Józef Balsamo/Tom IX/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wydania 1925
Druk „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ALEKSANDER DUMAS
(OJCIEC)
PAMIĘTNIK LEKARZA
JÓZEF BALSAMO
ROMANS
Tom IX
WARSZAWA — E. WENDE i S-ka
Kraków, Lwów, Poznań, Wilno, Gdańsk — Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch“ Sp. Akc.
Łódz i Katowice — Ludwik Fiszer.


Drukarnia Leona Nowaka, Warszawa, Warecka 12





CV
SPRAWOZDANIE

Po wyjściu członków drugiego i trzeciego rzędu, pozostało tylko siedm osób to jest siedmiu naczelników.
Poznali się zapomocą znaków tajemniczych.
Najprzód pozamykali drzwi. Prezes wstał i ukazał pierścień, na którym były wyryte tajemnicze litery. L. P. D. (Lilia pedibus destrue). Prowadził on korespondencję z sześcioma naczelnikami wolno-mularzy, mieszkającymi w Szwajcarji, Danji, Ameryce, Szwecji, Hiszpanji i Włoszech. Kilka listów przyniósł ze sobą, aby podzielić się nowinami z kolegami.
Zapewne domyślacie się, że owym szefem był Balsamo. Najważniejszy list był ze Szwecji, napisał go Swedenborg.
— Uważajcie na południe, bracia — pisał on — gorące słońce tamtejsze ogrzało i przytuliło zdrajcę.
Ten was zgubi. Baczność na Paryż, tam żyje ten zdrajca! tajemnice nasze są w jego rękach, a wiem że nas nienawidzi. Przeczuwam coś strasznego, gotuje się zdrada, która wniwecz obróci nasze plany.
Słuchający zadrżeli, wierzyli w przenikliwość Swedenborga; Balsamo również zasępił się, słysząc te hjobowe wieści.
— Bracia — przemówił wkońcu — prorok rzadko kiedy się myli, wierzcie mu więc i słuchajcie Jego rozkazów. Wiecie, że walka się zaczyna, nie dajmy się pobić przez wrogów, których potęgę znamy. Pieniądze to wielka siła. Bracia, wykryjmy zdrajców!
— To są czcze obawy — przerwał głos jakiś — codziennie jesteśmy silniejsi, a prowadzi nas genjalna i zacna ręka.
Balsamo skinieniem głowy podziękował za pochwałę.
— To prawda, ale zdrada wciśnie się wszędzie — odezwał się Marat. — Pomimo młodego wieku dostał on tytuł szefa, z powodu zasług, położonych dla towarzystwa, i pierwszy raz uczestniczył w takiej sesji. — Czyż pieniądze są taką potęgą? Wszak wiecie, że przynętę zwiększa się stosownie do zwierzyny lub ludzi, których złowić chcemy.
Tak więc, gdy pan de Sartines workiem dukatów może przekupić jednego z braci, to minister za pomocą miljona przeciągnie na swą stronę którego z naczelników. Nasze stowarzyszenie jest urządzone świetnie, lecz jest nawskroś arystokratyczne, niżsi członkowie nie mają pola do działania, starsi tylko rządzą, pomimo, że tamci poświęcają nam pieniądze i czas. Robotnik przynosi tylko kamienie i wapno, ale bez wapna i kamieni nie można domu zbudować.
Robotnik ten ma podrzędną rolę, jednak dla mnie stoi on narówni z budowniczym i technikiem, którzy tworzą plany tegoż domu, bo jest on człowiekiem, jak oni, słabym wytworem natury, i lada kamień, lada upadek zabić go może.
— Przerywam ci bracie — wyrzekł Balsamo. — Posiadasz ogromną wadę: przesadzasz i wtrącasz się do wszystkiego.
Pozwól sobie powiedzieć, że całe twe dowodzenie jest w zasadzie fałszywe, a gdybym dyskutował z tobą, powiedziałbym najprzód: robotnik nie jest równy budowniczemu, jak ręka nie równa się mózgowi.
— Jeśliby pan de Sartines złapał najniższego brata naszego, — wykrzyknął Marat gorąco — i zamknął go w Bastylji, czyż nie umarłby tam równie jak pan i ja?
— Na to się zgadzam, ale śmierć członka byłaby stratą tylko jednostki, podczas gdy śmierć naczelnika, przyniosłaby szkodę całemu towarzystwu; gdy niema dowódcy — bitwa przegrana! Bracia, słuchajcie naczelników.
— Ale niech i ci nas spytają o zdanie.
— Jeszcze raz zwracam ci uwagę, bracie, że przekraczasz granice twej władzy. Trzymamy się skrupulatnie zasady równości.
— Nie zawsze.
— Zawsze; słuchajcie, co mówi Swedenborg przy końcu swego listu:
Złe przyjdzie od człowieka, zajmującego wysokie stanowisko. Bądźcie więc ostrożnymi bracia!
— Zatem — mówił, uparty doktór — powtórzmy przysięgę, jaka nas łączy, i przysięgnijmy utrzymać ją w całej surowości.
Balsamo wstał z miejsca i głosem potężnym, a zarazem spokojnym, wyrzekł święte słowa, które już czytelnicy nasi raz słyszeli.
— W imię Syna ukrzyżowanego przysięgam zerwać wszystkie węzły jakie mię łączą z ojcem, matką, bratem, siostrą, żoną, rodzicami, przyjaciółmi kochanką, królem, dobroczyńcą, panem i każdą istotą, której przyrzekłem wiarę, posłuszeństwo, miłość, wdzięczność i służbę. Przysięgam zdać sprawę mojemu prezesowi ze wszystkiego, co widziałem, słyszałem, robiłem, czytałem, a nawet myślałem.
Będę czcić truciznę, żelazo i ogień, jako środki oczyszczenia świata z tyranów, a wprowadzenia wolności i prawdy.
Przyrzekam milczenie; zgadzam się umrzeć tegoż dnia w którym zasłużę na karę; gdziekolwiekbym się znajdował, bez skargi oczekiwać będę na nóż, mający mnie przebić.
Siedm osób, stojąc z odkrytemi głowami, powtórzyło słowo w słowo te straszne wyrazy.
— Zatem mamy już rękojmię — rzekł Balsamo.
Teraz słuchajcie: zdam wam rachunek z całego roku. Zaczynam:
— Francja leży w środku Europy, jak serce w naszem ciele; ona żyje i daje życie. W jej stanie trzeba szukać przyczyn zaburzenia całego organizmu. Przyjechałem do Francji i zbliżyłem się do Paryża, jak doktór do serca chorego, badałem, opukiwałem. Przeszłego roku monarchja osłabła, dziś dobijają ją występki. Ktoś mi przeszkadzał w mych zamiarach; był to człowiek najpotężniejszy w kraju pierwsza osoba po królu.
Posiadał zalety podobające się innym ludziom.
Był za dumny, to prawda, ale umiał tej dumy używać; posiadał dar osładzania jarzma ludowi, łudząc go zręczną frazeologją, że on stanowi jeden ze stanów państwa; wokoło sztandaru, który on wywiesił, gromadziły się masy ludu.
Nienawidził anglików, naturalnych wrogów Francji, niecierpiał faworyty króla, jako naturalnej nieprzyjaciółki klas roboczych. Gdyby ten człowiek był jednym z naszych, szedł naszą drogą, dążył do naszego celu, byłbym go oszczędził, utrzymał przy władzy, zapomocą wszystkich mych wpływów, bo kiedyś byłby nam pomógł do obalenia królestwa.
Lecz należał on do arystokracji, urodził się i wychował wśród niej, miał wrodzony szacunek dla króla, jako do pana; chociaż nienawidził go, szanował jego wysokie stanowisko, więcej jeszcze, był puklerzem, o który odbijały się nasze ciosy. Parlament i naród był pełen szacunku dla tej taktownej opozycji.
Pojąłem położenie. Postanowiłem zrzucić Choiseul’a z tej wyżyny.
To wielkie dzieło, nad którem od sześciu lat tylu mu nienawistnych pracowało, przeprowadziłem w kilka miesięcy. Zapomocą tajemnicy, która jest moją siłą, siłą tem potężniejszą, że na zawsze pozostanie zakrytą przed wzrokiem innych, wypędziłem pana de Choiseul.
Trud mój przyniósł już owoce; cała Francja błaga o powrót Choiseul’a, burzy się, aby go znów dostać, błaga, jak sieroty, wznoszące ręce ku niebu, gdy Bóg zabiera im ojca.
Parlamenty posiadają jedyną władzę, a tą jest — bezwładność, zaprzestały więc swych czynności. W mądrze zbudowanym organizmie, jakim powinno być państwo, paraliż głównego członka musi być dla niego śmiertelnym. Parlament jest w ciele społecznem tem, czem żołądek w ciele ludzkiem: gdy parlament przestaje pełnić swe funkcje, naród nie może pracować, zatem przestaje płacić, a brak pieniędzy w obiegu, to jest krwi w organizmie, da się uczuć wkrótce.
Rząd zechce walczyć, lecz któż będzie walczyć z całym narodem? Przecie nie armja, ta córka ludu, żyjąca Chlebem z jego pól, winem z jego winnic. Pozostawmy królowi jego przyboczną gwardję, szwajcarów, muszkieterów, wszystko to razem stanowi zaledwie sześć tysięcy ludzi.
Cóż znaczy ta garstka wobec olbrzyma, jakim jest cały naród?
— Niech więc powstanie ten olbrzym!... — zawołało kilka głosów.
— Do dzieła!... — dodał Marat.
— Młodzieńcze, nie pytałem cię o zdanie — odrzekł zimno Balsamo.
— Ta masa — ciągnął dalej — ten bunt słabych, którzy stają się silnymi tylko przez swą liczbę, możeby zgniótł tych silnych, lecz ja zbadałem sprawę gruntownie i doszedłem do przeciwnego wniosku.
Aby poznać ten lud, zbliżyłem się do niego i przybrawszy grubą odzież, zdobyłem jego zaufanie. Dziś znam go nawylot. Jest on silny, lecz nieświadomy, gniewa się łatwo, lecz nie zna uczucia zemsty, jednem słowem jest jeszcze za mało dojrzały do czynów, jakich wymagamy od niego. Brak mu nauki, brak mu pamięci, brak własnego doświadczenia.
Podobny jest do młodych odważnych chłopców, których widziałem w Niemczech, na zabawach ludowych. Wchodzili oni na maszt, na którego szczycie leżała szynka i pieniądz srebrny. Odważnie wdrapywali się w górę, a przy końcu, gdy wyciągnięcie ręki wystarczyłoby do zabrania nagrody, tracili odwagę, siły ich opuszczały i spadali na dół, przy dzikich okrzykach tłumów.
Tak było za pierwszym razem. Za drugim oszczędzali sił, ale przegrywali przez powolność, jak wpierw przez pośpiech; za trzecim razem dopiero wygrywali, gdyż stosowali szybkość właściwą. To jest mój plan. Próby nam są potrzebne i tylko próby te doprowadzą nas do celu“.
Balsamo przestał mówić i spojrzał po słuchaczach, w których ważyły się wszystkie namiętności młodości i niedoświadczenia.
— Mów, bracie — rzekł do Marata.
— Będę zwięzłym — odparł chirurg — próby usypiają lud, jeśli nie wyniszczają. Doświadczenia — oto teorja J. J. Rousseau’a, obywatela z Genewy, wielkiego poety, ale genjusza powolnego, obywatela nieużytecznego, którego Platon wykluczyłby ze swej rzeczypospolitej!... Czekać!... Zawsze tylko czekać!... Toż siedm wieków już czekamy!...
Policzcie pokolenia, które wyginęły od tego czasu i, powiedzcie, macież odwagę brać tę dewizę na przyszłość: Czekać! Rousseau mówi nam o opozycji, takiej jaka istniała w dawnych wiekach, opozycji objawiającej się na klęczkach przed królem, takiej jaką widzimy w komedjach Moliere’a, satyrach Boileau’a i bajkach La Fontaine’a. Nędzna opozycja, która nic nie zdobyła. Małe dzieci umieją te teorje na pamięć, powtarzają, nie rozumiejąc, i zasypiają nad niemi. Rabelais też zajmował się polityką, ale z takiej polityki śmiejemy się, ona nas nie poprawi. Dosyć poetów! dosyć teoretyków, czynów nam trzeba!... Od trzech wieków leczymy Francję, a boimy się środków radykalnych! Chirurgji jej trzeba, chirurgji, która kraje!
Społeczeństwo jest zgangrenowane, wytnijmy skalpelem gangrenę!... Ten może bawić się poezją, kto syty i szczęśliwy, lecz głód, nędza i rozpacz nie dadzą się osłodzić poezją i bajkami. Nędzarze cierpią, okropne jęki wydają, biada temu, kto ich nie słyszy!... przeklętym niech będzie ten, kto na nie nie odpowiada! Rewolucja oczyści umysły z rdzy, prędzej niż tysiąc lat czekania, prędzej, niż trzy wieki przykładów i prób. To wiele, bardzo już wiele!...
Szept pochwalny rozległ się dokoła.
— Gdzież nasi wrogowie — ciągnął z zapałem Marat, — mieszkają nad nami, w pałacach, otaczają trony, które ochraniają staranniej, niż dawni Trojanie.
Palladium, które ich czyni tak potężnymi, to — król. Do niego dojść można po karkach jego dworzan; tak samo jak można dojść do generała, tylko rozbiwszy jego wojsko.
Zgładźmy gwardję, a dojdziemy do ich bóstwa. Naprzód wojna dworakom, arystokracji, magnatom, potem królowi.
Policzcie, ile to głów wyniesie. Zaledwie dwakroć sto tysięcy, przejdźmy się z pałaszem w ręku po tym pięknym ogrodzie, który zowie się Francją, zetnijmy te 200,000 głów, a oczyścimy plac boju z niepotrzebnych dekoracji, i pozostaną dwie potęgi: król i lud. Zobaczymy, kto zwycięży.
Gdy karły chcą obalić kolos, rozpoczynają od piedestału, gdy drwale chcą ściąć dąb, rozpoczynają rąbać u korzenia. Idźmy za ich przykładem, przyłóżmy siekierę do korzenia, a dąb odwieczny padnie...
— I padając zabije was, nieszczęśliwi! — zawołał Balsamo grzmiącym głosem. — Ach! występujecie przeciwko poetom, a jakżeż wy sami dalecy jesteście od rzeczywistości.
Bracie, bracie, powtarzasz frazesy z jakiegoś romansu!
Marat zaczerwienił się gwałtownie.
— Czy wiesz, młodzieńcze, co znaczy to słowo — rewolucja? Ja widziałem już ich 200. Byłem ich świadkiem w starożytnym Egipcie, w Asyrji, Grecji i Rzymie. Widziałem je w wiekach średnich, gdy Wschód zniszczył Zachód, a Zachód Wschód. Od czasów pasterskich do naszych było ich przeszło sto; a w tej chwili skarżyłeś się na niewolę, cóż więc one zrobiły? Nic. Dlaczego? Bo wszyscy śpieszyli się nadto!
Zrzucić kajdany! krzyczycie. Ale nie rozumiecie, czego żądacie. Ci, którzy bez namysłu próbowali rozerwać więzy, padali znużeni, złamani, nieufni. Czy tego chcecie? Jak Bóg, widziałem życie dwudziestu, trzydziestu pokoleń ludzkich. Jak Bóg, jestem nieśmiertelny. Jak on będę cierpliwym. Trzymam w swych rękach losy świata. Nikt mnie nie zmusi do rozwarcia mej ręki. Zawiera ona piorun, wiem o tem. Ale, panowie, zejdźmy wreszcie z tych wyżyn na ziemię.
Panowie! powtarzam wam: jeszcze nie czas na rewolucję; obecny król jest zaledwie cieniem dawnych potężnych władców, jednak w tym majestacie jest jeszcze coś, co olśniewa tłumy. Ten jest i umrze królem; jego rasa jest zuchwała, lecz czysta. Jego pochodzenie łatwo odgadnąć mu z czoła, z ruchu i głosu. Ten pozostanie królem, powtarzam. Skażmy go na śmierć, a powtórzy się historja Karola I, kaci jego ukorzą się przed nim, a otoczenie ucałuje z pokorą kraj jego szaty. Wprawdzie Karol I zginął na rusztowaniu, ale syn jego, Karol II umarł na tronie. Anglja zanadto pospieszyła się. Czekajcie więc! czekać, to moje hasło. Chcecie złamać lilję. To nasza dewiza: Lilia pedibus destrue; nie dozwólmy więc, aby pozostała jaka latorośl z kwiatu Ś-go Ludwika. Chcecie zwalić królestwo?... czekajcie, aż przestanie być ono kapłaństwem, a stanie się prostym urzędem! Najświętszem w tem panowaniu jest następstwo po ojcu syna, którego niby Bóg naznaczył dla przewodniczenia ludom. Słuchajcie więc! Delfinowa, żona następcy tronu francuskiego... zbliżcie się panowie...
— Cóż? — spytało z przerażeniem audytorjum.
— Panowie, delfinowa jest jeszcze dziewicą!
Szept zdumienia rozszedł się po sali, szept nienawiści, triumfu i radości zarazem.
— W tym więc stanie rzeczy — rzekł Balsamo — przypuścić mogę dwie możliwości.
— Pierwszą jest ta, że delfinowa pozostanie bezdzietną i ród, panujący obecnie, wygaśnie; przyszłość więc uśmiecha się nam. Stanie się to, co już było we Francji, za każdym razem, gdy trzej synowie panowali po kolei; tak było z synami Filipa Pięknego: Ludwikiem, Filipem Długim i Karolem IV, którzy pomarli bezdzietni, a panowali po sobie; to samo było z trzema synami Henryka II: Franciszkiem II, Karolem IX i Henrykiem III, również obejmującymi tron po sobie; i ci nie pozostawili potomstwa. Jak oni, Delfin, hrabia Prowancji i hrabia d’Artois — będą panowali po sobie, i jak tamci nie pozostawią synów: to prawo przeznaczenia.
Następnie, jak po Karolu IV, ostatnim potomku Kapetyngów, wstąpił na tron Filip VI Walezjusz, król linji bocznej; jak po Henryku III, ostatnim z rodu Walezjuszów, nastał Henryk IV Bourbon, członek linji pobocznej, tak po hrabi d’Artois, którego fatalizm przeznaczył na ostatniego ze starszej linji, może przyjdzie jaki Cromwell, lub Wilhelm Orański, zatem już obcy panującemu rodowi.
To moje pierwsze przypuszczenie.
Drugiem jest, że Marja-Antonina nie umrze bezdzietną. Jest to pułapka dla nas, wszak prawda? Otóż znalazłem wyjście i z tego położenia. O! jeśli delfinowa będzie matką, co za radość na dworze i w całym kraju... Lecz i my musimy się wtedy cieszyć, gdyż będziemy panami strasznej tajemnicy, której żadna siła nam wyrwać nie zdoła. Zdałem wam rachunek z całorocznej mej działalności. Macierzyństwo przyniesie jej nieszczęście. Dowiedziemy i ogłosimy, że ten następca jest synem nieprawym. Dlatego widzicie, moi panowie, zalecam cierpliwość i z tych względów czekać musimy. Nadewszystko zalecam wam ślepe posłuszeństwo: gdyby zaszła tego potrzeba, zwołam was na sesję. Filozof, który był u nas dziś wieczorem, a który odszedł, nie zapisawszy się jedynie przez nietaktowne zachowanie się jednego z naszych braci, ten wielki pisarz słusznie stawiał nam zarzuty. Z bólem serca przyznaję temu obcemu rację. Rzeczywiście wiele złego tkwi w naszem zgromadzeniu, jeśli nie wytępię tego dobrocią i łagodnością, użyję ognia i żelaza. Wy, panowie, przysparzajcie nam członków, ale nie siłą, lecz dobrocią. Pamiętajcie o tem, że zwycięstwo odniesiemy tylko wtedy, gdy większość uzna nas za dobrych i godnych zaufania; do tego potrzeba wiele nauki, wiary i pracy.
Posiedzenie skończone.

Balsamo owinął się ciemnym płaszczem i wyszedł pierwszy; za nim postępowali w oddaleniu inni.

