Echa muzyczne/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Echa muzyczne
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom V—VII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst szkicu
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst szkicu jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst szkicu jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst szkicu jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)

Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III. ORFEUSZ.

Losowanie skończyło się, a feldfebel odprowadzał rekrutów do tymczasowych koszar. Byli tam chłopi z włosami podciętemi na czole, w nowych butach i świątecznych sukmanach — mieszczanie w granatowych kaszkietach i szaraczkowych kapotach — wybladły Żydek, z pejsami, w atłasowym chałacie — drugi Żydek, felczer, w jasnej chustce na szyi i w letniej marynarce, wreszcie ubogi szlachcic w burce. Niektórzy nieśli w rękach węzełki, inni na plecach dźwigali duże tłomoki, a inni nie mieli nic; los zaskoczył ich niespodzianie.
Feldfebel ustawił rekrutów we dwójki, najwyższych na prawem skrzydle, najniższych na lewem. Uszykowali się butnie, śmiejąc się i żartując.
— Wyprostuj nogi, panie wojak, bo ci pałąkowato stoją — mówił parobczak do Żydka w atłasowym chałacie.
— Ja wszystkich oficerów będę golił, zobaczycie!... — wołał Żydek felczer, wyobrażając sobie, że powiedział wielki dowcip.
— Idziemy na Turka!... — krzyknął jeden z mieszczan.
Feldfebel spojrzał po nich zadowolony i mruknął pod nosem: „Chwaty chłopcy!...“ Policzył w jedną i w drugą stronę i zakomenderował.
— W prawo!...
Na to hasło wszyscy zwrócili się natychmiast, ale jedni w prawo, inni w lewo, a Żydek z pejsami wyleciał przed szereg. Zrobiło się zamieszanie, rekruci wybuchli śmiechem, aż uciszył ich i ustawił feldfebel.
— Marsz! — i kolumna ruszyła naprzód, a feldfebel szedł obok pierwszej dwójki. Był to człowiek olbrzymiego wzrostu i barczysty; pałasz w żelaznej pochwie zapiął na haczyk i szedł krokiem miarowym, sztywny, zimny, w szarym płaszczu, podobny do piaskowcowej karjatydy z twarzą bronzową.
Był już koniec listopada. Z ołowianego nieba mżyło, czworokątny rynek miasteczka zamienił się w kałużę. Feldfebel skręcił na środek, a z nim kolumna. Rekruci szli ostro, ze zgiełkiem i śmiechem, podpowiadając sobie: „Raz — dwa!... raz — dwa!...“ — w asystencji kilku pauprów, z których jeden trąbił im na szyjce od butelki, drugi bił kijem w deskę, trzeci obracał hałaśliwą grzechotkę, a wszyscy wrzeszczeli.
Wtem od strony zajazdu ukazała się bezładna gromada kobiet i starszych mężczyzn. Z głośnym płaczem zabiegli drogę rekrutom, wyciągając do nich ręce i potykając się w błocie. Dopadli do maszerującej kolumny, zmieszali się z nią i zatrzymali pochód.
— Nabok, baby, bo tu wojsko!... — zawołał któryś z rekrutów.
— Waluś!... — krzyknęła jakaś kobiecina, rzucając się ku czerstwemu parobkowi — Waluś!... a dyć pożegnaj się ze mną... Nie dali mi się tobą nawet nacieszyć ostatni raz... Naści, synu, złotówkę... O, Jezu, i kiedyż ja cię zobaczę, sierota?...
I objęła go za szyję, całując i oblewając łzami.
— Z drogi, baby, kiedy wojsko idzie!... — wrzeszczeli rekruci.
— Marsz! — komenderował feldfebel.
W tej chwili stary Żyd porwał za rękę Żydka w chałacie i szlochając, z czerwonemi jak królik oczyma, szeptał mu do ucha:
— Ty, Moszek, idź zaraz do szpitala... Ja wszystko sprzedam, ażeby cię uwolnić...
— Marsz! marsz! — powtarzał feldfebel spokojnie, przypatrując się żałosnemu widowisku.
— No, idźtaże!... — wołali rekruci, przeciskając się między tłumem.
Już dochodzili do koszarowego budynku, kiedy dognala ich młoda mieszczanka z dzieckiem u piersi.
— Józek... ty tu?... — zawołała tonem bolesnego zdumienia. — Przecie mówili, żeś dobry numer wyciągnął?...
Zapytany, nie patrząc na nią, machnął ręką i ukradkiem otarł łzę.
— Józek... wstąpże do domu... Tak przecie iść nie możesz nawet do wojska; muszę ci co wyładować na drogę... O, Panno Przenajświętsza!... całą wotywę leżałam dziś krzyżem, myślałam, że ci nic nie będzie, a ty tu, Józek, ty tu?...
Kolumna doszła do drzwi, z coraz większym hałasem. Rekruci, na znak wielkiej ochoty, zaczęli popychać się bokami, a Żydek felczer, stanąwszy na progu, wyrzucił wgórę starą jedwabną czapeczkę i zsiniałemi ustami wykrzyknął: „hura!...“
