Dzieci ulicy/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Dzieci ulicy
Wydawca A. Pajewski
Data wydania 1901
Druk F. Kasprzykiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.
„Na ludzi.“

— Niech się pan nie trudzi, panie doktorze — szeptał Jędrek cichym głosem, ze smutnym uśmiechem na białych wargach — mnie już nic nie pomoże, ja muszę umrzeć. Ja wiem, że pan będzie mnie pocieszał. Kiedy ja się nie martwię, proszę pana. Ja wam wdzięczny jestem za wszystko, coście dla mnie zrobili. Byłem przez te kilka lat bardzo szczęśliwy.
Patrzał na słońce, które przez zielony dach liści spływało na jego drobną, białą, pokrytą niebieskiemi żyłkami, rękę, przebierał cienkiemi palcami. Nieokreślony uśmiech igrał mu na ustach.
— Jaka to piękna rzecz słońce, cisza i śmierć, prawda, panie doktorze?
Lekarz siedział na ławce obok fotelu, na którym spoczywał Jędrek, oparł czoło na ręce, był zamyślony i smutny.
— Dlaczego nazywasz śmierć piękną rzeczą?
— Bo ona robi nam wiele dobrego. Pomyśl pan, panie doktorze, jakby źle było na świecie, gdyby nieszczęśliwi... gdyby biedni nie umierali? Jak źle byłoby na świecie, gdyby wszystkie takie, jak ja, dzieci rosły na ludzi i żyły... Nie wystarczyłyby żadne przytułki, żadne szpitale... żadne więzienia.
— Chłopcze, głupstwa pleciesz — obruszył się lekarz.
— Nie, panie, nie głupstwa, ale najprawdziwszą prawdę... No tak, pan nie wie, czem jest głód, czem jest opuszczenie... Czytałem tak wiele w ostatnich czasach. Ja wiem, że wy pozwalacie mi wszystko teraz czytać, bo wiecie, ze umrę niezadługo... Więc czytałem i zastanawiałem się nad tem, jak wy fałszywie zapatrujecie się na nasz głód. Wam się zdaje, że być głodnym, to znaczy upaść na ulicy i umrzeć; a kiedy zaczniecie krajać kiszki, to przekonacie się, że tam wcale nie było pokarmu. Wy nie wiecie, że stać przed sklepem z wędlinami i patrzeć na wystawione w oknie szynki, serdelki, kiełbasę — to znaczy również być głodnym. A ja tak często stałem i wpatrywałem się w okna sklepów. W cukierniach znów leżą torty, placki, ciastka. Ja wiedziałem, że to źle, że tak być nie powinno, że nie mam prawa gniewać się na tych, którzy wychodzą z paczkami od cukiernika, albo wchodzą do restauracyi i śmieją się... Nie, panie, śmierć dla dzieci ulicy — to dobrodziejstwo. Albo chłód: podług was na współczucie zasługuje dziecko, które marznie na śniegu i umiera... A nie wiecie, że najbardziej odczuwa się zimno w nocy, w łóżku. Troje nas razem spało pod chustką; każde ciągnie chustkę w swoją stronę, na siebie; powstają kłótnie i bójki. Wyprostować się nie można, bo nogi z pod chustki wychodzą i ziębną, a skurczyć się, to Bronek, albo Wikta wołają, że ich kopiesz, że się pchasz. Ojciec nas przykrywał kożuchem, ale jak zadzwonili w bramie, to musiał iść otworzyć i brał kożuch. Drżeliśmy tymczasem. A jak ojciec wracał i znów nas przykrywał, to kożuch był zimny, jak lód. Byliśmy zaspani, chcieliśmy zasnąć, ale nie można, bo co chwila to inną szparą leci taka nitka zimnego powietrza, że aż strach... A robactwo, pluskwy... Nie, panie, śmierć — to piękna rzecz.
Jędrek nie odrywał wzroku od tych jasnych kółek, które migały mu na ręce przy najdrobniejszym powiewie wiatru.