CVI
CIAŁO I DUSZA

Na ulicy zbliżył się do mistrza Marat; był blady i drżący.
— Mistrzu — spytał pokornie — czy rzeczywiście jestem winny?
— Popełniłeś ogromny błąd — rzekł Balsamo — a co najgorsza, nie przyznajesz się do winy.
— Owszem, wyznaję to z pokorą, że przekonany jestem o słuszności swego postępowania.
— Duma! duma! — szepnął Balsamo — duma szatan zagłady! Ludzie zwyciężają gorączkę u chorego, niszczą zarazę w powietrzu i wodzie, a niebaczni — zostawiają w sercu dumę!
— O! mistrzu, masz złą o mnie opinję. Czyż rzeczywiście jestem tak nędznem stworzeniem, że to, co mi się zdaje wzniosłem, jest w gruncie rzeczy małem? Toż ja tylko żyję myślą, iż kiedyś pomogę ludowi!
— Panie — odrzekł Balsamo — to jedynie mając na względnie, postaram się twe błędy wykorzenić. Zdaje mi się, że dokonam tego w ciągu jednej godziny.
— W ciągu jednej godziny? — spytał chirurg niedowierzająco.
— Tak. Czy możesz mi darować tę godzinę czasu?
— Naturalnie.
— Gdzie się można z tobą widzieć? — Mistrzu, każda godzina, którą mi oznaczysz, będzie dla mnie rozkazem.
— Zatem przyjdę do ciebie.
— Mistrzu, ja mieszkam na poddaszu, przy ulicy Szewskiej — mówił młody lekarz z dumą i fanfaronadą — lecz nie wstydzę się mej biedy; ty, panie, podobno mieszkasz w pałacu.
Balsamo wzruszył ramionami, przypuszczalnie tak patrzałby olbrzym na karła, jak on spojrzał na doktora.
— Będę więc u ciebie na twem poddaszu — dodał z uśmiechem.
— Kiedy?
— Jutro.
— O której godzinie?
— Rano.
— Od wschodu słońca pracuję w teatrze anatomicznym, stamtąd idę do szpitala.
— Otóż chcę tam iść razem z tobą, jeśli pozwolisz.
— Z ochotą, ale śpię bardzo mało...
— Ja zaś nie sypiam wcale — odparł Balsamo — o wschodzie słońca będę u pana.
— Oczekiwać będę cię, mistrzu. Dowidzenia.
Rozstali się już na ulicy cichej i ciemnej. Balsamo udał się w lewo, Marat w prawo.
Balsamo był punktualnym: nazajutrz o szóstej z rana pukał do drzwi mieszkania doktora.
Ten spodziewał się wizyty i starał się ład zaprowadzić w saloniku.
Kobieta jakaś krzątała się: trzepała meble, wycierała kurz, Marat pomagał jej, okurzając kwiaty, jedyną ozdobę tego poddasza. Trzymał jeszcze ściereczkę, gdy wszedł Balsamo.
Doktór odrzucił ścierkę i zaczerwienił się, nie jak na stoika przystało.
— Zastajesz mnie pan przy zajęciu gospodarskiem, dopomagam tej dobrej kobiecie. Trudno, nie jestem wielkim panem...
— Nic w tem zajęciu dziwnego nie widzę, uważam je za stosowne dla młodego człowieka, lubiącego czystość. Lecz spiesz się pan, chwile są policzone.
— Natychmiast; pani Grivette, gdzie moje ubranie? To moja służąca, lokaj, kucharka, intendent, a kosztuje mię dukata miesięcznie.
— Oszczędność godna pochwały — rzekł Balsamo — oszczędność jest bogactwem biednych, mądrością bogaczy.
— Proszę o kapelusz i laskę, zawołał Marat.
— Wyciągnij rękę, panie doktorze — rzekł Balsamo — oto twój kapelusz i laska.
— Przebacz, panie, roztargnienie.
— No, gotów jesteś pan nareszcie?
— W tej chwili służę. Pani Grivette, gdzie mój zegarek?
Pani Grivette szukała na lewo i prawo, ale nic nie odpowiedziała.
— Mniejsza o zegarek — mówił Balsamo — nie mamy czasu czekać.
— Jednak bez zegarka... Nie rozłączam się z nim nigdy.
— W nieobecności pańskiej pani Grivette go odszuka — odrzekł z dziwnym uśmiechem Balsamo — jeśli szukać będzie starannie, odnajdzie go z pewnością.
— Napewno odnajdzie się — rzekła pani Grivette — tu nic nie ginie, jeśli tylko nie zostawił go pan gdzieindziej.
— Chodźmy więc, chodźmy.
Marat nie śmiał się już sprzeciwiać.
— Dokąd pójdziemy najprzód? — spytał Balsamo.
— Do teatru anatomicznego; musiano już przynieść trupa ze szpitala. Rzadko się mylę; pewna kobieta musiała umrzeć tej nocy na ostre zapalenie mózgu. Chcę na niej dokonać sekcji.
— Chodźmy więc!
Jest to o dwa kroki stąd, prosektorjum łączy się ze szpitalem. Jeślibyś, mistrzu, nie chciał wejść ze mną...
— Owszem, ciekawym bardzo twej opinji o tym osobniku.
— Kiedy był żywym?
— Nie ciekawym zdania o trupie.
— Hola! mistrzu — odparł Marat z uśmiechem — tu ja jestem panem, znam się na rzeczy, toż to moja specjalność, podobno jestem świetnym anatomem.
— Duma! duma! tylko duma! — szepnął Balsamo.
— Co mówisz, mistrzu?
— Nie traćmy czasu, wejdźmy.
Marat wszedł pierwszy.
Balsamo mu towarzyszył.
Weszli do sali, gdzie na wielkim marmurowym stole leżały dwa martwe ciała: młodej kobiety i starca. Oboje przykryci byli jednem prześcieradłem; ludzie ci zapewne nie widzieli się w życiu, lecz śmierć zrównała ich, poddając pod skalpel chirurga.
Marat odrzucił nakrycie. Trupy leżały nagie.
— Czy widok ten pana nie przestrasza? — spytał Marat ze zwykłą sobie fanfaronadą.
— Smuci mię — odrzekł Balsamo.
— Brak przyzwyczajenia. Ja mam ten widok codziennie przed oczyma, nie odczuwam więc smutku, a tem mniej odrazy. My, doktorzy, żyjemy z trupami.
— Smutny przywilej! młodzieńcze.
— Zresztą, dlaczego się smucić, lub czuć wstręt. Broni mię przed nim rozwaga i przyzwyczajenie.
— Wytłumacz mi pan jaśniej to zdanie; nie dobrze je pojmuję: najprzód co do rozwagi.
— Owszem. Dlaczegóż się bać martwego ciała, posągu z kości i mięsa, zamiast z marmuru lub granitu?
— Rzeczywiście jesteś pan przekonany, że nic niema więcej w tem ciele?
— Nic.
— A w ciele żyjącem?
— Ruch — odparł Marat bez namysłu.
— A o duszy nie wspominasz wcale?
— Nie znalazłem jej w ciele, które pokrajałem skalpelem.
— Boś szukał tylko w trupach.
— I na ciałach żyjących czyniłem doświadczenia.
— Nie znalazłeś w nich nic więcej, niż w trupach?
— Owszem, znalazłem cierpienie: Czy to nazywasz pan duszą?
— Zatem nie wierzysz pan?
— W co?
— W duszę.
— Ależ tak, tylko ja pod nazwą duszy rozumiem ruch.
— Zatem wierzysz, doktorze, w duszę; bardzo się cieszę z tego.
— Mistrzu, porozumiejmy się i nie odchodźmy od przedmiotu — mówił Marat z jadowitym uśmiechem. — My, lekarze, jesteśmy materjalistami.
— Jakże to ciało jest zimne — szeptał, jakby w rozmarzeniu Balsamo. — Piękną musiała być ta kobieta.
— Bardzo piękną.
— Piękna dusza musiała żyć w pięknem ciele.
— Otóż omyłka, jaką popełnił ten, który ją stworzył. Mając tak piękne ciało, była łajdaczką i umarła w szpitalu. Życie jej było jednym skandalem, sądząc że w niej żyła piękna dusza, obrażasz doprawdy, nasze dusze, jeśli są z tej samej materji.
— Duszę tę można było uleczyć, a że zgubioną została, jest to wina lekarza dusz.
— O! mistrzu, dziwna teorja. Na świecie mamy tylko lekarzy ciała — rzekł Marat, śmiejąc się ironicznie. — Masz teraz, kochany panie, na ustach ulubione słowo Moliere’a i do niego się uśmiechasz.
— Nie próbuj, młodzieńcze, odgadnąć mego uśmiechu. Wróćmy do naszej poprzedniej rozmowy. Więc te ciała są już niczem?
— Naturalnie; a nadto są bezwładne — rzekł Marat, podniósłszy głowę umarłej i spuszczając ją raptownie na twardą płytę.
— Przejdźmy do szpitala — odparł Balsamo.
— Natychmiast, pozwól mi, mistrzu, odciąć tę głowę, kobieta ta umarła na bardzo ciekawą i rzadką chorobę, chcę zabrać więc jej głowę z sobą.
— Proszę, nie przeszkadzaj sobie.
Chirurg otworzył torbę, wyjął z niej nóż i z zimną krwią wziął się do odcięcia czaszki od ciała, a przeciąwszy wszystkie arterje i muskuły szyi, doszedł do kości, i wtedy uderzył tak silnie, że głowa z hukiem spadła na ziemię.
Balsamo odwrócił się, niechcąc pokazać doktorowi twarzy, zmienionej przerażeniem.
— Kiedyś — odezwał się Marat — ludzkość zajmie się umarłymi, jak obecnie żywymi; muszą wynaleźć machinę, która jednym zamachem odetnie głowę od ciała. Wieszanie, duszenie i inne kary, doprawdy, nie powinny istnieć w cywilizowanym kraju. Toż państwo tak oświecone, jak Francja, powinno karać, lecz nie mścić się.
— Jestem tego samego zdania, lecz o jakiej machinie myślisz pan?
— O machinie zimnej i niewzruszonej, jak samo prawo; często nawet kat się wzrusza i nie zabija odrazu winnego, jak to się zdarzyło z Chalais i z księciem de Monmouth. Mogłaby być naprzykład machina, składająca się z dwóch żelaznych ramion, podtrzymujących nóż.
— I myślisz pan, że nóż ten natychmiast pozbawi życia nieszczęśliwego, bez cierpień?
— Naturalnie, żelazo oddzieli głowę od ciała, przetnie więc nerwy ruchu. Cierpienie zniknie natychmiast, bo nóż odłączy mózg, który jest siedliskiem czucia, od serca, ośrodka życia.
— Ależ, panie, kara ścięcia głowy istnieje w Niemczech.
— Tak, ale mieczem, a mówiłem już panu, iż ręka ludzka może zadrżeć.
— Machina pańska istnieje we Włoszech i jest prawie taka sama, jak ją pan określiłeś; nazywa się mannaja.
— I cóż?
— Otóż, doktorze, widziałem łudzi, którym ścięto głowy, i cóż powiesz na to, podnosili się bez głowy i padali dopiero o 10 kroków dalej. Zbierałem głowy, spadające z mannaja; na oko wydawały się nieczułe, jak trupy, a jednak, gdy szepnąłem im do ucha ich nazwisko, oczy tych głów otwierały się szeroko. Skąd to pochodzi?
— Odruch nerwowy, nic innego!
— Czyż nerwy nie są organami czucia?
— Co z tego wnosisz, mistrzu?
— To, że zamiast wyszukania podobnej machiny, ludzie powinni się starać wymyślić inny środek kary, nie śmierć. Naród, który wynajdzie ten środek, będzie najbardziej ucywilizowanem społeczeństwem w świecie.
— Mrzonki!
— Może ma pan słuszność tym razem, czas nas przekona. Lecz chodźmy już do szpitala.
Marat zawinął odciętą głowę w swą chustkę od nosa.
Marzyciel i materjalista wyszli razem.
— Bardzo zręcznie odciąłeś pan tę głowę — rzekł Balsamo do towarzysza — nie wiem co więcej podziwiać, czy zręczność, czy zimną krew? Czy żywi więcej budzą w tobie litości... źle się wyrażam, czy wzruszają cię ich cierpienia więcej, niż trupy?
— Nie, gdyż byłaby to ogromna wada, tak samo, jak wrażliwość byłaby wadą kata. Zabija się przecie człowieka, obcinając mu źle nogę. Dobry chirurg musi operować ręką, nie sercem, bo wie, że za chwilą cierpienia wraca pacjentowi życie. To piękna strona naszego zawodu!
— Tak jest; lecz w żywych to chyba odnajdujesz duszę?
— Jeśli zgodzisz się na me określenie, mistrzu, że ruch to dusza, przystaję na to, że dusza jest, i dodam jeszcze, że zabija ona chorych częściej, niż mój skalpel.
Tak rozmawiając, weszli do szpitala, Marat ze swym straszliwym pakunkiem, a Balsamo bardziej zamyślony, niż kiedykolwiek.
Za chwilę znaleźli się w sali operacyjnej napełnionej profesorami i studentami.
Posługacze wnieśli młodego człowieka, przejechanego tydzień temu przez powóz; koła zgniotły mu nogę.
Kuracja nie pomagała, amputacja nogi stała się konieczną. Nieszczęśliwy, położony na łóżku, patrzył na otaczających wzrokiem, który mógłby wzruszyć tygrysa. A ludzie ci czyhali tylko na tę chwilę męczarni, konania może, dla nauki. Zdawał się błagać wzrokiem o litość, uśmiech, pieszczotę, któż miał mu ją dać, chirurdzy? doktorzy? odpowiedzieli mu na prośbę obojętnością i zimnem stalowem spojrzeniem. Duma nie pozwalała mu krzyczeć, jednak, gdy poczuł na sobie ręce posługacza i głos doktora, zalecający mu spokój i odwagę, spytał głosem bolesnym, czy bardzo będzie cierpiał?...
— E, nie, proszę leżeć spokojnie — zapewniał Marat z fałszywym uśmiechem, który jednak pocieszył chorego, ale nie omylił Balsama.
Młody chirurg zbliżył się do niego.
— To straszna operacja — rzekł — kość jest złamana. On umrze nie z choroby, lecz z bólu; oto naco przyda mu się dusza.
— Pocóż go więc operować? Dajcie mu lepiej umrzeć spokojnie.
— Bo naszym obowiązkiem jest próbować, może się uda...
— I tak strasznie ma cierpieć?
— Okropnie.
— Dlatego że ma duszę?
— Tak, zanadto jest wrażliwy.
— Dlaczego nie uleczyć najprzód duszy? Spokój jej możeby uratował ciału życie.
— Próbowałem to zrobić.
— W jaki sposób?
— Słowami. Mówiłem do duszy, do inteligencji, do uczucia, słowami filozofa greckiego: „Cierpienie, ty nie jesteś złem!“ Mówiłem mu też: „Nie cierp“. Resztę pozostawiani duszy, niech nie cierpi. Jest to jedyne lekarstwo, jedyny sposób, znany obecnie. Gdy obcinałem głowę, ciało nic nie rzekło, chociaż operacja była ciężka; dlaczego? bo czucia już nie było, dusza odeszła, jak mówisz pan i spirytyści. A żywe ciało wydawać będzie straszne jęki — bo dusza w niem żyje. Zatkaj dobrze uszy, mistrzu! Zatkaj je mocno, ty, co jesteś tak czuły na jęki; zobaczysz, że dusza to straszna przeszkoda.
— Sądzisz więc pan, że nigdy nie odłączymy duszy od ciała?
— Spróbuj, mistrzu, masz okazję.
— Tak, doktorze, piękna okazja, spróbuję.
— Serjo?
— Ależ tak.
— W jaki sposób?
— Nie chcę, aby ten biedny chłopiec cierpiał, wzrusza mię do głębi jego nieszczęście.
— Jesteś genjalnym człowiekiem, mistrzu, lecz nie jesteś Bogiem Ojcem, ani Chrystusem, żeby móc to uczynić; biedak ten musi cierpieć.
— Jeśli nie będzie cierpiał, czy go uratujecie?
— To bardzo prawdopodobne, lecz nie mogę przesądzać.
Balsamo spojrzał na młodego doktora z triumfem, podszedł do łóżka i przemówił do chorego, nietylko ustami i wzrokiem, lecz całą siłą swej woli, krwi i serca.
— Śpij!
W tejże chwili chirurg zabierał się do operacji.
Ale na rozkaz Balsama, chory przymknął oczy i zwiesił głowę.
— Zemdlałl — zawołał Marat.
— Nie.
— Ależ nie widzisz pan chyba, że chory stracił przytomność?
— Nie, powtarzam; on tylko śpi.
— Jakto? śpi?
— Tak.
Wszyscy spojrzeli na obcego, uważając go za warjata.
— Czyż, będąc zemdlonym, można mówić? — zapytał Balsamo.
— Nie.
— Pytajcie go, a otrzymacie odpowiedzi.
— Młodzieńcze! — krzyknął Marat.
— Nie trzeba mówić tak głośno — przerwał Balsamo — mów pan, jak zwykle.
— Opowiedz nam, co czujesz?
— Kazano mi spać, więc śpię — odrzekł pacjent.
Głos był spokojny, stanowił zupełną sprzeczność z dawnymi jękami.
Asystenci spojrzeli po sobie.
— Teraz — rzekł Balsamo — odwiążcie go.
— To niemożebne — rzekł chirurg — chory poruszy się i operacja na nic.
— Nie poruszy się.
— Kto mi zaręczy?
— Ja i on sam. Spytajcie go.
— Czy można cię rozwiązać? mój przyjacielu.
— Można.
— Czy obiecujesz leżeć spokojnie?
— Jeśli mi każecie.
— Rozkazuję ci.
— Mówisz pan z taką pewnością siebie — rzekł naczelny operator do Balsama — że mam ochotę zrobić to doświadczenie.
— Bardzo proszę; nie bój się pan.
— Rozwiążcie go zatem.
Posługacze usłuchali natychmiast.
Balsamo podszedł do łóżka.
— Nie poruszaj się chłopcze, do chwili, gdy ci rozkażę.
Statua, położona na grobie, nie byłaby bardziej nieruchomą, niż ten chory.
— Możecie operować, panowie — rzekł Balsamo — chory czeka.
Chirurg wziął nóż, lecz zawahał się.
— Kraj, profesorze, kraj — odezwał się Balsamo głosem proroczym.
Doktór, zdumiony, usłuchał, również jak i chory. Ciało skrzypiało, lecz pacjent ani westchnął, ani się poruszył.
— Skąd jesteś, chłopcze? — zapytał Balsamo.
— Z Bretonji — odparł chory, uśmiechając się.
— Kochasz swą ojczyznę?
— O! panie, to cudny kraj!
Chirurg tymczasem krajał dalej.
— Kiedy go opuściłeś, mój przyjacielu? — zapytał Balsamo.
— Miałem wtedy dziesięć lat.
— Mój drogi, zaśpiewaj mi piosenkę, którą wieczorem śpiewają rolnicy u was. Pamiętam jeden wiersz tylko:

„Tam rodzinne moje progi...

Piła przepiłowała kość.
W tej chwili chory uśmiechnął się słodko i zaśpiewał melodyjnie, powoli, z zachwytem kochanka, lub poety:

„Tam rodzinne moje progi,
Tam jeziora lśnią błękity,
I złociste zboża łany
Tworzą widok sercu drogi
.

Tam mnie czeka ojciec, żona,
Ukochane moje dziatki.
Tam w mogile, wśród zieleni,
Leżą zwłoki mojej matki.


Bogu chwała! dzień skończony!
I znów jestem między wami.
Niechże pracą umęczony,
Spocznę karmion pieszczotami.

Noga spadła na łóżko, a chory śpiewał wciąż jeszcze.

CVII
DUSZA I CIAŁO

Zebrani patrzyli na pacjenta w najwyższem zdumieniu.
Szeptano, że cudowny doktór i pacjent, to warjaci.
Marat zbliżył się do Balsama.
— Przestrach zamącił rozum biedakowi, chyba dlatego nie cierpi.
— Nie zdaje mi się — odparł Balsamo — nie stracił zmysłów; jestem pewny, że gdy go zapytam, opowie wam, czy umrze teraz skutkiem operacji, czy nie, a nawet jak długo będzie trwał powrót jego do zdrowia.
Marat cofnął się, zaczynał wierzyć kolegom: to dwaj skończeni warjaci!
Podczas rozmowy, operator przewiązywał arterję z której ciekła krew.
Balsamo wyjął z kieszeni flakon, wylał kilka kropli na kawałek waty i poprosił chirurga, aby przyłożył te szarpie na arterję.
Chirurg usłuchał, z nadzwyczajną ciekawością oczekując skutku.
Był to najsłynniejszy doktór swego czasu, człowiek, kochający naukę nadewszystko. Przyłożył mały opatrunek na arterje, które skurczyły się zaraz i krew przestała upływać. Teraz mógł nogę obandażować z łatwością.
Balsamo triumfował; wszyscy zadawali mu pytania, gdzie się uczył i jaki skończył uniwersytet.
— Skończyłem wydział medyczny w Niemczech, w Getyndze — odpowiedział — i sam wynalazłem środek na zatamowanie krwi, który wam tu przedstawiłem. Proszę was jednak, moi panowie, zatrzymajcie to w sekrecie, boję się stosu, a parlament Paryża może mię skazać nań, jako czarownika — dodał z ironją.
Doktorzy zamyślili się głęboko; nawet Marat stracił jakoś pewność siebie. Jednak pierwszy oprzytomniał.
— Mówiłeś pan przed chwilą, że jeśli spytamy pacjenta o rezultat operacji, odpowie nam dokładnie.
— Jestem tego pewny — odparł Balsamo, — jak się nazywa nasz chory?
— Hovard — odpowiedział Marat.
Balsamo zwrócił się do łóżka.
— Opowiedz nam, jak się ma teraz ten biedny Hovard?
— Hovard, hm! — odpowiedział chory, — muszę wrócić z Bretonji do szpitala.
— Dobrze więc, namyśl się i powiedz.
— O!... on jest bardzo chóry: ucięto mu nogę.
— Doprawdy?...
— Tak.
— Czy operacja się udała?
— Świetnie; ale...
— Ale, co?... — podjął Balsamo.
— Będzie miał straszną gorączkę.
— Kiedy to nastąpi?
— Dziś o siódmej wieczorem.
Doktorzy spojrzeli po sobie.
— Co to będzie za gorączka?
— Najniebezpieczniejsza, lecz on ją przetrzyma.
— A potem już wyzdrowieje?
— Nie.
— Czy gorączka powróci?
— Tak i silniejsza niż przedtem. Biedny Hovard!... — mówił, jakby przez łzy chory, żonę ma i dzieci.
— Zatem umrze?
— Czekajcie!... czekajcie!... Nie, nie umrze. Żona jego i dzieci tak się szczerze modliły, iż Pan Bóg zlitował się nad niemi.
— Więc wyzdrowieje?
— Tak.
— Słyszycie, panowie, chory wyzdrowieje, — rzekł Balsamo do zgromadzonych.
— Spytaj go pan, kiedy to nastąpi — odezwał się Marat.
— Kiedyż wyzdrowieje ten biedak? — zapytał Balsamo.
— O!.. jego rekonwalescencja potrwa długo; czekajcie: miesiąc, sześć tygodni, dwa miesiące; wszedł do szpitala przed pięcioma dniami, wyjdzie za dwa miesiące i piętnaście dni.
— Ale wyjdzie zdrów zupełnie?
— Tak.
— Ale — przerwał Marat, — będzie kaleką, niezdolnym do pracy?
— O!... Pan Bóg jest dobry!... On przysłał tu człowieka zacnego i litościwego, a ten rzekł sobie w duszy: Nie chcę, aby ten biedny Hovard umarł z głodu.
Balsamo uśmiechnął się.
Główny operator zbliżył się do łóżka, przyłożył rękę do czoła biedaka i rzekł: Coś niepojętego!... ten człowiek majaczy!
— Tak sądzisz kolego?... — spytał Balsamo i, rzucając na chorego spojrzenie pełne wyższości i energji, zawołał:
— Obudź się, Hovardzie!...
Młody człowiek otworzył oczy z trudnością i słabym głosem zapytał:
— Dlaczego niezrobiliście operacji dotąd?...
Balsamo pierwszy przemówił, bał się wzruszenia pacjenta, wrazie zaprzeczenia lekarzy. Lecz wszyscy stali, jakby spiorunowani zdziwieniem.
— Mój przyjacielu — zwrócił się Balsamo do biedaka — uspokój się, operacja już się odbyła. Musisz być słabej kompleksji, chłopcze, zemdlałeś tak silnie, żeś nic nie czuł.
— O!... jak to dobrze!... — przerwał żywo bretończyk, — nic nie czułem! co za szczęście!... nie odejmą mi więc nogi!...
Lecz w tejże chwili nieszczęśliwy rzucił okiem: dostrzegł łóżko zakrwawione, a siebie bez nogi!
Balsamo pociągnął profesora w kąt pokoju.
— Słyszałeś pan, co mówił ten biedak?
— Że wyzdrowieje.
— I że nie umrze z głodu z żoną i dziećmi. Proszę cię, kolego, oto brylant, wartujący dwadzieścia tysięcy lirów; gdy chory wyzdrowieje, sprzedaj ten kamień, a pieniądze daj mu w mojem imieniu. Przyszłość jego rodziny będzie zabezpieczona.
— Panie — rzekł chirurg z wahaniem — a jeśli chory umrze?...
— Mówił, iż wyzdrowieje.
— Dajmy na to; lecz nawet w tym razie nie mogę od pana przyjąć takiej sumy!
— Doktorze!
— Chyba pod warunkiem, że dam panu na nią kwit.
— Jak się panu podoba.
— Nazwisko pańskie?
— Hrabia de Fenix.
Operator wyszedł do sąsiedniego pokoju i po chwili podał Balsamowi papier, zawierający co następuje:
„Otrzymałem od hrabiego de Fenix brylant, który ocenił na dwadzieścia tysięcy liwrów i sumę tę przeznaczył na korzyść chorego z tutejszego szpitala, nazwiskiem Hovard, w dniu, w którym tenże wyjdzie ze szpitala.

Guillotin, D. M.

Dnia 15 sierpnia 1771 r.“
Balsamo zabrał papier, ukłonił się zebranym i wyszedł w towarzystwie Marat’a.
— Zapomniałeś pan zabrać głowy — przemówi pierwszy Balsamo, dla którego roztargnienie doktora było triumfem.
— A!... prawda.
Zawrócił i po chwili dogonił mistrza na ulicy.
Udali się do mieszkania Marata. Na dole wstąpili do izby odźwiernego; doktór chciał zapytać panią Grivette o zegarek.
Nie było jej w domu. Dziecko siedmioletnie odpowiedziało, iż matka wyszła, jest jednak list dla pana Marata.
— Powiedz mamie, niech mi sama list przyniesie.
Mistrz i uczeń znaleźli się w saloniku.
— Cudowną znasz tajemnicę, hrabio.
— Może tylko wpierw, niż inni, podpatrzyłem naturę i Boga.
— Jakże powinniśmy być dumni z tego że jesteśmy ludźmi! — zawołał Marat.
— I doktorami — dodał z uśmiechem Balsamo.
— Rzeczywiście, dumny jestem z ciebie, mistrzu.
— Jednak jestem tylko doktorem duszy.
— O!... nie tylko duszy, zatrzymałeś pan krew płynącą z rany!
— Chyba najważniejszem jest to, iż ten biedak nie cierpiał; coprawda, panowie myślicie, że to warjat.
— Przez chwilę był nim.
— Cóż więc nazywacie szaleństwem?... Czyż to nie jest odłączenie duszy od ciała?
— Lub umysłu.
— Nie o to nam idzie; duszą nazywam to, czem myślę.
— Wszystko mi jedno, jakiem wy to chrzcicie imieniem.
— Otóż to różnica: pan mi mówisz, że szukasz tylko nazwy dla rzeczy, którą już znalazłeś, ja zaś pewny jestem, iż szukasz i rzeczy i nazwy.
— Poczekaj, młodzieńcze. Mówiłeś przed chwilą, że szaleństwo nastąpiło, wskutek chwilowego oderwania się umysłu?
— Tak.
— Oderwanie to było mimowolne, wszak prawda?...
— Naturalnie... Widziałem raz warjata, gdy gryzł kraty żelazne i wołał: „Kucharzu, bażanty twoje są świetne, tylko źle podane“.
— Ostatecznie, nie zaprzeczasz pan przecież, że szaleństwo może trwać czasem chwilę jedną.
— Nie zdarza się to prawie nigdy.
— Przecież widziałeś, doktorze, naszego pacjenta po przebudzeniu, wszak był przy zdrowych zmysłach?
— Widziałem, to prawda. Jest to zapewne jedno z tych wyjątkowych zdarzeń, które hebrajczycy nazywali cudami.
— Mylisz się mój panie, to tylko oderwanie się duszy, rozdwojenie człowieka na materję i ducha: materja rzecz bezwładna, jest i pozostaje tylko prochem; dusza, iskra boska, zamieszkuje przez chwilkę ciało ludzkie, a potem, jako dziecko nieba, wraca do niego.
— Zatem odłączyłeś pan na chwilę duszę od ciała?
— Tak. Kazałem jej wyjść na czas pewien z ciała, zostawiłem wam do operacji to, co pozostało pańskiemu skalpelowi, odcinającemu tę głowę, ciało bezwładne, martwe.
— W czyjem imieniu rozrządziłeś pan tą duszą?
— W imieniu Tego, który stworzył wszystkie dusze jednem tchnieniem: dusze świata, dusze ludzkie; w imieniu Boga.
— Zatem nie uznajesz pan wolnej woli?
— Ja?... A cóż tu robię w tej chwili?... Pokazuję panu z jednej strony wolną wolę, z drugiej rozłączenie. Przedstawiam panu umierającego, o duszy odważnej; poddaje się on operacji, wiedząc naprzód, jakie go czekają cierpienia. Oto wolna wola. Lecz ja jestem przy tem, ja — posłannik Boga, ja — prorok, ja — apostoł; lituję się nad biedakiem, siłą więc, jaką mam od Boga, odłączam duszę od ciała, duszę cierpiącą od tej masy bezwładnej nazywanej ciałem. Hovard, gdy mówił o sobie, odzywał się: Hovard!... ten biedny Hovard!... Nie mówił „ja*. Bo rzeczywiście dusza ta nie miała wtedy związku z ciałem, była już w drodze do nieba.
— Ależ, w takim razie, człowiek niczemby nie był, nie mógłby już powiedzieć tyranom: „Macie władzę nad mojem ciałem, lecz nie nad duszą“.
— E, przechodzisz doktorze z prawdy do sofizmatów, otóż to pańska wada. Bóg pożycza duszy ciału, to prawda, lecz przez cały ten czas, kiedy dusza przemieszkuje w niem, istnieje między niemi łączność i wpływ wzajemny. Bóg pozwala królować naprzemian raz ciału, raz duszy; powiew, ożywiający żebraka, przyczynia się do śmierci króla. Oto zasada, jaką powinniście głosić, panowie doktorzy, apostołowie równości. Doprowadźcie do równości duchowej dwóch istności, a wtedy osiągniecie to, co jest najświętszem na świecie: o czem mówią książki święte, tradycja, nauka i wiara. Co was obchodzi równość materjalna. Ten biedny kaleka, głupie dziecko ludu, zadziwił was swą mową, dlaczego?... bo duszę jego uwolniłem z więzów ciała, a co dla was było tajemnicą, dla niego stało się rzeczą zwyczajną; dusza jego unosiła się już w zaświatach.
Marat obracał głową trupa, jakby mu ta dać mogła odpowiedź.
— Rzeczywiście — wyrzekł w końcu, — jest w tem coś nadnaturalnego.
— Naturalnego, chciałeś pan powiedzieć, gdyż wszystkie czynności duszy są naturalnemi, tylko czy znanemi, o rzecz inna.
— Nam są one nieznane, powiedz mistrzu, ale dla ciebie to rzeczy zwykłe. Koń, o którym nic niewiedziano w Peruwji, był wszak w Hiszpanji znanym od dawna.
— Nie jestem tak zarozumiałym, aby sobie powiedzieć: „wiem“; będę skromniejszym i powiem: „wierzę“.
— W cóż więc wierzysz, mistrzu?
— Wierzę, iż prawem świata, najsilniejszem ze wszystkich praw, jest postęp. Wierzę, że Bóg stworzył wszystko w dobrym celu. Tylko, że postęp na świecie kroczy powoli. Uczeni twierdzą, iż nasza planeta liczyła już 60 wieków, gdy wynaleziono druk; druk, oświecający przeszłość i przyszłość; druk nastał — niema ciemności i zapomnienia, druk — to pamięć świata. Gutenberg wynalazł druk, a ja odnalazłem — jasnowidzenie.
— Może dojdziesz pan do tego, iż będziesz mógł czytać w sercach? — zawołał Marat z ironją.
— Dlaczegóżby nie?...
— A!... chcesz pan znaleźć to okienko w piersiach ludzkich, przez które możnaby zajrzeć do głębi?... To marzenie starożytnych!...
— Nie widzę potrzeby tego; odłączam duszę od ciała; dusza, ta czysta córa Boga, opowie mi wszystkie cierpienia, jakie znosi, będąc zamknięta w tej latarni, którą zwiemy ziemską powłoką.
— I odkryjesz pan wszelkie tajemnice?
— Zapewne.
— To może mi powiesz, mistrzu, kto mi ukradł zegarek?
— Zniżasz pan wiedzę do smutnego poziomu. Ale dobrze!.. Wielkość Boga przebija się zarówno w ziarnku piasku, jak i w wielkich górach. Powiem ci, młody sceptyku, kto skradł twój zegarek.