Już wszyscy weszli na korytarz; przed progiem został tylko mieszczanin, któremu żona uczepiła się u ręki.
— Idź! — rzekł feldfebel, wskazując mu drzwi.
— On nie pójdzie! — mówiła kobieta — bo przecie nic jeszcze nie ma na drogę...
— W wojsku dadzą mu wszystko — odparł feldfebel tonem głębokiego przekonania.
— Co, w wojsku?... ja nie chcę wojska!... A kiedyście go wzięli, to i ja z nim pójdę...
— Nie wolno.
— Może komu nie wolno, ale nie mnie; ja przecie jego żona...
Feldfebel popchnął rekruta do sieni i sam wszedł za nim.
— Józek, pocałujże choć syna!... — wołała kobieta, rwąc się za próg. Ale ją odsunął sołtys z policjantem i zamknięto drzwi.
— Hura!... — krzyknęli na korytarzu rekruci.
Ze dworu odpowiedział im zgiełk tłumu i jękliwe błogosławieństwo starego Żyda. Potem ktoś zaczął bić ręką we drzwi i krzyczeć rozdzierającym głosem:
— Józek!... Józek!...
Minąwszy ciemny i pełen wybojów korytarz, rekruci znaleźli się w dużej izbie o trzech zakratowanych oknach. Stało tu kilka ławek, a wzdłuż ścian leżała słoma, przygotowana na noclegi; na kominie płonął ogromny ogień i oświetlał szarą wilgoć murów; powietrze było surowe i przejęte dymem.
Tu weszli rekruci, i nagle — zatrzymali się jak odurzeni. Może podziałała na nich cisza, do tej bowiem izby nie dochodził żaden głos z rynku. Stali długą chwilę, przysłuchując się w milczeniu, uśmiechy znikły im z twarzy, głowy pochyliły się; potem zaczęli nawzajem spoglądać po sobie, zdziwieni i zakłopotani.
Pierwszy ocknął się Żydek felczer. Zatarł gorączkowo ręce i rzekł do jednego z mieszczan:
— Ja się nic nie boję!... Ja felczer... Zaraz pewnie zostanę młodszym felczerem, potem starszym, a może kiedy doktorem... W wojsku jest przecie awans!...
Ale że nikt mu nie odpowiedział, więc stanął przed ogniskiem i trząsł się jak w febrze.
— Bardzo zimno!... — mruknął.
Ubogi szlachcic rzucił burkę na słomę i legł na niej, przymykając oczy. Jeden z mieszczan odwrócił się do okna, oparł na kracie głowę i cicho płakał. Chłopi, oglądając się na wszystkie strony, zasiedli ławy i poczęli szeptać.
— No, cóż tak ucichliście? Na ulicy to chwaty, a w koszarach baby!... Wstyd!...
— Ja się wcale nie boję! — wrzasnął od komina Żydek w letniej marynarce. — Ja przecie felczer... Może pan starszy chce, to ja zaraz pana ogolę?... A może pan starszy potrzebuje pieniędzy, to ja mogę pożyczyć?... — szepnął.
— Nie potrzeba — odparł obojętnie feldfebel.
No, ruszajcie się, chłopcy! — zwrócił się do rekrutów. — W wojsku dobrze. Tylko z początku wydaje się smutno, ale po roku żadnegoby z was nawet nie wygnał.
— Jabym ta poszedł do domu choćby i zaraz! — mruknął jeden z najhałaśliwszych parobków.
— Co ty wiesz — mówił feldfebel. — Na wsi miałeś kartofle, dziurawą sukmanę i bose nogi, a w wojsku będziesz miał czysty mundur, buty i codzień mięso. A jaki dostaniesz karabin!... o tysiąc pięćset kroków trafisz w nieprzyjaciela.
— Albo on we mnie — szepnął jeden z mieszczan.
Feldfebel spojrzał na niego zukosa, splunął i cofnął się do swojej izdebki. Za nim wyszedł felczer.
— Oni zarazby się rozweselili — rzekł — gdyby pan starszy kazał tu przyjść tym babom... ze dworu...
— Nie wolno — odparł feldfebel.
— Jak nie, to nie. Więc niech pan starszy poszle kogo po wódkę. My damy pieniędzy, i pan sam z nami wypije...
— Nie wolno.
— Nie wolno?... Nu — to niech pan starszy poszle do mego domu po karty. Jak oni sobie zaczną grać, to się i tak rozweselą.
— Kart nie wolno.
Żydek skrzywił się i zatarł ręce; było mu coraz chłodniej. Chciał jednak wejść w bliższe stosunki z feldfeblem.
— Pan starszy z daleka?... — zapytał po chwili.
Chmura przesunęła się po czole feldfebla, lecz odparł spokojnie:
— Co tobie do tego?... Ty myśl, jak masz sam odpowiadać, kiedy ciebie zapytają.
Żydek stropił się. Ale jeszcze nic stracił otuchy i rzekł po chwili:
— Bardzo ładne panienki mamy w mieście...
Niebieskie oko feldfebla błysnęło gniewem.
— Precz! — krzyknął tak podniesionym głosem, że pozieleniały ze strachu Żydek wpadł do ogólnej izby i rzucił się na słomę obok szlachcica.
Przez kilka minut nie mógł przemówić ani wyrazu, potem przysunąwszy się do sąsiada, zaczął szeptać:
