Gospoda pod Aniołem Stróżem/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Gospoda pod Aniołem Stróżem
Rozdział Rozstanie
Data wydania 1887
Wydawnictwo Wydawnictwo Księgarni K. Łukaszewicza
Druk Drukarnia „Gazety Narodowej“
Miejsce wyd. Lwów
Tytuł orygin. L'auberge de l'Ange Gardien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
Rozstanie.

Dzień upłynął wesoło dla wszystkich mieszkańców gospody pod Aniołem Stróżem. Dzieci bawiły się, zjadły ze smakiem kolacyę i wcześnie udały się na spoczynek.
Moutier dopomagał pani Blidot i jej siostrze w obsługiwaniu gości a następnie kiedy dzieci udały się na spoczynek, wszystko troje zajęli się układaniem dalszych co do nich planów.
— Jak mi mówił Jakób, mają oni jeszcze ojca rzekł Moutier, ale jak go wynaleźć? Nie wiem ani jego nazwiska, ani miejsca pobytu; mianowicie gdzie mieszkał, gdy go żandarmi aresztowali. Być może dostał się do więzienia za jaką ciężką zbrodnię, i kto wie, czy nie byłoby lepiej, gdyby dzieci swego ojca nie znały. Mimo to jutro przed odjazdem, muszę zawiadomić o wypadku tym tutejszego naczelnika gminy. Pozostawię mu adres aby mię o wszystkiem zawiadomił.
— Ależ od chwili do chwili i osobiście zechcesz nas pan odwiedzać? zapytała oberżystka, bo przecież dzieci te są na pańskiej opiece i więcej do pana niż do mnie należą.
— Gdyby należały do mnie, byłbym w wielkim kłopocie, moja dobra pani Blidot; tutaj im daleko lepiej będzie niż u mnie, ponieważ nie mam stałego miejsca pobytu, a co do utrzymania, liczę jedynie na pracę rąk własnych. Lecz już jest późno, dzień roboczy dla mnie rozpoczął się już z zachodem słońca, należy mi zatem udać się na spoczynek.
— Dla czego pan wcześniej o tem nie powiedziałeś? zapytała pani Blidot. Byłabym pana zaprowadziła do przeznaczonego dlań pokoju, który właśnie tutaj na dole się znajduje. Moja siostra i ja śpimy na górze, bo to bezpieczniej dla dwóch samotnych kobiet; nie obawiamy się wcale tutejszych mieszkańców, ale mógłby jaki nicpoń pozwolić sobie niewczesnego żartu.
— Gdyby coś podobnego wydarzyło się gdy ja tu jestem i mam przy sobie kapitana, niewczesny żartowniś otrzymałby dotkliwą pamiątkę, rzekł Moutier.
Pani Blidot roześmiała się, zapaliła świecę i zaniosła ją do pokoju przygotowanego dla gościa. Podziękował jej za to serdecznie a pożegnawszy zamknął drzwi i po gorącej modlitwie udał się na spoczynek.
Nie mógł widocznie długo zasnąć, gdyż skoro się obudził, usłyszał rozmowę dzieci i śmiech wesoły pani Blidot i jej siostry. Zawstydzony takiem spóźnieniem, zaczął się prędko ubierać.
— Co to za wyborne łóżko; od dawna nie spoczywałem na podobnem; dla tego też zaspałem... trzeba się więc spieszyć, żeby dopomódz w pracy obu kobietom.
Skoro wyszedł z pokoju, ujrzał obie zajęte myciem i ubieraniem chłopców.
— Nie wiem jak się mam usprawiedliwić z mego opóźnienia, zaczął Moutier pozdrowiwszy obie panie. Nie zdarzyło się mi to nigdy w pułku; ale zanadto dobrze spać w łóżku tej gospody i wy zapewne doskonale spałyście tej nocy, dodał zwracając się do dzieci.
— O wyśmienicie! zawołał Jakub. Pawłowi było tak ciepło i tak wygodnie a ja znowu byłem tak szczęśliwy, żem we śnie dziękował za to mojemu kochanemu panu Moutier.
— Tym dwom zacnym paniom wdzięcznym być powinieneś a nie mnie, mój chłopcze, bo ja jestem ubogim człowiekiem i do tego bez dachu.