Stukanie przerwało dalszą rozmowę. Pani Grivette weszła z listem w ręku.

CVIII
SŁUŻĄCA MARATA

Kobieta, którą zająć się nie mieliśmy dotąd czasu, należy jednak do ogólnego obrazu; do obrazu, którybyśmy chcieli, gdyby geniusz był równy naszej chęci, rozszerzyć tak, aby pomieścić w nim świat cały, od ziemi do nieba i wszystkich ludzi, od żebraka do króla.
Wróćmy do pani Grivette. Jest to kobieta wysoka i chuda, lat 32 lub 33, z żółtą twarzą, zapadłemi oczyma, stworzenie wynędzniałe, z jakiem tylko w mieście spotkać się można, typ zwyrodniały, tak fizycznie, jak i moralnie. Bóg stworzył pięknem, wszystko, co żyje na ziemi, niebie i powietrzu.
To też odźwierna ta, byłaby piękną kobietą, lecz całe życie mieszkała w norze, bez powietrza i światła, w norze, jakich jest mnóstwo w Paryżu. Ręce jej długie i chude, cudnego kształtu, zniszczone były szyciem, praniem i gotowaniem. Czasami tylko w tych podkrążonych oczach zapalały się błyski inteligencji i uczucia, jednem słowem tego, co jest wyższem w istocie ludzkiej.
Balsamo długo przypatrywał się tej kobiecie, gdyż wpierw już zwróciła jego uwagę.
Odźwierna podała list Maratowi.
— Nie o list mi chodzi — rzekł chirurg, chciałem się z panią rozmówić.
— Czego pan sobie życzy?
— Chcę się dowiedzieć, co się dzieje z mym zegarkiem?
— Ach, mój Boże, skądże ja o tem mogę wiedzieć? Wczoraj wisiał na zwykłem miejscu, nad kominkiem.
— Mylisz się pani, cały dzień go nosiłem, dopiero o szóstej wieczorem, gdy wychodziłem, zostawiłem go w domu, z obawy, aby mi go w tłumie nie ukradziono. Pamiętam doskonale, położyłem go pod lichtarzem.
— Zapewne więc tam leży.
I odźwierna z najniewinniejszą miną podeszła do kominka, gdzie stały lichtarze, i podniosła właśnie ten pod którym doktór schował był zegarek.
— Cóż... jest? — spytał Marat.
— Niema! Może nie położyłeś go tam, panie Marat?
— Ależ tak.
— Szukaj więc pan.
— Szukałem już, niema go jednak — mówił rozgniewany doktór.
— Możeś go pan zgubił?
— Przecież mówiłem już raz, że wczoraj tu go położyłem.
— Może kto wykradł go stąd, tylu obcych tu wchodzi.
— Jeszcze co! A to śliczna historja! — krzyczał chirurg, unosząc się coraz bardziej. Nikt nie był u mnie od wczoraj. Widzę, że ściągnął go ten, kto zabrał mi laskę ze srebrną gałką, łyżeczkę i scyzoryk. Okradają mnie haniebnie, pani Grivette! Będę się już miał na baczności!
— Ależ, panie doktorze, czyż mnie pan podejrzewasz?
— Powinnaś pani pilnować mych rzeczy!
— Nietylko ja mam klucz od mieszkania.
— Jesteś tu odźwierną.
— Płacisz mi pan dukata miesięcznie, a chciałbyś być obsłużonym, jak przez dziesięciu lokajów.
— To mnie nic nie obchodzi, okradać się nie dam.
— Panie, jestem uczciwą kobietą.
— Uczciwą kobietą, którą zaskarżę do policji, jeśli za godzinę nie odnajdę mego zegarka.
— Mnie uczciwą kobietę, zaskarżysz pan do policji.
— Ładna uczciwość!...
— Nikt nie może mi zarzucić nieuczciwości słyszysz pan!
— Dosyć. Dajmy temu pokój.
— Domyślałam się już od rana, iż mię pan podejrzewasz.
— Podejrzewam panią od zniknięcia owej gałki srebrnej.
— Powiem panu coś, panie Marat.
— Naprzykład?
— Podczas pańskiej nieobecności radziłam się sąsiadów...
— O co!
— A no, że mię pan podejrzewasz...
— Dziwna rzecz, wszak nic pani rano o tem nie mówiłem.
— Domyślałam się.
— Cóż na to owi sąsiedzi?... Bardzo jestem ciekawy.
— Powiedzieli, że kto podejrzewa, ten musi dowieść...
— A co, zapewne dowieść, że mi zegarek ukradziono?
Bardzo łatwo mi to przyjdzie, zegarek położyłem, ot tu i niema go.
— Hm... dowieść, że to ja go ukradłam. O! dla sądu trzeba dowodów, mój panie!
Balsamo udawał obojętność, ale gotował się do działania.
— Tak jest, mój panie — mówiła dalej pani Grivette — jeśli mię pan nie przeprosisz, to ja wezwę komisarza policji, jak mi już radził gospodarz domu.
Marat zagryzł wargi. Ów właściciel domu był to stary szczwany lis, a kronika skandaliczna głosiła, iż przed jakiemiś dziesięciu laty był on wielbicielem i protektorem pani Grivette.
Otóż Marat, członek tajemniczych stowarzyszeń, przytem nieostrożny Marat, bał się pana de Sartines, lubiącego badać takich młodych doktorków, robić u nich rewizje w mieszkaniu i posyłać ich na rozmyślanie do Vincennes, Bastylji, Charenton i Bicêtre. Chirurg nasz zwiesił głowę i zniżył głos, za to odźwierna podnosiła swój coraz wyżej, a po chwili, krzyczała, płakała, lamentowała, przysięgała — istny huragan złości i nerwów.
Wtedy Balsamo nie mógł się pohamować i postanowił wdać się w tę sprawę. Wstał z krzesła i zbliżył się do kobiety, stojącej na środku pokoju. Popatrzył na nią przenikliwie, przyłożył jej dwa palce do piersi i powiedział oczyma, myślą, siłą woli, słowo, którego Marat nie mógł usłyszeć. W tejże chwili pani Grivette umilkła, wstrząsnęła się, oczy rozwarła szeroko i chwiejąc się, podeszła do łóżka, na które padła jak nieżywa.
— O! o! to zupełnie, jak chory ze szpitala! — zawołał Marat.
— Tak jest.
— Czy śpi?
— Cicho! panie — dodał, zniżając głos Balsamo — jest to chwila, w której cały twój sceptycyzm runie. Podnieś ten list, który ci przyniosła odźwierna.
Marat usłuchał natychmiast.
— Co mam z nim uczynić?
— Daj mi go pan. Co zawiera ten list — rzekł Balsamo, pokazując go uśpionej.
— Nie wiem.
— Naturalnie, że nie wie; nie umie zresztą czytać — przerwał Marat.
— Przeczytaj go wpierw, doktorze, ona ci go powtórzy.
Marat rozerwał kopertą i czytał po cichu, a wraz z nim mówiła pani Grivette, drżąc pod naciskiem woli Balsama.

„Mój drogi Hipokratesie!

Appelles zrobił swój pierwszy portret i sprzedał go za 50 franków, musimy przehulać dziś te pieniądze w winiarni na ulicy św. Jakóba. Czy przyjdziesz?

Twój przyjaciel
L. Dawid.

Maratowi wypadł list z ręki.
— Widzisz, młody niedowiarku, pani Grivette ma też duszę, która czuwa podczas jej snu.
— I dziwną do tego, duszę, umiejącą czytać, gdy ciało nie umie.
— Bo dusza może wszystko. Spróbować nie zawadzi, gdy odźwierna się obudzi, niechże ci ten list przeczyta.
Marat nie znalazł odpowiedzi, był literalnie przybity brakiem argumentów ze swej strony.
— Ale dowiedzmy się nareszcie, co się dzieje z pańskim zegarkiem.
— Pani Grivette — zwrócił się Balsamo do uśpionej — kto wziął zegarek pana Marata.
— Nie wiem.
— Wiesz doskonale, musisz powiedzieć natychmiast!
— Mów!
— Pani Grivette nie ukradła zegarka, dlaczego pan Marat posądza ją o coś podobnego?
— Któż więc skradł go, jeśli nie pani?
— Nie wiem.
— Powiedz pani natychmiast, ja każę!
— To rzecz niemożliwa! — zawołał Marat.
— Gdy zechcę, wszystko jest możliwe! Mów!
Pod wrażeniem tego przejmującego głosu biedna kobieta szalała, gryzła ręce, darła włosy, rzucała się, jak w konwulsjach.
— Nie! nie! nie powiem! wolę umrzeć!
— A więc — zawołał Balsamo z wściekłością — umrzesz, a wyznasz prawdę. Ja znam ją, ale on sceptycznie nie wierzy, muszę go przekonać. Mów! ja chcę, mów! kto skradł zegarek?
Doświadczenie było straszne, odźwierna wiła się, rzucała, wytężała całą wolę aby się oprzeć, krwawa piana wystąpiła jej na usta.
— Ależ ona wpadnie w katalepsję! — rzekł Marat.
— Nie bój się doktorze, to szatan kłamstwa ją męczy.
— Mów! krzyknął Balsamo — kto skradł zegarek?
— Pani Grivette — wyjąkała prawie niedosłyszalnie kobieta.
— Kiedy?
— Wczoraj wieczorem.
— Gdzie leżał?
— Pod lichtarzem.
— Co z nim zrobiła pani Grivette?
— Zaniosła go na ulicę Św. Jakóba.
— Pod który numer?
— Pod numer 20.
— Na które piętro?
— Na piąte.
— Do kogo?
— Do pewnego czeladnika szewskiego.
— Jak on się nazywa?
— Simon.
— Co to za chłopiec?
Odźwierna zacięła usta.
— Pytam, skąd pani Grivette zna tego chłopca?
To samo milczenie. Bahamo uczynił ruch ręką, nieszczęśliwa wyszeptała zdławionym głosem:
— To jej kochanek.
Marat wydał okrzyk zdziwienia.
— Cicho? — zawołał Balsamo — niech sumienie mówi. — I zwrócił się do kobiety.
— Któż ją namówił do kradzieży?
— Nikt. Podniosła przypadkowo lichtarz, zobaczyła zegarek, djabeł ją skusił i zabrała.
— Czy zrobiła to z potrzeby?
— O! nie. Nie sprzedała zegarka.
— Więc go dała komuś? Czy Simonowi?
— Simonowi.
Nieszczęśliwa zakryła twarz rękami, przez które spływały łzy.
Balsamo spojrzał na Marata, stojącego z otwartemi ustami, potarganą głową i z przerażeniem przypatrującemu się tej scenie.
— Cóż więc, mój panie? — spytał Balsamo — widziałeś, doktorze, walkę duszy z ciałem? Cóż znaczy wola wobec siły wyższej? Nie lekceważ, młodzieńcze, ani sumienia, ani duszy, ani wiary, a nadewszystko tego, czego jeszcze nie rozumiesz. Masz ambicję, chłopcze, ucz się, ucz, mów mało, myśl dużo, a nie lekceważ nauczycieli. Dowidzenia więc, masz, doktorze, otwartą drogę. Życzę ci z całego serca, pozbądź się pychy i niewiary.
Marat, zawstydzony, upokorzony zwiesił głowę. Balsamo wyszedł z pokoju. Chirurg niemy, oszołomiony tem co widział i słyszał, nie zauważył jego wyjścia, nie mógł oderwać oczu od leżącej kobiety.
Jakież było jego przerażenie, gdy ujrzał tego żywego trupa, podnoszącego się; za sekundę pani Grivette wzięła go za rękę. Pierwszy raz w życiu Marat zatrząsł się ze strachu.
— Chodź pan ze mną, panie Marat.
— Dokąd?
— Na ulicę Św. Jakóba.
— Po co?
— Chodź! chodź pan! O! on mi każe iść!
Marat zdrętwiał z przerażenia, lecz wstał z miejsca.
Pani Grivette, zawsze uśpiona, otworzyła drzwi i zaczęła schodzić ze schodów, zaledwie dotykając nogą stopni.
Marat szedł za nią; był pewnym, że lada chwila lunatyczka upadnie i zabije się. Ale nie, skręciła w bramę, przeszła przez ulicę i weszła na piąte piętro dużej kamienicy; doktór podążał za nią. Tu zatrzymała się i zapukała do mieszkania.
Młody robotnik, może lat 25, otworzył im; widząc za odźwierną Marata, cofnął się zdumiony.
Uśpiona podeszła wprost do łóżka, podniosła nędzną poduszkę, wyjęła zegarek i oddała Maratowi.
Simon zbladł ze strachu, pewnym był, że kobieta zwarjowała.
Ta, zaledwie oddała zegarek Maratowi, krzyknęła przeraźliwie:
— Boże!! on mnie budzi!
Rzeczywiście drgnęła, jakby zbudzona ze snu, oczy jej przybrały wyraz przytomny, trzymając jeszcze zegarek w ręku, padła zemdlona.

— Więc dusza istnieje? — myślał Marat, wychodząc z poddasza z marzeniem w oczach, a niepewnością w sercu.

CIX
CZŁOWIEK I JEGO DZIEŁA

Podczas gdy Marat zastanawiał się nad istnieniem duszy i sumienia, inny filozof, na ulicy Plâtrière, rozmyślał o wczorajszym wieczorze. Pytał siebie, czy rzeczywiście był winowajcą. Z głową spuszczoną, rękoma opartemi na stole, Rousseau myślał i marzył.
Przed nim leżały dwa dzieła: Emil i Umowa Społeczna. Co chwila przerzucał kartki ulubionych utworów.
— Mój Boże! mówił do siebie, odczytując paragraf z Emila o wolności sumienia, co to za zapał!
Czy to być może, abym ja się odważył napisać to? ja?! te wymysły na tron, ołtarz i społeczeństwo?
Nie dziwię się, iż ludzie gubią się w tych sofizmatach; doprawdy, jestem przewrotowcem.
I odniósł się i mierzył wzdłuż i wszerz swój gabinecik.
— Wygadywałem na władzę, iż prześladuje pisarzy. Warjatem, głupcem byłem!... Ci ludzie mają rację.
Czemże ja jestem dla państwa? jeśli nie niebezpiecznym człowiekiem? Jedyną moją obroną jest to, że oświecą masy; to mój pretekst, podobno dowodziłem, że myśl moja, to pochodnia która świat oświeci.
„Dowodziłem również potrzeby równości, braterstwa ludów, tworzyłem plany na przyszłość, cóż mam za to?... spotykam ludzi z instynktami zwierzęcemi, ze zwyczajami, którychby się wstydzili barbarzyńcy... O! jestem winien!
Przeczytał stronicą z „Wikarjusza-Sabaudzkiego“....
— Hm, to tutaj... „Połączmy się, tylko jednością zdobędziemy szczęście“... Ja to napisałem! „Nasze cnoty powinny mieć siłą, jaką posiadają u innych występki“.
Rousseau zasępił się.
Niedługo wszystkie więzienia będą zapełnione ludźmi, stosującymi się do mych zasad, przed sądem wyciągną na świat moje dzieła i rzekną:
— Jesteśmy zwolennikami Rousseau’a, filozofa!
— Oh! jakże się śmiać ze mnie będzie Voltaire: On pierwszy rzuci się na mnie, jak osa.
Myśl, że filozof z Ferney wyśmieje go, do rozpaczy doprowadzała genewczyka.
— Jestem więc spiskowcem! ładnie, ładnie!
Teresa wniosła śniadanie. Spostrzegła, iż Rousseau odczytuje swe dzieła.
— Pięknie! — krzyknęła mu nad uchem, stawiając przed nim szklankę mleka — pan filozof czyta swe arcydzieła! hm... pan Rousseau zachwyca się sobą.
— Daj mi pokój — przerwał niecierpliwie Rousseau, nie masz się czego śmiać.
— Jakież to cudne, wzniosłe! — mówiła, przedrzeźniając Teresa. — Ci pisarze, co to za zarozumialcy... niegodziwcy... i tu żyj z takim potworem! Kiedy ja się przeglądam w lustrze, pan mąż nazywa mię kokietką, a cóż pan robi teraz?
Rousseau nic nie odpowiedział, cierpliwie czekał na zakończenie tej miłej sceny; pił mleko z miną skazańca.
— Rozmyślaj, rozmyślaj, pewno znów chcesz coś okropnego napisać.
Rousseau zadrżał.
— Marzysz ciągnęła niegodziwa baba — o swych idealnych kochankach, a piszesz dzieła, nienadające się do czytania dla młodych dziewcząt, albo książki, które kat spali kiedyś na rynku.
Ofiara drgnęła.
Teresa zręcznie wyszukiwała bolące miejsca.
— Nie odrzekł w zamyśleniu — napiszę teraz książkę, którą wszyscy uczciwi ludzie przeczytać będą mogli z radością.
— O! o! rzekła Teresa, sprzątając szklankę — to niemożebne, masz umysł, zdolny tylko do okropności. Wczoraj słyszałam, gdyś czytał na głos jakąś książkę o pięknych kobietach, ty satyrze! potworze! kuglarzu!
Kuglarz, była to najstraszliwsza obelga ze słownika Teresy.
— No, no, moja przyjaciółko — odezwał się filozof — będziesz zadowolona... Mam sposób zreformowania świata bez ofiar i cierpień. Tak, tak, ten projekt już dojrzał. Nie będzie rewolucji! Wielki Boże! tylko bez rewolucji.
— Zobaczymy, zobaczymy — odrzekła, krzątając się. — Co to dzwonią!
Po chwilce wróciła.
— Pochowaj te obrzydliwości!... słyszysz, prędko! jakiś młody człowiek chce się widzieć z tobą.
— Kto taki?
— Jakiś pan z królewskiego dworu.
— Nie wymienił ci nazwiska?
— Naturalnie, także pytanie!
— Powiedz-że nareszcie...
— Pan de Coigny.
— Co?! Pan de Coigny? — zawołał Rousseau — nieodstępny towarzysz księcia delfina!
— Zapewne ten sam. Śliczny chłopak, miły, grzeczny.
— Idę, już idę.
Rousseau spojrzał w lustro, poprawił na sobie ubranie, włosy i wszedł do saloniku.
Młody magnat przyglądał się z ciekawością kolekcji roślin, zebranych przez filozofa. Drzwi skrzypnęły. Oficer ukłonił się wchodzącemu.
— Czy mam honor mówić z panem Rousseau?
— Tak, panie — odrzekł filozof, przypatrując się z zachwytem eleganckiemu gościowi.
Pan de Coigny był rzeczywiście jednym z najbardziej eleganckich i najpiękniejszych ludzi swego czasu. Zdawało się, specjalnie wymyślono strój owej epoki, dla jego pięknej głowy, wspaniałej postaci, i białych rąk o klasycznych kształtach.
Rousseau uwielbiał piękno w jakiejkolwiek je spotykał formie, to też ta piękność i młodość miłe na nim wywarła wrażenie.
— Czem mogę panu służyć?
— Jestem hrabia de Coigny. Przychodzę do pana w imieniu delfinowej.
Rousseau ukłonił się. Teresa zaglądała z sąsiedniego pokoju i podziwiała pięknego posła Marji-Antoniny.
— Co rozkazuje mi Jej Królewska Wysokość? proszę, siadaj pan.
Usiedli.
— Otóż Jego Królewska Mość, Ludwik XV, wczoraj wieczór chwalił bardzo pańską muzykę, a delfinowa, chcąc sprawić królowi przyjemność, postanowiła wystawić w teatrze, w Trianon, jedną z pańskich oper komicznych.
Rousseau skłonił się głęboko.
— To też przychodzę prosić pana w imieniu delfinowej...
— O! mój, panie — przerwał gospodarz — moje zezwolenie jest tu chyba zbyteczne; wiem, że wszystkie utwory, przeznaczone na scenę, należą już do teatru. Zdaje mi sią, że artyści bądą sobie uważali za zaszczyt grać przed dworem.
— Nie poto przyszedłem — rzekł pan de Coigny. — Delfinowa chce urządzić coś zupełnie oryginalnego. Jej Królewska Wysokość zna i śpiewa wszystkie pańskie opery...
Nowy ukłon Rousseau’a.
— To wielki zaszczyt dla mnie... — wyjąkał.
— Wiele dam dworskich śpiewa świetnie — ciągnął dalej de Coigny — panowie również uprawiają muzyką z zapałem, to też delfinowa chce wystawić jedną z pańskich oper, w której aktorami będzie dwór i ona sama.
— Wyraź pan dostojnej delfinowej moje najuniżeńsze podziękowanie — wyszeptał filozof zmieszany.
— Ale to jeszcze nie wszystko — odparł de Coigny z uśmiechem.
— A!
— Aktorzy i aktorki będą znakomici, ale niedoświadczeni, a trzeba wszak grać tak, aby nie zawstydzić się przed królem i słynnym autorem dzieła.
Tym razem komplement ucieszył filozofa.
— Otóż — ciągnął dworak — Jej Królewska Wysokość prosi pana o przybycie do Trianon na ostatnią próbą i przedstawienie.
— O! — zawołał Rousseau, ja w Trianon?...
— Dlaczegóżby nie? — spytał najspokojniejszym tonem poseł.
— O! panie, jesteś człowiekiem inteligentnym, taktownym i honorowym, odpowiedz szczerze z ręką na sercu: Rousseau filozof, Rousseau mizantrop, Rousseau spiskowiec, na dworze królewskim? Toż moi nieprzyjaciele wyśmiewać mię będą do końca życia!
— Nie widzę przyczyny — odezwał się zimno de Coigny — dla którejby filozof Rousseau miał nam odmówić; czyż tak wielkiego człowieka powinny obchodzić czcze gadaniny głupców lub niechętnych? Tembardziej, iż odmówić następczyni tronu, byłoby lekkomyślnością i niegrzecznością.
— To prawda, to prawda — szeptał Rousseau.
— Czyż to resztki fałszywego wstydu? — spytał, uśmiechając się de Coigny. — Można być surowym dla królów, lecz nie być odludkiem? Panie Rousseau, dajesz pan rady ludzkości, lecz przecie nie jesteś jej wrogiem? Zresztą, nawet w takim razie, racz uczynić wyjątek dla dam, w których żyłach krew królewska płynie.
— Ma pan słuszną rację... lecz ja żyję tak samotnie... jestem tak nieszczęśliwy....
Teresa skrzywiła się.
— Nieszczęśliwy... hm... — mruknęła.
— Pomimo najszczerszej chęci udawania, nie potrafię być miłym i wesołym w towarzystwie tak wysoko postawionych osób. Cóż będę tam robił?...
— Wielkim ludziom nie wolno wątpić o sobie; ten, kto napisał „Nową Heloizę“, ma dosyć rozumu, taktu, wykształcenia, aby wiedzieć, jak mu postąpić wypada.
— Przysięgam panu, to niemożebne...
— Słowo to jest nieznane królom.
— Pomimo to, pozostanę w domu.
— Nie sprawi mi pan tej przykrości, abym musiał wracać z odmową do Versalu, z odmową, która zapewne pierwszy raz w życiu spotkałaby delfinową. Byłbym w rozpaczy, musiałbym chyba wyjechać z kraju. To też nie odmawiaj, panie Rousseau, nie odmawiaj temu, który jest wielbicielem twego talentu, genjuszu raczej.
— Doprawdy, argumenty, jakie pan daje, są doskonałe...
— Dajże się pan wzruszyć.
— Nie, nie mogę, wszelkie podróże szkodzą mi niewymownie.
— Czyż to można nazwać podróżą — półtorej godziny drogi.
— Dla pana, dla takich koni, jak pańskie.
— Wszystkie konie dworskie czekają na rozkazy pana, mieszkanie już przygotowane w Trianon, bo delfinowa nie pozwoli panu wracać w nocy do Paryża; delfin, zachwycający się twemi arcydziełami, zamierza pokój, w którym Rousseau prześpi tę noc, zamknąć na pamiątkę.
Teresa wydała okrzyk zachwytu, naturalnie nie przez uznanie dla męża; oczarowała ją dobroć delfina.
— Trudno — rzekł filozof — muszę się poddać, tak zręcznie mnie pan atakuje.
— Starałem się chwycić cię za serce, panie.
— Zrobię więc, czego żądacie...
— Serdeczne dzięki za siebie, co do delfinowej, sama je panu złoży; nawet tobie, filozofie, sprawi przyjemność podziękowanie z tak czarownych ustek.
— Tak, przyznaję to, drogi panie; lecz widzę, że i starcy mają przywileje pięknych kobiet: dają się prosić.
— O której więc godzinie mam przysłać po pana karetę? lub, jeśli pan pozwoli, przyjadę po niego.
— O, to zbyteczne. Będę w Trianon, ale sam się tam udam.
— Jakto, odmawiasz mi, panie, zaszczytu towarzyszenia ci?
— Wiem, że jesteś pan jedną z najznaczniejszych osób na dworze, odmawiam ci więc, panie, tylko dlatego, iż chcę się tam udać bez żadnej okazałości, jestto moje ultimatum.
— Cóż robić?... ustępuję. Widowisko zacznie się dziś o 6 wieczorem.
— Dobrze, o 5 i pół będę w Trianon.
— W jaki sposób się pan tam dostaniesz?
— O! to już moja rzecz, — oto mój powóz.
I wskazał na nogi.
— Żarty chyba, pięć mili zamęczysz się pan.
— Hm... mam swe własne konie i karetę; karetę ogólną, która należy tak do mnie, jak do mego sąsiada, za cenę 15 sous.
— Mój Boże! myślisz pan udać się tam omnibusem! zimno mi się robi na samą myśl.
— Ławki, które się panu wydają twardemi, są dla mnie rozkosznem siedzeniem. Dowidzenia!

