Józef Balsamo/Tom IX/Rozdział CXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXVIII
CZEGO TRZEBA BYŁO ALTHOTAS’OWI DO OSTATECZNEGO PRZYGOTOWANIA ELIKSIRU

Nazajutrz, około czwartej po południu, Balsamo czytał u siebie w gabinecie list, który mu Fryc przyniósł przed chwilą.
List był bez podpisu.
— Znam ten charakter — rzekł do siebie Balsamo, znam te długie, równe litery i to pismo, pełne błędów ortograficznych.
List zawierał, co następuje:

Panie hrabio!

„Osoba, która była już raz u pana, przed upadkiem ostatniego ministra, ma zamiar złożyć panu ponownie wizytę. Czy będziesz łaskaw przyjąć ją dziś u siebie pomiędzy czwartą a piątą?
Balsamo obracał bilecik w ręku.
— Kto to być może? Nie opłaci się pytać o to Lorenzy. Pismo jest podłużne, znak, że pisała to arystokratyczna ręka, pełne błędów ortograficznych, to na pewno jakiś wielki pan, dworzanin; znać drżącą rękę, więc autorem listu jest starzec. A! toż to książę Richelieu!
Naturalnie iż cię przyjmę, panie marszałku, gotów jestem cały dzień ci poświęcić. Czyż nie jesteś jednym z mych agentów, nie wiedząc wcale o tem?... Przybywaj, przybywaj, książę!
Balsamo wyjął zegarek, aby zobaczyć, jak daleko jeszcze do czwartej.
Dzwonek jakiś przerwał ciszę.
— Co to? — szepnął Balsamo — Lorenza mię wzywa, Lorenza? Może jej się co złego stało? Wczoraj była tak dobrą dla mnie, cierpliwą, słodką. Biedne dziecko! Pójdę natychmiast.
Poprawił w lustrze ubranie i włosy i udał się do włoszki.
Przed wejściem do jej pokoju zatrzymał się, wyciągnął dłonie w kierunku drzwi, prowadzących do buduaru młodej kobiety i rozkazał jej usnąć natychmiast; później zajrzał przez szparę, czy go usłuchała. Lorenza leżała na kanapie, na którą padła zapewne, gdy Balsamo spać jej rozkazał. Żaden malarz nie wymyśliłby piękniejszego obrazu: leżała nieruchomo, luźna suknia ułożyła się wokoło niej w malowniczych fałdach. Była tak pociągająco piękną i tak wzniosłą zarazem, iż Balsamo zadrżał i obudził ją natychmiast. Lorenza otworzyła znużone oczy, siadła powoli na kanapce, przycisnęła ręką czoło, jakby chciała zebrać myśli i spojrzała na hrabiego.
Ten przypatrywał się jej z pewnym strachem, był tak przyzwyczajony do jej gniewu po przebudzeniu, iż spokój zadziwił go niezmiernie, przeczuwał coś niezwykłego.
Lorenza sennie patrzyła na niego.
— Proszę, usiądź pan obok mnie — odezwała się w końcu.
— Usiąść? — odrzekł z zapałem. — Ty wiesz, najdroższa moja, iż mam jedno tylko życzenie: życie ci poświęcić.
— Proszę pana, siądź na tem krzesełku — powtórzyła, Lorenza tym samym co poprzednio głosem.
— Zrobię wszystko, co zechcesz, droga moja.
I siadł obok młodej kobiety.
— Mam prośbę do pana — powiedziała czule młoda kobieta.
— Dziecko najdroższe! — wołał, coraz więcej zachwycony jej zachowaniem się, Balsamo — mów tylko, mów.
— Mam prosić o jedno tylko, lecz tego pragnę gorąco, uprzedzam pana.
— Powiedz, Lorenzo, czego sobie życzysz, choćby mnie to miało kosztować pół życia, uczynię to dla ciebie.
— Kosztować cię to będzie tylko chwilkę czasu, drogi panie.
Balsamo, wzruszony tą anielską dobrocią, przemyśliwał nad tem, coby mogło sprawić przyjemność biednemu dziewczęciu.
— Zapewne pragnie jakiejś towarzyszki — pomyślał — jest to niebezpieczne trochę, ale zgodzę się przez wzgląd na jej fatalne odosobnienie.
— Mów-że, Lorenzo, czego sobie życzysz — rzekł głośno, ogarniając ją miłosnem spojrzeniem.
— Pan wiesz — ozwała się smutno — iż umieram tu z nudów, moja młodość przemija marnie w tem więzieniu, życie moje to rozpacz bez granic.
