Dzieci ulicy/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Dzieci ulicy
Wydawca A. Pajewski
Data wydania 1901
Druk F. Kasprzykiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV.
Echo zbrodni.

Po sprawdzeniu obecności świadków, przewodniczący zaczął zadawać oskarżonemu pytania.
— Imię?
Żadnej odpowiedzi.
Tłomacz przetłomaczył pytanie.
— Nazwisko?
Żadnej odpowiedzi.
— Wyznanie, wiek.
Oskarżony żadnym ruchem najdrobniejszym nie zdradził się, że słyszy i rozumie pytania, skierowane do niego.
Siedział w swej kurtce szarej na ławce drewnianej, w obecności dwóch żołnierzy z gołemi szablami, w obliczu sądu, pod strzałami paruset ciekawych oczu publiczności. Trącono go, żeby wstał — wstał.
Wezwano pierwszego świadka. Był to kąpielowy z tej samej łaźni, w której oskarżony pracował.
— Czy oskarżony oddawna był kąpielowym?
— Od pół roku.
— Czem zajmował się poprzednio?
— Nie mówił nam o tem nigdy. Wogóle on bardzo mało mówił.
— Życia jego prywatnego nie znaliście zupełnie?
— Wiedzieliśmy, że chodzi do jakiejś dziewczyny.
— Czy nie bywał nigdy pijany, nie wydalał się, nie „znikał“ nagle na dni kilka?
— Owszem, pił, ale rzadko. Zdaje mi się, że dwa, trzy razy „wszystkiego“.
— Gdzie i z kim przebywał wówczas?
— Nie wiem.
— Czy podczas półrocznego pobytu nie zaszedł w zakładzie kąpielowym żaden wypadek kradzieży?
— Nie. Tylko na parę dni przed tym właśnie wypadkiem — to jednemu gościowi zginęła papierośnica, ale ją zaraz znalazł.
— Gdzie znalazł?
— Zostawił ją w palcie, w kontramarkarni.
— Więc nie było możliwości, żeby ją oskarżony miał podrzucić?
— Nie, żadnej.
Przewodniczący zwrócił się do adwokata:
— Nie ma pan jakich pytań?
— Tak. Niech mi powie świadek, kogo na razie podejrzewano o kradzież papierośnicy?
— Jego.
— Jak on się zachowywał w czasie — przed znalezieniem papierośnicy w palcie?
— Nie rozumiem.
— Czy był zatrwożony?
— Nie uważałem.
— Czy po znalezieniu papierośnicy mówił coś?
— Nie pamiętam.
— Czy świadek przypomina sobie dobrze, że miało to miejsce na parę dni przed zbrodnią? Czy on nazajutrz po posądzeniu go o kradzież był jeszcze w zakładzie?
— Nie pamiętam.
— Proszę sobie dobrze przypomnieć.
— A nie, racja! nie był. Tak, właśnie. Tak... tak... dwa dni go nie było, a trzeciego dnia dowiedzieliśmy się o zabójstwie.
— Skończyłem.
Zeznania drugiego kąpielowego wyjaśniły, że oskarżony na dwa tygodnie przed spełnieniem zbrodni ostatni raz „znikł“ na dwa dni, że miał być nawet wydalony z tego powodu, ale że go „panowie“ lubili, więc go zostawiono.
— Czy po znalezieniu papierośnicy przez „gościa“ oskarżony mówił coś? — zapytał znów adwokat.
— Ale co?
— Czy nie groził, nie przeklinał?
— Owszem, powiedział coś.
— Proszę sobie dobrze przypomnieć.
— Jakieś tam słowo powiedział.
— Jakie?
— Powiedział: „a ty ścierwo jedne.“
— Czy głośno to powiedział?
— Nie, cicho.
— Nic więcej nie mówił?
— On nigdy nic nie mówił.
— A za co go „panowie“ lubili?
— Mocny chłop był, dobrze mył i „gniótł“ po łaźni.
Trzecim świadkiem była aktorka.
Szmer rozległ się na sali. Panie, które nieco zażenowane się czuły, teraz podniosły lornetki do oczów. Panowie uśmiechali się na myśl o zakłopotaniu „pięknej pani.“
— Jak długo służyła u pani zmarła?
— Dwa lata.
— Czy oskarżony bywał oddawna u niej?
— Od roku.
— Czy pani wiedziała o tych odwiedzinach?
— Wiedziałam.
— Jak często przychodził?
