Dzieci ulicy/Zakończenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Dzieci ulicy
Wydawca A. Pajewski
Data wydania 1901
Druk F. Kasprzykiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Zakończenie.

Pan Antoni z narzeczoną swą, panną Marją, zeszli po drabiniastych schodach do suteryny, przez długi ciemny korytarz, przez niskie drzwi, weszli do izby małej, wilgotnej i brudnej.
Ojciec Antka siedział na tapczanie i kołysał dziecko, które matka — współlokatorka, powierzyła mu, idąc na mularkę, na dzień cały.
Ujrzawszy przybyłych, zmarszczył brwi i nie odpowiedział na ich powitanie.
— Przyszedłem teraz z Manią, po raz drugi prosić ojca, dzisiaj ślub nasz ma się odbyć. Dlaczego ojciec tak się zaciął? Co było, to puśćmy w niepamięć. Już to się nie odstanie. Wyjedzie ojciec razem z nami na wieś, odpocznie, poprawi się, zajęcie się znajdzie — będziemy razem pracowali.
Zbliżył się, chciał ująć jego rękę.
— Nie, nie potrzeba. Nie całowałeś ty mnie, jakeś był mały, to się i teraz obejdzie.
— Niech nam ojciec nie odmawia — szepnęła Mańka. — Ojciec wielką Antosiowi przykrość sprawia.
— Wy wiecie jedno, a ja wiem drugie — rzekł ojciec.
— Może ojciec myśli, że w kościele będzie wiele osób. Nikt, tylko my dwoje, hrabia i jeszcze świadek jeden. A potem zaraz wyjedziemy. Dlaczego ojciec ma tu żyć w wilgoci i brudzie, kiedy może...
— I to małe tu żyje, i ja tak długo żyłem.
Dziecko zapłakało cicho. Stary dał mu kartofel do ssania.
— Postanowiliśmy z Antosiem nie wyjść ztąd, dopóki ojciec z nami nie pójdzie.
— Sprzedałem was i już, i... e! co tam gadać. Wy wiecie jedno, a ja wiem drugie.
— Ha, więc będziemy czekali.
Usiedli na drugim tapczanie.
Płynęły chwile nad wyraz bolesne.
Rozumieli dobrze, iż ojciec nie zechce z nimi wyjechać. „Honor“ mu nie pozwalał, to było jasne. A jednak nie chcieli pogodzić się z myślą, że zostawią z takim trudem odszukanego człowieka, który bądź cobądź nie był im obcym. Więcej rozumem, niż uczuciem, widzieli się przywiązanymi do niego.
— A kiedy ten wasz ślub?
— Za cztery godziny, o szóstej.
— A no, dobrze, niech i tak będzie.
— Więc idzie ojciec z nami?
— Nie, sam przyjdę.
— My się nie zgadzamy na to.
— To wcale nie przyjdę.
— Może ojciec chciałby ubranie inne? Przyniosę ojcu.
— Nie potrzeba nic przynosić. Tak pójdę, jak jestem.
Wyszli cicho i smutnie.
— Jak myślisz, Antosiu, czy przyjdzie?
— Nie, Maniu, nie przyjdzie.
— Co robić?
— Sprobuję jeszcze raz z hrabią nakłonić go. Może jemu się uda.
Ojciec Antka siedział przez chwilę nieruchomo. Potem wstał, przerzucił przez ramię swą torbę żebraczą, wziął kij w rękę, wyszedł, rozejrzał się, wrócił do izby, wziął niemowlę, wstąpił do stróżki i zostawił je.
Na ulicy jeszcze raz się podejrzliwie rozejrzał i wolnym krokiem skierował się naprzeciwko do szynku. Wypił, położył pieniądze.
I cicho, ukradkiem, przeciskał się pod murem, w stronę kościoła. Stanął za węgłem ulicy, zasłonięty wystającym kantem muru, i oczu nie odrywał od drzwi wchodowych kościoła.
Nogi drżały pod nim. Zbliżył się stójkowy.
— Czego stoisz?
— Niech mi pan pozwoli, ja nie żebrzę teraz, ja tu chcę coś zobaczyć.
Stójkowy machnął ręką, wrócił na swój posterunek i tylko od czasu do czasu podejrzliwie nań spoglądał.
Oczy załzawiły się starcowi z wysiłku, głowa mu się trzęsła.
Nagle wyprostował się. Na czoło pot mu wystąpił.
Przed kościół zajechała kareta. Wysiadł jakiś starzec siwy, potem ten... ten... poznaje go. Taki sam wysoki, jak był, tylko starszy. Tak, to oni. Antek wysiadł i Mańka.