— Nu, to myśmy wpadli w wielką biedę!... W wojsku gorzej niż w samym kryminale... Ja nie mogę w wojsku służyć, choćbym chciał, bo ja mam defekt w sercu... Widzi pan, jak mnie rzuca? Kiedy przyjdziemy do gubernji, to niech pan zaraz poświadczy, co mnie dziś bardzo rzucało... Aj! czemu ja nie jechałem zagranicę...
Niepomyślne zabiegi felczera, wybuch feldfebla, jeszcze bardziej zgnębiły rekrutów: już poczuli żelazne pęta wojskowej karności, i ogarnął ich smutek. Żydek w atłasowym chałacie siedział pod ścianą blady, zapatrzony w jeden punkt, nie wiedząc, co się koło niego dzieje; żonaty mieszczanin zasłaniał ręką usta, ażeby inni nie słyszeli jego łkań, a nawet ten, co w rynku najgłośniej krzyczał: „Nabok, baby!“ — uczuł żal i tęsknotę. W izbie zrobiło się cicho, jakgdyby wszyscy posnęli.
Ubogi szlachcic leżał spokojnie. Nie odezwał się, nawet nie westchnął, tylko przygryzał młode wąsy, a serce szarpał mu jakiś ból bezmierny. Do tej pory zawsze służyło mu szczęście. Rok temu chciał dostać posadę w dużym majątku i dostał ją — wziął pół ćwiartki na loterją i wygrał paręset rubli — wreszcie oświadczył się pewnej miłej panience, i ta go przyjęła, pomimo kilku innych, bogatszych niż on, konkurentów. Więc zaufał swemu szczęściu i, choć onegdaj śniło mu się, że go przywalił młyński kamień, dziś szedł do losowania pełen otuchy i wyciągnął — jeden z pierwszych numerów...
Przez chwilę zdawało mu się niepodobieństwem, ażeby wzięli go do wojska, jego, który ma takie dobre miejsce, kilkaset rubli gotówką, i który w dodatku ma się żenić z panną Jadwigą. Ale gdy mu zaczęto winszować, że zapewne wstąpi do gwardji, a nadewszystko, gdy mu nie pozwolono wyjść do miasta, uczuł, że w jego życiu zaszła jakaś wielka zmiana.
Już nie wróci na wieś do swego pokoiku, już nie będzie oczekiwał na pannę Jadwigę, ażeby ukradkiem pocałować ją w rączkę. Co ona robi w tej chwili i czy wie, jaki go los spotkał? Co robi stary rządca, którego, pomimo wiecznych sporów, tak kochał? A poczciwy pies Zagraj?... kto go przygarnie, z kim on będzie chodził na kaczki?...
Przy gospodarstwie nigdy mu nie brakło przykrości, ze wszystkimi musiał się kłócić; lecz mimo to, wszystkich teraz żałował. Zdawało mu się, że gdyby zobaczył najzuchwalszego parobka, rzuciłby mu się na szyję, tak czul potrzebę przytulić się do kogoś znajomego i powiedzieć: „Patrz! co się ze mną stało!...“ Nie bał się wojny, ani śmierci, ale tej nowej przyszłości, o której nie miał pojęcia. Czuł tylko, że jest jak wyrwane drzewo, że mu zabrakło ziemi pod nogami, że stracił wszystko, do czego się przywiązał.
Spojrzał na swoich towarzyszy. Gdzież ich butna wesołość, którą tak chełpili się, przechodząc rynek?...
Oto siedzą posępni, zniechęceni, z wyrazem żalu na twarzach. Jeden bezmyślnie miętosi w rękach sukmanę, drugi co chwilę targa włosy, jakby chcąc się obudzić, inny zerwie się z lawy, przejdzie po izbie i znowu siada, nie mogąc znaleźć miejsca, a najweselsi pokładli się na słomie, chcąc zaspać czas.
— Gdyby tak można zasnąć na kilka lat? — szepnął i znowu przymknął oczy.
Feldfebel w obocznej izdebce przeglądał papiery i rozmyślał.
„O szóstej przyjadą podwody, o siódmej ruszymy w drogę, po południu będziemy w gubernji, tam Moszek Bizmut pójdzie do szpitala na zbadanie stanu zdrowia, a reszta do koszar.“
— Który to Moszek Bizmut? — mruknął feldfebel, a ponieważ miał bardzo słabą wyobraźnią, więc, aby uprzytomnić sobie rysy chorego Żydka, musiał wejść do izby ogólnej.
Tam, przypatrzywszy się żółtej cerze i wąskim piersiom rekruta, splunął z gniewu na ziemię.
— Podlec!... — szepnął. Zdawało mu się bowiem, że widzi Moszka Bizmuta, w atłasowym żupanie, stojącego na zgiętych nogach w czasie rewji przed frontem...
— Panie starszy! — odezwał się do niego mieszczanin — pozwólcie tu przyjść mojej żonie. Ona pewnie czeka pod sienią...
— Tobie naco żona?...
— Tęskno mi...
Feldfebel wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział. Mimochodem spojrzenie jego padło na szlachcica, coś sobie przypomniał i znowu zajrzał do papierów.
— Pan rodził się w Wólce? — spytał szlachcica.
— Tak.
— Bo i ja tamtejszy — rzekł feldfebel, widocznie chcąc pogadać o swoich stronach, ale spostrzegły, że felczer błysnął ciekawie oczyma, odwrócił się z niechęcią i odszedł do swej izdebki.
