Herszt zbójców

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Herszt zbójców
Podtytuł Komedyjka w 1-ym akcie
Pochodzenie Księgozbiorek Dziecięcy Nr 11
Wydawca „Nowe Wydawnictwo”
Data wydania 1929
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KSIĘGOZBIOREK DZIECIĘCY.
E. KOROTYŃSKA.

Herszt
zbójców
Komedyjka w 1-ym akcie.
Elegancki Karolek page3.png
NAKŁADEM „NOWEGO WYDAWNICTWA“
WARSZAWA UL. SIENNA 3.
Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Warszawa, ul. Elektoralna 15.






OSOBY.

Ludwiś 
 lat 12.
Zdziś 
 lat 14.
Wicio 
 lat 10.
Helenka 
 lat  9.
Franek 
 lat 16.

Rzecz dzieje się w miasteczku. Pokój dziecinny, w nim stół, łóżka, krzesła. Na stole książki i kajety.


SCENA I.
Ludwiś, Zdziś, Wicio, potem Helenka.
Ludwiś (chodząc po pokoju).

Strachy!.. czemżeż te strachy? — Przywidzeniem ludzkiem, fantazją zbyt wygórowaną... Niczem więcej... Ja tam niczego się w życiu nie boję... Niczego i nikogo!.. (Podnosi dumnie głowę).

Zdziś.

Jakto? I tatusia się nie boisz?.. A pamiętasz, jakeś zmykał z drzewa, gdy tatuś wyszedł na ganek i wołał na ciebie... a potem jakeś rozdarł ubranie, jakeś prosił Marcinowej, żeby ci poreperowała i nie mówiła o tem tatusiowi... I ty mówisz, że się nikogo nie boisz!.. Śmiesznyś!..


Ludwiś.

O tatusiu się nie mówi... to się rozumie o obcych...

Zdziś.

Kiedy mówisz, że nikogo, to znaczy nikogo!.. Żadnych wyjątków!..

Ludwiś.

Dajmy temu pokój!.. Wiesz kogo się nie boję? — Zbójców!.. A wy drżycie na samą nazwę... Tchórze!..

Wicio.

Co?.. my tchórze?.. Coś powiedział?..

Ludwiś.

Że się boicie zbójców... ją się ich wcale a wcale nie boję!..

Zdziś.

Nie chwal się! — nie widziałeś ich, więc się nie boisz... Ale niechnoby się tylko który przed tobą ukazał — zmykałbyś, jak wtedy przed tatusiem...


Wicio.

Ja tam nie zarzekam się wcale tego, że uciekałbym od zbójców jak oparzony. Sam tatuś, chociaż silny i ma rewolwer przy sobie, boi się napadu bandytów i każe drzwi i na zasuwy i na łańcuchy zamykać...

Ludwiś.

Ja i bandytów się nie boję! Nawet chciałbym z nimi walczyć... nie uciekałbym napewno!..

Wicio.

Patrzcie go, jaki chwalibursa! Dorośli się boją, dorosłych zabijają i mordują, a on, chłopiec dwunastoletni, mówi, że się chce z bandytami potykać...

Zdziś.

Ej, dajmy pokój tej gadaninie! — chwali się i już! Odważny, gdy nie widzi niebezpieczeństwa, a niechby tylko ujrzał maczugę zbójecką, zmykałby gdzie pieprz rośnie!..


Helenka (wbiegając do pokoju).

Słyszycie! Słyszycie! Tatuś mówi, że w poblizkim zagajniku widziano herszta zbójców, słynnego Wieczorka... Siedział podobno spokojnie przy ognisku i piekł kartofle... Jakby nic... a przecież za jego głowę wyznaczono dużą nagrodę... Widocznie o tem nie wie...

Ludwiś.

Pewnie wie — ale nie dba o życie...

Zdziś.

Gdyby nie dbał, nie zabijałby ludzi i nie gromadziłby skarbów... Zanadto dba o życie i o dobrobyt...

Ludwiś.

Chciałbym go zobaczyć i z nim porozmawiać...

Wicio.

Coo? tybyś chciał z nim porozmawiać? Przecież onby ciebie zamordował!..

