Gospoda pod Aniołem Stróżem/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Gospoda pod Aniołem Stróżem
Rozdział Piotr, przezwany, Piotrem gałganiarzem
Data wydania 1887
Wydawnictwo Wydawnictwo Księgarni K. Łukaszewicza
Druk Drukarnia „Gazety Narodowej“
Miejsce wyd. Lwów
Tytuł orygin. L'auberge de l'Ange Gardien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
Piotr, przezwany, Piotrem-gałaniarzem.

Moutier wszedłszy do pokoju oberży nie zastał nikogo. Zwrócił się więc do ogrodu, do którego drzwi były otwarte. Obejrzawszy kwiaty i warzywa, skierował się do altanki, w około której rosły powoje i owijały ją swemi wonnemi ramionami. Znajdowała się tutaj okrągła ławka i stolik zarzucony był książkami i robótkami kobiecemi. Przeczytał tytuły książek: Nowy testament; Wyprobowany kucharz; Podręcznik dla gospodyń; Wspomnienia żołnierza.
Moutier uśmiechnął się.
— Niezmiernie mi się podoba, myślał, gdy spotykam się z podobnym wyborem dzieł w domu gospodyni, bo obudzają zaufanie, gdyż książki te są wyśmienite. Gdybym n.p. podczas wojny, nie miał ze sobą: »Książki do nabożeństwa dla żołnierzy«, nie mógłbym znieść tego, co przeniosłem cierpliwie. To samo powiedziałbym i o garnizonie, gdyż niezmierne tam panują nudy. Nudy, to niebezpieczny wróg, pędzi on nie jednego do kawiarni, a ztamtąd już niewątpliwa do aresztu droga. Szczęściem miałem »Książkę do nabożeństwa«, ta to przyjaciółka powstrzymała mię od nierozsądnych wybryków, a nadto obroniła od smutku i zniechęcenia. Dziś jestem bardzo wdzięczny temu, który mi ją podarował.
Tak rozmyślając wziął do ręki: Wspomnienia żołnierza, otworzył książkę, przeczytał naprzód parę wierszy, potem dwie, trzy stronice dalej coraz więcej i po upływie godziny, tak się tem zaciekawił, że nie słyszał wcale nadchodzącej pani Blidot i jej siostry, które go szukały po całym ogrodzie.
— Niezawodnie jest w altanie, rzekła gospodyni do swojej siostry. Dobry Boże, zawołała nagle, stoi tak nieporuszony przy naszym stoliku, jakby był posągiem wykutym z kamienia.
— Przecież nie może spać stojąc, odpowiedziała chichocząc się Elfy.
— Hm! Hm! Panie Moutier, mówiła chrząkając pani Blidot. Panie Moutier. Wcale nie słyszy.
— Panie Moutier, zawołała Elfy, obiad na stole, czekamy tylko na pana... A to on chyba głuchy jak pieniek.
— Panie Moutier, powtórzyła pani Blidot doniosłym głosem i zbliżyła się do stołu. Zawołany, otworzył szeroko oczy, przeciągnął ręką po czole, jak gdyby dla zebrania myśli i spojrzał dokoła zdumiony.
— Przepraszam panią, rzekł nakoniec, niesłyszałem ani pani wołania, ani jej samej nie spostrzegłem wcale, tak byłem zaczytany w mojej a raczej w pani książce, dodał z uśmiechem. Nie przypuszczałem, aby książka kiedykolwiek mogła być tak pouczającą, tak ciekawą. Właśnie stanąłem na opisie aresztu; opis jest fotograficznie rzetelny i prawdziwy. Siedziałem raz w areszcie z powodu fałszywego raportu, nie będąc zgoła winnym, w książce zaś tej jest ono tak przedstawione, że zdawało mi się, iż się jeszcze w nim znajduję.
— Cieszy mię, że natrafiłeś pan tutaj na książkę, która się panu tak podobała; jeżeli pan życzysz sobie ją dokończyć, możesz takową zatrzymać. Dostanę inną od księdza Proboszcza, bo ma ich podostatkiem.