— Przecież pan nas uratowałeś, powiedział Jakób, pan nas przyniosłeś do domu pani Blidot i panny Elfy, one same mówiły, że Matka Boska i pan jesteście naszemi zbawcami.
Moutier nic nie odpowiedział, uściskał Jakóba i Pawła, ucałował ich po kilka razy, potem uściskał serdecznie równie ręce obu sióstr, i usiadł, czekając aż dzieci zostaną ubrane.
— W czem mógłbym być paniom użyteczny? rzekł nareszcie.
— Jeżeli koniecznie żądasz tego, to mi przynieś z drwalni będącej na końcu ogrodu, wiązkę chrustu i miarkę węgla do pieca; tymczasem ja zajmę się przygotowaniami do kawy.
— Ależ Elfy, zawołała gospodyni, jak możesz podobnym rozkazem utrudzać pana Moutier?
— Bynajmniej, droga pani Blidot. Panna Elfy wie aż nadto dobrze, że mi to bardzo przyjemnie, skoro mogę w czem jej usłużyć. Czy sądzisz pani, że nie nosiłem nigdy drzewa, ani węgla? O w pułku były daleko cięższe roboty.
Oddalił się i wkrótce powrócił z olbrzymią wiązką chrustu.
— Ha! ha! ha! zawołała ze śmiechem Elfy, co za wiele to za wiele. Pozostaw pan tutaj część chrustu a resztę odnieś do drwalni, gdy pójdziesz po węgle.
— Zastanówże się przecie, że tego pana znamy dopiero od wczoraj, rzekła z wymówką siostra, śmiejąc się wesoło i że do nas należy obsługiwać gości, nie zaś zaprzęgać ich samych do roboty.
— Przecież pan Moutier nie jest zwykłym gościem, odparła Elfy, dał nam te dzieciaki, które tak rozweseliły nasz dom. Za podobny podarunek odpłaca się jedynie życzliwością i przyjaźnią a komu ja sprzyjam, temu każę pracować. Nie mogę bowiem cierpieć próżniaków, zwłaszcza gdy z założonemi rękami patrzą jak inni upadają z pracy i utrudzenia.
— Masz pani zupełną słuszność, rzekł Moutier, który właśnie słyszał jej wyrazy. Nie jestem takim gościem jak inni i czuję się obowiązanym względem pań do wdzięczności za ciężar, jaki przyjęłyście na siebie; i wierzcie mi, że to nigdy nie wyjdzie ani z mego serca ani z pamięci.
— Patrząc na pana, wiem o tem sama najlepiej, odparła z uśmiechem Elfy, mam bowiem bystre oko i nie jedno odgaduję.
I Moutier równie się uśmiechnął, ale nic nie odpowiedział tylko pochwyciwszy za miotłę, zaczął zamiatać.
— Daj pan temu pokój, lepiej o to weź wiecheć obmyj stół i piec, a potem możesz zamiatać.
Moutier zastosował się zupełnie do rozkazu, skoro zaś wszystko ukończył, stanąwszy w wojskowej postawie rzekł:
— Czyś zadowolony panie Generale? Jakież dalsze otrzymam rozkazy?
— Dobrze, odpowiedziała Elfy bacznem spojrzeniem obrzuciwszy cały pokój, teraz idź pan do kawiarni będącej na końcu wsi, i przynieś nam tu mleka. Będę panu wdzięczną, skoro zabierzesz ze sobą dzieci, aby zapoznały się z drogą i tym sposobem aby mogły później same nosić.
Moutier wziął za rękę Jakóba i Pawła i wszystko troje oddalili się z wesołym śmiechem.
— Proszę pani, racz mi dać mleka, rzekł Moutier do grubej wieśniaczki, która właśnie tylko co wydoiła krowę.
Kobieta odwróciwszy się spojrzała ze zdziwieniem na nieznaną jej twarz a potem zapytała:
— Wiele pan sobie życzysz?
— Wiele? powtórzył Moutier. Rzeczywiście nie zapytałem się o to; daj mi więc pani tyle, ile zawsze biorą.
— Ba! Ale kto bierze?
— Pani Blidot, właścicielka oberży pod Aniołem Stróżem.
— Jakto? To jesteście u niej w służbie? Odkąd?