Milczenie rekrutów nudziło go, a że nie umiał marzyć, więc wydobył z torby podręcznik dla podoficerów, i już niewiadomo po raz który w życiu czytał powoli, półgłosem:
„Feldfebel jest naczelnikiem wszystkich niższych stopni w kompanji, z wyjątkiem podchorążych, którzy zależą od komendanta kompanji. Jest on obowiązany: po pierwsze, pilnować w kompanji porządku, moralności i postępowania żołnierzy i podoficerów, tudzież punktualnego wypełniania obowiązków przez dyżurnych — po drugie, komunikować niższym stopniom polecenia dowódcy kompanji, a także odczytywać rozkazy — po trzecie, wykonywać polecenia dyżurnych oficerów i zawiadamiać o nich dowódcę...“
Przy tych wyrazach zdrzemnął się. I śniło mu się, że był feldfeblem, żebył delegowanym do odprowadzenia kilkunastu rekrutów, że jeden z nich koniecznie chciał widzieć się ze swoją żoną, i że on sam, czytając podręcznik dla podoficerów, zasnął przy końcu trzeciego paragrafu przepisów, określających obowiązki feldfebla.
Ocknął się. Jego książka leżała na tem samem miejscu, a w izbie rekrutów panował ten sam martwy spokój.
Feldfebel zerwał się na równe nogi, policzył zebranych, lękając się, czy który podczas jego drzemki nie umknął, albo czy nie weszła tu kobieta z dzieckiem, a sprawdziwszy, że wszystko jest w porządku i że żonaty mieszczanin wciąż wzdycha, mruknął:
— Ot, głupi chłopak, jak on się martwi za żoną!... Chyba ja nie byłem taki błazen, kiedym szedł do wojska...
Oparł głowę na ręku i z wielką pracą usiłował przypomnieć sobie przeszłość.
— Teraz spałem, przedtem czytałem przepisy o obowiązkach feldfeblów, jeszcze przedtem odebrałem rekrutów z komisji i przyprowadziłem ich tutaj. A dawniej?... W roku zeszłym byłem feldfeblem w Odesie, przed dwoma laty feldfeblem w Kałudze, przed trzema feldfeblem w Tambowie, przed czterema feldfeblem... — I tak cofając się wstecz rok za rokiem, zawsze widział się tylko feldfeblem. Zdawało mu się, że nigdy nie był niczem innem, tylko feldfeblem, nawet w Wólce, i że zawsze miał u boku z prawej strony rewolwer w lakierowanem olstrze, z lewej pałasz w żelaznej pochwie.
Ale żeby kiedy tęsknił do domu, albo martwił się, że jest w wojsku, tego wcale nie pamiętał.
Teraz zbliżył się do niego szlachcic.
— Panie feldfeblu — rzekł — pozwól temu biedakowi pogadać z żoną.
— Dla żołnierza niema żony, jest tylko jego kompanja — odparł feldfebel.
— Nasiedzi się jeszcze w waszej kompanji, a teraz niech choć pożegna kobietę, to mniej będzie tęsknił.
— Ot, pan szlachcic i nie masz rozumu! — odparł feldfebel. — Przecie on dziś czy jutro musi rozdzielić się z żoną; a jeżeli takie jest prawo, więc lepiej wypełnić je odrazu, nie ciągle witać się i żegnać na nowo. Z was czyste baby! Wstępujecie do wojska jak Żyd do wody. Chcielibyście umoczyć naprzód palec, potem kawałek nogi, potem wejść po kolana, byle potrochu. To nieładnie. Trzeba raz skoczyć i nie oglądać się ani na żonę, ani na matkę, dopóki nie wyjdzie czas służby. Żołnierz powinien postępować po żołniersku. Zresztą ja nie lubię bab w koszarach.
Rekruci z uwagą przysłuchiwali się tej teorji, i zrobiło im się jeszcze smutniej.
„No, będzie piękne wojsko z tej hołoty, nie daj Boże! — myślał feldfebel. — Jeżeli rekrut nie może odejść od baby, to czy żołnierz będzie mógł pójść w ogień?... Czysta swołocz!...“
Rozparł się na krześle, zapalił papierosa i znowu zaczął drzemać. I śniło mu się, że był feldfeblem kompanji, odzianej w sukmany i chałaty, w której ani jeden żołnierz nic miał broni i nie umiał obrócić się w prawo, ani w lewo. A tli ma odbyć się parada, i już na placu musztry widać galopujący sztab pułku. Feldfeblowi pot wystąpił na czoło. — „Boże mój — myślał — jaka hańba!... Gdybym miał pod ręką choć jaszczyk prochu, wysadziłbym w powietrze tych podłych i nawet siebie...“
Nagle ocknął się i mruknął:
— No, damże ja wam na służbie! Już albo wy mi hańby nie zrobicie, albo ja wszystkich was roz...
Nie dokończył, w tej chwili bowiem rekruci zerwali się z miejsc i gromadą pobiegli do okien.
— Bunt? — pomyślał zdumiony feldfebel i machinalnie opuścił rękę do rewolweru.
Rekruci tymczasem pootwierali okna i poczęli radośnie wykrzykiwać:
— Jasiek!... skrzypiciel!... Bywaj!...
Teraz feldfebel usłyszał dolatujące od strony parkanu dźwięki skrzypców, na których grano melodją:

