Przejdź do zawartości

Fałszywa Kuropatwa/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Fałszywa Kuropatwa
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Z Warszawy
Wydawca Gebethner i Wolff; K. Grendyszyński
Data wyd. 1894
Druk I. Zawadzki
Miejsce wyd. Warszawa; Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Teraz nieco historyi.
Każdy człowiek ma swoje dzieje, ma je też i ciotka Klotylda.
Urodziła się ta niewiasta, jak powiedziano wyżej, przed trzydziestoma siedmioma laty, z czego zresztą nie czyni sekretu. Nie dla tego żeby miała odstępować od ogólnej zasady, ale z powodu, że wygląda jeszcze tak dobrze, że nikt w jej szczerość pod względem lat nie wierzy.
Urodziła się na wsi i, jak sama powiada, od chwili przyjścia na świat ciągle ma ciężkie życie.
Jeszcze nie ukończyła trzech lat, przyjęto już do niej bonę. Była to tęga i silnie zbudowana dziewica ze Szwajcaryi, bona — dubeltówka, posiadała albowiem dwa języki: francuski, niezupełnie poprawny, i niemiecki, zupełnie niepoprawny, mówiła albowiem niezupełnie, dla obu zaś tych języków miała akcent wspólny. Że przy tem odznaczała się temperamentem nieco popędliwym i że nie wymawiała sześciu liter z alfabetu, przeto nie brak jej było kwalifikacyj na wychowawczynię początkową dla dzieci płci obojga, a zwłaszcza dla dziewczynek.
Do ośmiu lat życia Klocia była pod kierunkiem panny Berty, która, niby energiczny młynarz ziarno do kosza, wsypywała w jedno różowe uszko dziecka słówka francuskie, w drugie niemieckie; specjalna zaś mistrzyni, daleka kuzynka ojca Kloci, zaszczepiała jej codzień w drobne paluszki bakterye fortepianowe.
Inne przedmioty wykładała mama. I trwało to przez lat kilka bez przerwy, ale później mama umarła, kuzynka odjechała, a pannę Bertę ktoś wykradł, ojciec przeto, nie mogąc podołać ciężarowi wychowania dziewczynki, oddał ją na pensyę do Warszawy.
I tu znowuż zaczęło się dla Kloci ciężkie życie. Nie dla tego żeby na pensyi było bardzo źle, owszem, masa koleżanek, gwar ciągły, umiarkowana agitacya na świeżem powietrzu, para za parą i nóżka za nóżką, podobały się dziewczynce... I nie dla tego Kloci było ciężko, że pani przełożona, bardzo hojna, gdy szło o francuzczyznę, miała wręcz przeciwne zasady pod względem bułek: że o ile szczodrze pragnęła napychać główki swych pupilek, o tyle bardzo umiarkowanie zasycała ich apetyt — nie! Serdeczny, kochany ojczulek pieniędzy córeczce nie żałował i miała ona zawsze fundusze na ciasteczka francuskie, babki śmietankowe i figielki z kremem, więc można było uzupełniać szczupłość pensjonarskich porcyjek...
Zresztą! ktoby się o takie drobiazgi kłopotał. Starsze panienki zrobiły kolumbowe odkrycie, że w braku mięsa i innych subsancyj białkowatych, można jadać sproszkowany węgiel drzewny, kredę pławioną, piasek biały, tynk ze ściany i ołówki Fabera — i że są to potrawy bardzo smaczne i pożywne, zwłaszcza, gdy się je od czasu do czasu zakrapia octem lub kwaskiem cytrynowym, rozpuszczonym w wodzie; ale Klocia nie mogła się jakoś do tej teoryi przekonać. Była to dziewczyna niepodobna do swoich koleżanek, tęga, rumiana, trochę niezgrabna, ale zawsze zdrowa i silna...
Nie dawano jej też na drugie śniadanie tłuszczu z wątroby stokfisza, ani syropu jodowego z chrzanem, ani liści orzechowych, ani innych smakołyków, jakimi niektóre pensjonarki za umiarkowaną oddzielną opłatą częstowano uprzejmie.
Głównym ówczesnym ciężarem życia Kloci była arytmetyka, przeklęta nauka, którą, gdyby świat miał rozum, wyrzuciłby już dawno do spiżarni, lub do piwnicy, aby ją szczury zjadły.