To oni.
Przytulił się do muru całem ciałem, oparł rękę na kiju i patrzał.
Weszli.
Westchnął.
— Jak ta Mańka urosła. A Antek, Antek! Pan! Tak, tak. A — niech im Bóg błogosławi, niech im lepiej się dzieje, niż mnie. Niech im Bóg Najwyższy błogosławi. Niech im... niech im...
Nie mógł znaleźć innego błogosławieństwa.
Modlić się zaczął.
„Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech... Niech im Bóg błogosławi... Święć się Imię Twoje. Przyjdź Królestwo Twoje... Niech Bóg Najwyższy im błogosławi...
Przeplatał modlitwę błogosławieństwem.
— O, wychodzą. Dlaczego Mańka w czarnej sukni?
Pchała go siła jakaś w stronę karety, całą duszą pragnął uścisnąć swe dziecię jeden... ostatni raz.
— Nie!
Odjechali.
Stał chwilę jeszcze.
Przeżegnał się i poszedł w stronę rogatek.
— Trzeba mi precz z Warszawy. Tu by mnie ciągle nachodzili, a ja... Niech im Bóg błogosławi!
Przeszedł aleje, wyszedł za miasto. Po prawej stronie szosy pole, po lewej szereg domów.
Na polu, tuż obok drogi, leży koń i zdycha.
Gromada dzieci otoczyła kołem konające zwierzę. Koń sapie ciężko, oczy bielmem mu zaszły. Chwilami dreszcz wstrząsa skórą.
Purpurowe słońce oświetla konia i dzieci.
Dzieci milczą. Patrzą na męki zwierzęcia i współczują, ciekawe są, jak to się skończy; chcą pochwycić ostatni oddech jego.
Bosa dziewczynka o bladej twarzyczce, teraz oblanej słońca szkarłatem, z którym się kłóci sieć żył niebieskich na gołej szyi, twarzy i skroniach — bosa dziewczynka się przeżegnała, owinęła mocniej chustką niemowlę, które trzyma na ręce. Łzy w czarnych jej oczach błyszczą.
Dzieci milczą i patrzą. Któreś się zaśmiało. Nizki, piegowaty chłopiec, z błyszczącemi, biegającemi małemi oczami, zbliża się, pociąga konia za ogon.
— Patrzcie, co z tego wędek można zrobić.
Koń tylnem kopytem poruszył.
— Tańcować ci się chce. Poczekaj, to ci zagram.
Znów konia za ogon pochwycił. Począł kręcić ogonem jak korbą katarynki.
— Dylu, dylu, na badylu, nie potrzeba smyczka... śpiewa.
Dzieci się śmieją. Niektóre chciałyby, żeby on nie robił tego, ale boją się odezwać.
Występuje chłopiec, rozpycha dzieci, zbliża się do dręczyciela, twarzą niemal twarzy jego dotyka, patrzy mu w oczy swemi czarnemi oczami, zaciska pięści.
— Zostawisz go, szczeniaku, czy nie?
— A bo co?
— Bo ci tak mordę zmielę, że ci kasza z gęby wyleci.
— Boję się ciebie?
— No, rusz konia.
— Jak zechcę, to ruszę.
— Sprobuj.
Chłopiec mruknął coś pod nosem i odszedł stropiony. Zwycięzca stał dumny i smutny.
Ojciec Antka patrzał na blade, obdarte dzieci, otaczające konające zwierzę, patrzał na chłopca — obrońcę, któremu paliły się oczy czarne i wargi drżały, patrzał na czerwone słońce, i nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy w życiu był świadkiem podobnej sceny, nawet sam brał w niej udział. Musiało to być bardzo dawno. Pracował myślą. Kiedy to było.
Przypomniał sobie. Dawno, wyrostkiem był jeszcze. Szła ulicą warjatka. Dzieci biegły za nią, śmiały się, rzucały kawałkami zeschłego błota. Warjatka była brzemienna. Wówczas on „palnął w pysk“ tego, który biegł na czele, rozpędził gromadę, sam ukrył się między belkami, nad Wisłą, i płakał.
Ojciec Antka nie uświadamiał sobie, że w mózgu jego odegrał się zawiły proces myślowy: porównał siebie z tem dzieckiem — obrońcą konającego konia, pomyślał o jego przyszłości, o tych dzieciach, które tu widzi, złych i dobrych, a z dobrych tyle skazanych na zagładę...
Westchnął, poprawił worek żebraczy na plecach i ruszył w drogę.



KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.