenia, któremi do wiosek znać dawano, gdy pomocy od ludzi potrzeba było. Paliły się już te ognie, a chłopcy bili w deski drągami na gwałt...
Gdy Nikosz dopadł do wielkich wrót, kilku swoich znalazł płonącą smołą pooblewanych i rannych od kamieni. Strzały z za ostrokołów świstały...
Pierwsze wrota były na pół zrąbane, ale za niemi drugie takie widać było — przez mały wyłom nikt się nie śmiał cisnąć, bo pomiędzy dwojgiem bram najniebezpieczniej stać było...
Krzyknął na swoich Nikosz, aby ich zagrzać i widząc że sam tu nie wiele zrobi, nazad do furty zawrócił, gdzie ludzi część zostawił.
Z tamtej strony cicho było... a że obiecana furta się nie otwierała, Bąk zniecierpliwiony drabiny na ostrokoł zarzucić kazał, i sam na pierwszą drapać się począł.
Właśnie, gdy już głową sięgał nad parkan, tknięty jakimś niepokojem, aby się do koła obejrzeć, stary Dalibór nadbiegł tu z dwoma łucznikami, którzy, dostrzegłszy w ciemności człeka, strzały puścili tak szczęśliwie, że jedna z nich przez otwór w szyszaku do twarzy Nikoszowi się dostała.
Wyrwał ją zaraz, ale z drabiną się zachwiał — i padł.
Żurycha, która ze strachu Kurpiowi może co obiecywała, teraz z drugiego, większego jeszcze nie śmiała nic poczynić i służyła zamkowym. Do furty iść ani myślała...
Nikosz ranny, na co mało zważał, już nie rachując na zdradę, ludzi wszystkich zagarnąwszy, pobiegł do wielkich wrot szturmować.
Bronili ich, jak mogli, Dalibór i jego czeladź, ciskając, co pod ręką było, strzelając, sypiąc i lejąc, lecz pierwsze wrota już były złamane, drugie podpalano, a wszyscy Nikoszowi ludzie, gdy tej strony na ostrokoły się drapać zaczęli, załoga im starczyć nie mogła, bo niewiele jej było.
Cudem chyba zameczek się mógł obronić, a ludzie ze wsi na odsiecz oczekiwani nie przybywali, nawet z Majkowiec...
Dalibór biegał rzucając swoją gromadkę to tu to ówdzie, gdzie najpilniéj się było bronić...
Wrota choć wodą lano, paliły się, bo coraz więcej suchego chrustu pod nie podkładano.
Stary w końcu postrzegł że, jeśli odsiecz nie przybędzie, napastnicy się włamią do wnętrza.
Widziała to i Domna... Nie było innego ratunku, jak się im zdawało, tylko tylną furtą po nocy wymknąć się z dziećmi, spuścić z wału i do lasu uchodzić, mienie i zamek oddając zbojom...
Domna choć blada i wylękła, poszła po dzieci. Starsze z nich miał wziąć Dalibór, młodsze ona — noc była ciemna, z tamtej strony nie widać było napastników, furta się zdawała jedyném zbawieniem.
Gdy już Domna płaszcz brała i dziecię z kolebki miała podnieść, Żurycha, która posłyszała ją rozmawiającą z Daliborem, z krzykiem do nóg jej padła.
— Tamtędy nie można! nie idźcie! — poczęła krzyczeć — nie idźcie. Na Boga... tam ludzie są...
I ten więc ratunek ostatni stał się nie możliwy. A tu do wrót coraz się gwałtowniej dobijano, i po drabinach leźli ludzie, a co którego strącono, drugi się ukazywał z innej strony, a za nim trzeci. Nie wiedzieć gdzie się było obrócić.
Z wiosek ludzie, czy znaków nie widzieli, czy iść się obawiali, nie przybywali.
Trzeba się więc było na śmierć, lub gorszą od niej niewolę gotować, bo i ukryć się gdzie nie mieli.
Nikosz powtórnie ranny, gdy się tu na drabinę wdzierać probował, latał jak wściekły, własnych ludzi popychając i tłukąc — gdyż się obawiał, aby nareście z sąsiednich wsi gromady nie nadciągnęły.
Do płonących już drugich wrót drągi mocne przystawiwszy oblegający, zaczęli je napierać silnie, bijąc w nie i usiłując wyłamać. Jeszcze chwilka, a i one paść miały, gdy na gościńcu lecące pędem usłyszano konie.