— Od ciebie wszak zależało, abyś tu była szczęśliwą, jak królowa — odpowiedział hrabia.
— Być może. Mówiłeś mi pan, iż jesteś dobrym chrześcijaninem, chociaż...
— Chociaż, podług ciebie, dusza moja jest stanowczo zgubiona, czy to chciałaś powiedzieć, Lorenzo?
— Proszę, nie przerywaj mi hrabio.
— Słucham zatem.
— Nie daj mi pan zginąć i zestarzeć się tak młodo, skoro ci nie jestem w niczem użyteczną.
Zatrzymała się. Balsamo był już panem siebie, patrzył na mówiącą ze ściągniętemi brwiami.
— Udziel mi — ciągnęła dalej Lorenza — nie wolności i swobody zupełnej, bo widzę, że przekleństwo jakieś oddało mię w wieczną niewolę; lecz udziel mi choć nieco swobody, pozwól mi widzieć twarze ludzkie, słyszeć czyjś głos, przejść się kiedy choć przez chwilę, bo oszaleję!...
— Przeczułem twe życzenie, Lorenzo, oddawna to samo miałem na myśli....
— Zatem!... — wykrzyknęła z radością.
— Lecz nie mogłem tego uczynić z twojej własnej winy. Znasz tajemnice moje, Lorenzo, byłem warjatem, że ci je powierzyłem, ale stało się to i nie odstanie. Wiesz o tem, iż Althotas wynalazł kamień filozoficzny, wiesz, że niedługo wynajdzie może eliksir życia; wiesz o tem również, że ja i moi przyjaciele spiskujemy przeciw monarchji. Gdyby się kto o tem od ciebie dowiedział, zginąłbym na stosie. Mówiłaś mi wszak kiedyś, Lorenzo, że gdy zostaniesz wolną, zdemaskujesz mnie przed panem de Sartines, czy przypominasz to sobie?...
— Cóż chcesz!... jestem czasem tak zrozpaczona, że nie wiem sama, co mówię....
— Dziś jesteś spokojną, dziecko drogie, mówmy więc rozsądnie.
— Dobrze.
— Jeśli wrócę ci wolność, czy będziesz dla mnie słodką i oddaną żoną?... To jedyne moje marzenie.
Lorenza milczała.
— Pokochasz mię nareszcie?... — dokończył Balsamo z westchnieniem.
— Nie mogę obiecywać rzeczy, których nie jestem pewną, może Pan Bóg zmieni w końcu nienawiść moją na miłość.
— To nie dosyć, Lorenzo, złóż mi przysięgę, wiążącą cię w tem i przyszłem życiu, a będziesz wolną.
Lorenza oparła się o kanapkę i zakryła twarz chusteczką.
— Zgadzasz się, Lorenzo?...
— Co mam właściwie zaprzysiąc?...
— Przysięgnij, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie zdradzisz wynalazku Althotas’a.
— Przysięgnę.
— Przysięgnij, iż nigdy nie wspomnisz o naszych zebraniach politycznych!
— I na to zgadzam się w zupełności. Czy to już wszystko?...
— Nie, przysięgnij — bo to rzecz dla mnie najważniejsza, Lorenzo, bo od tego zależy szczęście moje, przysięgnij, że nigdy mnie nie porzucisz. Tego żądam i pod tym warunkiem mogę ci ofiarować wolność.
Młoda kobieta zadrżała.
— W jakiej formie ma być ta przysięga?...
— Pójdziemy razem do kościoła, przyjmiemy razem komunję świętą i wtedy przysięgniesz na to, co ci dopiero mówiłem. Przełamiemy hostję na połowę, jedną ty przyjmiesz, drugą ja; przysięgniemy wzajemnie: ty, że nie zdradzisz mnie nigdy, ja że życie poświęcę, aby cię uczynić szczęśliwą.
— Nie!... to nie przysięga, to bluźnierstwo!
— Przysięga nigdy nie jest bluźnierstwem, stać się niem może dopiero wtedy, gdy ją złamiesz.
— Nie mogę przysiąc.
— Miej więc cierpliwość, Lorenzo — rzekł Balsamo bez gniewu, lecz surowo.
Czoło Lorenzy zachmurzyło się nagle.
— Odmawiasz mi więc? — spytała.
— Nie ja, ty raczej to czynisz. Słuchaj, Lorenzo, co mogę uczynić dla ciebie: Bóg, wypadek, czy fatalizm, przykuł nas do siebie, w tem życiu nic nas rozdzielić nie zdoła, śmierć chyba zerwie łączący nas łańcuch.