— Zatrzymam ją z wielkiem podziękowaniem, odpowiedział Moutier, przeczytam całą i sądzę, że wpłynie ona na moje większe udoskonalenie się.
— O pod tym względem, nie potrzebujesz pan wcale książek panie Moutier; wydajesz się daleko lepszym niż inni. Ale przyszłyśmy tutaj, ja i moja siostra, żeby pana poprosić do objadu, bo to już godzina druga. Dzieci są głodne a i pan zapewne nie będziesz się skarżył na brak apetytu.
— To prawda pani Blidot, od śniadania upłynęło już kilka godzin i z przyjemnością zasiądę do obiadu.
Montier ukłonił się Elfy, której dotąd nie znał jeszcze i towarzyszył obu kobietom do pokoju jadalnego, w którym dzieci czekały od dawna.
— Paweł chciał jeść palcami, ale go powstrzymał od tego Jakób, mówiąc:
— Poczekaj Pawle, bądź grzecznym, wiesz, że niemożna niczego dotykać, bez pozwolenia.
— Więc proszę cię Jakóbie pozwól mi jeść, rzekł Paweł.
— Nie mogę, ponieważ niemam do tego prawa.
— Ale ja jestem głodny, mnie się jeść chce, zawołał Paweł.
— Poczekaj jeszcze chwilę Pawełku, jak tylko nadejdzie pan Moutier z gospodynią domu i innemi osobami, zasiądziemy do obiadu.
— Czy chwila trwa długo? O! patrz, już nadchodzą.
Rozpoczął się obiad.
Jakób usadowił Pawła na krześle, tuż obok siebie, aby go obsługiwać. Moutier z uczuciem życzliwości patrzył na obu chłopców. Podano naprzód kapuśniak; który Moutier wielce chwalił jako wybornie przyrządzony. Po zjedzeniu zupy, chciała powstać Elfy, żeby przynieść pasztet z bobrem, lecz ją powstrzymał Moutier, mówiąc:
— Daruj pani, ale obowiązkiem mężczyzn jest służenie przy stole damom; pozwól mi więc abym cię wyręczył w tym razie i umniejszył fatygi.
— Rzeczywiście, wtrąciła pani Blidot śmiejąc się, należysz pan już po części do rodziny naszej, od chwili powierzenia mi swych dzieci; czyń więc tak, jakbyś był w własnym domu.
— Masz pani słuszność, istotnie wydaje mi się, jakbym był pomiędzy swojemi, dla tego też rozporządzam się taką swobodą.
Obiad przeszedł bardzo wesoło; Jakób był szczęśliwy widząc z jakim apetytem jadł brat jego Paweł. Po obiedzie Moutier wysłał dzieci na podwórze, zapalił fajkę i rozmawiał z obecnymi gośćmi, gdy tymczasem obie siostry zajęły się domowemi porządkami.
Jakób i Paweł wyszli na ulicę, z ciekawością przypatrywali się handlowi korzennemu oraz sklepom rzeźnika i piekarza i t. d. Tym sposobem dostali się aż na wieś, gdzie spotkali ośmioletniego, licho odzianego chłopca, który z wielką trudnością, dla braku odpowiedniej siły, ciągnął wielki wór z węglami. Co chwila przystawał ocierając ręką płynący pot z czoła. Wyglądał bardzo nędznie i był nadzwyczaj chudy, tak, że Jakób zdjęty litością zbliżył się do niego, pytając:
— Dla czego ciągniesz taki ciężki worek?
— Bo mi tak mój pan kazał, odpowiedział chłopiec bolejącym głosem.
— Trzeba mu było powiedzieć, że jest za ciężki na twoje siły.
— Nie odważył bym się na to, bo z pewnością by mnie obił.
— Czy on taki niedobry?
— Cicho! szepnął chłopiec, trwożliwie oglądając się dokoła, jakby usłyszał, miałbym za swoje.
— Dla czego tedy pozostajesz w służbie u podobnego człowieka?