A kto chce rozkoszy użyć,
Niech idzie do wojska służyć...

— Jasiek!... chodź do nas!... zagraj nam ostatni raz...

Skrzypce umilkły, lecz wnet na płaskim szczycie parkanu, stojącego o kilka kroków od okien, ukazał się sam grajek. Był to człowiek niemłody, brzydki i obdarty; słynął w całej okolicy jako najlepszy skrzypek, który dużo pił, a mało zarabiał. Miał bowiem swoje kaprysy: najczęściej wysługiwał się darmo, lecz czasem nie chciał grać i za największe pieniądze. Zresztą nigdzie nie mieszkał, a odziewał się o tyle, o ile mu podarowali jaką szmatę poczciwi ludzie.
Grajek usadowił się na parkanie i strojąc skrzypki, mówił urywanym, zachrypłym głosem:
— Wlokę się rynkiem, patrzę, a baby pod magistratem płaczą. Więc mówię: czego baby wyjecie?... — A, bo naszych chłopców wzięli do wojska... — Gdzież oni są, mówię, wasze chłopcy?... — A na starym odwachu, ale nas tam nie puszcza psia wiara feldfebel. — No, mówię, mnie puści — i idę se pod ten parkan. Słucham, a u was cicho. Myślę: czy śpią?... A sołtys mówi: Oni się tak martwią, bo mają strasznie ostrego feldfebla. — No, myślę, kiedy z wami, chłopcy, taka bieda, to już ja was rozweselę... Nie takich ja rozweselałem!...
Tak prawiąc, śmiał się zaklęśniętemi ustami, przyciskał brodą skrzypce i wywijał smyczkiem.
— Patrzcie ino, jak on se siedzi na parkanie!... Żeby mu tak wódki podlać, toby grał!... — mówili rekruci.
Feldfebel zdziwił się. Jak to może być, ażeby jeden brudny i brzydki człowiek odrazu ożywił całą gromadę? Nawet płaksiwy mieszczanin rozruszał się, nawet wyżółkły Moszek Bizmut począł się uśmiechać.
— Ej, w tem coś jest!... — mruknął podejrzliwie feldfebel, zapytując się w duszy, czy nie należałoby spędzić grajka.