Rousseau odprowadził gościa aż na schody. Teresa weszła do gabinetu, trzaskając drzwiami; była to oznaka złego humoru.

CX
STRÓJ ROUSSEAU

Po odejściu pana de Coigny, Rousseau padł na fotel wyczerpany.
— Ach! jak mię ci ludzie męczą, prześladują!
Teresa usłyszała te słowa.
— Boże! co to za próżny człowiek!
— Kto?... ja?
— Naturalnie, jesteś próżny i obłudny.
— Ja?
— Ty! ty! zachwycony jesteś tem zaproszeniem, a udajesz obojętność. Ty, szkarado!
— Znów ci się coś przyśniło — rzekł Rousseau, wyznał jednak w duchu, że Teresa dobrze odgadła.
— Może to mały zaszczyt dla takiego gryzipiórka, jak ty, iść na królewskie salony!
Filozof odezwał się zirytowanym głosem.
— Głupia jesteś, jeśli myślisz, że dla takiego człowieka, jak Rousseau obcowanie z królami jest zaszczytem. Dlaczego ten właśnie człowiek jest na tronie? Przez kaprys natury, który mu kazał być synem królowej; ja jestem sobą, przez swój talent i pracę.
— Szkoda — odrzekła ironicznie Teresa, iż pan de Sartines nie podsłuchuje twej tyrady, znalazłoby się dla ciebie miejsce w Bicetre lub Charenton.
— Pan de Sartines jest tyranem, z rozkazu jeszcze wyższego tyrana, i gdyby mię zaczął prześladować...
— Cobyś zrobił?
— Prawda — odrzekł, wzdychając filozof — moi wrogowie cieszyliby się z tego.
— Dlaczego masz tylu nieprzyjaciół?... Bo jesteś niegodziwcem, obrażającym wszystkich. Voltaire nie ma wrogów.
— To prawda — odparł Rousseau z anielską cierpliwością.
— O! bo Voltaire jest oprócz swej uczoności, wielkim panem, jest przyjacielem serdecznym króla pruskiego, ma swe konie, powozy, pałac w Ferney... wszak otrzymał to za swe osobiste zasługi; podobno na dworze umie się znaleźć, jak należy, nie udaje obojętności i wzgardy, jak ty.
— Oj głupia kobieto! ja wzgardy nie udaję, ja rzeczywiście gardzę temi darmozjadami, cały ten ich zbytek i przepych, wiesz skąd pochodzi? z kradzieży!
— Co?!
— A no tak, okradli mnie, ciebie i innych. Złoto, którem ozdabiają swe ubrania, winno być podzielone między tych, którym brak chleba. To też ze wstydem jadę do Trianon.
— Nie mówię bynajmniej, że naród jest szczęśliwy, hm.. jednak co król, to król.
— Jestem mu posłuszny, nie ma prawa nic nadto wymagać ode mnie.
— Jesteś posłuszny, lecz z bojaźni. Bo jesteś tchórzem!
— Nie boję się nikogo i niczego.
— Tak?... powtórz więc królowi to, coś mi tu deklamował przed chwilą.
— Uczynię to, jeśli będę miał okazję.
— Ty?
— Ja? czyż cofam się kiedy?
— Ba! boisz się zabrać kość kotu, ze strachu, aby cię nie podrapał... o! znam ja cię bratku; zaraz usiądziesz przed lustrem, zaczniesz się pomadować, fryzować, golić. Zabierzesz szkiełka, których nie odejmiesz od oczu przez cały wieczór; nie głupiś pokazać ludziom swoich małych głupkowatych oczu! Włożymy jedwabne pończochy, ubranie czekoladowego koloru ze świecącemi guzikami, nową perukę, wynajmiesz elegancki powóz i pan filozof pozwoli się podziwiać pięknym damom. Jutro wrócisz rozkochany, będziesz pisał czułe wiersze. O! znam ja cię dobrze!
— Mylisz się — odezwał się Rousseau — mówię ci, że idę tam z musu. Iść muszę, bo nie chcę wywoływać skandalu. Co do mych przygotowań, nie mam zamiaru stroić się dla nich.
— Zatem nie ubierzesz się? — spytała Teresa z ironją.
— Nie.
— Nie włożysz nowej peruki?
— Powtarzam ci raz jeszcze, pójdę tam, jak stoję, niech im się zdaje, że idę do teatru, kpię sobie z nich.
— Popraw przynajmniej brodę.
— Nie zmienię nic w toalecie.
Teresa parsknęła śmiechem, filozof wymknął się do drugiego pokoju. Lecz Teresa nie dała za wygrane. Wyjęła z szafy ubranie, buciki, świeżą bieliznę i rozłożyła to wszystko przed mężem na krzesłach.
— No, ubieraj się prędko, już późno.
— Tereso, nie męcz mnie, w ubraniu, które teraz noszę, odwiedzam mych przyjaciół, król nie jest lepszym od nich.
— Gadanie, gadanie. No, Jakóbie, nie rób głupstw, tu leży brzytwa, golarz zaraz przyjdzie.
— Dziękuję ci, moja droga, niczego mi nie trzeba, daj mi tylko buciki, w pantoflach wyjść nie mogę.
— Miałżeby ten stary niezłomną wolę? — pomyślała Teresa.
Męczyła go jeszcze, lecz Rousseau znał do brze tego djabła i wiedział, że, gdy tylko ulegnie, dopiero będzie się miał zpyszna. Z przykrością patrzył na eleganckie ubranie, ale nic nie pomogło, obstawał przy swojem. Teresa czekała tylko, kiedy swoim zwyczajem podejdzie do lustra, bo filozof lubił czystość i porządek do przesady i nie wyszedł nigdy, nie obejrzawszy się dokładnie na wszystkie strony. Tym razem miał się na baczności. Nareszcie czas było udać się w drogę. Skorzystał z zamyślenia się pani Teresy, obciągnął na sobie ubranie, wziął czystą chustkę do nosa i wyszedł. Żona wybiegła za nim.
— Bądźże rozsądnym, człowieku, wróć i ubierz się po ludzku, okropnie wyglądasz!...
— Dowidzenia!... — odpowiedział Rousseau.
— Jakóbie, wyglądasz jak opryszek!...
— Nie ruszaj moich papierów!
Teresa była w rozpaczy.

Rousseau na dole poprawił jeszcze płócienny żabot, otrzepał ubranie, wyszedł na ulicę i wsiadł w omnibus, kursujący z Paryża do Wersalu i Trianon.

CXI
KULISY W TRIANON

Jan-Jakób jechał w towarzystwie księdza włościanina i jakiegoś szwajcara. Do Trianon przybył około wpół do szóstej.
Wszyscy byli już zgromadzeni, czekano tylko na króla. Autor był im zupełnie obojętny. Wiedziano, iż będzie dyrygował operą, ale co mógł obchodzić wielkich panów jakiś tam Rousseau, czy Marmontel?
Oficer czekał na progu, a spostrzegłszy filozofa, pobiegł powiadomić o tem pana de Coigny. Ten przywitał gościa nadzwyczaj uprzejmie, ale spojrzawszy na jego ubiór, mimo woli wydał okrzyk zdumienia. Rousseau był blady, ubrany strasznie, a brodę miał tak długą, iż chyba Wersal nigdy podobnej nie widział. Filozof zmieszał się, trzeba jednak było wejść do salonu. Słabo mu się zrobiło gdy spojrzał w głąb.
Koronki, złoto, drogie kamienie, kwiaty i szarfy niebieskie, wszystko to wraz ze wspaniałem urządzeniem sali, wyrażało efekt nadzwyczajny. Przepyszna woń perfum zakręciła mu w głowie, a tu ze wszech stron ciekawe oczy przyglądały się przez lornetki zgarbionemu starcowi. Raził on rzeczywiście w tem otoczeniu okropnie. Pan de Coigny poprowadził go do orkiestry; biedny filozof odetchnął. Delfinowa, w uroczym kostjumie Coletty, oczekiwała na scenie swego Colin’a. Pan de Coigny poszedł zmienić kostjum.
Naraz wszedł król ze świtą. Zdawał się być w dobrem usposobieniu, usiadł na zwykłem miejscu; po prawej ręce umieścił się delfin po lewej, książę Prowancji.
Ludwik XV dał znak, aby dwór zajął miejsca.
— Czy zaraz rozpoczną? — spytał wesoło.
— Pasterki i pasterze nie są jeszcze gotowi, czekamy na nich — odparła Marja-Antonina.
— Przecież dziś dopiero próba; mogliby wystąpić w strojach zwyczajnych.
— Nie, królu, chciałam widzieć już wszystko w porządku.
— Niech i tak będzie, przejdziemy się trochę.
Ludwik XV wstał, a za nim dwór cały poszedł obejrzeć zbliska estradę, gabinety boczne i kulisy. Król bardzo był niespokojny: pani Dubarry coś się spóźniała.
Rousseau ze ściśnieniem serca spoglądał na pustą salę. Jakże się czuł samotnym!
Spodziewał się czego innego zupełnie. Myślał, że wejściem swem wywrze wrażenie, bał się pytań natarczywych, a tu pustka, nikt nawet nie spojrzy na niego.
Kontent był ze swego nędznego ubrania w eleganckim kostjumie byłby daleko jeszcze śmieszniejszym.
Zbliżył się doń oficer jakiś.
— Czy to pan Rousseau? — zapytał.
— Tak jest — odpowiedział Jan Jakób.
— Następczyni tronu chce mówić z panem, — dokończył oficer.
Filozof powstał, bardzo wzruszony.
Marja-Antonina czekała z nutami w ręku.
Rousseau skłonił się uniżenie, wytłumaczywszy to sobie tem, iż kłania się kobiecie, nie przyszłej królowej Francji.
Delfinową, z wrodzonym taktem i uprzejmością, rozmawiała z odludkiem i pytała go o sposób wykonania arji.
Rousseau z zapałem rozwijał teorję deklamacji i śpiewu, gdy nadszedł król z kilku dworzanami. Stał w foyer i ze zdumieniem przysłuchiwał się lekcji, udzielanej dostojnej pani. Delfinową zbliżyła się do monarchy, mówiąc:
— Pozwoli Wasza Królewska Mość, iż mu przedstawię naszego autora.
— Naszego autora? — powtórzył król, szukając czegoś w pamięci.
Rousseau stał, jak na rozżarzonych węglach.
Inkwizytorskiem spojrzeniem badał Ludwik XV nieogoloną brodę, zmiętoszony żabot, źle uczesaną perukę największego pisarza Francji.
Delfinowa mocno żałowała biedaka.
— Pan Jan-Jakób Rousseau, królu — rzekła — autor cudnej opery, którą grać mamy.
Ludwik XV podniósł głowę.
— A! to pan! witam — rzekł zimno.
Rousseau pytał się siebie w duchu, jak należy witać króla Francji, nie chcąc być impertynentem.
Podczas, gdy tak rozmyślał, król zadał mu jakieś pytanie. Zmieszany „wolny człowiek“ zapomniał o piorunach, jakie ciskał zwykle na królów, tyranów ludzkości, był zmieszany jak nigdy, imponowała mu ta postać, ten ubiór wspaniały, ten głos doniosły, a jak stal zimny.
— Panie Rousseau — mówił monarcha — nie spuszczając wzroku z peruki starca, śliczne rzeczy komponujesz, miłe chwile przepędziłem, słuchając twej muzyki.
I Ludwik XV zaczął śpiewać okropnym głosem:

„Gdyby namowy płochych galantów
Trafiały do mego serca,
Mógłbym nasycić się miłostkami
I bez ślubnego kobierca“.

— To zachwycające — rzekł, skończywszy.
Rousseau skłonił się uniżenie.
— Nie wiem, czy dobrze wykonam moją rolę, — rzekła delfinowa.
Król był tak zachwycony swym śpiewem, że nie zauważył nawet odezwania się następczyni tronu i rozpoczął inną piosenkę.

„W chateczce mojej ubogiej
Zawsze te same cierpienia,
Czy wiatr nią miota, czy słońce grzeje,
Nie mam i chwili wytchnienia“.

Jego Królewska Mość fałszował nielitościwie, co szczególnie raziło uszy muzyka. To też Jan Jakób, któremu pochlebiała pamięć monarchy, a raziło straszne wykonanie kompozycji, miał minę małpy, gryzącej cebulę, to jest płaczącej i śmiejącej się zarazem. Delfinowa zmuszała się do powagi, aby nie parsknąć śmiechem.

Król śpiewał dalej:

„Coletto, pasterko moja,
Wejdź proszę do mojej chatki,
Bo tylko obecność twoja
Nagrodzi jej niedostatki“.

Filozofowi krew uderzyła do głowy.
— Czy to prawda, panie Rousseau, iż chodzisz czasami w kostjumie armeńczyka?
Jan-Jakób z czerwonego zrobił się fioletowym; język mu skołowaciał; król zaś, nie czekając na odpowiedź, fałszował dalej:

„Miłość, to kapryśne dziecię,
Co chwila żąda odmiany,
Nie ufaj jej śmiertelniku,
Bo będziesz rozczarowany“.

— Zdaje mi się, że pan mieszkasz na ulicy de Plâtrière, rzucił król znowu.
Rousseau odpowiedział skinieniem głowy, żadna siła nie zmusiłaby go do wyjąkania choćby sylaby.
Ludwik XV piszczał już, nie śpiewał.

„ Miłość, to kapryśne dziecię i t. d.

— Podobno ciągle się pan kłócisz z Voltairem, czy to prawda?

Rousseau oniemiał. Ludwik XV nie miał litości, z jakąś dziką radością patrzył na niego i śpiewał.

„Kochajmy się, tańcujmy wesoło
Pośród zieleni wokoło“

przy akompanjamencie orkiestry, której tony, wraz z rozpaczliwemi fałszami króla, tworzyły straszną dysharmonję.
Delfinowa oddaliła się od buduaru, Rousseau pozostał sam i wyszedł na korytarz, mając zamiar wydostać się stamtąd na salę; w środku drogi spotkał się z jakąś parą.
Młoda jakaś kobieta, a raczej istota nadziemska, owinięta w tiule i koronki, szła pod ramię z młodym mężczyzną.
Kobieta, obsypana brylantami, strojna w pióra, błyszczała zdała, jak gwiazda. Towarzysz jej, zgrabny, szczupły młodzieniec, przepasany niebieską szarfą, śmiał się na cały głos, a dopomagała mu czarodziejka.
Rousseau w tej cudnej, uroczej istocie poznał panią Dubarry i mimowoli, jak wszyscy, oczarowany został.
Towarzyszył jej hrabia d’Artois.
Hrabina, spostrzegłszy wpatrzonego w nią filozofa — zawołała:
— Boże wielki!
— Co się stało? — zapytał hrabia, przypatrując się niepozornej figurze starca.
— Ależ to pan Rousseau! — krzyknęła pani Dubarry.
— Rousseau z Genewy? — spytał hrabia tonem ucznia na wakacjach.
— Tak, ten sam, hrabio.
— Jakże się pan miewa panie filozofie? — zawołał hrabia — śliczne rzeczy pan komponuje.
— Panie... wyjąkał Rousseau.
— Muzyka cudna, urocza! odpowiadająca w zupełności umysłowi i sercu jej twórcy — dodała Dubarry.
Tym razem filozof spojrzał w oczy hrabinie.
— Pani... — odrzekł szorstko.
— Hrabino, przerwał d’Artois, ja będę grał Colin’a, a ciebie zapraszam na Colettę.
— Z całego serca przystaję, tylko nie wiem, czy potrafię zadowolnić mistrza.
Rousseau poświęciłby życie w tej chwili, aby móc tej metresie odpowiedzieć po swojemu. Ale cóż, głos, ton, pochlebstwo, piękność zamknęły mu usta.
Chciał uciec.
— Panie Rousseau — rzekł d’Artois, zagrodziwszy mu przejście — naucz mnie pan roli Colin’a.
— Ja bo nie śmiem prosić o wskazówki do mej roli Coletty — dodała skromnie czarodziejka, podbijając do reszty filozofa.
— Pan Rousseau mnie nienawidzi — szepnęła towarzyszowi.
— Cóż znowu! któżby nienawidził panią? — wykrzyknął książę, — któżby to potrafił?
— Tak jest jednakże, niestety!..
— Pan Rousseau jest za uczciwym i za genjalnym, aby mógł nienawidzieć tak zachwycającą kobietę.
Rousseau westchnął i wymknął się wąskiem przejściem, pod ścianą, nie miał jednakże dzisiaj szczęścia, natrafił znów na dwóch mężczyzn; pierwszy był młody, drugi mógł mieć lat około pięćdziesięciu.
Usłyszeli oni śmiech hrabiego d’Artois i jego wołanie:
— Ach! panie Rousseau, uciekasz przed hrabiną Dubarry! cha! cha! cha! gdy to opowiem, nikt mi nie będzie chciał wierzyć, doprawdy!
— Rousseau? — szepnęli dwaj panowie.
— Zatrzymaj go! bracie i ty panie de la Vauguyon, proszę, zatrzymaj go!...
— A tom się dostał! — pomyślał z rozpaczą filozof.
Jednym z panów był hrabia Prowancji, drugim — nauczyciel dzieci królewskich.
Hrabia Prowancji zatrzymał filozofa.
— Dobry wieczór — rzekł zwykłym swym szorstkim tonem.
Rousseau skłonił się, zupełnie tracąc głowę.
— A! bardzo mi przyjemnie spotkać pana, odezwał się książę.
— Znów komplementy! Toż to idjoci, ci wielcy panowie — pomyślał filozof.
— Czytałem pańskie tłumaczenie Tacyta.
— Aha — pomyślał Rousseau — to widocznie jakiś uczony.
— Niełatwa to rzecz tłumaczyć Tacyta.
— Napisałem to w przedmowie.
— Pamiętam, pamiętam tę sławną przedmowę, zaznaczyłeś pan w niej, że nietęgo znasz łacinę.
— Przyznaję.
— Pocóż więc było brać się do nieswoich rzeczy, panie Rousseau?
— Traktowałem to jako ćwiczenie stylu.
— Zupełnie źle przetłumaczyłeś niektóre ustępy, panie Rousseau, np.: imperatoria brevitate przełożyłeś na: mowa poważna i krótka.
Rousseau wytężył pamięć.
— Tak jest, tak — rzekł młody książę z miną zupełnie pewną siebie — tak pan to przetłumaczyłeś w tym paragrafie, gdzie Tacyt opowiada jak Pizon przemawiał do żołnierzy...
— Więc cóż?
— Więc to, mój panie, iż „imperatoria brevitate” oznacza myśl zupełnie inną, znaczy: „ze zwięzłością dowódcy.” Czy nie tak, panie de Vauguyon?
— Naturalnie, że tak — odrzekł guwerner.
— Zaraz, jeszcze coś sobie przypomnę z tego tłumaczenia, jeszcze coś, co zwróciło moją uwagę.
Rousseau zbladł.
— Mam już, ten oto paragraf... no ten, co to się zaczyna od słów: „At insuperiore Germania“... ten, gdzie Tacyt mówi: „Cito sermone.”
— Pamiętam doskonale.
— Przetłumaczyłeś pan to słowami: „mówiąc dobrze.”
— Myślałem...
Cito sermone znaczy: mówić prędko, to jest z łatwością.
— Ja napisałem: „mówiąc dobrze“?
— Tak, dalej Tacyt mówi: Delata voluptas, dissimulata luxuria cunctaque, ad imperii decorem composita.
— Przetłumaczyłem to na:
„Odkładając zbytek i rozkosze na inne czasy, zachwycił świat swem staraniem o przywrócenie chwały państwu.”
— Zupełnie źle, mój panie Rousseau. — Tacyt chciał powiedzieć, iż cesarz Otton, zmniejszając swe wydatki, redukując zbytki, wszystko obracał na dobro państwa. Słyszysz pan?.. Wszystko. Wszak prawda, panie Vauguyon?
— Naturalnie — potwierdził guwerner.
Rousseau otarł pot z czoła.
— Ale jesteś pan świetnym filozofem, to twój wydział, panie Rousseau, tylko pański „Emil” jest dziełem niebezpiecznem.
— Dlaczego?
— Dla ogromnej ilości idei dziwacznych, które mogą być źle zrozumiane przez mieszczan i lud.
— W chwili, w której dany człowiek zostanie ojcem, zrozumie to moje dzieło, czy będzie magnatem, czy najbiedniejszym z biedaków Być ojcem...
— A ta, panie Rousseau — przerwał niegodziwy książę, — ta pańska „Spowiedź”, toż to prawdziwie ucieszna książka. Ile też, panie filozofie, miałeś naprawdę dzieci?...
Rousseau zachwiał się i spojrzał na swego kata wściekłym wzrokiem, co sprawiło księciu widoczną przyjemność. Roześmiał się ironicznie i odszedł wraz ze swym wychowawcą.
Rousseau pozostał sam i zwolna zaczął przychodzić do siebie, jakby ze snu przykrego zbudzony; usłyszał pierwsze tony orkiestry. Udał się więc do sali i siadł na swem miejscu.
Warjat jestem, podły łotr, skończony głupiec, myślał w duchu, szkoda, że nie powiedziałem temu smarkaczowi:
— To brzydko, aby taki młody książę znęcał się nad starcem.

W tej chwili Marja-Antonina i pan de Coigny rozpoczęli duet. Po męczarniach dla filozofa, nastąpiły tortury dla muzyka, po cierpieniach serca, przyszły katusze słuchu.