— Wiem o tem — odparła młoda kobieta niecierpliwie.
— Otóż, w ciągu ośmiu dni, postaram się o towarzyszkę dla ciebie.
— Co?!... towarzyszkę, w tem więzieniu?!.. nie chcę jej!...
— To wszystko, co mogę uczynić dla ciebie. We dwie łatwiej wam będzie żyć tutaj.
Dziewczę rzuciło się niecierpliwie.
— Mylisz się, mój panie, nie zgodzę się nigdy na to!... Dotychczas cierpiałam sama, czyż mam patrzyć na drugą twą ofiarę, bladą i jak ja usychającą!... Na nieszczęśliwą, rzucającą się jak raniona sarna w tej klatce, płaczącą dnie i noce, a gdy będzie martwą, jak ja nią jestem teraz, gdy zamiast jednego będziesz miał dwa trupy koło siebie, powiesz z anielskim uśmiechem: „Jak się te dzieci bawią; szczęśliwa młodość!”... Boże wielki!... ja mam zgodzić się na to?... Nie!... nie!.. po tysiąc razy, nie!!...
Całą siłą uderzyła nogą w podłogę.
— Lorenzo, błagam cię, uspokój się, Lorenzo!...
Chcesz spokoju?... Kat, mordujący ofiarę, żąda cierpliwości!... ha!.. ha!...
— Lorenzo, zastanów się, iż nic nie zmieni przeznaczenia, nie doprowadzaj mnie do szaleństwa twym gniewem!
Dam ci towarzyszkę młodą i kochającą, wesołą i uśmiechniętą, przyjm, co ci ofiaruję.
— A!... odgadłam cię nareszcie!... przyprowadzisz kobietę i powiesz jej: „na górze jest warjatka, biedna dziewczyna!... młoda i piękna!... Pilnuj jej pani, gdy biedaczka umrze, zapłacę ci sowicie.
— O!... Lorenzo! Lorenzo!... — szepnął Balsamo.
— Możem się omyliła?... — ciągnęła ironicznie młoda kobieta — ach! wiem nareszcie, co zamyślasz, panie hrabio; kobiecie tej powiesz zapewne: miej się na baczności, ta biedaczka jest furjatką, pilnuj jej i zdawaj mi sprawę z jej postępowania. Złoto cię nie kosztuje, możesz płacić niezmiernie hojnie.
— Lorenzo!... nie wiesz, co mówisz doprawdy, nie zasłużyłem na takie posądzenie. Nie pojmujesz, że, dając ci towarzyszkę, narażam się okropnie wszak i ona może wyśledzić tajemnice moje, a jednak uczynię to, aby cię rozerwać.
— Mnie rozerwać!.. Boże Wszechmogący!... ratuj mnie!... — wołała nieszczęśliwa, załamując dłonie i śmiejąc się, jak szalona.
Balsamo drgnął, śmiech ten wstrząsnął nim do głębi.
— Lorenzo, miej cierpliwość, zobaczysz, że będziesz szczęśliwą.
— Pozwól mi iść do klasztoru.
— Do klasztoru!...
— Będę się tam modliła za siebie i za ciebie, lecz nie będę zamkniętą, będę miała ogród, będę mogła odetchnąć powietrzem, przejdę się choć po cmentarzu. Panie, złożę ci przysięgę jaką zechcesz, ale pozwól mi iść do klasztoru. Balsamo — błagam cię!...
— Lorenzo!.. Lorenzo!... nie możemy się rozłączyć, nie żądaj tego, co przechodzi poza granicę tego domu.
— Nie chcesz więc? — spytała przygnębiona.
— Nie mogę.
— Czy to ostatnie słowo?...
— Ostatnie i nieodwołalne.
— Mam jeszcze jednę prośbę — rzekła z uśmiechem.
— O!... skarbie mój, uśmiechaj się, uśmiechaj, mój aniele, za tym uśmiechem poszedłbym w ognie piekielne!...
— Powiedziałeś przed chwilą, iż nadejdzie dzień, w którym będę wolną i szczęśliwą.
— Przysięgam ci, że czekam tego dnia z równą, jak ty, niecierpliwością.
— Balsamo, mogę nią być natychmiast!... — rzekła ze słodyczą. — Jestem bardzo wyczerpana, jestem bardzo a bardzo słaba, widzisz, tyle cierpiałam!... przyjacielu drogi, słuchaj mnie: od ciebie zależy, aby dzień dzisiejszy był dniem mego szczęścia.
— W jaki sposób? — spytał zmęczony Balsamo.
— Otóż...
Młoda kobieta wzdrygnęła się.