Co wtorek, czwartek i co sobota stawała przed biedną dziewczynką ta zmora, sucha jak pieprz, najeżona cyframi, zimna jak lód, a trudna... Boże! jaka trudna...
A przecież trzeba się było uczyć, trzeba się było męczyć, szarpać z tą szkaradną tabliczką mnożenia, gryźć ułamki!...
Myślała sobie Klocia, że jeżeli kiedyś tam, gdy się zestarzeje, będzie musiała sprawić sobie sztuczne zęby, to tylko z powodu ułamków i jakiejś zagmatwanej reguły trzech, tej dziwacznej ciuciubabki, w którą każą grać pensjonarkom i szukać jakiegoś niewiadomego czwartego... I żeby to chociaż był chłopczyk!
Nauczyciel tego przedmiotu, najnudniejsza kreatura, jaka kiedykolwiek istniała pod tym stopniem szerokości geograficznej, nieraz przepowiadał, że Klocia nie będzie Newtonem...
Sądził zapewne nieznośny dziadzisko, że Klocię tą przepowiednią strasznie zmartwi. Nie będzie Newtonem! Wielkie rzeczy... alboż Klocia nim być może...
Jest to i niemożliwe i niepotrzebne... Klocia jest Klocią i wcale nie życzy sobie być jakimś łysym, zatabaczonym nudziarzem, który zresztą już sobie umarł podobno...
Także koncept!
W tej walce z arytmetyką i innymi łatwiejszymi już przedmiotami biegły lata, podczas których Klocia ulegała pewnym transformacjom.
Z chwilą przyjścia na pensję była podobna do pękatej baryłki lub też do nizkiego okrągłego pieńka; następnie zaczęła się wydłużać i robić jeszcze niezgrabniejszą niż przedtem; dalej stała się podobną do oskubanej indyczki, a wreszcie... coraz częściej zaglądała do lustra.
Zdawało jej się, że przystojnieje, i koleżanki potwierdzały to przypuszczenie...
Trafiło się jej być w tym czasie na wieczorku u swojej kuzynki, która ją co kilka tygodni zapraszała do siebie — i... wydziwić się Klocia nie mogła, jak ją ciągle zapraszano do tańca, ją! a przecież jeszcze rok temu, na takim samym wieczorku, żaden pan na nią nie spojrzał i tańczyła tylko z uczniami — i to z małymi bąkami z drugiej, trzeciej klasy najwyżej.
W tym czasie ojciec Kloci bardzo energicznie się krzątał około uporządkowania swoich interesów majątkowych.
Był to człowiek przewidujący i rozsądny, a ponieważ zapadł na jakąś nieuleczalną chorobę i wiedział, że mu zaledwie rok, lub co najwyżej dwa do końca życia zostaje, nie chciał więc zostawiać córce kłopotliwego dziedzictwa na wsi, z któremby sobie rady nie dała, dobra sprzedał i kapitał w banku ulokował.
W tych czynnościach doradzał mu i dopomagał przyjaciel od dawnych lat, pan Seweryn, stary kawaler, właściwie mówiąc, dziad, ale jeszcze trzymający się dobrze... Wygolony, wyczerniony, ubrany elegancko, wyglądał jak lew... na emeryturze, ale zawsze jak lew...
W jego to ręce pan Jan, na wypadek śmierci swojej, składał opiekę nad Klocią; już było wszystko ułożone i obmyślane naprzód, że Klocia po wyjściu z pensyi zamieszka u ciotki, która ją potrosze wprowadzi w świat, a pan Seweryn dołoży starań, żeby wynaleźć młodego człowieka z pozycyą, z majątkiem i charakterem, jednem słowem, takiego młodego obywatela, któryby dawał gwarancye, że nie zawiedzie serca Kloci, i nie roztrwoni jej posagu.
Zobaczywszy Klocię u ojca, a zobaczył ją wtedy po raz pierwszy, pan Seweryn pomyślał, że należałoby zmienić w pewnym punkcie program opieki.
Przy sposobności, przy kieliszku starego węgrzyna, który siły chorego podtrzymywał, a humor zdrowego przyjaciela poprawiał, pan Seweryn przystąpił do rzeczy.
— Wiesz co, kochany panie Janie — rzekł — że z tą opieką jest ciężka sprawa...
— No, tylko proszę cię, nie cofaj przyrzeczenia: dałeś słowo...