CXII
PRÓBA

Po jakimś czasie Rousseau uspokoił się i zaczął obserwować towarzystwo; widział wkoło siebie damy kokietujące jak pasterki, słyszał głosy męskie fałszujące i profanujące jego kompozycję. Następczyni tronu śpiewała nieźle, lecz była złą aktorką, zresztą miała głosik tak słaby, że ją zaledwie słychać było. Król skrył się w swej loży i emablował damy. Delfin był suflerem; całość szła po królewsku źle.
Rousseau kręcił się na krześle, był jak na mękach, wtem spostrzegł wśród całej trupy anielsko-piękną dziewczynę, ubraną w gustowny strój wieśniaczki; miała głos cudowny, porywający. Rousseau cały w słuch się zamienił. Delfinowa spostrzegła zmianę fizjognomji filozofa i, chcąc może wywołać komplement, zbliżyła się do niego.
— Panie Rousseau, proszę, powiedz prawdę, czy bardzo źle idzie to wszystko?
Rousseau wsłuchany jeszcze w czarowne dźwięki, które drżały w powietrzu, nic nie odpowiedział.
— Panowie i panie, zawołała Marja-Antonina, pomyliliśmy się, a pan Rousseau nie śmie nam zwrócić uwagi. Proszą cię, mistrzu, naprowadź nas na dobrą drogą.
Ale Jan-Jakób śledził wzrokiem piękną pasterką.
— Ach, przerwała delfinowa milczenie, to panna de Taverney musiała się pomylić!
Andrea zaczerwieniła się, czuła wszystkie spojrzenia na sobie.
— Nie! nie! zawołał filozof, to nie wina tej pani, ona śpiewa, jak anioł!
Pani Dubarry rzuciła na Rousseau wzrok ostrzejszy od sztyletu.
Pan de Taverney uśmiechnął się rozkosznie.
— A tobie czy także ten głos się podoba?... — zapytała faworyta Ludwika XV.
— Przyznam ci się, że nie słyszałem dobrze, zresztą ażeby móc wyróżnić jeden głos wśród takiego chaosu, trzeba być znawcą wytrawnym.
Rousseau dał w tej chwili znak orkiestrze i chór powtórzył śpiew poprzedni. Filozof z przyjemnością zauważył ukłon pana de Jussieu. Nareszcie ktoś z dworu królewskiego ukłonił mu się przecie, jak należy; Andrea zarumieniona, niby wiśnia, powtórzyła swoją arję. Przez cały ciąg próby pani Dubarry rozmawiała z królem, chciała za jaką bądź ceną przykuć jego uwagą do siebie. Tymczasem z dwóch stron estrady uformowały się dwa kółka; z jednej strony delfinowa, miła jak zawsze, czarowała swym uśmiechem i porywającym humorem; przy niej stary i dowcipny Richelieu wodził rej między młodzieżą. Śmiechy wybuchały co chwila i niepokoiły mocno hrabinę Dubarry i jej wielbicieli, stojących po przeciwnej stronie salonu.
— Zdaje mi się — mówił Richelieu — iż panna de Taverney ma głos ładny, co się zowie.
— Ładny to mało, cudowny! — odpowiedziała Marja-Antonina.
Przez egoizm jedynie nie oddałam jej roli Coletty, bo, co prawda, ponieważ urządziłam to wszystko dla mojej przyjemności, chciałam więc mieć główną rolę.
— Jestem pewny, iż panna de Taverney nie zaśpiewałaby jej lepiej od Waszej Królewskiej Wysokości.
— Panna de Taverney jest znakomitą śpiewaczką, wtrącił zachwycony Rousseau.
— Widzisz marszałku — rzekła delfinowa. — Przyznam się wam, moi panowie, że to ona wyuczyła mnie mojej roli; baronówna tańczy przytem zachwycająco, a ja nie posiadam tego talentu.
Można sobie wyobrazić efekt, jaki te słowa wywarły na zgromadzeniu, to jest na królu, pani Dubarry i na całej falandze ciekawych intrygantów i zazdrosnych, bo obojętnych niema na dworach królewskich. Delfinowa prosiła Andreę o powtórzenie raz jeszcze romansu. Król wychylił się z loży z takiem ukontentowaniem, iż hrabinie krew uderzyła do głowy.
Niegodziwy marszałek oddychał zemstą; zbliżył się do barona de Taverney i utworzył łącznie z nim grupę, której śmiało możnaby było nadać nazwę: „Hipokryzja i sprzedajność“.
Dubarry nie mogła pokonać gniewu i, wbrew wszelkiej etykiecie, powstała, gdy Ludwik XV siedział jeszcze na miejscu. Dworacy przeczuwali burzę, zgadywali, iż niedługo faworyta będzie mogła zaintonować romans, zaczynający się od słów:

„Straciłam kochanka
Colin mię opuszcza i t. d.”

— Czy widzisz?... — szepnął marszałek baronowi — Andrea ma powodzenie niesłychane; wyjdźmy stąd dodał i zaciągnął de Taverneya na korytarz, oddzielony od salonu oszklonemi drzwiami; pchnął je, lecz nie mógł ich otworzyć. Richelieu szarpnął drzwi z całej siły i zdziwił się niepomału, ujrzawszy po drugiej ich stronie chłopaka z koszem kwiatów na ręku, który przypatrywał się przez szyby towarzystwu zebranemu w salonie.
Gilbert, bo to on był, drgnął z przestrachu.
— A! to oni — rzekł Taverney do marszałka.
— Co za on? znasz go baronie? — zapytał książę.
— Skąd ty się tu wziąłeś, łotrze? — zapytał de Taverney ogrodnika.
Gilbert odpowiedział dumnie:
— Przyszedłem popatrzyć.
— Zamiast pracować — dodał książę.
— Robotę na dziś przypadającą skończyłem — odrzekł grzeczniej nieco Gilbert.
— Wszędzie cię pełno, leniuchu! — zawołał ze złością baron.
— No, no, leniuchu! — powtórzył jakiś głos.
— Gilbert nie jest wcale leniuchem, proszę nie obrażać mego ucznia.
Taverney odwrócił się i poznał w mówiącym pana de Jussieu. Zacisnął zęby ze złości.
— Lokaje także tutaj? — mruknął do księcia.
— Cicho! cicho!... — odparł marszałek. — Patrz Nicolina jest także... patrz tu... dalej...
Rzeczywiście, baron spostrzegł wśród dwudziestu może osób ze służby, piękną głowę i śmiejące się oczy subretki.
— Chodźmy, chodźmy — rzekł Richelieu do barona, coś mi się zdaje, iż cię Jego Królewska Mość poszukuje...
Dwaj przyjaciele wrócili do salonu. Dubarry rozmawiała z księciem d’Aiguillon, który pomimo to, nie spuszczał oczu ze swego wuja. Rousseau, zachwycony Andreą, wpatrywał się w nią, jak w obraz, gdy delfinowa udała się do buduaru i dała w ten sposób znak wszystkim artystkom i artystom, iż nadszedł czas zmiany toalet. Richelieu zbliżył się do loży królewskiej, po chwili wrócił do przyjaciela z palcem na ustach.
Taverney zbladł ze wzruszenia.
— Chodź za mną — szepnął marszałek i wprowadził barona tylnemi drzwiami do loży, gdzie usłyszeli co następuje:
— Czy mam czekać z kolacją na Waszą Królewską Mość? — zapytała Dubarry.
— Jestem tak znużony hrabino... że musisz mi przebaczyć... nie mogę ci służyć dzisiaj.
Hrabina zatrzęsła się z oburzenia, skłoniła się nisko i wyszła.
Prawie we drzwiach spotkała delfina, który udał, że jej nie widzi.
— Królu, czyż będziemy mieli zaszczyt widzieć cię przy naszym stole w Trianon?
— Dziś nie, mój synu, w tej chwili odmówiłem właśnie hrabinie; bawcie się jak najlepiej, moje dzieci, chcę dziś pozostać sam.
Delfin skłonił się i wyszedł śpiesznie.
Król dał wtedy znak Richelieu’mu.
— Mam ci coś powiedzieć, książę....
— Najjaśniejszy Panie...
— Jestem bardzo niezadowolony. Chcę cię prosić, abyś wytłumaczył mi jedną rzecz.
Będę dziś sam, dotrzymaj mi towarzystwa przy kolacji.
Ludwik XV spojrzał na barona.
— Zdaje mi się, że znasz, książę, tego pana?
— Barona de Taverney? Znam, Najjaśniejszy Panie.
— A! to zapewne ojciec tej cudnej śpiewaczki?...
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie.
— Słuchajno, książę.
Król szepnął coś Richelieu’mu na ucho.
Taverney zacisnął zęby, aby nie okazać wzruszenia.
Król oddalił się natychmiast.
— Chodź za mną, — szepnął książę baronowi, — tylko ostrożnie, aby nie zwrócić niczyjej uwagi.
— Gdzie pójdziemy? — spytał cichutko Taverney.
— Zobaczysz.

Książę wysunął się z loży, baron podążał o dwadzieścia kroków za nim i tak doszli do apartamentów króla. Richelieu wszedł do salonu, baron pozostał w przedpokoju.

CXIII
PUDEŁKO Z KLEJNOTAMI

Taverney nie czekał długo. Książę rozkazał kamerdynerowi przynieść przedmiot, który król pozostawił na toalecie.
Służący wrócił wkrótce i oddał coś marszałkowi.
— Pójdźmy do galerji.
— Wątpiłeś baronie o mej przyjaźni, wszak prawda? — zapytał marszałek towarzysza, gdy się znaleźli sami.
— Nie teraz, przerwał baron.
— Wątpiłeś jednak o losie twych dzieci?
— Przyznaję.
— Myliłeś się przyjacielu. Przyszłość ich zabezpieczona.
— W jaki sposób?
— No, pan Filip jest kapitanem.
— Prawda!... Tobie to zawdzięczam.
— Panna Taverney będzie, o ile mi się zdaje, wkrótce markizą...
— Moja córka?!.. — zawołał baron.
— Słuchaj, stary, król ma dobry gust, piękność, talent i cnota zachwycają go zawsze... Panna Andrea posiada wszystkie te przymioty w wysokim stopniu... Rozumiesz więc, iż Ludwik XV zachwycony jest twoją córką.
— Książę — zapytał wyzywająco baron — co rozumiesz przez to słowo „zachwycony?“
Marszałek odpowiedział sucho:
— Nie jestem zbyt tęgim lingwistą ani nawet dobrym ortografem, dla mnie więc „zachwycony“ znaczy „niezwykle zadowolony“. Jeżeli cię obraża, iż Jego Królewska Mość zachwyca się twemi dziećmi, wrócę zaraz do Najjaśniejszego Pana i...
— Na litość boską! — zawołał baron z przerażeniem nie zrozumiałeś mnie, marszałku.
— Dlaczego więc nie jesteś zadowolony?...
— Nie mówiłem tego przecie.
— Pytać, co król zamierza uczynić, toż to głupota w tym wypadku.
— Ależ i o to nie pytałem. Jestem bardzo zadowolony, bardzo...
— A!... Nareszcie!... Któż bo nie byłby zadowolony!... Twoja córka...
— E!...
— Mój drogi, wychowałeś córkę w tem tam swojem pustkowiu, nic też dziwnego, że jest zanadto skromną.
— Andrea wychowała się sama, ja śmiertelnie nienawidziłem dziury, którą zwą pałacem de Taverney.
— Hm... kto to wie... może panna Andrea udaje tylko cnotliwą.
— Mylisz się, Andrea, to gołąbka niepokalana.
— W takim razie, szukaj biedaczce męża, nie można zostać niczem wyższem, mając taką brzydką wadę.
Taverney z niepokojem patrzył na księcia.
— Szczęściem — ciągnął dalej marszałek, — król jest tak zakochany w Dubarry, że na nikogo nie zwraca wcale uwagi.
Niepokój barona zamienił się w przerażenie.
— To też — mówił wolno Richelieu, — uważaj to za żarty tylko. Możesz być spokojnym o córkę, baronie, zwrócę to zaraz królowi...
— Co takiego?... — zawołał baron i pobladł.
— Najjaśniejszy Pan chciał ofiarować mały prezent pięknej Andrei.
— Prezent?!... — wykrzyknął Taverney z entuzjazmem. — Co takiego?...
— Ech! głupstwo — rzekł marszałek, — patrz oto.
Richelieu podał przyjacielowi ozdobne puzdro, wysłane atłasem.
— Co zawiera to puzderko?...
— Bagatelkę... Naszyjnik wartości kilku tysięcy liwrów!... Jego Królewska Mość chciał go ofiarować pięknej śpiewaczce, a ja nic w tem nie widzę nadzwyczajnego. Skoro jednak ma to przerazić pannę Andreę, niema już o czem mówić.
— Odmawiając, obrazi króla.
— Naturalnie, lecz cnota zwykle kogoś obraża.
— Andrea nie będzie tak nierozumna...
— Skądże tak sądzisz?...
— Domyślam się zawsze, co moja córka uczynić zamierza.
— Szczęśliwi ludzie, ci chińczycy!
— Dlaczego? — zapytał baron.
— Bo mają pełno rzek i kanałów w swym kraju — odrzekł Richelieu.
— Proszę cię, książę, wróćmy do rozpoczętej rozmowy, co mnie obchodzą chińczycy i co ma za związek moja córka z ich rzekami?
— Bardzo łatwo się domyślić. Chińczycy mają prawo topić córki nadto cnotliwe i nie są wcale za to odpowiedzialni.
— Ej! marszałku, bądź sprawiedliwy; przypuśćmy, iż masz córkę.
— Co ci się śni u djabła!... Gdybym miał córkę, postąpiłbym w danym razie jak chińczycy. Moje dzieci zajmują mnie do lat ośmiu.
— Słuchaj, marszałku — przerwał baron, — cobyś zrobił, gdybyś był na mojem miejscu, a ja chciałbym ofiarować twej córce naszyjnik w imieniu króla?...
— Tylko, proszę cię, bez porównań, ja żyję na dworze, a ty na prowincji. To co u ciebie nazywa się cnotą, jest u mnie głupotą. Zresztą, mój drogi, nie mam bynajmniej zamiaru ofiarowania tej kolji pannie Andrei.
— Wszakże mówiłeś...
— Nie zrozumiałeś mnie widocznie. Powiedziałem, iż król przeznaczył ten upominek dla panny Taverney, bo go jej głos oczarował, nie powiedziałem jednak wcale, że ja mam jej to doręczyć...
— Nic nie rozumiem, zawołał baron w rozpaczy, tłumacz się jaśniej, bo słowo daję, że głowę tracę...
— A!... — rozśmiał się książę, — spadasz naraz z nieba kochanku!...
— Ależ....
— Pamiętaj o tem baronie, że gdy król ofiarowywa prezent kobiecie i obarcza księcia Richelieu tem poleceniem, upominek jest całkiem wyjątkowy. Marszałek Francji nie oddaje pudeł z klejnotami, — to zajęcie pana Lebel. Znasz Lebla, baronie?...
— Któż się więc ma tem zająć?
— Mój przyjacielu — rzekł Richelieu z szatańskim uśmiechem, — mając do czynienia z tak świętą, jak panna Andrea, kobietą, staram się choć w setnej cząsteczce być tak czystym, jak ona, to też otrzymawszy tak delikatne poselstwo do córki, składam je w ręce ojca.... Masz pudełko i oddaj je córce... Czy chcesz.... czy nie?...
— No!.. tak to co innego. Prezent ten, gdy przechodzi w moje ręce, staje się zupełnie naturalnym, ojcowskim....
— Czyż podejrzewałeś Jego Królewską Mość o złe zamiary?..
— Niech mię Bóg zachowa i broni!... Ale co powie świat.... moja córka....
Richelieu wzruszył ramionami.
— Bierzesz, czy nie?
Taverney wyciągnął rękę.
— Przyznaj, że to szczyt moralności, to twoje posłannictwo od króla do córki.... co? Jan-Jakób Rousseau przyznałby bez wahania, iż nieboszczyk Józef... ten co to z Putyfarą... rozpustnikiem jest wobec ciebie....
Marszałek mówił wolno i zupełnie serjo, to też baron uścisnął rękę przyjacielowi.
— Dzięki ci — rzekł serdecznie, — Andrea przyjmie ten podarek.
— Będzie to dopiero wstęp do karjery, baronie.
— Stokrotnie dziękuję, marszałku.
— Jeszcze słówko; nie zdradź się przed nikim o tej łasce, szczególniej przed przyjaciółmi Dubarry. Hrabina gotowa opuścić króla natychmiast i drapnąć gdzie pieprz rośnie. Ja byłbym wtedy zgubiony.... bądź więc dyskretnym, proszę cię o to!..
— Zaufaj mi mój drogi, będę milczał jak grób. Ale podziękuj za mnie Jego Królewskiej Mości.
— Dobrze. W imieniu twojem i czarującej baronówny. Słuchaj Taverney.... Dam ci sposobność podziękowania osobiście; Ludwik XV zaprasza cię do siebie na kolację.
— Mnie?

— No, tak.... ciebie. Będziemy w kółku familijnem: Król, ja i ty pomówimy o cnocie twej Andrei.
— Dowidzenia więc, uciekam; widzę Dubarry z księciem d’Aiguillon, nie trzeba, aby nas spostrzeżono razem. I lekko, jak paź, znikł w ciemnej galerji, pozostawiając barona z klejnotami w ręku.

CXIV
U KRÓLA

Marszałek zastał Jego Królewną Mość w małym salonie wraz z kilku panami. Ludwik XV oznajmił im, iż kolacji z nimi jeść nie będzie, że jest zmęczony że, jednem słowem, chce sam pozostać.
Cała falanga pomknęła też zaraz do pawilonu następcy tronu, który dziś wydawał festyn, a wszyscy gotowi byli przysiąc, iż sami opuścili Jego Królewską Mość dla Następcy tronu.
Ludwik XV kiedy indziej śmiałby się był z nich, dowcipkował, kpił, dziś jednak miał myśl zaprzątniętą czem innem. Zbliżył się do okna.
Przed pałac zajechała złocona kareta hrabiny Dubarry; dwóch ludzi oświecało drogę, na koźle siedział Zamor.
Hrabina, która zapewne umyślnie opóźniała wyjazd, przypuszczając, iż król zmieni zamiar poprzedni, gdy nikt nie nadchodził, wpadła w straszny gniew i czem prędzej zajeżdżać poleciła.
Szła wsparta na ramieniu d’Aiguilion’a a za nią kroczył zwolna wicehrabia Jan. Nie był na przedstawieniu, delfin zapomniał go zaprosić, że jednak chciał widzieć wszystko koniecznie, ubrał się paradnie i... wystawał wraz ze służbą w przedpokoju. Czekał na siostrę; zobaczywszy jej bladość i zmarszczone brwi, przeraził się na dobre, przeczuł jakieś niebezpieczeństwo poważne.
Ludwik XV-ty, zasłonięty kotarą, widział wszystko, nie będąc widzianym; kareta ruszyła z miejsca.
— Och! — och!... — rzekł król głośno, — hrabina wyjechała, nie widząc się ze mną?... musi być okropnie rozgniewana.
Richelieu wślizgnął się do salonu.
— Hrabina rozgniewana — rzekł — dlaczego? Dlatego, iż Wasza Królewska Mość chce się zabawić trochę?... Toby było niesłuszne.
— Wiedz mój książę — odpowiedział monarcha chłodno, — wiedz, że nie chcę się wcale zabawić, ale, że chcę odpocząć. Muzyka mię denerwuje, pojechawszy z hrabiną do Luciennes, musiałbym jeść i pić, wina ma szkaradne, po kilku kieliszkach kręci mi się w głowie. Wolę tu pozostać.
— Słusznie, Najjaśniejszy Panie!...
— Hrabina wkrótce się uspokoi. Czyż jestem tak miłym towarzyszem?.... Pani Dubarry, zapewnia mnie o tem codziennie, ale nie chce mi się temu wierzyć.
— Tym razem nie masz racji, Najjaśniejszy Panie!...
— Starzeję się, mój marszałku, starzeję!...
— Hrabina wie, że bez ciebie, Najjaśniejszy Panie, w żadnem towarzystwie bawić się nie będzie.
— Powiedz mi, marszałku, jakiego ty eliksiru używasz?... Kobiety cię kochają jakbyś miał lat dwadzieścia. Wtedy wybiera mężczyzna, w naszym zaś wieku kobiety nami rządzą.
Richelieu roześmiał się znacząco.
— To też skoro hrabina się pocieszy, Wasza Królewska Mość powinien się zabawić.
— Zmieniasz słowa moje, kochany książę, nie mówiłem, iż hrabina się pocieszy, ale że się rozerwie. Czy jest tam kto jeszcze?...
— Cała służba czeka na rozkazy.
Ludwik XV zamyślił się.
— A z kim przyszedłeś, książę?
— Z Rafté’m.
— Dobrze.
— Czy może być potrzebnym?...
— Niech mi się dowie natychmiast, czy pani Dubarry wróciła rzeczywiście do Luciennes?
— Zdaje mi się, że odjechała.
Tak się zdaje, lecz czy tam pojechała rzeczywiście?...
— Gdzieżby mogła się udać?
— Kto to wie?... Zazdrość prowadzi do szaleństwa.
— Czyżby Wasza Krójewska Mość był zazdrosnym?...
— Książę!...
— Toby było poniżającem dla nas wszystkich.
— Ja zazdrosny?... — zawołał ze śmiechem Ludwik XV — czy serjo to mówisz marszałku?
Richelieu rzeczywiście nie wierzył temu, co mówił. Przeciwnie, był przekonany, iż król pyta dlatego, aby się upewnić, czy Dubarry nie powróci do Trianon.
— Posłać więc sekretarza mego na zwiady?
— Poślij go, książę.
— Natychmiast!... Co Wasza Królewska Mość zamierza robić przed kolacją?...
— Nic, każemy ją podać sobie niezadługo. Czy uprzedziłeś, marszałku, wiadomą osobę?
— Jest w przedpokoju.
— Cóż odpowiedziała?..
— Składa najgorętsze podziękowanie.
— Ojciec, a córka?
— Nie otrzymała jeszcze pudełka.
— Słuchaj książę, jeśliby hrabina powróciła?...
— Nie sądzę, aby była zdolną do czegoś podobnego.
— Kobieta zazdrosna nie cofa się nigdy przed niczem. A ciebie nie cierpi piekielnie.
Richelieu skłonił się uniżenie.
— Wiem o tem, Najjaśniejszy Panie!...
— Nienawidzi również pana de Taverney.
— Jeśli Wasza Królewska Mość raczyłby poszukać w pamięci, jestem pewien, że znalazłby i trzecią jeszcze osobę, której pani Dubarry tak jak mnie nienawidzi...
— Kogo?...
— Panną Andreę.
— Hm.... to rzecz bardzo naturalna.
— Zatem....
— Trzeba zwrócić na to uwagę, aby nie zrobiła nam jakiego skandalu tej nocy.
— Wątpię.
— Idzie marszałek dworu; cicho! wydaj rozkazy Rafté’mu i przychodź z osobą wiadomą naturalnie.
Ludwik XV oddalił się do sali jadalnej, Richelieu zaś do przedpokoju. W pięć minut potem wszedł do króla wraz z baronem.
Król skinął przyjaźnie wchodzącym.
Taverney był sprytnym, umiał się znaleźć wszędzie, nawet przy królewskim stole. Jedli w milczeniu.
Ludwik XV był złym królem, ale czarującym człowiekiem, jego towarzystwo, gdy tylko był w dobrym humorze, było nadzwyczaj miłe. Jadł z apetytem, kazał podać wina i rozpoczął pogawędkę o muzyce.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł Richelieu jeśli muzyka wprawia w zachwyt ludzi, to cóż powiedzieć o kobietach?.
— O!... książę — rzekł król — nie mówmy o kobietach. Od wojny trojańskiej, aż do naszych czasów, wywierały one zawsze ogromny wpływ na nas. Chociaż ty, marszałku, nie masz prawa tak sądzić, ty prowadzisz wojnę z kobietą bardzo niebezpieczną.
— Z hrabiną?... mojaż w tem wina?...
— Bezwątpienia.
— Doprawdy, zaciekawiony jestem.
— Wytłumaczę ci w dwóch słowach.
— Słucham, Najjaśniejszy Panie.
— Ofiarowywała ci tekę ministra, a tyś jej odmówił.
— Ja? — zapytał Richelieu, trochę zaambarasowany.
— Tak przecie mówią powszechnie, powtarzam co słyszałem, a może nawet czytałem w gazecie.
— Wasza Królewska Mość — podjął marszałek, korzystając z dobrego usposobienia monarchy — nie wierzy, zapewniam jednak, iż tym razem pogłoski mają pewną podstawę.
— Co? — wykrzyknął Ludwik XV — odmówiłeś więc, marszałku, przyjęcia teki?
Richelieu znalazł się w fałszywej pozycji. Król wiedział wszakże, że nie miał on czego odmawiać. Ale marszałek chciał wyjść z honorem z sytuacji; Taverney nie powinien był dowiedzieć się prawdy, trzeba więc było wykręcić się zręcznie.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł spokojnie — nie czepiajmy się względów pobocznych. Czy odmówiłem, czy nie odmówiłem przyjęcia teki, to tajemnica stanu, której Wasza Królewska Mość wyjawić zapewne nie raczy, istnieje atoli przyczyna, dla którejbym nie przyjął ministerjum, gdyby mi je ofiarowano i to rzecz, jak mi się zdaje, najważniejsza.
— Ho! ho! Mości książę, więc jest taka przyczyna i to nie będąca tajemnicą stanu — zawołał Ludwik XV, ubawiony wykrętem dworaka.
— Nie mam żadnych tajemnic dla mego króla i pana, dusza moja stoi całkiem obnażona przed tobą, Najjaśniejszy Panie. Król Francji nie powinien mieć ani jednego poddanego, któryby nie wyznawał przed nim prawdy.
— Hm... książę — odrzekł król zwolna, podczas gdy Taverney przysłuchiwał się z niepokojem rozmowie — o prawdzie mówisz, książę?
— W państwie twojem, Najjaśniejszy Panie, są dwie potęgi, przed któremi powinien korzyć się minister: — pierwsza — wola monarchy, druga — wola przyjaciół, których Wasza Króiewska Mość wybrać sobie raczy... Pierwsza potęga jest niewzruszona, druga jest jeszcze świętsza, bo nakłada obowiązki sercu. Minister musi kochać ulubieńca lub ulubienicę króla, chcąc być posłusznym rozkazom swego pana.
Ludwik XV uśmiechnął się dobrodusznie.
— Bardzo to piękna zasada, mój książę, i z przyjemnością słyszę ją z ust twoich. Ale nie radzę ci powtarzać jej zbyt głośno.
— Wiem, jak krzyczą filozofowie, ale co nas ich wrzaski obchodzą. Przedewszystkiem owe dwie potęgi! Niełaskę moją, wyznaję to Waszej Królewskiej Mości, zawdzięczam owym osobom wybranym.
Ludwik XV nie odrzekł ani słowa.
Richelieu spostrzegł, że trzeba zmienić taktykę.
— Dziś wieczorem — powiedział pospiesznie marszałek — widziałem tyle pięknych kobiet na dworze, iż, doprawdy, gdybym był królem i mógł wybierać, byłbym w kłopocie niemałym.
Król zwrócił się do Taverney’a, drżącego ze strachu i nadziei zarazem.
— Czy jesteś tego samego zdania, baronie? — zapytał.
— Najjaśniejszy Panie — odpowiedział Taverney — książę marszałek tyle tu dziś pięknych rzeczy wypowiedział, że niepodobnaby było różnić się z nim w zdaniu.
— Zgadzasz się zatem i na to, co powiedział o pięknych kobietach? Jest naprawdę tak wiele piękności na dworze Waszej Królewskiej Mości... iż...
— Wybór miałbym bardzo utrudniony?...
— Śmiem to potwierdzić, Najjaśniejszy Panie.
Ludwik XV spojrzał przyjaźnie na mówiącego.
— Mielibyście rację, moi panowie, gdyby król wasz miał lat, dajmy na to, trzydzieści — dziś za stary już jest na to, aby był wierzącym...
— Wierzącym? Nie pojmuję tego słowa, Najjaśniejszy Panie.
— To znaczy, że nie mogę już wierzyć wielu rzeczom, mój książę, a przedewszystkiem temu, abym zdołał jeszcze obudzić w kobiecie miłość ku sobie.
— Myślałem niestety, że król Francji jest najgrzeczniejszym człowiekiem w całem państwie, a widzą z rozpaczą, iż grubo się omyliłem.
— W czem? — zapytał król do reszty rozśmieszony.
— Bo cóż w takim razie, ja Matuzal, ja, który urodziłem się w roku 94! Pomyśl, Najjaśniejszy Panie, że ja starszy jestem od ciebie o całe lat szesnaście.
Pochlebstwo było zręczne. Ludwik XV podziwiał zawsze tego starca, który miał w sobie więcej życia niż najmłodsi na dworze.
— Przypuśćmy, że masz racją — odpowiedział księciu, ale z tem wszystkiem straciłeś chyba już także wiarę w to, abyś był kochanym dla siebie samego..
— Gdybym tak myślał zerwałbym natychmiast z dwiema damami, które mnie dziś rano jeszcze zapewniały...
— Zobaczymy co będzie dalej, młodość innych odświeża nas, to prawda, panie Taverney...
— Naturalnie, zwłaszcza, gdy w żyłach płynie krew królewska i gdy się ma Twój umysł, Najjaśniejszy Panie.
— Mój poprzednik nie zachwycał jednakże kobiet, gdy się zestarzał.
— O! — rzekł Richelieu — mam jak najgłębszy szacunek dla nieboszczyka króla, który mnie dwukrotnie więził w Bastylji, ale wiek dojrzały Ludwika XIV i Ludwika XV, to ogromna różnica! Wasza Królewska Mość jest dobrym synem kościoła, ale nie jest przecie ascetą?
— Że nie, to nie — potaknął Ludwik XV — przyznaję się otwarcie do tego.
— Ludwik XIV był tymczasem tak nabożnym, iż zdumiewał nawet starszą od siebie panią de Maintenon. Czyż można więc porównać Ciebie, Najjaśniejszy Panie, z Ludwikiem XIV?
Monarcha był wyjątkowo łaskawym tego wieczoru, mowa księcia podobała mu się widocznie.
Richelieu dał znak baronowi, że może mówić.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł Taverney — jakże ci mam podziękować za upominek, ofiarowany mej córce?
— Nie ma za co, baronie, — odparł król; panna de Taverney zwróciła moją uwagę swą pięknością i szlachetną postawą. Gdyby córki moje dobierały sobie teraz otoczenie, panna Andrea pierwsza znalazłaby się na liście dam honorowych. Zdaje mi się, że jej Andrea na imię?
— Tak jest — zawołał uszczęśliwiony baron.
— Śliczne imię! Podoba mi się ta młoda dzieweczka i będę pamiętał o niej. Zdaje mi się, że nie ma wielkiego posagu?
— Niestety!
— Więc ja się zajmę jej małżeństwem.
Taverney ukłonił się nisko.
— Wasza Królewska Mość raczyłby szukać męża dla mojej córki?... My tak jesteśmy biedni...
— Zdaje mi się jednak że mamy czas na to; córka pańska jest jeszcze bardzo młodem dzieckiem.
— O! bardzo! boi się ona, a nawet ma wstręt do małżeństwa.
— To zabawne — odezwał się uśmiechnięty Ludwik XV, spoglądając na marszałka i wstając zarazem od stołu.
— Marszałku!
Richelieu zbliżył się do króla, odeszli kilka kroków.
— Czy mała była zadowolona?
— Z czego?
— Z klejnotów.
— Przebacz, Najjaśniejszy Panie, że zniżam głos, ze względu na ojca.
— Więc cóż?
— Że filutka ma wstręt do małżeństwa, to prawda, ale to także prawda, że nie czuje wstrętu do Waszej Królewskiej Mości.
Król kontent był z dyplomaty, który pobiegł do Taverney’a, dyskretnego o tyle, iż gdy zobaczył monarchę, oddalającego się z księciem, wyszedł do sąsiedniej galerji. Udali się do ogrodu. Wieczór był cudowny. Dwóch lokai szło przed nimi z zapalonemi pochodniami; zdała gorzał od świateł pawilon następcy tronu, gdzie podejmowano prawie cały dwór. Muzyka grała menueta, bo zaraz po kolacji rozpoczęły się tańce.
Gilbert, ukryty w gąszczu bzów i buldeneżów, patrzył na cienie, poruszające się na tle zasłon okiennych; rozmowa idących zwróciła na nich uwagę tego nocnego ptaka.
Marszałek, oparty na ramieniu barona, mówił ironicznie:
— Wszystko zatem idzie dobrze, mój przyjacielu, ale spiesz się i wywoź córkę coprędzej do jakiego klasztoru.
— Dlaczego?
— Bo król, o ile mi się zdaje, zakochał się w pannie Andrei.