— Z początku dość często, wieczorami zwykle, kiedym wychodziła do teatru. Od czasu, jak przyjął obowiązek, przychodził zwykle w dzień i rzadziej.
— Co robili oni razem?
Wesołość na sali.
— Czytywali książki.
— Czy oskarżony umie czytać?
— Nieboszczka go nauczyła.
— Czy zwierzała się przed panią ze swoich uczuć dla „swego kawalera?“
— Powiedziała mi raz, gdym ją pytała: „to biedny chłopiec, proszę pani.“
— Czy pani nie obawiała się, że mogą panią okraść?
Oskarżony spojrzał na przewodniczącego przelotnie. Spojrzenie było krótkie i silne.
— Nie, oboje sprawiali na mnie dobre wrażenie.
— Czy pani zwykle powoduje się w swych czynach wrażeniami?
Wesołość na sali.
— W tym wypadku tak.
— Czy pani stanowczo twierdzi, ze nic z kosztowności, ani pieniędzy, nie zginęło pani?
— Stanowczo.
— Czy zbrodniarz mógł być spłoszony przez kogoś?
— Nie, ja wróciłam dopiero o dwunastej z moją pokojówką, a zbrodnia popełniona została podobno o dwie godziny wcześniej. Tak twierdzą lekarze.
— Gdzie pani ma schowaną biżuteryę i pieniądze?
— W biurku i w stoliku przy łóżku.
— Czy listy żadne nie zginęły pani?
Na sali zainteresowanie, szmer.
— Żadne listy mi nie zginęły.
Ździwienie.
Pokojówka druga, która towarzyszyła aktorce do teatru, zeznała mniej więcej to samo. I znów wesołość ogarnęła publikę, gdy subretka zeznała, że „u nas to tam niema tego, żeby pani „szkodził kawaler“ służącej; pani ma swoich gości, a my swoich.“
Zeznania szynkarza były nie mniej ciekawe.
Oskarżony bywał w jego „zakładzie“ dość często, ale od jakiegoś roku — zupełnie się prawie usunął od „kolegów.“ A przez ostatnie pół roku nie był ani razu. Pewnie dlatego, że oskarżony był człowiek „bardzo honorowy,“ a towarzysze śmieliby się z niego, że jest kąpielowym, bo oni nie lubią tego zajęcia i wyśmiewają. Dopiero „w ten wieczór właśnie“ — to przyszedł, był trochę pijany, ale nie znów tak bardzo, bo często bywa gorzej. Jak przyszedł, to wypił półkwaterek spirytusu i powiedział: „pijmy, bo już niedługo.“ A potem chciał grać w bilard i powiedział: „muszę wygrać na zapłacenie, bo nie mam ani grdyka.“ I wygrał, a potem jeszcze pił. I tak aż do zamknięcia „zakładu.“ „Potem wszyscy razem wyszli, no, i złapali go, gdzie panowie wiedzą.“ A żeby go pytano, co znaczy to, „pijmy, bo już niedługo“, tego świadek nie słyszał. A że tam mówił coś, to „nie dziwota, zwyczajnie, jak nie po trzeźwemu.“ O zbrodni nic nie wspominał. Świadek nie pamięta również, żeby mu mówiono: „a widzisz, zeszedłeś na psy ze swoją Julką“ (tak nazywała się nieboszczka). Nie pamięta również, aby miał na to oskarżony odpowiedzieć: „stul pysk z Julką, bo możesz flaki policzyć.“ Wogóle trudno znów tak słuchać wszystkiego, co goście mówią. „Człowiek ma swoją robotę.“
Towarzysze ostatniej biesiady znali poprzednio oskarżonego, bo się z nim „czasem piło po pracy.“ Razem lód kiedyś łamali, to znów piasek wozili „rozmaicie.“ Żaden z nich rzemiosła niema, a zarabiają „co się da.“ Jeden z nich jest „wiązaczem“ świń, drugi był w restauracyi stróżem jakiś czas, to znów „trochę“ furmanił. Czy oskarżony mówił: „pijmy, bo już niedługo,“ — tego nie pamiętają. A wreszcie on miał zawsze swoje „szpasy.“ Nazywano go kiedyś „Jóźkiem Bzikiem.“
Adwokat drgnął. Po raz pierwszy w dniu dzisiejszym słyszał głośno wypowiedziane to imię, tak dobrze mu znane dźwięczące mu w uszach od tygodnia, od dnia, kiedy w oskarżonym, którego miał bronić, poznał w więzieniu — towarzysza lat dziecięcych. Gdy w ciemnej celi więziennej poznał go po kolorze stalowych oczu i po brakującym palcu, burza podniosła się w jego umyśle. Zadał kilka pytań, na które mu Bzik nie odpowiedział, wyszedł, zataczając się, na ulicę, wsiadł do dorożki, powrócił do domu, zamknął się w swoim pokoju, oparł o framugę okna i zadał sobie pytanie:
— Co teraz robić?