— Od wczoraj i to na chwilę tylko, odpowiedział Moutier.
— A to ciekawe! szepnęła do siebie wieśniaczka, odmierzając trzy litry mleka.
— Czy mam zapłacić? zapytał Moutier sięgając do kieszeni.
— Nie, przecież musicie o tem wiedzieć, że się co Środę, na targu, rachujemy.
— Tego nie wiem, rzekł Moutier, bo jak już powiedziałem dopiero od wczoraj jestem w służbie. Dzień dobry pani!
Wieśniaczka poruszyła głową, poczem zajęła się swoją robotą, rozmyślając nad tem, w jaki sposób pani Blidot, mogła przyjąć do służby żołnierza.
Ze śmiechem powrócił Moutier z dziećmi do gospody.
— Oto mleko, rzekł do Elfy. Jestem pewny że otrzymacie panie wkrótce odwiedziny grubej wieśniaczki.
— Dla czego?
— Ponieważ ogromnie się przeraziła jak jej oświadczyłem, że jestem w służbie u pani.
— Dla czegoż pan zmyślałeś?
— Jakto? Alboż to nie prawda? Czyliż nie jestem w służbie u pań i gotów zawsze na ich usługi?
— Niecierpliwisz mię pan, panie Moutier, swojemi żartami i dowcipami.
— Żartuję, bo jestem tak szczęśliwy, jak nigdy a co mi się rzadko zdarza. Czyliż nie wolno żołnierzowi, nie mającemu ani rodziców, ani przyjaciół, być szczęśliwym, gdy go serdecznie traktują? Być może był to niestosowny żart z mej strony, więc proszę pokornie o przebaczenie. Pamiętaj jednak pani, że wkrótce się oddalę i zapewne upłynie sporo czasu, zanim tu wrócę a przytem w gniewie rozstać się nie powinniśmy.
— Widzę, że nie miałam słuszności, czyniąc panu zarzut niewczesnego żartu, usprawiedliwiała się młoda dziewczyna i do mnie to należy prosić pana o przebaczenie. Powiem panu jednak, że zdjęła mię obawa, iż będą nas wyszydzać, gdy się rozniesie po wsi, żeśmy pana przyjęły do służby.
— Być może jest w tem słuszność, dla tego, jeżeli mi pani pozwolisz, pójdę do wieśniaczki, aby jej powiedzieć...
— Boże uchowaj, odpowiedziała pani Blidot; to tylko dzieciństwo ze strony Elfy; jest jeszcze zanadto młoda i trochę zarozumiała, nadużyła pańskiej życzliwości.
— Na to się wcale z panią nie zgadzam, owszem poddaję się zupełnie rozkazom panny Elfy, rzekł Moutier i pytam się co mi dalej czynić nakaże.
— Dopomóż mi pan do przygotowania mleka i przyrządzenia kawy, mówiła Elfy, mocno zarumieniona.
Śniadanie wkrótce było gotowe, dzieci oczekiwały na nie z niecierpliwością i spożyły z wielkim apetytem.
Następnie Moutier udał się do naczelnika gminy, pani Blidot i Elfy zajęły się robotą a dzieci bawiły się w ogrodzie.
Ranek szybko minął; Moutier zjadł obiad z obu paniami i dziećmi a następnie zaczął przygotowywać się do podróży. Prosił o rachunek, ale pani Blidot słyszeć o tem nawet nie chciała. Pożegnali się po przyjacielsku i z wielkim żalem. Jakób płakał obejmując rękami szyję swego dobroczyńcy. Paweł otarł łzy brata i obaj obsypywali pieszczotami kapitana.
— Bywaj zdrów mój dobry kapitanie, mówił Jakób, bywaj zdrów mój poczciwy psie. Tyś także przyjmował udział w naszym ratunku, boś pierwszy nas spostrzegł i uniósł Pawła na grzbiecie. Bądź zdrów mój przyjacielu. Nigdy nie zapomnę ani o tobie, ani o panu Moutier.
Moutier był wzruszony i rozczulony; uściskał serdecznie ręce obu sióstr, ucałował po raz ostatni Jakóba, rzucił jeszcze okiem po pokoju i szybko oddalił się nie zwracając nawet w tę stronę głowy.