W tej chwili skrzypek dotknął strun. Ledwie zdążył zagrać parę taktów, wnet jeden rekrut pochwycił melodją i zaśpiewał:

Nie dlatego śpiewam, coby słychać było,
A ino dlatego, żeby się nie cniło.

I zaraz zawtórowali mu inni:

Nie dlatego śpiewam, żebyście słyszeli,
A ino dlatego — niech się świat weseli! — hu! — ha!...

Feldfebel przysłuchiwał się ciekawie. Znał on i nutę, i pieśń, lecz - dawno o nich zapomniał.
Skrzypek zmienił melodją, i zaraz odpowiedział mu chór, śpiewając:

Nieszczęśliwy czasie, pokochaliśma się;
Przyszła ta godzina, rozejść się musima.
Choć się rozejdziemy, każde w inną stronę,
Przecie nasze serca są nierozłączone ...
Najświętsza Panienko! pocieszże mnie, pociesz,
Bo mnie nie pocieszy matka, ani ociec.
Najświętsza Panienko! tyści matka moja,
Pocieszże mnie, pociesz, jeśli wola Twoja!

I tak melodja szła za melodją, pieśń za pieśnią, a zdziwiony feldfebel przypominał sobie każdą z nich. Lecz nietylko to go zastanawiało. Stary skrzypek wydobywał niekiedy tak szczególne dźwięki, że feldfebla dreszcz przechodził. Nieraz przecie słyszał on orkiestry kilku pułków, nigdy jednak nie obiły mu się o ucho tak przejmujące tony, które, zdawało się, że kłują pierś i wciskają się aż na dno serca.
— Cudak! — szepnął feldfebel, patrząc przez zapotniałe szyby na grajka, który, założywszy nogę na nogę, siedział na szczycie parkanu, jak na krześle.
Rekruci wciąż śpiewali, a feldfebel już nie rozumiał słów. Uwagę jego pochłonęły owe szczególne tony skrzypców, których mnożyło się coraz więcej. To nie były dźwięki martwego instrumentu, ale płacz, westchnienia, żal, tęsknota, wydobywające się z ludzkiej piersi. On się z tem niegdyś znał, ale kiedy?... Może, gdy był podoficerem?... Nie, jeszcze dawniej, wówczas, gdy sam dziecinnym głosem śpiewał te pieśni:

Szła sierotka po wsi — obsiedli ją źli psi;
Nie miał się kto obrać — sieroteczkę ognać.
Obrał ci się, obrał — sam Pan Jezus z nieba,
I sierotkę ognał — kawałeczkiem chleba...