Noc całą bezsenną przeleżał w gorączce i nic więcej nie mógł wymyślić nad jedno pytanie:
— Co teraz robić?
Nad ranem wyszedł z domu, zaszedł do Łazienek, usiadł nad stawem i pytał:
— Co teraz robić?
Czy uważać chwilę tę, jako epizod w swem życiu, czy jako zdarzenie przełomowe? Czy pójść za popędem głosu, który mu mówił: „radź się uczucia,“ czy za głosem drugim, który mówił: „radź się rozumu.“ Czy posłuchać głosu, który woła: „postąp tak, jakby postąpiło dziecko ulicy, którem jesteś z urodzenia i pierwszych kilkunastu lat życia,“ czy posłuchać głosu, który mówił: „jesteś człowiekiem kultury, wykształconym, z pozycyą, z patentami.“
— Co teraz robić?
Antek, zadając sobie pytania podobne, dawno przestał już być „dzieckiem ulicy,“ począł rachować, rozważać, zastanawiać się, namyślać.
Widział przedewszystkiem dwie drogi: skorzystać z tego, że Józiek go nie poznał, zrzec się obrony, znaleźć pierwszy lepszy powód i wyjechać. Sprawa głośna, każdy z kolegów chętnie go zastąpi.
Albo: wyznać w obronie, że...
Nie, tego nie zrobi stanowczo.
Nie, nie, nie! To byłoby straszne. Być przedmiotem sensacyi, „bawić“ swoją osobą miasto całe. Nie, nie! Dowiedzieliby się o nim wszyscy jego dawni znajomi i przyjaciele, zjawiłby się jego ojciec. Antek adwokat zadrżał. Spotkać się oko w oko z ojcem, którego cień odpychał od siebie, którego widmo samo go przerażało. Nie nie! Wówczas, z tą butelką wódki, którą wyrzucił przez lufcik, pękło ostatnie ogniwo, łączące go z „dawnym światem.“ Nie, za nic w świecie.
Ale może bronić Bzika, niema obawy, aby Bzik go poznał. Inna rzecz on. Szedł do więzienia w tem przeświadczeniu, że może spotkać kogoś ze swych przyjaciół młodości, więc poznał Bzika. Ale Bzikowi ani przez myśl przejść nie może, że on Antek jest adwokatem, że jest „panem.“
Owszem, powinien nawet bronić przyjaciela. Obronę opracuje do najdrobniejszych szczegółów. Postara się dowieść, że Józiek działał pod wpływem uniesienia. Łagodząca będzie okoliczność, że zbrodnia była dokonana nie w celu rabunku. Kto wie, może uda się go uwolnić od Syberyi, może parę lat więzienia tylko.
Uspokoił się, zjadł śniadanie, obiad, zagłębił się w kodeksy, a gdy wieczorem oczekiwał przybycia hrabiego do Warszawy, był już zupełnie spokojny.
Kultura „zrobiła swoje.“
Hrabia miał bawić dziesięć dni w Warszawie, przedłużył jednak pobyt o dni kilka, aby posłuchać obrony swego wychowańca.
Gdy młody adwokat zadawał świadkom pytania, słyszał głos wewnętrzny, który mówił mu: „odważnie, panie Antoni!“, gdy posłyszał z ust ostatniego świadka głośno wypowiedziane imię: „Józiek Bzik,“ coś załamało się w jego istocie, i głos wewnętrzny zawołał: „Antku!“
Mowa prokuratora była krótka. Zbrodnia jest oczywista, pobudki jasne: „ograbić!“ Być może, iż w ostatniej chwili zbrodniarz sam przeraził się ohydy swego czynu: on zamordował istotę, która go czytać nauczyła, która ukazała mu drobne światełko z jasnego świata nauki, podzieliła się z nim tą ubożutką cząsteczką światła, które jej dostało się w udziale. Ohydna zbrodnia! Kara zastosowana być winna z całą surowością.