Kilkunastu jezdnych nadbiegało. Nikosz sądząc że chłopstwo przybywało z wiosek, obrócił się przeciwko nim z częścią swoich ludzi.
Lecz zbladł i zatrząsł się w pierwszym, który już z mieczem nań godził, poznając uzbrojonych ziémian... Zdało mu się, a raczej przeczuł w tym przeciwniku, którego żelazo dwa razy hełm jego ugodziło — Florjana Szarego.
On to w istocie był przybywający z pod Krakowa, którego opatrzność sprowadziła właśnie na tę godzinę.
Nikosza powaliwszy, bo ten się zachwiał i na kolana przypadł — Florjan i jego czeladź siadła na kark oblegającym, którzy pochwyceni niespodzianie stracili wnet męztwo i zbiegać zaczęli... Przy blasku ognia, którzy pod wrota był podłożony, Dalibor postrzegł odsiecz przybywającą — i już był pewien ocalenia. Czeladź się rzuciła z resztkami pocisków na, tych którzy jeszcze u parkanów stali. Najezdzcy pierzchać zaczęli.
Nikosz porwał się zaraz na nogi, ale już widział, że nie równą była walka, i wnet za załomem ostrokołu zniknął, zostawując swoich, aby się ratowali jak mogli.
Trupów kilku położyli Florjanowi, dwu czy trzech rannych związano, Dalibór palące się wrota kazał odeprzeć i załoga wybiegła panu młodemu pomagać.
Oczyszczono zaraz wjazd... i cała ta straszna burza pierzchnęła... kryjąc się gdzieś w nocy ciemnościach.
Gdy Szary z konia zsiadłszy przez żużle płonące wchodził na zamek, ujrzał naprzeciw siebie stojącą Domnę z młodszém dzieckiem na ręku, i mieczykiem u pasa. Blada była jak — anioł śmierci, uśmiechnęła się temu cudowi, który ją dłonią niespodziewaną męża ocalił, ręką jedną objęła szyję jego i — padła...
Kobiety nadbiegające wzięły ją na ręce i poniosły do domu. Florjan szedł za nią. Starego ojca pocałował w rękę milczący, starsze dziecię podniósł i zabrał z sobą.
Obawiać się już nie było czego, lecz szkody wyrządzone musieli ludzie natychmiast naprawiać, bo od zbója nigdy bezpieczeństwa nie mieli, a Bąk choć ranny, uszedł na swą górkę.
Od powiązanych jeńców, których do lochów skrępowawszy rzucono, dowiedzieli się oblężeni wszystkiego, bo ci życie swe wypraszając, pana nie szczędzili, przeklinali go i prawili jak się długo do tej napaści przysposabiał.
Jeden z nich zagrożony wyśpiewał nawet o Kurpiu i obietnicy Żurychy, — którą zaraz ująć chciano, lecz wśród tego zamętu, baba, domyślając się, co ją czekać może, znikła...
Smutny i radośny razem był ten przyjazd Szarego do domu. Przyprowadziła go opatrzność na samą niebezpieczeństwa godzinę.
Gdy Domna po omdleniu oczy otworzyła i ujrzała go przed sobą, podniosła się tuląc do swojego obrońcy...
Zdawał się jéj cudownie zesłanym z nieba. ..
Florjan na przemiany ściskał ją i cisnące się do siebie dzieci, które, jak dzieci, ze łzów przeszły wnet do radości wielkiej, strachu chwilowego zapomniawszy.
Wszedł i stary Dalibór zasępiony, zmęczony, ledwie się mogąc utrzymać na nogach...
Nie mówili do siebie — patrzali tylko i Bogu dziękowali.
Florjan posępny myślał już jak potrafi zabezpieczyć pokój rodzinie, gdy sam za dni kilka na powrót wyruszyć będzie zmuszony.
Napaść dnia tego najlepiej dowodziła, jak zuchwałym był ten sąsiad a wróg, który czyhał na chwilę, aby się mógł pomścić...
Załoga była za mała... Starzec jeden nie mógł wydołać obronie.
Znał już Szary swojego przeciwnika, że z życiem uszedłszy — kajać się nie będzie, ustraszyć nie da i tém gorętszą zemstą zapali. Rachować na to, że był odpędzony sromotnie i ranny, nie mógł Florjan...
Został by był doma dla obrony, ale przyrzekł się wojewodzie; część swoich ludzi w obozie zostawił, powracać więc musiał i to rychło...