— Bo to, uważasz, sam osądź... Klocia u ciotki, a ja tu. Trudno, żebym u tej ciotki po całych dniach przesiadywał i każdego kroku Kloci pilnował. Tam bywają różni kuzynkowie, z pozycyami nieustalonemi, albo i bez pozycyj... Dziewczyna młoda, niedoświadczona, przetańczy z takim fidrygansem dwa albo trzy walce, zakocha się i rób co chcesz! No, sam powiedz, panie Janie, czy taka ewentualność nie jest prawdopodobna?
Ojciec przyznał słuszność i zamyślił się głęboko, a pan Seweryn dalej prawił.
— Przypuśćmy na chwilę, że tak nie będzie, że Klocia nie tańczy walca, nie kocha się w żadnym kuzynku bez pozycyi. Przypuśćmy, ale przypuśćmy tylko, że pod tym względem jesteśmy spokojni, lecz czeka nas drugi kłopot, bo ostatecznie panna nie jest to coś, żebyśmy ją mieli marynować, trzeba wydać za mąż...
— A trzeba koniecznie...
— Szukamy tedy kandydata, znajdujemy go — jest! Zdaje się, że odpowiada wszelkim warunkom, ale powiedz-no, panie Janie, tak szczerze, z ręką na sercu, czy możesz za niego ręczyć? czy w ogóle możesz mieć w dzisiejszej młodzieży zaufanie? Widzisz, bo my, ludzie starszej generacyi, znamy się i wiemy cośmy warci, a te smyki dzisiejsze...
— Cóż więc robić, radź, Sewerynie kochany, przecież to jedyne moje dziecko i chciałbym mu szczęście zapewnić.
— Przychodzi mi na myśl pewna kombinacya. Gdybyś ją zaakceptował, to moglibyśmy się obejść bez ciotki i nie mieć wcale kłopotu z wyszukaniem męża dla drogiej naszej pupilki.
— Cóż to za kombinacya?
— Ożeniłbym się z Klocią...
— Ty!?
— Tak jest, ja; ma się rozumieć, za twojem zezwoleniem i zgodą.
— Ależ Sewerynie, ty masz lat...
— Nie licz ty moich lat, tylko spojrzyj na mnie. Widzisz, że wyglądam doskonale; jestem jeszcze pełen energji i siły, a pięciu dzisiejszych wymoczków mógłbym przeskoczyć.
Istotnie pan Seweryn po kilku kieliszkach węgrzyna zarumienił się i wyglądał bardzo dobrze.
— Ja jej — mówił — zapiszę cały mój majątek, a będę dla niej opiekunem i mężem jak najlepszym.
Podali sobie ręce dwaj przyjaciele i ucałowali się na zgodę.
Właśnie kiedy to się działo, Klocia miała ogromne powodzenie na wieczorku u ciotki i ani domyślała się nawet, że los jej został postanowiony i że będzie miała męża, który wszystkie swoje tańce, wirowe zwłaszcza, dawno już najsumienniej odtańczył, a teraz może już tylko używać umiarkowanej przechadzki w... polonezie, po wincie.
Klocia kończyła rok siedemnasty życia w styczniu, a kurs nauk na pensyi miał się skończyć w czerwcu, kurs był zatem o kilka miesięcy młodszy. Rzecz prosta, że młodsi ustępują starszym, przeto Klocia opuściła pensyę w grudniu, zrzekłszy się patentu i nagrody za matematykę, a w styczniu została panią Sewerynową.
I znów miała ciężkie życie. Nie dlatego, żeby jej było bardzo źle w małżeństwie, przeciwnie, pan Seweryn bardzo ją szanował i traktował nie jak świeżo wypuszczoną z klatki pensjonarkę, ale jakby szanowną i sędziwą przełożoną zakładu naukowego. Regularnie na dzień dobry, po obiedzie i na dobranoc całował ją w rękę, uczył ją grać w winta i obiecywał, że z czasem prawdopodobnie w maju, albo co pewniejsza w sierpniu, po powrocie z Karlsbadu, sprawi jej jakąś niespodziankę nadzwyczajną...
Domyślna Klocia nie wątpiła, że mąż jej ma na myśli prześliczny brylantowy garnitur, który jej niegdyś pokazywał w oknie u jubilera...
Zmartwienie Kloci miało inny powód...
Uczy nas historya naturalna, że lew, choćby stary póty tylko jest lwem, póki chodzi we fraku... gdy wejdzie w szlafrok, staje się zgrzybiałym hipopotamem...