Gilbert posłyszawszy to zdanie, stał się bledszym od płatków buldeneżu któremi miał osypane włosy i ubranie.

CXV
PRZECZUCIA

Nazajutrz, około dwunastej w południe, Nicolina zastukała do pokoju swej pani.
— Panienko, panienko, pan Filip przyjechali — zawołała.
Andrea, uszczęśliwiona tą miłą niespodzianką, zarzuciła peniuar i otworzyła drzwi. Nicolina doprowadziła aż tu Taverney’a. Młoda dziewczyna rzuciła się bratu w ramiona i pociągnęła go do swego pokoju. Ciekawa pokojówka wślizgnęła się za nimi.
Andrea spostrzegła natychmiast smutek brata. Był widocznie czegoś nieswój. Ubrany był, jak zwykle, bardzo starannie.
— Czy zaszło co nowego, braciszku? — spytała Andrea, odgadłszy od jednego spojrzenia, co się dzieje w duszy Filipa.
— Siostrzyczko kochana, odpowiedział młody kapitan, otrzymałem oto rozkaz połączenia się z mym bataljonem.
— I wyjeżdżasz?
— Muszę.
— O mój Boże! — zawołała Andrea boleśnie.
Chociaż spodziewała się ciągle tej wiadomości, była prawie zropaczoną w tej chwili; łzy stanęły jej w oczach.
— Dlaczego taką ci przykrość sprawia mój wyjazd? W życiu żołnierza to rzecz zwyczajna, siostrzyczko.
— Wiem o tem — szepnęła banorówna — a jednak... dokąd jedziesz?
— Garnizon stoi niedaleko... w Reims, ale niedługo udaje się do Strassburga.
— Kiedy wyjeżdżasz?
— Natychmiast.
— Więc przyszedłeś pożegnać się ze mną?
— Tak siostrzyczko.
— Pożegnać się ze mną? — powtórzyła Andrea.
— Czy masz mi co powiedzieć siostrzyczko droga — rzekł Filip i spojrzał znacząco na Nicolinę, przypatrującą się ze zdumieniem swej pani, tak zasmuconej.
— Wyjazd oficera nie jest niczem nadzwyczajnem moja droga.
Andrea powściągnęła łzy, zarzuciła szal na ramiona i rzekła, zwracając się do brata:
— Chodź, Filipie, odprowadzę cię do krat parku, mam ci wiele do powiedzenia.
Słowa te były dla subretki rozkazem do odejścia.
Filip podał ramię Andrei i zeszli ze schodów. Młoda dziewczyna drżała całem ciałem, a w końcu rozpłakała się głośno.
— Co tobie? droga moja — zawołał Filip — co tobie, na litość boską, Andreo!
— Jesteś jedynym moim przyjacielem i odjeżdżasz! A mnie tak smutno, tak strasznie smutno! Pytasz, czego płaczę? Pomyśl tylko, jak jestem osamotnioną, pomyśl tylko Filipie, matkę straciłam dzieckiem, ojca... Boże przebacz! ojciec jest mi obojętnym zupełnie. Wszystkie uczucia moje, smutek, radość czy cierpienie, powierzałam tylko tobie. Kto mnie pieścił? kto mnie kołysał, gdy byłam niemowlęciem? Ty, ty i zawsze ty!.. Kto mnie kształcił, kto mnie uczył miłości Boga i ludzi? Ty także, mój bracie. Wiesz, iż nigdy nie kochałam nikogo, prócz ciebie; nie odwracaj się ode mnie — ciągnęła smętnie Andrea — chcesz mi odpowiedzieć zapewne, iż nie mam prawa do żalów: jestem młodą i piękną, przyszłość się do mnie uśmiecha, miłość... Niestety braciszku drogi, młodość i piękność nie wystarczają na świecie, gdy się nikt nami nie opiekuje.
Powiesz mi, że bluźnię, bo, gdy mam za opiekunkę następczynię tronu, czegóż mogę żądać więcej. Księżna dobrą jest jak anioł, świętą jest w moich oczach, nie zapominaj jednakże, że delfinowa nie może być powiernicą biednej panny Taverney, to za niskie dla niej sfery. Ojciec!... Boże drogi, nie zdziwisz się chyba, gdy ci powiem, iż ojciec nasz nie jest dla mnie ani opiekunem, ani przyjacielem; przyznam się nawet, że się go boję teraz, bo tak szczególnie jakoś spogląda na mnie. Dziwisz się temu? Dla mnie jest to także niezrozumiałe. Ale mam niedobre przeczucie, przeczucie instynktowne, ot takie zapewne, jakie mają ptaki, uciekające przed burzą. Mówisz że to przesąd, może, ale cóż poradzę, kiedy nie mogę się otrząsnąć z obawy ustawicznej. Od pewnego czasu powodzi się nam nadzwyczajnie. Ty zostałeś kapitanem, mną opiekuje się delfinowa, ojciec siedział podobno wczoraj przy stole królewskim. Powtarzam jednak raz jeszcze, Filipie, że gdybym mogła, rzuciłabym natychmiast Trianon i wszystkie świetne widoki, a powróciła do smutnego naszego zamku, gdzie dzieciństwo moje spędziłam.
— Wszak i tam byłaś samą, moja droga — odrzekł Filip. — Tak rzadko mogłem cię odwiedzać.
— Prawda, lecz tam byłam przynajmniej sama z memi myślami; tam żyła i umarła nasza matka, to wspomnienie osładzało mi samotność. Byłam panią we własnym domu, miałam swobodę, ogród, książki, fortepian; gdyś odjeżdżał było mi smutno, lecz nie tak strasznie, jak teraz. Odjeżdżasz! Boże, odjeżdżasz i zostawiasz mnie samą na łasce tego wielkiego świata, z którym się jeszcze nie zżyłam!
— Uspokój się, Andreo — rzekł Filip — skoro masz za opiekunkę Marję-Antoninę, czego się możesz obawiać?
— Prawda... a jednak...
— Masz piękną przyszłość przed sobą.
— Kto to wie?
— Wątpisz?! Toż to grzech, Andreo.
— O! nie jestem niewdzięczna, dziękuję codziennie Bogu za wszystko, ale pomimo to nie śmiej się ze mnie, co wieczór zdaje mi się że głos jakiś ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem i szepcze mi do ucha: „Miej się na baczności, moje dziecko!“
— Obawiasz się bez powodu, siostrzyczko. Mów, jakież przeczuwasz nieszczęście?
Wzruszony kapitan uścisnął serdecznie jedyną swą przyjaciółkę.
— Nic ci więcej powiedzieć nie umiem; zdaje mi się, że przepaść jakaś stoi otworem przede mną, że jej uniknąć nie potrafię, że wpadnę w nią niezadługo. Gdybyś ty był przy mnie...
— Dziecko drogie — odezwał się, coraz więcej zaniepokojony, Filip — nie tracisz mnie na zawsze, wszak będę nie tak daleko, a na każde skinienie twoje przybędę natychmiast, rzucę wszystko bez wahania dla mojej Andrei.
Baronówna zatrzymała się.
— Dlaczegóż takim smutnym mówisz głosem? jeżeliś pewny, iż niepokój mój wypływa tylko z rozdrażnienia, ty człowiek bez przywidzeń, ty, mężczyzna pełen sił, czemuś tak smutny i wzruszony?
— Łatwo to odgadnąć — odparł Filip, zmuszając się do uśmiechu — wszak oprócz związku krwi, duszą i sercem jesteśmy sobie tak bliscy. Rozkaz wyższy zmusza mnie do opuszczenia cię na czas dłuższy, smutno mi więc i tęskno, nie przeczuwam atoli nic złego, nie powiadam: „żegnam cię“, ale „dowidzenia“ jedynie.
Andrea łkała spazmatycznie.
— Andreo, Andreo — zawołał Filip, tuląc ją do siebie, — może masz co na sercu, może masz jakąś tajemnicą, której nie śmiesz wyjawić?.. Powiedz mi, powiedz mi wszystko.
— Przysięgam ci, że wiesz wszystko.
— Odwagi, biedaczko, coś cię bardzo zmartwić musiało, najdroższa; nie żegnaj mnie tak smutno, nie płacz...
— Masz słuszność — odrzekła, ocierając oczy chusteczką — szalona jestem, wiesz o tem, zawsze miałam nader bujną wyobraźnię, zawsze lubiłam wzdychać i marzyć, przebacz mi, bracie, zmartwiłam cię okropnie; widzisz, już nie płaczę, już się śmieję; dowidzenia zatem, mój drogi, jedyny!
Uścisnęła serdecznie brata i zcałowała łzy z jego oczu. Oficer patrzył na nią z bezbrzeżną miłością brata i jedynego opiekuna zarazem.
— Tak to lubię, śmiej się, aniołku i bądź odważną. Odjeżdżam, ale co tydzień przysyłać będę umyślnego z listem do ciebie, pamiętaj pisywać mi o wszystkiem, co się tu dzieje.
— Dobrze, dobrze, to będzie jedyną moją rozrywką.
— Czy uprzedziłeś ojca o twym wyjeździe?
— Baron sam przyniósł mi od ministra rozkaz odjazdu. Pan de Taverney jest zresztą, siostrzyczko, bardzo z tego zadowolony.
— Jakto? ojciec miałby być kontent z tego, że nas opuszczasz?
— Przecież ty mu pozostajesz — odrzekł Filip, chcąc zręcznie uniknąć odpowiedzi.
— Baron widuje mnie bardzo rzadko.
— Prosił mnie właśnie, abym cię uprzedził, iż odwiedzi cię dzisiaj. On kocha cię, Andreo, ale po swojemu; która to jednakże godzina, siostrzyczko moja?...
— Trzy kwadranse na pierwszą.
— Już od godziny powinienem być w drodze, a zatem...
Andrea uścisnęła młodego oficera.
— Żegnaj mi — rzekła, udając spokój — żegnaj mi bracie.
Filip przycisnął ją do piersi.
— Dowidzenia, siostrzyczko, a pamiętaj o obietnicy.
— Jakiej?
— O listach.
— Wątpisz o tem? — wyjąkała zaledwie dosłyszalnym głosem, bo zupełnie była złamana.
Filip skoczył na konia, którego służący trzymał przy bramie.
— Dowidzenia! dowidzenia!
Koń ruszył galopem.
Andrea oparła się o kraty, nogi się chwiały pod nią; upadła na stojącą obok ławeczkę i pozostała tak bez ruchu i bez sił.
— Boże! mój Boże!... — szeptała rozpaczliwi — czemu jestem tak samotna na świecie!
Zakryła twarz rękami, przez które spływaj łzy palące. Szelest jakiś zwrócił jej uwagę, z przerażeniem podniosła głowę.

Przed nią stał Gilbert.

CXVI
ROMANS GILBERTA

Gilbert był śmiertelnie blady i drżał całem ciałem.
Andrea, na widok nieznajomego mężczyzny, otarła co prędzej oczy.
Młody ogrodnik nie tak prędko przyszedł do siebie.
— Ach! to pan Gilbert — rzekła Andrea tym pańskim tonem, jakim zwykle przemawiała do niego.
Chłopak był tak zmieniony, iż nawet dumna dziewczyna musiała to zauważyć.
— Co ci się stało, panie Gilbercie? — spytała — musisz mieć jakieś zmartwienie.
— Chcę je właśnie pani wyjawić! — odparł melancholijnie zapytany, który w tych spokojnych napozór słowach odczuł jednakże ironję.
— Ta-a-a-k?
— Martwię się, widząc, że pani cierpi.
— Któż panu mówił, że ja cierpię?
— Widzę to, proszę pani.
— Mylisz się zatem, mój panie, nie mam żadnego zmartwienia.
— Panienko — odparł Gilbert, przeczuwając burzę — słyszałem pani skargę.
— Podsłuchiwałeś mnie?!
— Przepraszam panią, ale to doprawdy przypadkiem.
— Przypadek! Zrozpaczona jestem, mój panie, że przypadek zawsze stawia pana na mojej drodze Zresztą, co pana zasmuca?...
— Nie mogę znieść widoku płaczącej kobiety — odpowiedział Gilbert, tonem, który się bardzo nie podobał dumnej baronównie.
— Nie cierpię litości, mój panie, a twojej nie potrzebuję zupełnie.
— Wyrządzasz mi, pani, krzywdę, postępując ze mną w ten sposób — odrzekł obrażony do żywego — słyszałem, że panienka skarżyła się przed panem Filipem na swą samotność i opuszczenie. To nieprawda!... Panna de Taverney nie będzie nigdy opuszczona, dopóki ja żyć będę na świecie, dopóki serce moje bije, a głowa myśli!
Młody chłopak wypowiedział te słowa z taką godnością i z takim zapałem, że wzruszyłby był każdego. Na nieszczęście biedny Gilbert bardzo nie podobał się Andrei; w każdem jego słowie, a nawet spojrzeniu, widziała obrazę dla siebie.
Pierwszą jej myślą było wstać i odejść, ale była zanadto zdenerwowaną; zresztą pomyślała, iż gdyby wstała mógłby ją ktokolwiek spotkać w towarzystwie Gilberta! Pozostała więc na miejscu, chcąc zdeptać tego robaka i pozbyć się go raz na zawsze.
— Zdaje mi się, iż mówiłam ci już kiedyś, mój panie, że ton, jakim się odzywasz, bardzo mi się nie podoba. Wogóle nie podoba mi się całe zachowanie twoje, panie Gilbercie. Co to znaczy to narzucanie mi się ze swoją osobą?
— Sądzę — odrzekł blady, jak chusta, Gilbert — sądzę, że sympatja, okazywana uczciwej kobiecie, nie powinna jej obrażać.
Jesteś pani takim samym człowiekiem jak ja, którego nie po ludzku traktujesz, chociaż więcej może, niż każdy inny, zasługuję na względy pani.
Andrea oburzyła się na serjo i spojrzała wielkiemi swemi oczyma, tak impertynencko, jak tylko wielkie damy patrzeć umieją.
— Sympatja? Pan masz dla mnie sympatję, panie Gilbercie? Szalony jesteś, mój ogrodniku.
— Nie jestem szalonym — odezwał się dumnie chłopak — nie jesteś pani niczem wyższem ode mnie, a przytem przypadek uczynił cię moją dłużniczką.
— Znowu przypadek? — powtórzyła ironicznie Andrea.
— Opatrzność, chciałem powiedzieć. Nie wspominałbym nigdy o tem, gdybyś pani nie obraziła mnie ciężko.
— Jestem zatem pańską dłużniczką?! Czy ja się nie przesłyszałam, mój panie?
— Wstydzę się za panią, bo jesteś niewdzięczną; Bóg obdarzył cię olśniewającą urodą, ale wad przeróżnych wcale ci nie poskąpił.
Andrea zerwała się z miejsca.
— Przepraszam panią, zapomniałem się dlatego tylko, iż mnie pani podrażniła swem postępowaniem.
Baronówna wybuchnęła głośnym, ironicznym, raniącym wszelkie uczucia, śmiechem, to też Gilbert rozjątrzony był do najwyższego stopnia, lubo nie dał tego poznać po sobie. Skrzyżował ręce na piersiach i czekał.
— Niech mi pani raczy odpowiedzieć na jedno tylko pytanie:
Czy szanuje pani swego ojca?
— Co to, pan Gilbert śmie mi stawiać pytania?! — zawołała Andrea z wyższością.
— Kochasz pani swego ojca, wiem dobrze o tem ciągnął chłopak — i to dlatego jedynie że dał pani życie, — szanujesz go i kochasz. Z jakiej przyczyny obrażasz mnie, pani, i dlaczego szydzisz ze mnie? Ze mnie, który uratowałem ci życie?
— Jam panu winna życie?!
— Nie wiesz pani o tem, lub może nie pamiętasz; nic dziwnego, rok już upłynął od tego czasu.
Dowiedz-że się, panno Taverney, iż uratowałem cię od śmierci, narażając swoje życie.
— Przynajmniej bądź pan łaskaw wytłumaczyć mi gdzie i kiedy to było? — spytała drżąc Andrea.
— Było to tego dnia, gdy sto tysięcy osób biło się i mordowało na placu...
— A! trzydziestego pierwszego maja.
— Tak jest, proszę pani.
Baronówna odetchnęła.
— To wtedy mi pan Gilbert uratował życie?
— Wtedy, szanowna pani.
— Pan jesteś zatem baronem Balsamo, przepraszam, ale nic o tem nie wiedziałam.
— Nie, ja nie jestem baronem Balsamo — zawołał gorąco Gilbert — jestem biednem dzieckiem ludu i jestem tak szalonym, głupim i nieszczęśliwym, iż kocham panią; to ja wśród tysiąca głosów poznałem twój głos rozpaczny, wołający ratunku, ja nie bałem się wynieść ciebie z pośród trupów i szaleńców, którzy tratowali wszystkich po drodze. Oddałem cię pani w opiekę potężniejszemu od siebie, baronowi Balsamo, aby cię gdzie ukrył, a czas był nato najwyższy; uderzony w głowę, padłem na ziemię, przyciskając do ust szarfę twoją, która pozostała mi w ręku. Nawet w tej chwili nie pamiętałem o sobie, dziękowałem Bogu, iż uratowałem panią.
Gilbert mówił z zapałem młodości, z naiwnością i całą miłością, jaka mu przepełniała serce.
Andrea, spojrzała nań ze zdumieniem, niecierpiała go jednakże do tego stopnia, że nie chciała uwierzyć jego słowom; coś nakształt walki toczyło się w jej umyśle i sercu.
Gilbert, rozgniewany tem zimnem milczeniem, odezwał się pierwszy.
— Zatem, panno Andreo, nie masz pani prawa lekceważyć mnie, byłaby to już nie niesprawiedliwość, ale niewdzięczność!
Dumna baronówna podniosła głowę i spytała pogardliwie:
— Jak długo, panie Gilbercie, mieszkałeś u pana Rousseau?
— Zdaje mi się, że trzy miesiące — odrzekł naiwnie Gilbert — no i przez czas choroby mojej.
— Choroba pańska wcale mnie nie obchodzi — przerwała nielitościwie Andrea — chciałam panu tylko powiedzieć, iż przez trzy miesiące bardzo dużo skorzystałeś u mistrza, komponujesz romanse, które pod względem fantazji przewyższają dzieła pana Rousseau.
Chłopak rzucił się naprzód jak lew raniony.
— Romanse! — wykrzyknął boleśnie — pani nazywasz moje opowiadanie romansem?
— Tak, mój panie, romansem, powtarzam ten wyraz, który zdaje się dziwić pana Gilberta.
— Czy to wszystko, co mi pani miała powiedzieć? — szepnął ze ściśniętem sercem.
— Nie mam ani chęci, ani potrzeby wdawać się z panem w dłuższą rozmowę, zresztą Nicolina mnie poszukuje. Podniosła się z ławeczki.
Nicolina szukała rzeczywiście swej pani i ze zdumieniem poznała w towarzyszu baronówny, Gilberta.
— Czego chcesz, moje dziecko? — spytała słodko Andrea, jakby chcąc dać uczuć biednemu ogrodnikowi, że tylko do niego odzywa się tak surowo.
— Pan baron de Taverney i książę de Richelieu są u panienki.
— Chodźmy więc.
Odeszły, zostawiając wściekłego Gilberta; chłopak zacisnął zęby i mruknął, grożąc nieprzyjaciółce:
— Istoto bez serca i duszy, uratowałem ci życie, boś dla mnie była świętą jak Madonna. Teraz poznałem kim jesteś: zwykłą kobietą, jak ja mężczyzną...
Przyjdzie czas, że zemszczę się na tobie, dumna arystokratko! zemszczę się nad tobą, przeklęta baronówno de Taverney! dwa razy byłaś na mej łasce, dwa razy uszanowałem twą godność. Baczność, panno Andreo, po raz trzeci nie radzę ci zależeć od Gilberta!! Dowidzenia, Andreo!!