— Bo mię tam oddano, a przytem muszę u niego służyć, bo nie mam nikogo, do kogo mógłbym się udać; nie mam już dawno ani ojca, ani matki.
— To tak samo jak ja i Paweł; odparł z westchnieniem Jakób, ale uczyń tak, jak ja zrobiłem; proś Matki Najświętszej, żeby ci dopomogła, a zobaczysz, że pospieszy z pomocą; ona taka miłosierna.
— Nie znam jej wcale i nawet niewiem gdzie mieszka.
— I ja także nie wiem, gdzie zamieszkuje, odpowiedział Jakób, nic to przecież nie szkodzi; proś ją tylko, a niezawodnie ci dopomoże.
— O jakże byłbym szczęśliwy! odrzekł chłopiec. Jeżeli jednak będę ją głośno wzywał, usłyszy mię mój pan i znowu obije.
— To też nie potrzebujesz krzyczeć, lecz przeciwnie mów bardzo cicho : „O święta Matko boża, ratuj mię! Ty, któraś jest opiekunką zasmuconych dopomóż mi!
Mały nędzarz powtórzył słowa Jakóba, czekał chwilę i rzekł:
— Nikt nie przychodzi; muszę dalej ciągnąć mój worek, bo mój pan czeka.
Zatrzymaj się chwilę, wyrzekł Jakób; pomogę ci; obadwaj razem pociągniemy go. Matka święta nie przybiegła zaraz, ale jednak dopomoże ci.
Jakób kazał Pawłowi popychać worek z tyłu, gdy tymczasem on z chłopcem nieznajomym z taką siłą zaczęli go ciągnąć, że worek rozdarł się o ostry kamień, a węgle poczęły się z niego wysypywać. Dzieci zatrzymały się przerażone, ale Jakób w krótce odzyskał przytomność umysłu. Zaczekaj, rzekł, zostań tutaj, zawołam pana Moutier, on jest bardzo dobry. Jego to właśnie na naszą pomoc zesłała Matka Boska, ona go i tobie ześle. Chodź Pawle, prędko!
Wziąwszy się za ręce biegli tak szybko, jak na to pozwalały siły Pawła, wkrótce też ujrzeli panią Blidot i pana Moutier, który paląc fajkę rozmawiał z gośćmi.
— Panie Moutier, rzekł Jakób jesteś pan taki dobry. Spiesz więc na pomoc jednemu biednemu chłopcu, bo on o wiele więcej nieszczęśliwy niż Paweł i ja. Nie może uciągnąć wielkiego worka z węglami; chciałem mu dopomódz, ale cóż kiedy worek się rozdarł, i teraz boi się wracać, bo go pan niezawodnie wybije. Matka Boska kazała powiedzieć panu, abyś dopomógł temu biedakowi.
— Gdzieś się widział z Matką Boską, moje dziecko i gdzie ona wydała ci to polecenie? zapytał Moutier.
— Nie widziałem jej, ale odczułem w mojem sercu. Wszak to za jej rozkazem pospieszyłeś pan i nam z pomocą; trzeba więc, żebyś uratował i owego nieszczęśliwego.
— Dobrze, kochany Jakóbie. Idę z tobą.
Moutier towarzyszył chłopcu, uprosiwszy Elfy, żeby przy sobie zatrzymała Pawła. Jakób poprowadził żołnierza szybko w ulicę, mianowicie do miejsca, gdzie spotkali biednego chłopca. Moutier poznał go natychmiast, był to bowiem Piotrek gałganiarz, ofiara niegodziwego p. Bouruier, właściciela znajomej czytelnikowi oberży.
Moutier zbliżył się do niego tknięty litością, obejrzał worek, wyjął z kieszeni igły i nici, dwie rzeczy, które każdy żołnierz musi mieć zawsze przy sobie i zaszył otwór zrobiony w takowym.
— Czy można zanieść ten worek nie przechodząc przez wieś i nie będąc widzialnym przez twego pana? zapytał Moutier. Nie chciałbym spotkać się z tym niedobrym człowiekiem, obawiam się bowiem, że nie mógłbym powstrzymać się od gniewu, a to by się skrupiło na twojej skórze.