Niestety, na tej drodze, po której wszyscy spieszymy w jednym kierunku, a nikt z nas nie jedzie w odwrotnym, stacja Szlafrok leży tuż za stacją Małżeństwo i według owego prawa przyrodzonego, które przytoczyliśmy przed chwilą, stary lew, dojechawszy do szlafroka, stał się hipopotamem zgrzybiałym.
Ociężał zupełnie, zobojętniał na wszystko, życie mu obrzydło, przestał się entuzjazmować nietylko do Kloci, ale nawet do winta, co już jest dowodem ostatecznego upadku.
Nie wspominał już swojej żoneczce — dziecku o żadnych nadzwyczajnych niespodziankach, a natomiast odbywał obszerne konferencje z medykami, a tematem tych konferencyj było, ma się rozumieć, odbudowanie ruin Palmyry, do czego wszakże wszystkie razem wzięte fakultety medyczne całego świata nie posiadają dostatecznej kompetencyi.
Biedna Klocia; ona kochała swego męża tak, jak się kocha dobrego dziadunia lub wujaszka, i przykro jej było widzieć, że wujaszek ten cierpi, że go siły z każdym dniem opuszczają, że mu nagle włosy, które farbować przestał, zbielały i siwa broda urosła...
Biedna Klocia!
Pielęgnowała go jak siostra miłosierdzia, czuwała nad nim, jak nad dzieckiem, wzywała najpierwsze znakomitości, ale te kiwały tylko głowami, jakby chcąc wypowiedzieć tym gestem złowrogie «non possumus.»
I po roku wspólnego pożycia Klocia przywdziała żałobę.
Ślicznie jej było w czarnej sukni, w długim czarnym welonie, i śmiało rzec można, że wyglądała niby wyrzeźbiony prześlicznie posąg smutku, na którego ustach błądzi powstrzymywany silnie, a przecież buntujący się ciągle uśmieszek. Pewien doświadczony mąż, wielki znawca serc i wdzięków niewieścich, istny ekspert, którego możnaby w pewnych wypadkach zapraszać na posiedzenia sądowe, orzekł, ujrzawszy strapioną Klocię, że nie wyobraża sobie, aby mógł istnieć na świecie piękniejszy karmelek, owinięty w czarny papier.
Ten człowiek się nie mylił.
Po śmierci męża, młoda wdowa pojechała do krewnych na wieś, aby swoją stratę przeboleć.
Jakoż można powiedzieć, że rozparcelowała ten żal i ten smutek, a uczyniła to głównie w Wądołkach, Górkach, Bajorkach i Krzywej Woli, w otoczeniu krewnych własnych i mężowskich, postanowiwszy i bardzo słusznie, aby jej łzy wdowie wsiąknęły w grunta należące do familji, aby znajdujące się w owych łzach sole i inne związki chemiczne, na wieczną rzeczy pamiątkę, przeszły w zboża i kwiaty Górek i Wądołków i ażeby żyły tam wiecznie, w tej nieśmiertelności materyalnej, która wszelkie szczątki zamienia w kwiaty, wszelkie kwiaty w szczątki, która w nieustannych przemianach końca nie ma.
Młodą wdowę, zaledwie żałobę zdjąć zdążyła, otoczył rój wielbicieli i okadzał ją dymem pochlebstw, ale nadaremnie. Serce jej spało snem kamiennym i nie znalazł się taki, coby je zdołał przebudzić. To trudno, każdy musi trafić na swoje, a jeżeli nie trafi... to musi się z losem pogodzić...
Ciotka Klotylda pogodziła się z losem i przyjechała na stały pobyt do Warszawy.
Z początku trzymała przy sobie ubogie kuzynki, starsze wiekiem, aby jej nibyto matkowały, ale gdy od śmierci męża upłynęło lat siedm, uznała, że już jest wdową dość poważną i że może się obchodzić bez towarzystwa osoby starszej.
Najęła apartament przy ulicy Marszałkowskiej i, jak już czytelnikom wiadomo, miała znów ciężkie życie z powodu niezaspokojonej ciekawości, kto weźmie po jej śmierci kapitał, tudzież z powodu ciągłych ze sługami utrapień. Taka jest w skróconym zarysie historya ciotki Klotyldy, dla użytku młodzieży płci obojga.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.