I z krwią zaszłemi źrenicami rzucił się w ogród jak wilk zraniony.

CXVII
OJCIEC I CÓRKA

Baron i Richelieu przechadzali się, oczekując na piękną gosposię, nie chcieli bowiem wejść do pokoju bez jej zaproszenia. Starcy trzymali się pod ręce, niby najserdeczniejsi przyjaciele. Andrea zaczerwieniona, wskutek irytacji i szybkiego chodu, była piękną i świeżą jak różyczka. Richelieu skłonił się jej, jak zdeklarowanej pani Pompadour, to jest z mieszaniną respektu i swawolnej galanterji; odcień ten nie uszedł oka barona, który był zachwycony, Andrea zdziwiła się. Odkłoniła się ceremonjalnie obu panom i zaprosiła ich do siebie na górę. Marszałek podziwiał wytworny gust młodej dziewczyny, umiejącej, za pomocą muślinu i kwiatów, stworzyć nie pałac wprawdzie, lecz świątynię. Usiadł na niskim fotelu koło pięknej żardzinierki, pełnej najcudniejszych kwiatów. Taverney przysunął sobie drugi fotel, a Andrea siadła na taboreciku przy fortepianie.
— Przychodzę wyrazić pani zachwyt mój z powodu jej artystycznego, porywającego śpiewu. Jego Królewska Mość przysłał mnie właśnie, abym jej podziękował, w jego imieniu, za uprzyjemnienie wieczoru wszystkim zebranym.
Andrea, zawstydzona komplementami, była tak uroczą, iż Richelieu z zachwytem wpatrywał się w tę cudną twarzyczkę, w tę postać idealną i oczy pełne blasku.
— Król — ciągnął dalej marszałek — przyznał, iż nigdy jeszcze nie widział na swym dworze osoby, obdarzonej takim umysłem, pięknością i talentami.
— Nie mówisz o sercu — zawołał Taverney z przesadą — Andrea jest najlepszą z córek.
— Niestety! drogi przyjacielu — odrzekł, uśmiechając się stary donżuan, — o sercu ty tylko wiedzieć możesz. Czemuż nie mam lat dwudziestu pięciu? Bez namysłu złożyłbym u stóp tej czarodziejki i życie i majątek.
Andrea nie była jeszcze dość obytą, aby dobranemi słowy wyjawić podziękowanie; milczała zatem.
— Monarcha — ciągnął dalej książę — chce podziękować pani za satysfakcję, jaką mu zrobiłaś; ojciec objaśni panią o tem bliżej. A cóż mam odpowiedzieć królowi?
— Racz pan — odrzekła Andrea — zapewnić Najjaśniejszego Pana, iż wdzięczną mu jestem za wszystko, co dla mnie uczynił, zwłaszcza, że czuję, iż nie zasługuję wcale na tak wielką łaskę monarchy.
Richelieu zdawał się być bardzo zadowolonym z tej odpowiedzi i pocałował z szacunkiem piękną rączkę Andrei.
— Rączka królewska... — szepnął — nóżka czarodziejki, a co za rozum! co za niewinność!... Baronie! toż to skarb, na który niema ceny! Toż to królowa!...
Wyszedł, pozostawiając ojca i córkę. Baron jaśniał dumą i radością. Andrea, zdziwiona nieco tem wszystkiem, patrzyła na pana de Taerney oczyma świętej niewinności. Zmieszało to trochę barona.
— Książę powiedział, że król dziękuje mi za przyjemność, jaką mu sprawiłam, i że ojciec bliżej mnie o tem objaśni...
— A! — pomyślał baron — jest zainteresowana, hm... tem lepiej, szatanie, pomagaj!
Wyjął powoli z kieszeni pudełko, w sposób, w jaki ojcowie wyciągają cukierki dla grzecznych dzieci.
— Masz!
— Co! klejnoty!...
— Podobają ci się? Dwanaście olbrzymich brylantów, dwa sznury pereł i perłowa klamra, tworzyły cudny naszyjnik; brylantowe kolczyki i djadem do włosów, uzupełniały garnitur, wart co najmniej trzydzieści tysięcy dukatów.
— Ojcze! Boże mój! — wykrzyknęła młoda dziewczyna, olśniona.
— Cóż powiesz na to?
— To dar za wspaniały, król się chyba pomylił. Wstydziłabym się nosić to na sobie. Nie mam toalet, do których mogłabym włożyć te kosztowności.
— Skarżysz się? — spytał ironicznie Taverney.
— Nie rozumiesz mnie ojcze... żałuję, że nie będę mogła nosić tych klejnotów.
— Król jest na to dość hojnym i bogatym, aby pamiętać o twych toaletach.
— Ależ ojcze... ja nie pojmuję doprawdy...
— Nie pojmujesz, że mam zasługi, nie łatwo dające się opłacić? bardzo pięknie oceniasz mnie. Andreo.
— Przepraszam cię, mój ojcze, zapomniałam o tem — odrzekła córka cicho, spuszczając głowę; po chwili zamknęła pudełko.
— Nie włożę na siebie tych klejnotów — rzekła stanowczo.
— Dlaczego? zapytał zaniepokojony baron.
— Bo ty i mój brat, ojcze, bardziej niż ja potrzebujecie opieki i łaski królewskiej, a nie chcę nadużywać dobroci monarchy.
Taverney pogłaskał córkę łaskawie.
— Nie zajmuj się nami, dziecko drogie, Najjaśniejszy Pan uczynił dla mnie więcej, niż dla ciebie, Andreo. Jesteśmy w łasce, kochanko, nie wypada, abyś się ukazała na dworze bez tych klejnotów.
— Będę ci posłuszną, mój ojcze.
— Dobrze, lecz trzeba to zrobić z przyjemnością... Może ci się to nie podoba?
— Nie znam się na tem, mój ojcze.
— Wiedz więc, że same perły warte są pięćdziesiąt tysięcy liwrów.
Andrea załamała ręce.
— Boże mój! nie wiem doprawdy, czy wypada mi przyjąć taki kosztowny upominek nawet od króla, pomyśl nad tem, ojcze.
— Dlaczegóżby nie? — zapytał baron surowo i zimno zarazem.
— Jednakże....
— Nie wolno ci, moja panno, mieć żadnych skrupułów, gdy ja ich nie mam. To jakaś nowa moda! Dzieci, wstydzące ojca!
Córka ukryła twarz w dłoniach.
— O mój bracie! czemu cię niema przy mnie? — wyjąkała mimowoli.
Czy Taverney to usłyszał, czy domyślił się — dosyć, iż zmienił natychmiast taktykę.
— Dziecko drogie — rzekł słodko, ujmując ręce córki w dłonie — czyż we mnie, w ojcu swym, nie widzisz przyjaciela? czyż nie żyję tylko dla was? Dziwię się, że się nie cieszysz z naszego obecnego wywyższenia.
— Ależ cieszę się — odrzekła.
— Będziesz więc niedługo, jak pan Richelieu przepowiedział, królową z Taverney. Król cię zauważył... delfinowa również — dodał z żywością; — być przyjaciółką następczyni tronu, być przyjaciółką... króla, co to za szczęście! Masz rzadki talent, piękność, z którą nikt rywalizować nie może, umysł wyższy, dobroć anielską, bez krzty zazdrości i ambicji... Dziecko najdroższe, zastanów się, co za rolę możesz odegrać. Czy pamiętasz imię tej słodkiej dzieweczki, która osładzała ostatnie chwile Karola VII. Toż Agnieszkę Sorel czciła Francja. Wszyscy dobrzy synowie ojczyzny błogosławią jej pamięć. Andreo, idź za jej przykładem, bądź przyjaciółką Ludwika XV... będziesz królową... przez piękność, rozum i wierność.
Andrea utkwiła wielkie oczy w mówiącego.
— Kobiety, hańbiące tron Francji — ciągnął dalej baron — będą zmuszone opuścić swe miejsce, wygnasz je jednem spojrzeniem; twoja obecność oczyści i uszlachetni dwór monarszy. Tobie arystokracja zawdzięczać będzie powrót dawnych świetnych czasów. Córko moja, musisz być gwiazdą Francji, koroną sławy naszego rodu.
— Cóż mam czynić, aby tem zostać, ojcze? — spytała.
— Mówiłem ci nieraz, Andreo, iż trzeba zmusić ludzi do pokochania cnoty; niechże cię kochają, ale niech cię i podziwiają i niech się boją zarazem. Cel uświęca środki, moje dziecko; bądź kokietką, czem chcesz zresztą, byle się tak podobać królowi, iżby nie mógł obejść się bez ciebie; dla innych bądź zimną i etykietalną. To nic tak znowu trudnego; cały dwór tylko o tobie mówi, niechże uczuje nareszcie, że jesteś tutaj panią!
— Nie dobrze cię rozumiem, mój ojcze!
— To też będę twym doradcą. Ale... muszę napełnić twą sakiewkę: weź te sto luidorów i spraw sobie toalety, godne imienia Taverney’ów.
Baron położył pieniądze na stoliczku, pocałował córkę w rękę i wyszedł.

Po drodze, w alei miłości, rozmawiała cicho Nicolina z jakimś panem. Baron nie zauważył ich wcale.

CXVIII
CZEGO TRZEBA BYŁO ALTHOTAS’OWI DO OSTATECZNEGO PRZYGOTOWANIA ELIKSIRU

Nazajutrz, około czwartej po południu, Balsamo czytał u siebie w gabinecie list, który mu Fryc przyniósł przed chwilą.
List był bez podpisu.
— Znam ten charakter — rzekł do siebie Balsamo, znam te długie, równe litery i to pismo, pełne błędów ortograficznych.
List zawierał, co następuje:

Panie hrabio!

„Osoba, która była już raz u pana, przed upadkiem ostatniego ministra, ma zamiar złożyć panu ponownie wizytę. Czy będziesz łaskaw przyjąć ją dziś u siebie pomiędzy czwartą a piątą?
Balsamo obracał bilecik w ręku.
— Kto to być może? Nie opłaci się pytać o to Lorenzy. Pismo jest podłużne, znak, że pisała to arystokratyczna ręka, pełne błędów ortograficznych, to na pewno jakiś wielki pan, dworzanin; znać drżącą rękę, więc autorem listu jest starzec. A! toż to książę Richelieu!
Naturalnie iż cię przyjmę, panie marszałku, gotów jestem cały dzień ci poświęcić. Czyż nie jesteś jednym z mych agentów, nie wiedząc wcale o tem?... Przybywaj, przybywaj, książę!
Balsamo wyjął zegarek, aby zobaczyć, jak daleko jeszcze do czwartej.
Dzwonek jakiś przerwał ciszę.
— Co to? — szepnął Balsamo — Lorenza mię wzywa, Lorenza? Może jej się co złego stało? Wczoraj była tak dobrą dla mnie, cierpliwą, słodką. Biedne dziecko! Pójdę natychmiast.
Poprawił w lustrze ubranie i włosy i udał się do włoszki.
Przed wejściem do jej pokoju zatrzymał się, wyciągnął dłonie w kierunku drzwi, prowadzących do buduaru młodej kobiety i rozkazał jej usnąć natychmiast; później zajrzał przez szparę, czy go usłuchała. Lorenza leżała na kanapie, na którą padła zapewne, gdy Balsamo spać jej rozkazał. Żaden malarz nie wymyśliłby piękniejszego obrazu: leżała nieruchomo, luźna suknia ułożyła się wokoło niej w malowniczych fałdach. Była tak pociągająco piękną i tak wzniosłą zarazem, iż Balsamo zadrżał i obudził ją natychmiast. Lorenza otworzyła znużone oczy, siadła powoli na kanapce, przycisnęła ręką czoło, jakby chciała zebrać myśli i spojrzała na hrabiego.
Ten przypatrywał się jej z pewnym strachem, był tak przyzwyczajony do jej gniewu po przebudzeniu, iż spokój zadziwił go niezmiernie, przeczuwał coś niezwykłego.
Lorenza sennie patrzyła na niego.
— Proszę, usiądź pan obok mnie — odezwała się w końcu.
— Usiąść? — odrzekł z zapałem. — Ty wiesz, najdroższa moja, iż mam jedno tylko życzenie: życie ci poświęcić.
— Proszę pana, siądź na tem krzesełku — powtórzyła, Lorenza tym samym co poprzednio głosem.
— Zrobię wszystko, co zechcesz, droga moja.
I siadł obok młodej kobiety.
— Mam prośbę do pana — powiedziała czule młoda kobieta.
— Dziecko najdroższe! — wołał, coraz więcej zachwycony jej zachowaniem się, Balsamo — mów tylko, mów.
— Mam prosić o jedno tylko, lecz tego pragnę gorąco, uprzedzam pana.
— Powiedz, Lorenzo, czego sobie życzysz, choćby mnie to miało kosztować pół życia, uczynię to dla ciebie.
— Kosztować cię to będzie tylko chwilkę czasu, drogi panie.
Balsamo, wzruszony tą anielską dobrocią, przemyśliwał nad tem, coby mogło sprawić przyjemność biednemu dziewczęciu.
— Zapewne pragnie jakiejś towarzyszki — pomyślał — jest to niebezpieczne trochę, ale zgodzę się przez wzgląd na jej fatalne odosobnienie.
— Mów-że, Lorenzo, czego sobie życzysz — rzekł głośno, ogarniając ją miłosnem spojrzeniem.
— Pan wiesz — ozwała się smutno — iż umieram tu z nudów, moja młodość przemija marnie w tem więzieniu, życie moje to rozpacz bez granic.
— Od ciebie wszak zależało, abyś tu była szczęśliwą, jak królowa — odpowiedział hrabia.
— Być może. Mówiłeś mi pan, iż jesteś dobrym chrześcijaninem, chociaż...
— Chociaż, podług ciebie, dusza moja jest stanowczo zgubiona, czy to chciałaś powiedzieć, Lorenzo?
— Proszę, nie przerywaj mi hrabio.
— Słucham zatem.
— Nie daj mi pan zginąć i zestarzeć się tak młodo, skoro ci nie jestem w niczem użyteczną.
Zatrzymała się. Balsamo był już panem siebie, patrzył na mówiącą ze ściągniętemi brwiami.
— Udziel mi — ciągnęła dalej Lorenza — nie wolności i swobody zupełnej, bo widzę, że przekleństwo jakieś oddało mię w wieczną niewolę; lecz udziel mi choć nieco swobody, pozwól mi widzieć twarze ludzkie, słyszeć czyjś głos, przejść się kiedy choć przez chwilę, bo oszaleję!...
— Przeczułem twe życzenie, Lorenzo, oddawna to samo miałem na myśli....
— Zatem!... — wykrzyknęła z radością.
— Lecz nie mogłem tego uczynić z twojej własnej winy. Znasz tajemnice moje, Lorenzo, byłem warjatem, że ci je powierzyłem, ale stało się to i nie odstanie. Wiesz o tem, iż Althotas wynalazł kamień filozoficzny, wiesz, że niedługo wynajdzie może eliksir życia; wiesz o tem również, że ja i moi przyjaciele spiskujemy przeciw monarchji. Gdyby się kto o tem od ciebie dowiedział, zginąłbym na stosie. Mówiłaś mi wszak kiedyś, Lorenzo, że gdy zostaniesz wolną, zdemaskujesz mnie przed panem de Sartines, czy przypominasz to sobie?...
— Cóż chcesz!... jestem czasem tak zrozpaczona, że nie wiem sama, co mówię....
— Dziś jesteś spokojną, dziecko drogie, mówmy więc rozsądnie.
— Dobrze.
— Jeśli wrócę ci wolność, czy będziesz dla mnie słodką i oddaną żoną?... To jedyne moje marzenie.
Lorenza milczała.
— Pokochasz mię nareszcie?... — dokończył Balsamo z westchnieniem.
— Nie mogę obiecywać rzeczy, których nie jestem pewną, może Pan Bóg zmieni w końcu nienawiść moją na miłość.
— To nie dosyć, Lorenzo, złóż mi przysięgę, wiążącą cię w tem i przyszłem życiu, a będziesz wolną.
Lorenza oparła się o kanapkę i zakryła twarz chusteczką.
— Zgadzasz się, Lorenzo?...
— Co mam właściwie zaprzysiąc?...
— Przysięgnij, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie zdradzisz wynalazku Althotas’a.
— Przysięgnę.
— Przysięgnij, iż nigdy nie wspomnisz o naszych zebraniach politycznych!
— I na to zgadzam się w zupełności. Czy to już wszystko?...
— Nie, przysięgnij — bo to rzecz dla mnie najważniejsza, Lorenzo, bo od tego zależy szczęście moje, przysięgnij, że nigdy mnie nie porzucisz. Tego żądam i pod tym warunkiem mogę ci ofiarować wolność.
Młoda kobieta zadrżała.
— W jakiej formie ma być ta przysięga?...
— Pójdziemy razem do kościoła, przyjmiemy razem komunję świętą i wtedy przysięgniesz na to, co ci dopiero mówiłem. Przełamiemy hostję na połowę, jedną ty przyjmiesz, drugą ja; przysięgniemy wzajemnie: ty, że nie zdradzisz mnie nigdy, ja że życie poświęcę, aby cię uczynić szczęśliwą.
— Nie!... to nie przysięga, to bluźnierstwo!
— Przysięga nigdy nie jest bluźnierstwem, stać się niem może dopiero wtedy, gdy ją złamiesz.
— Nie mogę przysiąc.
— Miej więc cierpliwość, Lorenzo — rzekł Balsamo bez gniewu, lecz surowo.
Czoło Lorenzy zachmurzyło się nagle.
— Odmawiasz mi więc? — spytała.
— Nie ja, ty raczej to czynisz. Słuchaj, Lorenzo, co mogę uczynić dla ciebie: Bóg, wypadek, czy fatalizm, przykuł nas do siebie, w tem życiu nic nas rozdzielić nie zdoła, śmierć chyba zerwie łączący nas łańcuch.
— Wiem o tem — odparła młoda kobieta niecierpliwie.
— Otóż, w ciągu ośmiu dni, postaram się o towarzyszkę dla ciebie.
— Co?!... towarzyszkę, w tem więzieniu?!.. nie chcę jej!...
— To wszystko, co mogę uczynić dla ciebie. We dwie łatwiej wam będzie żyć tutaj.
Dziewczę rzuciło się niecierpliwie.
— Mylisz się, mój panie, nie zgodzę się nigdy na to!... Dotychczas cierpiałam sama, czyż mam patrzyć na drugą twą ofiarę, bladą i jak ja usychającą!... Na nieszczęśliwą, rzucającą się jak raniona sarna w tej klatce, płaczącą dnie i noce, a gdy będzie martwą, jak ja nią jestem teraz, gdy zamiast jednego będziesz miał dwa trupy koło siebie, powiesz z anielskim uśmiechem: „Jak się te dzieci bawią; szczęśliwa młodość!”... Boże wielki!... ja mam zgodzić się na to?... Nie!... nie!.. po tysiąc razy, nie!!...
Całą siłą uderzyła nogą w podłogę.
— Lorenzo, błagam cię, uspokój się, Lorenzo!...
Chcesz spokoju?... Kat, mordujący ofiarę, żąda cierpliwości!... ha!.. ha!...
— Lorenzo, zastanów się, iż nic nie zmieni przeznaczenia, nie doprowadzaj mnie do szaleństwa twym gniewem!
Dam ci towarzyszkę młodą i kochającą, wesołą i uśmiechniętą, przyjm, co ci ofiaruję.
— A!... odgadłam cię nareszcie!... przyprowadzisz kobietę i powiesz jej: „na górze jest warjatka, biedna dziewczyna!... młoda i piękna!... Pilnuj jej pani, gdy biedaczka umrze, zapłacę ci sowicie.
— O!... Lorenzo! Lorenzo!... — szepnął Balsamo.
— Możem się omyliła?... — ciągnęła ironicznie młoda kobieta — ach! wiem nareszcie, co zamyślasz, panie hrabio; kobiecie tej powiesz zapewne: miej się na baczności, ta biedaczka jest furjatką, pilnuj jej i zdawaj mi sprawę z jej postępowania. Złoto cię nie kosztuje, możesz płacić niezmiernie hojnie.
— Lorenzo!... nie wiesz, co mówisz doprawdy, nie zasłużyłem na takie posądzenie. Nie pojmujesz, że, dając ci towarzyszkę, narażam się okropnie wszak i ona może wyśledzić tajemnice moje, a jednak uczynię to, aby cię rozerwać.
— Mnie rozerwać!.. Boże Wszechmogący!... ratuj mnie!... — wołała nieszczęśliwa, załamując dłonie i śmiejąc się, jak szalona.
Balsamo drgnął, śmiech ten wstrząsnął nim do głębi.
— Lorenzo, miej cierpliwość, zobaczysz, że będziesz szczęśliwą.
— Pozwól mi iść do klasztoru.
— Do klasztoru!...
— Będę się tam modliła za siebie i za ciebie, lecz nie będę zamkniętą, będę miała ogród, będę mogła odetchnąć powietrzem, przejdę się choć po cmentarzu. Panie, złożę ci przysięgę jaką zechcesz, ale pozwól mi iść do klasztoru. Balsamo — błagam cię!...
— Lorenzo!.. Lorenzo!... nie możemy się rozłączyć, nie żądaj tego, co przechodzi poza granicę tego domu.
— Nie chcesz więc? — spytała przygnębiona.
— Nie mogę.
— Czy to ostatnie słowo?...
— Ostatnie i nieodwołalne.
— Mam jeszcze jednę prośbę — rzekła z uśmiechem.
— O!... skarbie mój, uśmiechaj się, uśmiechaj, mój aniele, za tym uśmiechem poszedłbym w ognie piekielne!...
— Powiedziałeś przed chwilą, iż nadejdzie dzień, w którym będę wolną i szczęśliwą.
— Przysięgam ci, że czekam tego dnia z równą, jak ty, niecierpliwością.
— Balsamo, mogę nią być natychmiast!... — rzekła ze słodyczą. — Jestem bardzo wyczerpana, jestem bardzo a bardzo słaba, widzisz, tyle cierpiałam!... przyjacielu drogi, słuchaj mnie: od ciebie zależy, aby dzień dzisiejszy był dniem mego szczęścia.
— W jaki sposób? — spytał zmęczony Balsamo.
— Otóż...
Młoda kobieta wzdrygnęła się.
— Acharacie drogi, byłam kiedyś obecną przy twych doświadczeniach ze zwierzętami, które na śmierć skazywałeś, niby dla dobra ludzkości. Zauważyłam wtedy, iż skracałeś im męki za pomocą kropli trucizny, działającej z błyskawiczną szybkością, zauważyłam, że niewinne stworzenia padały natychmiast nieżywe prawie bez bólu. Acharacie...
Zatrzymała się chwilę.
— Cóż dalej, Lorenzo?
— Zrób to dla mnie, co czynisz dla zwierząt, zabij mnie, błagam cię o to na kolanach, a pożegnam cię z uśmiechem wdzięczności na zamierających ustach, zaklinam cię na pamięć matki twojej, na wszystko, co możesz mieć świętego na ziemi i w niebie, zabij mnie! uczyń to dla mnie — zabij mnie!...
— Lorenzo, na litość boską — jęknął Balsamo, chwytając w objęcia młodą kobietę — szaloną jesteś?... Ja miałbym cię zabić? Ja miałbym zgładzić miłość moją, życie moje, anioła mojego?...
Lorenza wyrwała mu się z objęć i padła na kolana.
— Nie wstanę — wołała — dopóki nie uczynisz tego, o co cię błagam. Wyświadcz mi tę wielką łaskę: uśpij mnie na wieki!
— Lorenzo, na Boga, dlaczego tak ranisz mi serce? Więc aż do tego stopnia czujesz się nieszczęśliwą, więc aż tak dalece mnie nienawidzisz?
— Nienawidzę niewoli i przymusu, a ty zamknąłeś mię tutaj, nienawidzę cię! strasznie nienawidzę!
— A ja kocham cię nad życie i nauczę cię kochać życie.
— Nie, nie, to niemożebne, ja kocham śmierć tylko!
— Dziecko moje, miej litość.
— Śmierć lub życie! — krzyknęła Lorenza, nieprzytomna z rozpaczy — dziś lub nigdy! odpowiadaj co mi dasz, śmierć, czy życie?
— Życie, Lorenzo, życie.
— Zatem wolność.
Balsamo milczał.
— Więc śmierć, śmierć za pomocą trucizny, podanej podczas uśpienia. O!... uczyń to, uczyń koniecznie.
— Życie i cierpliwość, Lorenzo.
Zaśmiała się strasznym śmiechem, cofnęła się w tył, wyciągnęła z kieszeni cienki sztylet i z szybkością błyskawicy zagłębiła go w piersiach.
Balsamo krzyknął przeraźliwie: rzucił się ku niej i wyrwał jej sztylet z ręki, zanim zdołała zadać drugi cios. Pasując się z nią, zranił się sam w dłoń.
Trwało to sekundę zaledwie, złożył nieszczęśliwą na łóżku i wyciągając ku niej zakrwawioną rękę, zawołał:
— Śpij, Lorenzo, śpij, rozkazuję ci!
— Nie! nie! — szepnęła Lorenza — gdzie sztylet? nie będę spała! nie!...
— Śpij!!
Biedne dziewczę westchnęło tylko i głowa opadła jej na piersi, niby główka zranionego ptaszka: drgnienie nerwowe przebiegło ciało. Spała.
Balsamo zbliżył się do niej, rozerwał suknię; rana wydawała mu się lekką, ale krew płynęła z niej obficie.
Przyciśnięcie ukrytej sprężyny było dziełem sekundy; ruchoma klapa opuściła się, Balsamo stanął na niej i wzniósł się w górę. Za chwilę znalazł się w laboratorjum starego.
— Al! to ty, Acharacie? — zawołał Althotas. — Pamiętaj, że za ośm dni kończę okrągłe sto lat i wiedz, że potrzebuję krwi dziecka lub dziewicy.
Balsamo nic nie słyszał, poskoczył do szafy chwycił flaszeczkę jakąś, siadł na windę i chciał zjeżdżać na dół.
Stary krzyczał z całej siły:
— Słuchaj, nieszczęśliwy, umrzesz, jeżeli za ośm dni nie dostarczysz mi dziecka lub dziewicy!
Balsamo odwrócił się się.
— Dobrze, dobrze — odrzekł śpiesznie — bądź spokojny, będziesz miał, co ci potrzeba.
Pociągnął za sznur i zjechał na dół.
Zaledwie znalazł się w pokoju Lorenzy, rozległ się dzwonek Fryca.