I stała się rzecz niezwykła. Ten kamienny człowiek, który nigdy nie marzył, w tej chwili uległ przywidzeniu. Znikły mu w oczach koszary i rekruci, a na ich miejsce rozciągnęła się łąka, oświetlona majowem słońcem. Poznaje krętą rzeczułkę, i las na wzgórzu, i bydło szczypiące trawę. Oto krowa jego matki, biała w kasztanowate łaty. Oto gromada wiejskich pastuszków, a między nimi... on sam!... Nie myli się, to on, w szarym słomianym kapeluszu i granatowej kamizeli. Jeden z chłopców, dziesięcioletni Tomek, gra na fujarce, inni śpiewają, a on wyraźnie słyszy żałosną nutę i powtarza wyrazy:

Idź, moja dziecino, do cudzej macierze,
Niechże ona tobie koszulkę wypierze.
Oj, jak mi ją pierze — lecą z niej paździerze,
A jak mnie obłóczy, po ziemi mnie włóczy...

Teraz ode wsi idzie jego siostra i niesie mu obiad w dwuniaczkach. Te same włosy płowe, różowa spódnica i niebieski fartuch. Wpatrzywszy się lepiej, widzi jej owiązaną w szmatę nogę, którą sobie skaleczyła, zbierając chróst w lesie.
Feldfebel otrząsnął się, mocno przetarł oczy i marzenie znikło. Widzi znowu koszary i słyszy śpiew rekrutów, nad którym górują dźwięki skrzypców za oknem.
— Co za czort! — szepnął — czym ja pijany? Nie. Nie miałem dziś wódki w ustach. Czym chory?...
Istotnie przypomniał sobie, że już raz ukazywały mu się podobne widma, gdy miał tyfus. Wówczas jednak robiło mu to przykrość, a dziś przeciwnie — serce jego napełniała dziwna mieszanina radości i żalu.
Skrzypce znowu rzewniej zapłakały w rękach grajka, i żołnierz znowu im uległ.

W zielonym gaiku ptaszkowie śpiewają,
A mego Jasieńka na wojnę wołają.
Już nie roczek, nie dwa, jak się wojna toczy,
Moja maluleńka wypłakała oczy...

Tak, to ta sama pieśń, którą go odprowadzili w rekruty! Oto siedzi na wasągu, a na pierwszym wozie jadą grajkowie i grają, co sił starczy. Słyszy krzyk i widzi matkę obok drogi...
Feldfebel upadł na krzesło.
— Boże, mój Boże!... — szeptał, ciężko dysząc.
Łzy cisnęły mu się do oczu, westchnienia rozsadzały piersi, ale tylko dławił się niemi, bo nie mógł zapłakać.
Skrzypce na chwilę umilkły, i żołnierz oprzytomniał. Spojrzał przez okno. Na parkanie wciąż siedział grajek, brzydki, z kudłatą głową, i nawiązywał strunę do skrzypców, z komina w sali padał na niego czerwony blask ognia, nadając mu jakieś nadludzkie kształty.
Teraz spostrzegł feldfebla skrzypek.
— Panie wojak! — krzyknął, pochylając się do okna jego izby — a puśćcie baby do rekrutów... bo chłopcy tęsknią!...
Usłyszawszy to, rekruci umilkli i niespokojnie patrzyli w twarz swojego dozorcy.
Feldfebel zawahał się, lecz po chwili zawołał policjanta i nie patrząc mu w oczy, rzekł:
— Przyprowadź baby do tych okien. Niech się nacieszą rekruty.
Potem mruknął do siebie:
— On czort, ten skrzypek, on umie zaklinać duchy... On mnie matkę moją rodzoną pokazał i naszą Wólkę... Boże, zmiłuj się! — dodał, żegnając się.
W kilka minut później, przez kraty okien mieszczanin ściskał swoją żonę, wiejska kobiecina swego Walka, a stary Bizmut szeptał do Moszka:
— Ty, Moszek, zaraz idź do szpitala... Ty będziesz wolny...
Grajka już na parkanie nie było, lecz feldfebel, ile razy wyjrzał przez okno, żegnał się i szeptał:
— Czort!... on umie wywoływać duchy...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.