Teraz dopiero, gdy już napastników nie było, ludzie z wiosek nadciągać zaczęli i wrzawa powstała u wrót, bo włodarz i starszyzna winili ich o umyślne opóźnienie. Składali się osadnicy tém, że znaków ognistych nie byli pewni, że noc ciemna i drogi złe pospieszyć nie dozwoliły.
Dla postrachu musiano sołtysów pobrać do lochu... Z gromad wybrano parobków do pomnożenia załogi, i Dalibór sam wyszedł, aby ład jakiś uczynić.
Na gwałt potrzeba było wrota i ostrokoły naprawiać, więc ludzi z siekierami wzięto zaraz z gromady, belki i kłody ściągać i ciosać zaczęto.
Tymczasem Florjan do szwagra Leliwy posłańca do Lelowa wyprawił, aby na radę i posiłek przybywał...
Wszedł ranek po tej nocy strasznej mglisty i pochmurny, a tu na chwilę spocząć nie mógł nikt. Oprawiać wrota i opatrzyć zamek było pierwszą potrzebą, którą Szary przed wyjazdem musiał mieć załatwioną.
Gromady téż winę swą czując, starały się ją podwojoną gorliwością zmazać...

Z kupy napastników straciwszy w zabitych, rannych i ujętych do dziesiątka ludzi, Nikosz poraniony, potłuczony nocą jeszcze doszedł do swej górki i obawiając się odwetu, wrota pozapierał, ludziom nakazawszy stać u wałów...
Wściekłości jego padło ofiarą, co w domu na progu mu się nastręczyło, bił własnych i mordował, potém rzucił się krwią brocząc i nie myśląc o ranach, jęcząc i przeklinając na łoże...
Kurp, który we wrotach stał, gdy ludzie uciekający nadbiegli, wysunął się niepostrzeżony i schował, obawiając zemsty...
Zbiegłą Żurychę, gdy się nad ranem zjawiła u wrót, Nikosz wypadłszy z izby kazał obwiesić... Ludzie jéj nie śmiejąc tknąć, bo się czarownicy obawiali, dali zbiedz...
Cały dzień następny nikt do Bąka przystąpić i słowa od niego dopytać nie mógł, rozganiał i bił ludzi, pieniąc z bezsilnej złości... Wieczorem zgłodniały pić zaczął i legł kamiennym snem ujęty...
Gdy się zbudził drugiego dnia innym już był — jakby się wytrzeźwił. Poszedł liczyć swych ludzi, o tych, których nie stało pytał, na wał wlazłszy, popatrzał ku Surdędze, zamruczał coś sam do siebie, rany zaschłe poobmywał, odział się, uzbroił, konia kazał dać i u wrót postawiwszy straż odjechał precz, nie mówiąc ani dokąd, ani na jak długo.
Z Lelowa szwagier tegoż dnia do Florjana w kilka nadbiegł koni, wioząc z sobą dwu powinowatych z sąsiedztwa, których u niego poselstwo zastało.
Wyszedł naprzeciw nim Florjan, z czołem nasępioném, zamiast powitania ukazując im wrota, węgle u nich i trzaski z wyłamanej pierwszej bramy.
— Gdyby mnie cud jakiś tu nie sprowadził — rzekł, — jużbym żony, ni dzieci, ni ojca, ni mienia nie oglądał, tylko kupę popiołu. Dobry sąsiad!!
Bracie miły, — zwrócił się do Leliwy, — wy o siostrze i o jej bezpieczéństwie radźcie... Za dzień lub dwa ja do króla muszę, a Bóg jeden wie kiedy powrócę i czy żyw przybędę, bo się wojna sroga gotuje...
Jakoście mi bratem — pomóżcie i radźcie. Z tym człowiekiem, dopóki on żyw, końca nie będzie...
Leliwa spoglądał w koło nie odpowiadając, gdy jeden z ziemian, którego Pokrzywką zwali, odezwał się.
— Co tu radzić, jak na wilka trzeba polować na tego człeka i ubić go... jedna rada.
Drugi potwierdził to.
— Tak, — rzekł Leliwa, gdyby go ująć można, nie żałowałbym dębu, a obwiesił bym zbója.. ale nie łatwa z nim sprawa... Siadł tu nam wrzodem między nami... chyba wszyscy się nań zbierzemy i pójdziem obławą.
— Czyńcie z nim i ze mną, — odezwał się Florjan, — co wola i łaska, ja to jedno wiem, że na posługę królewską idę, a ojca, żonę i dzieci wam oddaję.
Spojrzeli po sobie i Pokrzywka rzekł.