— Antku, Antku! — wołał teraz głos duszy. — Antku! nie licz, nie rachuj, boś ty dziecko ulicy. Nie licz, Antku, a idź za popędem tego coś, co ci mówi: „tak, a nie inaczej.”
Gdy wstał dla wypowiedzenia swej obrony, był blady, wziął do ręki zapisany arkusz, ręka mu drżała, chciał zacząć mówić, usta odmawiały posłuszeństwa.
— Antku! nie licz!
Teraz miał przed sobą tylko dwie drogi: powiedzieć, że wobec oczywistości przestępstwa zrzeka się obrony, prosząc o uwzględnienie okoliczności łagodzących: nizki poziom umysłowy i...
Nie, to będzie podłe, tego nie wolno mu zrobić.
Więc?
Obrony, którą z takim mozołem wypracował w domu, w której tyle pięknych zwrotów pomieścił, niewolno mu odczytać, bo... sam nie wiedział, czemu. Każdy inny adwokat miałby prawo to uczynić, on nie. Popełniłby podłość, oszukującą samą siebie, zamaskowaną.
— Antku, Antku! — wołał głos znajomy.
— Czekamy — rzekł przewodniczący.
„Na ulicy Czerniakowskiej, w ubogiej izbie na facyacie, mieszkał starzec — stróż nocny, Wojciech Mazur; Wojciech Mazur miał córkę, dziecię to przywiózł ze stron dalekich, wychował je, strzegł, drżał o nie. Dziecię wyrosło na piękną dziewczynę...
— Jeszcze masz czas się cofnąć — szeptał głos kultury „pana“ Antoniego.
— Antku, Antku! — wołał drugi głos, wrodzony.
„Córka Wojciecha zbyt była piękna, ażeby mimo czujności starca, nie mogła zwrócić na siebie uwagi jednego z możnych świata... Wnukiem starego Wojciecha, synem jego córki jest siedzący w tej chwili na ławie oskarżonych Józiek Bzik.
Oskarżony skierował na swego obrońcę wzrok ździwiony i gniewny.
W Antku zamilkł głos pana Antoniego: Widział przed sobą wielką salę, zapełnioną „rozbawioną“ publicznością, miał bronić „dziecka ulicy.“ Należał teraz duszą do zbrodniarza o ziemnistej cerze, o palących się gniewem i gorączką oczach, chudego, w szarej kurtce więziennej — nie do panów. Myśli rozpierały mu mózg, uczucia pierś rozsadzały.
Głośno, dobitnie, powoli opowiadał dzieje pierwszych lat życia Jóźka.
Zamilkł na chwilę.
„Kiedy poznałem Jóźka, sam dobrze nie pamiętam. Zeszliśmy się na czas dłuższy w dzień stypy po Franku — mularzu. Potem mieszkaliśmy razem u Bronka — kelnera i Andrzeja — kucharza.
Józiek wstał i zajrzał w oczy swojemu obrońcy.
— Tak, Jóźku, to ja, Antek — rzekł obrońca.
— Ty?
Żołnierze niespokojnie się poruszyli.
— Siadaj.
Józiek posłuchał ich rozkazu.
„Znów rozstaliśmy się. Spotkałem go, ratującego dziecko z palącej się fabryki, spotkałem go znów, opiekującego się głodnemi dziećmi z pod krypy. Znów zeszliśmy się.
O zabiciu Bronka zamilczał — była to tajemnica zmarłego, o kryjówce Maślarza nie wspomniał — była to tajemnica zawodowa, obowiązująca aż do mogiły.
„Razem broniliśmy się od głodu, razem postanowiliśmy zabić fanciarkę z ulicy Topiel. Już staliśmy przy drzwiach, już nam drzwi otworzyła. W porę je zatrzasnęła. Umarła z przerażenia. Sędziowie, i ja jestem zbrodniarzem.
„Straciłem Jóźka z oczu, spotkałem go w więzieniu i nie ździwiłem się.
„Są dzieci, które, gdy się rodzą, to aniołowie załamują ręce, Bóg płacze. Czarne mroki snują się nad głowami sierocemi. Zbierają one z życia wszystkie cierpienia, wysysają wszystkie gorycze, imię ich — legjon.