Dzieci stały we drzwiach, dopóki przyjaciel nie znikł im z oczów. Jakób nadaremnie starał się powstrzymać łzy płynące mu nieustannie po twarzy, a kiedy już znikł ślad po dzielnym żołnierzu, wrócił do domu i rzucając się w objęcia pani Blidot, zawołał:
— Teraz, kiedy już nie ma p. Moutier, pani nas nie wypędzi ztąd? Zatrzymasz na zawsze mojego drogiego Pawła i pozwolisz mi przy nim równie pozostać?
— Biedne dziecko, wyrzekła życzliwie pani Blidot. Niech mię Bóg strzeże, żebym was miała wypędzić. Pozostaniecie zawsze przy mnie, będę was kochała, jak moje własne dzieci i żeby dać wam tego dowód, proszę bardzo, ażebyście i ty i twój brat Paweł nie tytułowali mię pani Blidot, ale nazywali wprost matką.
— O niezawodnie, w tobie będziemy mieli matkę, zawołał Jakób, tak dobrą, jak była kiedyś nasza. Pawełku, dodał, powinieneś nazywać panią, matką.
— Ja nie chcę, wolę pójść z panem Moutier i kapitanem, odparł Paweł.
— A więc nie lubisz pani Blidot? zapytał Jakób.
— Lubię ją, ale daleko lepiej kapitana.
— Daj mu pokój, kochany Jakóbie, wtrąciła Elfy, powoli przyzwyczai się, i niezadługo będzie nas lubił tak jak kapitana i nazywał moją siostrę matką a mnie ciotką. Bo i ty będziesz mi także mówił ciotko.
— O tak ciociu, zawołał Jakób, rzucając się w jej objęcia.
Jakób spokojny o przyszłość Pawła, odrazu stał się wesołym, obmyślając coraz nowe zabawki dla niego, już to z kamyczków, już ze źdźbła słomy, już ze skrawków papieru, a nadto starał się być użytecznym pani Blidot i jej siostrze, wykonywując starannie ich polecenia, dopomagając do mycia domowych sprzętów i obsługując gości. Około wieczora zbliżył się z nieśmiałością do pani Blidot, mówiąc:
— Mamo, przyrzekłaś panu Moutier, że będziesz posyłać jedzenie dla biednego Piotrka; widziałem go właśnie, jak biegł do domu z wielkim bochenkiem chleba pod pachą. Dał mi znak że niezadługo pójdzie do studni po wodę. Czy nie dałabyś mi czego, żebym mu zaniósł.
— Dobrze moje dziecko, odpowiedziała pani Blidot, oto resztki mięsa i kawał chleba; połóż je w wypróchniałem drzewie, a na przyszłość żebym o tem nie zapomniała, przypominaj mi zawsze o Piotrku przy obiedzie.
— Dziękuję mamie, rzekł Jakób. Jesteś równie dobra jak p. Moutier.
Jakób szybko pobiegł do studni z otrzymanym prowiantem. Wkrótce też ujrzał Piotra zdążającego ze dzbankiem po wodę; szedł wolno ocierając oczy. Otrzymawszy paczkę od Jakóba, chciwie zjadł i chleb i mięso przysłane od pani Blidot. Wypił trochę wody z dzbanka, pożegnał Jakóba i wrócił do domu.
Tak mijały szczęśliwie dni dla Jakóba, dla Pawła i reszty mieszkańców gospody pod Aniołem Stróżem, tylko dla biednego Piotrka były one dniami smutku, gdyż właściciel oberży obchodził się z nim niegodziwie. Często też Jakób pomagał mu w ciężkiej, mozolnej pracy, nie odpowiedniej jego siłom.
Kiedy zaś kazano mu odnieść coś nadzwyczaj ciężkiego i Jakób i Paweł dopomagali mu i nieśli z nim wspólnie aż po za granicę wsi; czasami znowu chociaż się kładł późno, posyłano go z brzaskiem dnia w daleką drogę za interesem, wówczas Jakób prosił pani Blidot, żeby go mógł zastąpić. Mały Jakób biegł tedy z listem lub posyłką, gdy tymczasem biedny Piotrek spoczywał pod drzewem posilając się tem, co mu gospodyni oberży przysłała.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Sophie de Ségur.