Ludwiś.

Mnie? Albożbym się dał?..


Helenka.

Ależ, Ludwisiu...

Ludwiś.

Cóż takiego mi powiesz?..

Helenka.

Jak można się tak chwalić!..

Ludwiś.

Nie chwalę się, ale jestem odważny, więc dlatego się nie boję żadnego Wieczorka, na którego imię wy drżycie...

Zdziś.

Nietylko my, ale cała okolica...

Ludwiś.

Dajcie mi nietylko Wieczorka, ale i jego całą bandę, a nie zlęknę się! (Wychodzi).

Helenka.

Co ten Ludwiś wygaduje!.. toć ten Wieczorek to podobno słynny herszt zbójecki... nie mogą go złapać... tak się starannie ukrywa... wreszcie boją się jego noża...

Wicio.

Ludwisiowi się zdaje, że taki zbój oszczędzałby go, dlatego, że on mały jeszcze... taksamoby zabił i obrabował gdyby go spotkał na drodze...

Zdziś.

W każdym razie — wartoby tego chwalibursę nauczyć...

Wicio.

Ale w jaki sposób? Przecież nie naślemy na niego Wieczorka, żeby się przekonał, że niełatwa to sprawa ze zbójcą...

Zdziś.

Prawdziwego Wieczorka nie naślemy na niego, ale możemy kogo przebrać...

Helenka.

Doskonale! Doskonale! ale kogo?..


Zdziś.

A chociażby syna naszego fornala — Franka?

Wicio.

Ależ to byłoby wspaniale! Franek duży, barczysty, w sam raz nadałby się na Wieczorka.

Helenka.

Ale w co go przebrać?

Zdziś.

W burkę jego ojca... na twarz nałożymy mu maskę, na głowę szal, a do ręki damy mu gruby wałek drewniany, żeby nim wywijał...

Wicio.

A jak pozna?

Zdziś.

Nie pozna — cała awantura odbędzie się w ciemnościach...

Helenka.

A czy Ludwiś nie zachoruje ze strachu?


Wicio.

Czyś nie słyszała, że niczego i nikogo się nie boi?.. Zresztą zrobimy tak, żeby być na czas, jeśliby się zanadto obawiał. Nie idzie nam o przykrość, jaką ma mieć Ludwiś za swe chwalenie się bohaterstwem, lecz o oduczenie go od przechwałek...

Zdziś.

O, tak, on się niemożliwie przechwala... Wczoraj, naprzykład, opowiadał kolegom, że poszedłby w nocy na cmentarz i przesiedziałby tam do rana... Nic a nicby się nie bał!.

Helenka.

Patrzcie go!.. a jak przechodziliśmy onegdaj koło cmentarza, to biegł co sił, aby go prędzej ominąć. A jak ja zajść chciałam, żeby zobaczyć pomnik, o którym mi opowiadały koleżanki, że jest bardzo ładny, pociągnął mnie gwałtownie za żakiecik i nie pozwolił tam iść...


Zdziś.

Widzicie, jaki to zuch z niego, a myślałby kto, że i prawdę mówi o tej swojej odwadze... Musimy go przekonać, że jest większym tchórzem od tych, którzy się nie przechwalają odwagą! O ile mi się zdaje, uda się nam to wszystko, cośmy zamierzyli...

Wicio.

Aby tylko ten Franek nie zgłupiał i nie odezwał się swoim głosem...

Zdziś.

Jakto? Przecież mu zapowiemy, żeby głos zmienił...

Wicio.

Ależ on może się zapomnieć...

Helenka.

I wszystko się wykryje przed czasem!..

Zdziś.

Nie kraczcie jak kruki! Wszystko musi się udać!.. Ja w tem jestem!..


Wicio.

Bardzo byłoby dobrze, gdyby nam się udało go oszukać! Możeby już zaprzestał tych swoich niemądrych przechwałek... Aby tylko ten Franek... on zawsze jakieś głupstwo zrobi...
No, ale czas pomówić jak to urządzimy...

Zdziś.