— Albo senność — pomyśl pan tylko. My nigdy prawie nie byliśmy wyspani. Ciągle nas w nocy budzono. A o czwartej, piątej rano, matka nas spędzała ze stołków, bo brała się do prania. Codzień inne miało prawo kłaść się do ojca, ale w godzinę później i ojciec wstawał. Znów budzenie. I to tylko co trzy dni, bo tak — to szło się do kąta, byle miejsce przy piecyku znaleźć, siedziało się i drzemało. Ale żelazny piecyk rozgrzewał się do czerwoności i parzył, więc trzeba było odsunąć się, to znów zimno było.
Jędrek zakasłał się. Lekarz podał mu łyżkę z lekarstwem.
— Tak, proszę pana — śmierć jest dobra i piękna. Tylko, że ona nie dla każdego łaskawa... Raz podrzucono w naszym domu dziecko... Ojciec... już nie pamiętam, jak to było, dość, że byłem z ojcem w grabarni w szpitalu, wie pan... za Dzieciątkiem Jezus. Idzie się przez takie wielkie podwórko. Wchodzi się na lewo, zdaje mi się. Niewielki pokoik, i na pryczach leżą umarli. Było ich, pamiętam, dużo. Jakiś starzec, miał długą ciemną brodę, pamiętam, i zupełnie białe włosy. On mi się nieraz śnił potem. I wie pan, ile razy mi się śnił, to mnie zawsze coś smutnego spotykało. Chociaż może mi się tylko tak zdawało. Bo nie było dnia i tak, żebym choć raz nie płakał... Obok starca leżała kobieta zupełnie sucha, oczy miała otwarte. A obok leżało coś z pięcioro dzieci, w koszulkach, w czepkach; a do każdego czepeczka przyszyta była wstążeczka niebieska. I wszystkie dzieci miały takie wesołe twarze, zupełnie, jakby chciały się śmiać, albo cieszyć bardzo. Ja wcale tych dzieci nie żałowałem. I wtedy przyszło mi na myśl, że śmierć jest dobra... nawet często, no tak, nie od wszystkich, ale od wielu, bardzo wielu ludzi — lepsza. Ja się wcale nie boję śmierci. Może Pan Jezus przebaczy mi moje grzechy, może dopuści mnie do Siebie. To ja... będę go prosił, żeby moim rodzicom i siostrom... i braciom... dał lepsze... żeby im lepiej...
Jędrek nie mógł dokończyć.
— Więc ty myślałeś czasem o nich? — zapytał lekarz.
— Ciągle, codzień, co chwila.
— Dlaczego nam nic nie mówiłeś o tem?
— Bałem się.
— Czego?
— Że hrabia gniewać się będzie. On i tak tyle ma ze mną kłopotów. I bałem się, że on... że mnie odeśle znów do domu. A ja nie mogę już do nich wrócić. Ale chciałbym ich jeszcze chociaż jeden raz... zobaczyć. Bo ja tak bardzo ich kocham.
Jędrek zagryzł wargi, twarz mu się wykrzywiła, na czoło wystąpiły krople potu.
I załkał nagle. Płakał i kasłał. Pochwycił kurczowo lekarza za rękę, drugą ściskał sobie szyję. Struga krwi spływała mu na palce.
— Ja... bym...
— Nie mów już, chłopcze, bój się Boga.
— Ja... zły... Boże... mój.. Ja... tutaj...
Zemdlał.
Gdy go ocucono i złożono na łóżku, leżał cicho z szeroko otwartemi oczami, w których odzwierciadlał się cały bezgraniczny ból duszy zbudzonej, przerażonej ogromem niedoli.
Gdy Mańka i Antek weszli do jego pokoju, chłopiec się uśmiechnął, a uśmiech zastygł mu w bolesnem warg skrzywieniu.
Wyciągnął rękę do Mańki, głaskał jej palce i szeptał:
— Dobra, dobra, dobra...
Natychmiast wysłano do Warszawy po rodziców Jędrka.
Przyjechała tylko matka. Ojciec nie mógł domu zostawić.
Marcinowa przez całą drogę zawodziła.
— Oj, moiście wy państwo kochani, czy Jędrek aby nie umrze? Bo to jedyna pociecha nasza.
Wierzyła w swoje słowa.
Gdy weszła do pokoju, gdzie leżał Jędrek, osłupiała.