„Znam duszę oskarżonego i jej głosem się spowiadam. Józiek nie był stworzony do pełzania, wzlotów mu było potrzeba... Ja umiałem czytać, on — nie. Gdym czytał, on słuchał i drżał i nienawidził mnie, że ja czytać umiem, i pięście zaciskał... Gdy w lat dziesięć później dziewczyna jakaś uczyć go zaczęła, a wzamian za tę przysługę żądała, aby on mył panów w łaźni, znienawidził ją, choć wpierw ją kochał. Ja to rozumiem... Jakiem poświęceniem dla dziecka ulicy jest poświęcenie swej dumy, swego „honoru,“ zrozumieć ten tylko może, kto wie, że dziecko ulicy nic, prócz „honoru“ swego nie posiada. Tam w imię „honoru“ najwięcej zbrodni się spełnia... Wyrywał się z jarzma, biegł do szynku, ale tam spotykał się z drwinami. Zajęcie jego budziło pogardę... On, który był pierwszy, teraz stał się ostatnim, on, który nikomu się nie kłaniał, musiał być teraz uniżony dla gości, on, który nikomu niczego nie zawdzięczał, teraz był uczniem dziewczyny, „baby.“ Pragnął się wyrwać z zaklętego koła, nie miał dość siły, chciał uledz, bunt podnosiła natura. Zamknął się w sobie i milczał... Posądzono go o kradzież, miarka się przebrała... Postanowił zerwać z dążeniem „do słońca,“ którego ucieleśnieniem była ta dziewczyna. Ale ciągnęło go coś do niej. Poszedł żądać, by go uwolniła z sieci, ona nie chciała się zgodzić. I nadeszła chwila, gdy uświadomił sobie, że ona — to ideał jego, a szynk — to jego rzeczywistość. Pochwycił nóż i zabił... W świecie kultury jest to morderstwo, w jego duszy — było to zrezygnowanie z dążeń podniosłych, strącenie posągu, sponiewieranie, spopielenie zapałów... Nie wiem czy się jasno wypowiedziałem...
„Widzę tu wielu zbrodniarzy: ojca Jóźka, tych wszystkich, którzy w tułaczkach jego nie dostrzegli go, tego pana, który posądził go o skradzenie papierośnicy, widzę tysiące zbrodniarzy, których postawiłbym przed wami, sędziowie, w imię „agrafoj nomoj“ — „praw niepisanych.“ „Pisane prawo“ jego nakazuje sądzić.
„Skażcie go, sędziowie. Jego już żadna kara nie dosięgnie.“
Cisza zaległa salę.
Po chwili przewodniczący wyrzekł:
— Czy oskarżony nic nie ma do powiedzenia?
Żadnej odpowiedzi.
Sędziowie wyszli.
Antek odczuwał zadowolenie spełnionego obowiązku i niechęć piekącą dla zebranego w sali tłumu, który w odświętnych strojach przybył przyglądać się zabójstwu człowieka, jak widowisku.
Oparł się o pulpit i czekał na wyrok.
Myślą pogrążył się w zawrotne otchłanie doli ludzkiej, tej doli, której żaden błysk jasny nie opromienia.
Wśród publiczności szept przyciszony szemrał. Zdawaćby się mogło, że ci wykwintni również oczekują wyroku, że grozi im wyrok w imię „agrafoj nomoj...“
Gdy po długiej przerwie sędziowie weszli na salę, sala zamarła w ciszy...
„Cztery lata więzienia. Zbrodnia dokonana była w przystępie najwyższego rozdrażnienia.“
— Tylko... Więc nie ciężkie roboty.
Swobodniej odetchnęły panie i panowie.
Józiek pod eskortą wyszedł wolnym krokiem z sali.
Do Antka zbliżył się hrabia, uczepił się jego ramienia i rzekł drżącym głosem:
— Chodź, Antosiu, chodź prędko.
Młody prawnik wstrząsnął się. Obudził się z zamyślenia, wypłynął z głębin.
Szli środkiem rozstępującego się przed nimi tłumu.
Bohaterowie dnia, będą o nich mówili, pisali przez całe trzy dni!
Hrabia skinął na dorożkę.
— Do hotelu! Prędko!
Upadł na poduszkę siedzenia. Twarz mu się wykrzywiła, wargi mu się trzęsły, dreszcz nim wstrząsał co chwila.
— Co się panu stało? — zawołał niespokojnie wychowaniec.
— Zaraz... zaraz... tylko do... jedzie... my. Boże mój!
Antek wpatrywał się w zmienioną maskę twarzy hrabiego. Było w niej coś nad wyraz bolesnego i odrażającego zarazem.