A więc zabierajmy się do dzieła! Ty, Helenko, wystaraj się o ten szal, co go nosi Agata. Powiedz jej, że zwrócimy w całości, ale na co bierzemy, tego nie mów — boby się jeszcze wydało przed czasem... Ty, Wiciu, zawołaj tutaj Franka... musimy go z rolą Wieczorka oswoić i nauczyć, jak ma do Ludwisia przemawiać... Ludwiś poszedł teraz do swego kolegi — możemy więc, zanim przyjdzie, rzecz całą ułożyć...

Wicio.

Przekonamy go, że nie jest takim zuchem, jak myśli...


Helenka.

Idę więc do Agaty po szalik... (Wychodzi).

Wicio.

A ja zawołam Franka... (Wychodzi).

Zdziś (do siebie).

Ach, żeby się nam udało! Przestałby się chwalić... a to aż wstyd słuchać jego przechwałek...

(Wchodzi Franek).


SCENA II.
Wicio, Zdziś, Franek, potem Helenka.
Franek.

Jestem, paniczu...

Wicio.

Ledwiem go wyszukał... spał w ogrodzie...

Zdziś.

To dobrze, że się wyspał, bo czeka go robota nocna...


Franek.

Coo? robota nocna? co też panicz mówi...

Zdziś.

Tak, Franku, chcemy cię przebrać za Wieczorka...

Franek.

Olaboga! i wziąć za moją głowę nagrodę?.. O, co to, to nie! Kłaniam uniżenie! jeszcze mi się chce żyć... (Chce uciekać, Zdziś chwyta go za marynarkę, ten zrzuca ją z siebie i biegnie ku drzwiom).

Zdziś.

Czekaj, niemądry! nikt twej głowy sprzedawać nie myśli... chcemy tylko, żebyś się ukazał w nocy Ludwisiowi i przedstawił się za zbójcę Wieczorka... Widzisz, Ludwiś mówi, że nie boi się Wieczorka i wogóle żadnego zbója — chcemy się przekonać, czy to prawda?..

Franek.

Aha! o to idzie paniczowi — ale jak Ludwiś zacznie krzyczeć ze strachu, przybiegnie pan i, myśląc, żem bandyta, zastrzeli z tego liwolweru, co go ze sobą nosi...

Zdziś.

Nie obawiaj się... my wszyscy będziemy za drzwiami na czatach — jak tylko zanadto już krzyczeć będzie nasz bohater — zjawimy się, aby go zawstydzić, a ty zrzucisz z siebie ubranie i ukażesz mu się, jako syn fornala Franek...

Franek.

Tak to będzie dobrze! — O, ja takie figle lubię...

Helenka.

Ale, pamiętaj Franku, żebyś czasem, wywijając wałkiem drewnianym, przez zapomnienie nie uderzył Ludwisia...

Franek.

Co też panienka mówi!.. Nie tknę panicza, jeno go nastraszę i tyla!.. A gdzież to moje ubiory zbójeckie?..

Zdziś (pokazując na ubranie).

Oto tutaj — a maskę zrobimy ci z białego papieru...

Franek.

Będę biały jak upiór...

Wicio.

Pomalujemy ją na różowo...

Franek.

A wąsy i broda zbójecka? Co to za zbójnik bez tego?..

Zdziś

Ach, prawda! — skąd tu wziąć? ale, poczekaj — toć mamy kawał czarnego futra z barana, wyczeszemy go, wygładzimy i będzie...

Franek.

Kiedy mam przyjść do paniczów, żeby się przebrać?


Zdziś.

O dwunastej w nocy — przyjdź cicho, bez butów do salonu, tam będziemy na ciebie czekali, a nie obudź tam kogo po drodze, bo się nam ta cała komedja zbójecka nie uda... A teraz marsz!..

(Franek wychodzi).


SCENA III.
Pokój dziecinny. Łóżka puste, w jednem tylko leży Ludwiś, głośno chrapiąc. Po krótkiej pauzie słychać szmer i ciche stąpanie — drzwi się uchylają powoli, wchodzi Franek przebrany za zbójcę i staje rozglądając się i jakby szukając Ludwisia. Za nim przez uchylone drzwi widać Zdzisia, Wicia i Helenkę, stojących w sieni.
Zdziś (cicho do Franka).