— Jędrek, bój się Boga. A tobie co się zrobiło?
Napróżno usiłowano ją uspokoić.
— Oj, to tak cię wykierowali? To na to ja ciebie z domu na zatracenie wydałam... Taki był zdrowiuteńki, taki rześki. Oj, Jędrek, Jędrek.
Na twarz chłopca wystąpiły krwawe rumieńce.
— Nie przywita się mama ze mną? — zapytał.
— A toć żegnać mi chyba ciebie trzeba. Toć ty już trupek zupełnie. A miałam takie złe sny o tobie.
Krzywiła się, chcąc płakać.
— Niech mama nie krzyczy — rzekł Jędrek.
— A co nie mam krzyczeć, kiedy mi dziecko zabili.
— Mamo, ciszej. Choroba mnie zabija, a nie ci dobrzy państwo.
— A tak, tak, choroba. Rozumie się, że choroba. A w domu to nigdy nie słabowałeś. Oj, dolo moja.
Jędrek przymknął oczy i nie odpowiadał. Tak inaczej wyobrażał sobie swą matkę. Wiedział dobrze, że te krzyki mają na celu wyłudzenie od „opiekunów“ kilkunastu rubli. Ciemno, czarno mu się w duszy zrobiło. Wyśnił sobie matkę tak inną: głodną, nieszczęśliwą, w parze wilgotnej, przy balji, ale cichą i smutną, nie tak krzykliwą, nie tak prostą, ordynarną. Sądził, że i ona przez te lat kilka powinna się była zmienić. Ale teraz przypomniał sobie, że ona biła go, gdy on brał za książkę, że lubiła kieliszek, że... I matka obcą mu była w tej chwili, przykrość sprawiała mu jej obecność.
A ona nie odstępowała go ani na chwilę. Czuła, że ma prawo do tego domu, w którym „zabito“ jej dziecko.
Jędrek konał. Konanie trwało całe dwa tygodnie. Zmieniano się przy chorym, który ciągłej wymagał opieki. A Marcinowa chciała leczyć go swoim sposobem i napełniała wrzawą bezustanną dom cały.
Nastąpiła ostatnia noc. W kącie pokoju paliła się lampka nocna. Przy chorym zebrali się wszyscy. Mańka siedziała na łóżku Jędrka i trzymała go za rękę.
Jędrek chwilami drzemał, to znów się budził i mówić zaczynał.
— Ja myślę, że każda matka powinna być aniołem — szeptał — bo inaczej, to strasznie będzie zawsze.
I po chwili znów dodał:
— Bo inaczej to dzieci zawsze będą nieszczęśliwe, a ludzie, którzy z tych dzieci będą wyrastali, będą źli. Bo widzicie, ja dawniej nie myślałem o tem wcale... Antoś, powiedz mi jeszcze raz, opowiedz mi o tym warjacie, który łzy zbierał... Powiedz, czy on naprawdę jest warjat. Dlaczego nie chce tu przyjechać? Czy on bardzo stary?
Antek po raz dziesiąty począł opowiadać choremu o „warjacie, który łzy zbiera.“
— Tak, masz słuszność: on naprawdę jest obłąkany. Ale on prawdę mówił, co? I co on jeszcze mówił o „dzieciach ulicy?..“ Wiesz, gdybym ja wyzdrowiał, jabym też łzy zbierał. Potem napełniałbym niemi dzbanki i posyłał w podarunku tym, którzy o nas nie myślą, nie chcą myśleć, nie widzą nas... Całe dzbanki łez... I ty myślisz, Antek, że długo trzebaby zbierać takie dzbanki?
Znów zamilkł. Zdawało się, że zasnął. Ale on tylko myślał.
— Wiecie, jabym do każdej butelki wina szampańskiego wlewał łyżeczkę łez. Prawda, że można tak zrobić... Albo... Czy to prawda, że umarli często w kącikach oczów mają łzy? Jabym chciał tak właśnie umrzeć. To musi bardzo ładnie wyglądać.
Nad ranem przyjechał ksiądz. Mańka i Antek wyszli do ogrodu. Usiedli na ławce. Byli znużeni.