— Niech mnie wyniosą, ja sam nie mogę.
Dwóch posługaczy hotelowych wniosło go do numeru.
— Po doktora! — zawołał Antek.
— Nie... Niech idą... Zamknij drzwi.
Zostali sami.
— Czy dobrze zamknięte?
— Dobrze.
— Przybliż się.
Antek nachylił się nad chorym, który mu cicho szepnął do ucha:
— Ten, wiesz, to jest mój syn... Jakem przyjechał do stryja, tu, ta dziewczyna z Powiśla... Ja się chciałem ożenić... Ja nie zbrodniarz, Antosiu... Ja się bałem, ja drżałem, ja przeczuwałem. Oj, boli! Co ja teraz mam zrobić? Ty mnie nienawidzisz, przyznaj się.
Antek zmarszczył brwi. Teraz miał prawo sądzić podług praw „niepisanych.“ Jaki wydać wyrok?
— Dlaczego pan tego tam, na sali, w sądzie, nie powiedział?
— Bo się bałem.
— I teraz pan się boi?
— Nie wiem. Sam mi radź. Nie wiem. Całe życie poświęciłem, żeby tę winę zatrzeć. Zkąd mogłem wiedzieć? Radź mi, tyś młody.
Bezradny, z wystraszonemi oczami, drżący, budził litość starzec nieszczęśliwy.
— Antosiu, powiedz, przecież ja zrobiłem chyba i coś dobrego, co?
— A teraz?
— Radź mi.
Zastukano do drzwi. Wszedł lekarz.
Zapisał krople, które uspokoiły hrabiego.
— Lepiej mi... Słuchaj, ja chcę jutro. Wiesz, może da się co zrobić. Założę apelacyę, złożę kaucyę. Tymczasem wywieziemy go do Zaruczaju. Chyba go uwolnią, co? Przecież już siedział. Jak myślisz? Bóg pozwoli mi krzywdę tę wynagrodzić.
— Nie, panie hrabio, nawet w drobnej części nie.
— Ty masz żal do mnie, Antosiu. Ale pomyśl sam...
Mówił długo jeszcze.
Zasnął.
Antek wyszedł na balkon.
— Więc tak się skończyło! Więc jutro, pojutrze najdalej, zaczną odwiedzać go jego dawni znajomi, przyjaciele, przyjdzie ojciec.
Ojciec!
Nie przerażała go myśl ta.
A może nie żyje?
Począł obliczać, ile ojciec jego może mieć lat teraz. Stary, schorowany zapewne. Czuł dla niego życzliwość pewną.
Ostatnim razem... Tak, wtedy... Zostawił go w rynsztoku.
To było podłe. Nie miał prawa znęcać się wówczas nad nieszczęśliwym.
Serce młodego prawnika — Antka, dziwnie się uspokajało. Z nocy letniej wiał czar. Gwiazdy lśniły tak łagodnie, takie powiewy szły ku niemu wiosenne, kwietne, że pomyślał, iż pod niebem tak czystem nie mogą żyć ludzie źli.
Jest dobro, tylko go ludzie nie umieją szukać, znajdować, rozwijać i wspierać.
Przyszła mu na myśl Mańka. Teraz ma prawo spojrzeć jej w oczy śmiało, ma prawo kochać ją. W rzeczy samej, są pewne dane, że uda się Bzikowi jeszcze skrócić czas kary.
Czy będzie można doprowadzić go do równowagi dziś jeszcze? Tak, tak, stanowczo. Pod niebem tak czystem nie mogą być ludzie źli.
Jest dobro, tylko go szukać trzeba, wspomagać, a przedewszystkiem kochać to dobro duszy ludzkiej, najbiedniejszej, najsmutniejszej, najbardziej stroskanej, sponiewieranej duszy...
Wczesnym rankiem hrabia wstał. Czuł się zdrów zupełnie. Cały zajęty był myślą jedną: iść i wykupić syna. Przycisnąć go do serca. Dziecię swoje własne, utracone, odzyskane!
Chciał go widzieć. Wczoraj nie śmiał nań patrzeć, dziś ma już prawo do tego. Dziś jest już ojcem jego.
Pojechali.
Gmach więzienny, wielki, murem otoczony, grubym, wysokim.
Spóźnili się.
„Józef Mazur, aresztant... celi, powiesił się w nocy na kracie, skręconą koszulą i paskiem. Rano o 6-ej znaleziono go już nieżywego.“
Tak brzmiał raport.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.