Stać tu będziemy za drzwiami — nie bój się — nikt ci nic nie zrobi — chociażby kto usłyszał hałas i przybiegł, myśląc, że ratunek potrzebny...


Franek (cicho).

Dobrze, dobrze, paniczu — już idę... (Podchodzi do łóżka Ludwisia i zaczepiwszy się o kołdrę pada z hukiem na podłogę). O, rety! rety! a bodajeś! (Ludwiś wskakuje z pościeli przerażony, a widząc Franka już stojącego przed nim w zbójeckiem przebraniu wydaje krzyk trwogi).

Ludwiś (krzyczy).

Ratunku! ratunku! pomocy! kto w Boga wierzy! Zbójcy! bandyci! (Wyskakuje z łóżka i czemprędzej chowa się pod stół).

Franek
(zamierza się wałkiem i szturga go pod stołem, mówiąc zmienionym głosem).

Zabiję, zamorduję! — jestem herszt zbójców — Wieczorek!

Ludwiś (płaczliwym głosem).

Panie zbójco, nie zabijaj mnie... co ci po mnie... jestem biedny chłopiec, mam tylko to, co mi dają rodzice... idź do bogatych...

Franek (stłumionym głosem).

Nie, nie, ja chcę ciebie zabić!.. Wyłaź!..

Ludwiś.

Panie Wieczorku, ja ci wszystko oddam, co posiadam, tylko mnie nie zabijaj!..

Franek.

A co ty posiadasz?

Ludwiś.

Nowy piórnik, pudełko stalek, cztery kajety...

Franek.

E... co mi po tem! Dawaj pieniądze!

Ludwiś.

Mam trochę pieniędzy uzbieranych od kolegów na podarek imieninowy dla naszego nauczyciela... Wprawdzie to nie moje — ale cóż zrobię? oddam tobie, panie zbójco, tylko mi daruj życie...

Franek.

To za mało... wolę ciebie zabić...

Ludwiś.

Nie zabijaj!.. oddam ci mój tornister, moje książki — wreszcie i moje zabawki... mam pałasz...

Franek.

Co mi po pałaszu! mam swoją maczugę i zaraz cię nią zabiję!

Ludwiś. (płacząc).

Ach, panie Wieczorku, daruj mi życie! — Oddam ci moje palto, moje ubranie...

Franek.

A buty?..

Ludwiś.

I buty także... tylko mnie nie zabijaj...


Franek.

A więc wyłaź z pod stołu i dawaj mi wszystko coś obiecał... w przeciwnym razie zamorduję!

Ludwiś (wysuwa głowę z pod stołu).

Może mnie, panie zbójco, zabijesz, jak wyjdę z pod stołu?..

Franek.

Wyłaź — mówię ci! bo głowę ci utnę!

Ludwiś
(przerażony wychodzi, oglądając się wciąż, czy zbójca na niego się nie rzuca, i wydobywa z szuflady stołu piórnik, stalki, kajety, zabawki).

Macie, panie Wieczorku...

Franek.

A ubranie? — cóżto — myślisz, że mnie zdołasz oszukać?.. Dawaj zaraz — albo głowa spadnie z twojego karku!..

Ludwiś (płacząc).

O, Boże! co powie tatuś... tyle to wszystko kosztuje... ale cóż robić... milsze mi życie od tych gratów!..

Franek.

Dawaj prędzej! a wyciągnij tam z szafy i ubranie twoich braci... wszystko mi zaraz oddaj!..

Ludwiś (pada na kola na przed Frankiem).

Panie zbójco! zabierz wszystko moje, a nie każ mi dawać tego, co do braci należy! Daruj mi życie!

Franek (rzuca się ku niemu z wałkiem).

Coo? będziesz się sprzeciwiał! a więc giń! (biegnie za nim, ten ucieka po pokoju, przeraźliwie krzycząc).

Ludwiś (krzyczy).

Ratunku! pomocy! Tatusiu! Zdzisiu! Wiciu! ratujcie! (Wbiegają dzieci — Franek zrzuca pelerynę, maskę i staje przed zdziwionym Ludwisiem. Dzieci śmieją się głośno).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.