— O to prawda panie, odpowiedział Piotrek, ale można zajść z tyłu domu i wyrzucić węgle z worka do komórki będącej po za stodołą.
— Więc chodź ze mną, rzekł Moutier, zarzucając worek na plecy.
Piotrek przypatrywał się mu ze zdumieniem.
— O mój dobry panie, zawołał, powiedz Najświętszej Pannie, że jestem jej bardzo wdzięczny, za zesłanie mi ciebie na pomoc. Dobra Matka Boska. Ten mały miał słuszność, dodał, patrząc rozradowany na uśmiechającego się Jakóba.
— Wszak ci to przyobiecałem, odpowiedział Jakób z miną tryumfującą.
Moutier uśmiechnął się na tę wzruszającą prostotę dzieci.
Wkrótce też dotarli do komórki na węgle. Moutier, wypróżniwszy worek chciał się oddalić. Wtedy to rzekł Pietrek nieśmiało:
— Kochany panie, czy będziesz łaskaw poprosić Matki Najświętszej, aby mi przysłała co do zjedzenia? Dają mi tak mało, że mię tu zawsze boli, dodał, pokazując na żołądek, i jestem bardzo, bardzo głodny.
— Biedaku! odpowiedział Moutier. Coś ci powiem. Oto przyjdź do gospody pod Aniołem Stróżem, polecę cię pani Blidot, jest to kobieta tak dobra jak mało.
— Nie mogę, zajęczał Pietrek. Mój pan mię zabije, jak się o tem dowie, bo śmiertelnie nienawidzi pani Blidot.
— W takim razie poproszę ją o co dla ciebie i przyniosę. Później zaś będzie ci przynosił jedzenie dobry Jakób. Czy zgadzasz się na to chłopcze?
— Z największą przyjemnością. Codzień zachowam dla niego moje śniadanie. Ale jak tu przynieść? Boję się jego pana.
— Możesz je złożyć w wypróchniałem drzewie stojącem przy studni, rzekł Pietrek. Zawsze tam chodzę po wodę.
— Zgoda! zawołał Moutier, za kwadrans będziesz miał tyle, że się doskonale nasycisz. Jakób przyniesie ci do studni. No, chodźmy, żeby nas nie spostrzegł gospodarz, bo wtenczas, biada Piotrkowi.
Moutier oddalił się z Jakóbem. Powróciwszy zaś do gospody pod Aniołem Stróżem, opowiedział pani Blidot o wypadku z Piotrkiem i prosił jej, aby pozwoliła Jakóbowi dawać mu codzień jałmużnę.
— Nie chcąc przecież narażać pani, rzekł, na nowy wydatek, zapłacę za wszystko, co udzielisz biednemu chłopcu. Trzeba zatem, żebyś obrachowała wiele to będzie kosztowało. Przyjdę raz lub dwa razy do roku, dla spłacenia mego długu.
— Nasze rachunki nie będą takie wielkie a niezmiernie mię natomiast cieszy pańska upragniona wizyta, bo wówczas przekonasz się pan także, jak się obchodzę z dziećmi. Weź to mój Jakóbie i zanieś do wypróchniałego drzewa przy studni, bo biedny Piotrek nie powinien iść spać bez kolacyi.
Jakób z radością pochwycił paczkę z mięsem i chlebem, wziął Pawła za rękę i obaj udali się drogą do studni, gdyż jak im opisała pani Blidot, znajdowała się ona o jakie sto kroków od gospody pod Aniołem Stróżem.
Tu w spróchniałem drzewie Jakób złożył paczkę i wkrótce też ujrzeli Piotrka biegnącego z dzbankiem po wodę. Napełniwszy dzbanek, Piotrek wyjął paczkę, otworzył, zjadł prędko część tego co zawierała a resztę złożył na powrót w otworze. Po czem pożegnawszy się z Jakóbem odszedł nadzwyczaj uradowany.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Sophie de Ségur.