— Póki co będzie — musiemy my na Surdędze koleją straż sprawiać...
— Dobrze i tak — odparł Leliwa, — ja ludzi przyślę.
— Ja też — dodał trzeci...
— Godziło by się też — rzekł wchodząc w podwórze Pokrzywka, zajrzeć do niego na górkę i poprobować azali się lisa z jamy nie wykurzy...
— Lisa w jamie już nie ma — przerwał Dalibór, — ludzie nasi widzieli go pono uchodzącego. Ma on z dawna swoich druhów rabusiów jako sam, pewnie po nich lub do nich umknął.
— A nie widzi mi się — dodał Leliwa, — aby rychło drugi raz na Surdęgę się ważył — kiedy się wam go odprawić dobrze udało...
Nadszedł stary Dalibor.
— Gdyby nie opatrzność, — rzekł ręce podnosząc do góry, nie obroniłbym się — choć czeladź dobrze się zwijała. Gromady nie nadciągnęły, a baba Żurycha namówiona podobno im furtę tylną obiecała otworzyć. Oskarżono ją o to a najmocniej świadczy winę, iż uciekła.
Przybyli stali zdumieni...
— Wojna! — zawołał Pokrzywka...
— Nie bał bym się jéj — wtrącił Szary — a zmógł bym biesa złego, gdybym doma mógł siedzieć — ale mnie na inną wojnę wołają — i muszę...
Wyprosiłem się na dzień, dwa wojewodzie, jakby mnie co tknęło...
Z przybyciem sąsiadów otucha wstąpiła w serca, Dalibór się czuł bezpiecznym. Florjan brata żony umawiał i gości swych, aby najdroższego skarbu jego strzegli.
Leliwa siostrę do siebie dla ubezpieczenia zabrać chciał, ale sama Domna oparła się temu starego ojca nie chcąc rzucić, który swego gniazda opuścić i zdać na cudze ręce nie mógł.
— Tu głowę położę — mruczał, — ale przed tym zbójem uchodzić — nie doczekanie jego. Srom dla moich siwych włosów, a od sromu lepsza — śmierć.
Zakrzyczano go, że wszyscy z nim Surdęgi bronić będą... Poszli tedy zaraz do koła opatrywać zameczek, ku czemu Pokrzywka się zdał i wielkie miał serce.
— Na wojnę nie zdążam, bo jedna ręka martwa mi wisi, to choć tu posłużę.
Tak dzień zszedł, a Florjan na ojca zdając gości, więcéj żony i dzieci pilnował, po których miał tęsknić długo...
Domna już odzyskała całe swe męztwo, uśmiech i wielkie serce.
— Jedź spokojny — mówiła — my żołnierskie żony nawykłe być do tego powinnyśmy, że się z królem, ba i z wrogiem mężami dzielić musiémy. Toć dola nasza... a jam wiedziała kto mnie brał i komum przysięgała...
Jedź spokojny — powtarzała — Pan Bóg nas uratował cudem, nie odmówi i dalej opieki swej. Ludzi mamy mężnych, a ja i ojciec nie zaśpiemy. Co dopiero gdy przyjaciół w pomoc dostaniesz, a za opiekuna brata!
— Tak ty mi serca dodajesz, — rzekł Flojan[1] — bo co powinność rycerska to powinność — ano — mnie tak was tu zostawić z tym złoczyńcą pod bokiem?
Domna uderzyła go po ramieniu.
— Wszystko złe przeszło — rzekła — ja to czuję w duszy méj. Dawniéj obawiałam się tego człowieka, jawił mi się we snach często, żem z krzykiem do kolebki przypadała broniąc Staszka... Dziś coś mi powiada, iż nie potrafi nic przeciwko nam...
Jedź, miły mój, a powracaj z łupem, i co lepsza, z imieniem dobrem, zastaniesz nas w progu nie jak teraz zapłakanych i strwożonych, ale witających zwycięzcę i szczęśliwych.
— Amen, — dodał Szary — i oby się to sprawdziło.
— Bóg łaskaw! — szepnęła kobieta...
Jeszcze dzień jeden pozostał Szary w domu, a miał tę pociechę, że mu cieśle do wieczora wrota nowe powstawiali, oczyścili wjazd i ostrokoły poumocywali.
Trzeba się było rozstać z Domną. Mężna niewiasta wyszła z dziecięciem na ręku na próg i przeżegnała go krzyżem świętym. Szary ciągnął do króla — wołała powinność.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Florjan.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.