— To Richelieu zapewne — mruknął Balsamo. — O! chociaż jesteś księciem i marszałkiem Francji, musisz poczekać, mój panie.

CXIX
DWIE KROPLE WODY KSIĘCIA DE RICHELIEU

Książę de Richelieu przybył o wpół do piątej do Balsama, a dowiemy się niezadługo, jaki go tu sprowadził interes.
Baron de Taverney był na obiedzie u córki, której delfinowa udzieliła na ten dzień urlopu.
Zajadali właśnie deser, gdy wszedł marszałek, jako zwiastun bardzo wesołej nowiny: król przeznaczył Filipowi nie kompanję lecz pułk.
Taverney uścisnął przyjaciela, Andrea zaś serdecznie podziękowała mu za brata.
Richelieu mówił ciągle o królu, Andrea o bracie, baron o Andrei.
Młoda dziewica, rozweselona dobrą wieścią, opowiadała panom, iż delfinowa przyjmuje dziś dwóch krewnych, książąt niemieckich, i że niechcąc krępować się względami etykiety, udzieliła urlopu wszystkim damom, nawet i pani de Noailles. Richelieu, jak zwykle dowcipny i elegancki, potrącił zręcznie i o to i owo, ubolewał nad upadkiem arystokracji we Francji, nad nieszczęściem, że faworyty opanowały króla, a dążył, rzecz prosta, do tego, aby wykazać, jakie stanowisko zająćby mogła na dworze kobieta inteligentna i ze szlachetnego rodu.
Andrea zauważyła ogromne podobieństwo pomiędzy dowodzeniami marszałka i barona. Richelieu nie ustawał w zabiegach; o cnocie prawił z najwyższym zapałem, ale to, co cnotą nazywał, było czemś wprost odpychającem dla młodej baronówny; podług pana Richelieu osobami prawdziwie cnotliwemi były: panna de La Valliere, pani de Châteaurou i panna de Fosseuse.
Wykład trwał parę godzin. O siódmej marszałek pożegnał Taverney’ów, bo, jak mówił, dziś jeszcze musiał udać się do króla.
W tej chwili do pokoju weszła Nicolina.
— A to ty, panienko, to dobrze, odprowadzisz mnie i zaniesiesz hrabinie Egmont bukiet od pani de Noailles.
Subretka skłoniła się, jak kłaniały się wieśniaczki z opery komicznej Rousseau.
Marszałek wyszedł. Nicolina pobiegła za nim.
Zobaczymy, dokąd się udają.
Książę, schodząc, oparł się na ramieniu subretki i powiedział:
— Słuchaj-no mała, ty masz podobno kochanka?
— Ja? — zapytała zaczerwieniona dziewczyna.
— Hm... toż ty przecie nazywasz się Nicolina Legay?
— Ja, panie marszałku
— Zatem Nicolina Legay ma kochanka.
— Ej! co znowu!
— Faktem jest, panienko, że przedtem przyjmowałaś go na ulicy Coq-Héron, a teraz tutaj się spotykacie.
— Przysięgam panu.
— No, no, daj-no pokój; jeżeli chcesz, to ci powiem nazwisko tego pana.
Nicolina przypuszczała, że książę żartuje.
— Owszem, proszę, panie marszałku — Nazywa się de Beausire.
Nicolina złożyła skromnie ręce na piersiach.
— Ho! ho! i naznaczasz mu schadzki w Trianon!
To, do diabła, ładna historja, moja panienko! za romanse w zamku królewskim czeka cię wygnanie ze służby, moje dziecko, a pan de Sartines wysyła za to do Salpêtrière.
Pokojówka żywo się zaniepokoiła.
— Jeśli pan de Beausire pochwalił się, iż jestem jego kochanką, skłamał, jestem zupełnie niewinną.
— Przyznaj jednak: wyznaczyłaś mu tutaj schadzkę, czy nie? Schadzka przecie jeszcze niczego nie dowodzi.
— Odpowiadaj wprost na pytanie: tak czy nie
— Panie marszałku...
— Zatem tak. Nie myśl, iż się gniewam, ostrzegam cię tylko.
— Więc mnie widziano?
— Naturalnie, że cię widziano i że doniesiono mi o tem.
— To niemożebne, Mości książę, żywy duch mnie nie widział...
— To kompromituje twoją panią, kochana panno Nicolino, a ja, wiedz o tem raz na zawsze, jestem większym przyjacielem Taverney’ów, niż Legay’ów i zdaje mi się, iż będę zmuszony uwiadomić barona...
— Mości książę, nie gub mnie! wypędzą mnie w takim razie natychmiast...
— Bardzo być może, moje dziecko, gdyż wie już o tem i pani de Noailles także.
— Wielki Boże!
— A z panią de Noailles to nie żarty!...
Nicolina załamała ręce z przerażeniem.
— Nieszczęście doprawdy — rzekł Richelieu — i co ty poczniesz teraz?
— Alboż ja wiem; liczę, że książę mi coś dopomoże — odparła z filuterną miną.
— Coprawda, może mógłbym!...
— Zatem...
— Nie chcę.
— Miejże pan litość nade mną.
— Że jesteś śliczna, wiem o tem, że piękne twoje oczy, obiecują bardzo wiele, Tb prawda, ale cóż, ja już za stary aby tę mowę rozumieć. Przed dwudziestu, ech! przed dziesięciu jeszcze laty, ukryłbym cię w moim pałacu i basta — ale dzisiaj wyśmianoby się ze mnie.
— Wszak byłam już raz u pana.
— I wymawiasz mi to, żmijko? O! gdyby nie pan de Rafté, nie byłabyś nigdy w Trianon; on z blondynki przeistoczył cię w cudną brunetkę. Teraz, gdy już się tu dostałaś, dajesz schadzki kochankom i to obok stajen królewskich!
— Więc i o tem panu doniesiono? Nieszczęście! zawołała dziewczyna, widząc, iż trzeba zmienić taktykę.
— Wiem o wszystkiem, moje złotko, pani de Noailles także. Zresztą i dzisiaj miałaś schadzkę...
— Przyznaję, ale słowo honoru, ostatnią.
— Nic dziwnego, uprzedziłem cię o niebezpieczeństwie; ale Beausire nie wie o niczem, przyjdzie, zostanie złapany, nie pozwoli się, naturalnie, wziąć za złodzieja i wyzna z dumą, że jest twoim kochankiem.
— Uprzedzę go.
— Zapóźno, biedaczko, to raz, a powtóre przez kogo? Znowu się zdradzisz.
— Niestety! — szepnęła Nicolina z udaną rozpaczą.
— Są więc i wyrzuty sumienia! — zawołał Richelieu.
Subretka zakryła twarz rękami, z pod oka jednak przypatrywała się księciu.
— Zachwycająca jesteś, moja mała, czemuż nie jestem młodszym o lat piętnaście, Ale pomimo wszystko, wyratuję cię, Nicolino.
— Będę panu wdzięczną do śmierci!
— Nie żądam nic wzamian, poświęcę się bezinteresownie.
— Dziękuję z głębi serca.
— Nie dziękuj, dopóki mnie nie wysłuchasz.
— Przystaję z góry na warunki, byłem tylko została tutaj.
— Ho, ho, tak ci zależy na tem, aby pozostać w Trianon?
— Bardzo, bardzo, Mości książę.
— Trudno; musisz się tego wyrzec.
— Jeżeli nikt mnie nie zdradzi? panie marszałku?
— Nawet wtedy..
— Czemu?
— Bo pani de Noailles wie o wszystkiem, a w tym razie nawet król uratować cię nie zdoła.
— Gdybym mogła poprosić króla?
— Paradnaś, daję słowo! ho... ho... Nawet to nie pomoże, bo ja ci każę wyjechać.
— Pan?
— I to natychmiast.
— Nic nie rozumiem. I to ma być pańska protekcja?
— Przyjmujesz ją, czy nie?
— Błagam o nią.
— Dobrze zatem. Zamiast dać cię stąd wypędzić, uczynię cię wolną i bogatą.
— Wolną i bogatą?
— Tak.
— Co mam uczynić, aby zasłużyć na to?
— Bagatelkę.
— Naprzykład?
— Głupstwo, lecz nic nie dostaje się na świecie za darmo.
— Słucham więc, co mam uczynić?
Nicolina odgadła, że marszałek jej potrzebuje i cała jej obawa znikła.
— Beausire przyjdzie tu o wpół do ósmej.
— Tak to jego zwykła godzina.
— Teraz jest dziesięć minut po siódmej.
— Być może, ale cóż z tego?
— Gdy zechcę, uwiężą go natychmiast.
— Wierzę, że pan tego nie uczynisz.
— Pójdziesz i powiesz mu...
— Co?
— Czekajże. Najprzód muszę wiedzieć, czy go kochasz?
— No, jeżeli mu wyznaczam schadzkę.
— To nie racja, może chcesz wyjść zamąż za niego; kobiety mają czasami dziwne kaprysy!
Nicolina parsknęła śmiechem.
— Ja wyjść zamąż? cha!... cha!.. cha!..
Richelieu stanął zdumiony; nawet w swojem otoczeniu mało znał kobiet, tak do gruntu zepsutych.
— Omyliłem się zatem, ale jednak musisz go kochać; tem lepiej.
— Dajmy na to, że kocham pana Beausire.
— Do djabła! Wytrawna kokietka z ciebie, Nicolinko.
— Dobrze, ale niechże się dowiem nareszcie, o co chodzi.
— Owszem, jeżeliś taka ciekawa... Uciekniesz z panem Beausire!
— Jeżeli pan sobie tego życzysz?...
— Nie żądam niczego, moja mała.
Subretka poznała, że nagli zanadto trochę.
— Czekam na rozkazy, panie marszałku.
— Udasz się do twego kochanka i powiesz mu: „Jesteśmy zdradzeni, nie martw się jednak, mam protektora, który uratuje mnie z Salpêtrière, a ciebie z Saint-Lazare.“
Nicolina patrzyła zdumiona na księcia.
Richelieu zrozumiał, co miało znaczyć to spojrzenie.
— Będę pamiętał o kosztach podróży — powiedział w końcu.
Nicolina milczała.
— Wiem, o czem myślisz, stokrotko.
— Być może, jesteś pan tak domyślnym...
— Myślisz nad tem, zapewne, iż w razie, gdyby panna Andrea potrzebowała cię w nocy i nie znalazła obok siebie, zrobiłby się alarm i zatrzymanoby cię w Trianon.
— Nie o tem myślę; przyznam się panu, iż pomimo wszystko, wolę tu jednakże pozostać.
— A jeżeli schwytają pana Beausire.
— Cóż mnie to obchodzi!
— A gdyby cię wydał?
— To niechaj sobie wyda.
— Ej! — mruknął Richelieu zniecierpliwiony — pamiętaj, że wtedy będziesz stanowczo zgubioną.
— Nie. Panna Andrea lubi mnie bardzo i ręczę, że wstawi się za mną do króla, i nic mi się nie stanie. Niech sobie Beausire robi, co mu się podoba.
Marszałek zagryzł usta.
— A ja ci mówię, Nicolino, żeś głupia; panna Andrea nie jest w tak dobrej komitywie z królem, ja zaś, w razie twego uporu, wydam cię natychmiast.
— O! o! nie jestem bynajmniej idjotką, usłucham dobrej rady, lecz mam własne zdanie!
— Pójdziesz więc do pana Beausire i opowiesz mu wszystko.
— Nie mogę uciekać!... Sam pan wspomniałeś przed chwilą, że panienka może się obudzić i zawołać na mnie.
Richelieu rozgniewał się na serjo, chłopka była mądrzejszą, niż sądził; udał jednak obojętność.
— Już i temu zaradziłem.
— Jakże można poradzić na to żeby panienka mnie nie wołała?
— Nie pozwolimy się jej obudzić.
— To niemożebne mój książę, panienka kilkakrotnie budzi się w nocy.
— Ma widocznie tę samą chorobę, co ja — zauważył spokojnie Richelieu.
— Co pan? — zawołała Nicolina i roześmiała się.
— No tak, i ja budzę się dosyć często, chociaż teraz, coprawda, zapobiegam jakoś temu.
— W jaki sposób?
— Co pije twoja pani, przed udaniem się na spoczynek?
— Co pije?
— No tak. Teraz jest moda — każdy uprzedza w ten sposób pragnienie, jedni piją limonjadę, drudzy orszadę, trzeci... no, czy ja wiem zresztą co...
— Panienka przed położeniem się do łóżka wypija szklankę czystej wody źródlanej, a gdy jest bardzo zdenerwowana, dodaje do niej kilka kropel kwiatu pomarańczowego i nieco cukru.
— Doskonale; moje lekarstwo z pewnością poskutkuje.
— Nie rozumiem?
— Ja do wody dolewam sobie kilka kropel pewnego płynu i śpię całą noc, jak zabity.
Nicolina rozmyślała, co za interes może mieć w tem wszystkiem marszałek.
— Nie odpowiadasz?
— Panienka nie ma tych jakichś kropli.
— Użyczę ci ich.
— Aha! — pomyślała Nicolina, starając się zbadać, co ma znaczyć to wszystko.
— Wlejesz do szklanki dwie krople, tylko dwie, pamiętaj; panna Andrea uśnie natychmiast, a ty będziesz wolna.
— Jeżeli to tylko mam zrobić to i owszem.
— Wlejesz więc jej te krople?
— Naturalnie.
— Słowo?
— Słowo... wszak i mnie na tem bardzo zależy, aby baronówna spała: zresztą drzwi zamknę na klucz.
— Nie, nie, — zawołał żywo książę — przeciwnie, drzwi zostawisz całkiem otwarte.
— Aha! — wykrzyknęła Nicolina, domyślając się czegoś.
— Czy to już wszystko? — zapytała.
— W zupełności; idź więc do kochanka i każ mu pakować manatki.
— Na nieszczęście, nie mogę mu kazać zabrać pieniędzy.
— Nie turbuj się. Ile ci potrzeba, Nicolino?
— Na co?
— No... aby wlać te dwie krople.
— To zrobię we własnym interesie, więc za to nic mi się nie należy. Ale jeżeli mam zostawić drzwi, prowadzące do pokoju panienki, otwarte przez noc całą, za to drogo zapłacisz, mój panie.
— Ile żądasz?
— Dwadzieścia tysięcy franków.
Richelieu zadrżał.
— Zajdziesz wysoko, moja piękna — odrzekł z westchnieniem.
— Przypuszczam, ale naturalnie z pomocą owych dwudziestu tysięcy.
Idź więc do Beausire’a, a gdy wrócisz, otrzymasz żądaną sumę.
— Beausire mi nie uwierzy, muszą mu dać dowody na to, co powiem.
Richelieu wyjął z kieszeni kilka biletów bankowych.
— Masz tymczasem tyle...
— Obliczysz się, książę, ze mną zaraz, skoro wrócę od Beausire’a?...
— Ej... to wolę oddać ci teraz wszystko.
Wyliczył uszczęśliwionej subretce w papierach i w złocie dwadzieścia tysięcy franków.
— To twoje, zabieraj sobie.
— Dziękuję. A teraz gdzie to, co najważniejsze?
— Płyn?
— Tak.
— Noszę go zawsze przy sobie, masz...
Nicolina uśmiechnęła się ironicznie.
— Ale... ale... Trianon zamykają co wieczór, a ja nie mam klucza.
— Ale ja go mam zato, moja mała.
— Prześlicznie wszystko się składa, jak widzę; myślałby kto... no, nie mam czasu, żegnam cię, panie marszałku.
— Jakto, żegnam?
— Nie zobaczymy się już, szanowny panie, ucieknę zaraz, gdy panienka zaśnie.
— Masz słuszność, mała, żegnam cię zatem...
Nicolina ukłoniła się szybko i znikła w parku.

— Wygrałem i tym razem — szepnął Richlieu, ale ta szelma zirytowała mnie swą przebiegłością.

CXVII
UCIECZKA

Nicolina wypełniła sumiennie daną obietnicę. Udała się na umówione miejsce, dziesięć minut po wpół do ósmej.
Beausire czekał od dziesięciu minut.
Baron de Taverney, może przed kwandransem, rozstał się ze swą córką, która, pozostawszy sama, zapuściła w pokoju rolety.
Gilbert podpatrywał był ją ze swego poddasza i pochłaniał oczyma, gdy zaś zasłona opadła, opuścił swe stanowisko. Nie miał ochoty schodzić na dół, pozostał więc na miejscu i spojrzał na podwórze.
Z najwyższem zdumieniem spostrzegł pana Beausire, rozmawiającego z Nicoliną; trwało to niedługo, subretka zamieniła zaledwie kilka słów z kochankiem i uciekła szybko w aleję, prowadzącą do małego Trianon.
— Pan oficer i pokojówka Andrei — pomyślał Gilbert — mieli sobie coś do powiedzenia, co zapewne nie znosi światła dziennego i świadków. Dobrze, dobrze.
Gilberta nie obchodziło wcale, czy Nicolina romansuje, czy nie, ale przeczuwał burzę i chciał być silniejszym od przeciwniczki.
Podpatrzona schadzka mogła mu być przydatną w przyszłości. Wiedział jakie następstwa pociągnąć może spotykanie się pod bokiem królewskim i chciał podsłuchać rozmowę kochanków.
Zeszedł szybko na dół do ogrodu, gdzie najmniejsza skrytka nie była mu obcą, schował się w krzaki bzu i czekał, przekonany, że ujrzy Nicolinę. Nie mylił się, gdyż o pięć kroków od niego klęczała subretka, a Beausire obok niej.
Nicolina liczyła na kamieniu pieniądze, otrzymane przed chwilą od księcia.
Beausire, zachwycony, tracił głowę.
— Mówiłeś mi pan nieraz, iż mnie kochasz i że chcesz mię stąd wydobyć.
— Ożenię się z tobą, najdroższa, — zawołał z uniesieniem oficer.
O tem, to jeszcze potem; w tej chwili, najważniejszą rzeczą jest kwestja, czy możemy uciec stąd we dwie godziny.
— Nawet w dziesięć minut, moja najdroższa.
— Muszę tu jeszcze całe dwie godziny pozostać.
— Gotów będę na każde skinienie, twoje ślicznotko.
— Doskonale, masz tu tymczasem te pięćdziesiąt luidorów i za półtorej godziny przyjedź po mnie karetą.
Beausire schował pieniądze do kieszeni.
— Ale... — rzekł.
Nicolina przerwała mu opryskliwie.
— Jeżeli się cofasz, to oddawaj te pięćdziesiąt luidorów i bywaj zdrów.
— Nie cofam się, boję się tylko o przyszłość.
— Czyją?...
— Twoją....
— Moją?
— Tak jest, pięćdziesiąt luidorów, to niewielki majątek, Nicolino, a co będzie potem?... Gotowaś żałować Trianon..
— Jakiś pan delikatny, panie Beausire, doprawdy, że mnie zdumiewasz, ale uspokój się; ja mam jeszcze pieniądze — powiedziała i potrząsnęła sakiewką.
Oczy oficera zabłysły.
— W ogień bym skoczył za tobą...
— Takiego poświęcenia nie żądam... ale za półtorej godziny?...
— Napewno, Nicolino, daj całusa.
— Cicho, szalony!... jeszcze nas kto spostrzeże.
— Nie jestem szalony, lecz zakochany.
— Hm....
— Nie wierzysz mi, stokrotko?
— Wierzę, wierzę, lecz pamiętaj, aby konie były dobre.
— Nie troszcz się oto.
Pożegnali się i rozeszli; Beausire jednak wrócił za chwilę.
— Pst!... pst?...
— Cóż jeszcze? — spytała Nicolina.
— Jak się wydostaniesz z Trianon, przez bramę?..
— A to głupiec! — pomyślała subretka.
— Mam klucz — odrzekła głośno.
Beausire zachwycony, przesłał kochance całus ręką i poleciał.
Nicolina udała się do swej pani.
Gilbert odetchnął swobodnie i postawił sobie cztery pytania:
— Dlaczego Nicolina ucieka z człowiekiem, którego wcale nie kocha?...
— Skąd ma taką znaczną sumę pieniędzy?
— Poco, a właściwie od kogo klucz zdobyła?
— Dlaczego, mogąc uciec natychmiast, wróciła jednak do Andrei?...
Skąd ma pieniądze, to mniejsza, tego Gilbert mógł się łatwo domyślić, na inne zato pytania nie mógł znaleźć odpowiedzi.
Był tak ciekawy, że postanowił choćby całą noc nie spać, aby być świadkiem ucieczki.
Andrea odprowadziła ojca do połowy parku; wracając spotkała się z Nicoliną w alei i razem wracały do pawilonu.
Noc zapadła wcześniej niż zwykle, a powietrze było tak ciężkie, iż trudno było oddychać; wszystko zapowiadało burzę.
Lekki wietrzyk kołysał kielichami kwiatów.
Andrea, smutna, z niechęcią wracała do pokoju, szła wolno i oglądała się co chwila.
Nicolinę niecierpliwiło to okropnie, bała się, iż Andrei przyjdzie ochota pozostać z godzinkę jeszcze przed domem, a wtedy... wszystko stracone.
Baronówna nie miała wszakże podobnego zamiaru, weszła na górę, siadła na fotelu i kazała otworzyć okno od podwórza.
Subretka spełniła rozkaz.
— Czy panienka nie chora? — rzekła przymilając się — panienka ma oczy czerwone i napuchnięte, trzebaby się wcześniej położyć do łóżka.
— Tak sądzisz, Nicolino? — spytała Andrea, nie rozumiejąc prawie, co do niej mówiła dziewczyna.
Była dziwnie znużona tego wieczora; poprawiła się na fotelu i wyciągnęła nogi przed siebie.
Nicolina zbliżyła się i zaczęła ją rozbierać, rozpoczynając czynność tę od głowy, to jest od odpinania, ze zręcznością zdumiewającą, wstążek i kwiatów.
Andrea milczała ciągle.
Subretka wyciągała pomaleńku szpilki, rozczesywała włosy, zdejmowała stanik i spódniczkę, a sprawiała się cichutko i chodziła na palcach.
Zajdź też jutro rano do Wersalu po książki, które zapewne pan Filip przysłał dla mnie, a poślij także po stroiciela, bo fortepian rozstroił się zupełnie.
Nicolina przyrzekła załatwić to wszystko jeszcze przed obudzeniem się panienki.
— Jutro napiszę list do Filipa — szepnęła do siebie Andrea.
— Ja go już jednak na pocztę nie odniosę — mruknęła pokojówka.
Andrea przeczuwała coś niedobrego, więc była smutną nad wyraz.
Subretka patrzyła z pewnym żalem na swoją panią; kilka lat była jednakże przy niej, wszystkie jej wspomnienia łączyły się z domem Taverney’ów. W tej chwili na zegarze wybiła godzina dziewiąta. Beausire już się stawił bezwątpienia, za pół godziny trzeba być gotową.
Z pośpiechem zarzuciła peniuar na ramiona swej pani, wyjęła zręcznie z kieszeni flakonik księcia, nalała szklankę wody, ocukrzyła ją i bez wahania wpuściła dwie krople płynu; woda zmąciła się raptownie, po chwili jednak stała się znów bezbarwną.
— Lampka nocna zapalona, woda przygotowana, suknia już wisi w szafie, proszę panienki, czy mogę się zatem oddalić?
— Dobrze. Dobranoc ci, moje dziecko.
Nicolina ukłoniła się, jak zwykle, i wyszła; za drzwiami westchnęła i przystanęła, mimowoli smutno jej się jakoś zrobiło!
Trwało to zaledwie sekundę; zapewne późno już, pomyślała, i jak dzika sarna rzuciła się w ogród.
Gilbert stał na stanowisku, wiedział, że dziewczyna wrócić ma za dwie godziny. Usłyszał, że zegar pałacowy wybił wpół do dziesiątej.
— Spóźnia się, co to być może? — pomyślał.
Wtem szelest jakiś zwrócił jego uwagę. Nicolina pędziła z całych sił do kraty, poza którą stał Beausire. Nie zamienili z sobą ani słowa; oficer tylko otworzył bramę, subretka wymknęła się cicho. Żelazo skrzypnęło, drzwi zamknęły się pocichu. Nicolina odrzuciła klucz w trawę, o dwa kroki od Gilberta, który podniósł go natychmiast.
Kochankowie oddalili się szybko, nastała cisza.
Gilbert odetchnął z głębi piersi. Był więc nareszcie wolny od tego wroga w spódnicy.
Andrea została sama. Kto wie — pomyślał może Nicolina pozostawiła klucz we drzwiach mieszkania swej pani? Może się dostanę do niej?
Cicho i ostrożnie podążył do pawilonu, gnany trwogą, ciekawością, niepewnością i chęcią zemsty.

KONIEC TOMU DZIEWIĄTEGO.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.