— Acharacie drogi, byłam kiedyś obecną przy twych doświadczeniach ze zwierzętami, które na śmierć skazywałeś, niby dla dobra ludzkości. Zauważyłam wtedy, iż skracałeś im męki za pomocą kropli trucizny, działającej z błyskawiczną szybkością, zauważyłam, że niewinne stworzenia padały natychmiast nieżywe prawie bez bólu. Acharacie...
Zatrzymała się chwilę.
— Cóż dalej, Lorenzo?
— Zrób to dla mnie, co czynisz dla zwierząt, zabij mnie, błagam cię o to na kolanach, a pożegnam cię z uśmiechem wdzięczności na zamierających ustach, zaklinam cię na pamięć matki twojej, na wszystko, co możesz mieć świętego na ziemi i w niebie, zabij mnie! uczyń to dla mnie — zabij mnie!...
— Lorenzo, na litość boską — jęknął Balsamo, chwytając w objęcia młodą kobietę — szaloną jesteś?... Ja miałbym cię zabić? Ja miałbym zgładzić miłość moją, życie moje, anioła mojego?...
Lorenza wyrwała mu się z objęć i padła na kolana.
— Nie wstanę — wołała — dopóki nie uczynisz tego, o co cię błagam. Wyświadcz mi tę wielką łaskę: uśpij mnie na wieki!
— Lorenzo, na Boga, dlaczego tak ranisz mi serce? Więc aż do tego stopnia czujesz się nieszczęśliwą, więc aż tak dalece mnie nienawidzisz?
— Nienawidzę niewoli i przymusu, a ty zamknąłeś mię tutaj, nienawidzę cię! strasznie nienawidzę!
— A ja kocham cię nad życie i nauczę cię kochać życie.
— Nie, nie, to niemożebne, ja kocham śmierć tylko!
— Dziecko moje, miej litość.
— Śmierć lub życie! — krzyknęła Lorenza, nieprzytomna z rozpaczy — dziś lub nigdy! odpowiadaj co mi dasz, śmierć, czy życie?
— Życie, Lorenzo, życie.
— Zatem wolność.
Balsamo milczał.
— Więc śmierć, śmierć za pomocą trucizny, podanej podczas uśpienia. O!... uczyń to, uczyń koniecznie.
— Życie i cierpliwość, Lorenzo.
Zaśmiała się strasznym śmiechem, cofnęła się w tył, wyciągnęła z kieszeni cienki sztylet i z szybkością błyskawicy zagłębiła go w piersiach.
Balsamo krzyknął przeraźliwie: rzucił się ku niej i wyrwał jej sztylet z ręki, zanim zdołała zadać drugi cios. Pasując się z nią, zranił się sam w dłoń.
Trwało to sekundę zaledwie, złożył nieszczęśliwą na łóżku i wyciągając ku niej zakrwawioną rękę, zawołał:
— Śpij, Lorenzo, śpij, rozkazuję ci!
— Nie! nie! — szepnęła Lorenza — gdzie sztylet? nie będę spała! nie!...
— Śpij!!
Biedne dziewczę westchnęło tylko i głowa opadła jej na piersi, niby główka zranionego ptaszka: drgnienie nerwowe przebiegło ciało. Spała.
Balsamo zbliżył się do niej, rozerwał suknię; rana wydawała mu się lekką, ale krew płynęła z niej obficie.
Przyciśnięcie ukrytej sprężyny było dziełem sekundy; ruchoma klapa opuściła się, Balsamo stanął na niej i wzniósł się w górę. Za chwilę znalazł się w laboratorjum starego.
— Al! to ty, Acharacie? — zawołał Althotas. — Pamiętaj, że za ośm dni kończę okrągłe sto lat i wiedz, że potrzebuję krwi dziecka lub dziewicy.
Balsamo nic nie słyszał, poskoczył do szafy chwycił flaszeczkę jakąś, siadł na windę i chciał zjeżdżać na dół.
Stary krzyczał z całej siły:
— Słuchaj, nieszczęśliwy, umrzesz, jeżeli za ośm dni nie dostarczysz mi dziecka lub dziewicy!
Balsamo odwrócił się się.
— Dobrze, dobrze — odrzekł śpiesznie — bądź spokojny, będziesz miał, co ci potrzeba.
Pociągnął za sznur i zjechał na dół.
Zaledwie znalazł się w pokoju Lorenzy, rozległ się dzwonek Fryca.
— To Richelieu zapewne — mruknął Balsamo. — O! chociaż jesteś księciem i marszałkiem Francji, musisz poczekać, mój panie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.