Słońce rumiane, wesołe, podnosiło się na skraju horyzontu i rzucało skośne promienie na gmachy szkółki, ochrony i żłobka, i odbijało się w białym ich murze. Gmachy kąpały się w zieleni i świetle.
— Patrz, Antoś! — rzekła Mańka.
— Jak we śnie, prawda?
Nic więcej nie mówili, wpatrzeni oboje w jeden obraz.
Słońce podnosiło się ku górze, wielkie, uśmiechnięte, białe.
— Antoś, czyś ty myślał kiedy, że z nami tak być może? Powiedz, jak myśmy mogli tak żyć? I tam są nasi towarzysze, oni do dziś dnia i całe życie tak samo. A przecie my nie lepsi od nich. Pamiętasz Władkę? Antoś, tylko...
— Pamiętasz Zośkę garbatej? — zapytał Antek.
— Bo co?
Chłopiec o niej jednej nie wspominał Mańce ani razu. Dlaczego, sam dobrze nie wiedział. Czy obawiał się, że Mańka przeczuje, że sprzeniewierzył jej się w swych uczuciach, czy też to wspomnienie było dla niego najbardziej bolesne.
— Nic, tak tylko się pytałem.
— Co, czy i ona już?...
— Tak.
— A garbata?
— Otruła się.
— Naprawdę?
— No, tak.
Zawołano ich do Jędrka.
Hrabia, Irena, lekarz i matka Jędrka zebrani byli w pokoju konającego.
— Całą noc nie spaliście przezemnie. Ale już niedługo.
I znów głaskał rękę Mańki delikatnie, ostrożnie, jakby obawiając się, by się nie rozpłynęła.
— Dobra, dobra jesteś, Maniu — szeptał.
Zamknął oczy. Przez powieki napływały mu łzy. Oddychał teraz bardzo wolno.
Cisza panowała w pokoju. Tylko przez okno otwarte dochodził szczebiot ptaków.
Jędrek oddychał coraz wolniej. Westchnął.
Skonał. W kącikach oczu lśniły łzy.
Marcinowa poczęła płakać głośno, zawodzić, przemawiać do zmarłego.
W dwa dni później odprowadzono zwłoki na cmentarz. Marcinowa otrzymała na pocieszenie sto rubli i propozycyę przeniesienia się na wieś z pozostałemi sześciorgiem dzieci i mężem, który miał dostać miejsce stróża w szkole rzemieślniczej.
Wróciło wszystko do dawnego stanu.
Mańka objęła dawne czynności w żłobku.
Antek wziął się do nauki.
Roczna nauka pod kierunkiem warjata przygotowała go do systematycznej pracy. Nabrał pewnego pojęcia o wszystkiem, należało tylko odrzucić to, co było urojeniem, od tego, co było rzeczywistością.
Wysłany został na prowincyę do nauczyciela gimnazyum...
Treścią powieści naszej są „dzieci ulicy.“ Antek teraz dzieckiem ulicy być przestał, i dlatego nie będę się rozwodził nad tem, jak łamał się nasz bohater z przeszkodami, które mu się nasuwały na każdym kroku.
Pracował usilnie, pchało go coś w stronę tej wiedzy, u której podnóża się czołgał. A chwytał wszytko mocno i wchłaniał. Historya była dlań panoramą postaci, które widział. Utwory pisarzy starożytnych były dla Antka niewyczerpaną skarbnicą zachwytów.
Świeży, nieznużony umysł, trawił wszystko zadziwiająco.
Antek po trzech latach nauki otrzymał patent i wstąpił na wydział prawny.
Powracał do Warszawy.
Gdy myślał dawniej o tem, ani przerażała go myśl ta, ani dziwiła. Miał czas zżyć się z nią, przyzwyczaić do niej. Ale gdy chwila stanowcza nadeszła, dreszcz trwogi nim wstrząsnął.
Jak będzie chodził teraz po ulicach, po tych samych ulicach, które dawniej przebiegał, jako łobuz nadwiślański, jako „andrus z Powiśla?“
Gdy znalazł się w gronie nowych kolegów, czuł się onieśmielonym i obcym. Wynajął pokój na jednej z oddalonych ulic, uczęszczał na wykłady, pozatem nie wychodził z domu, nie przyjmował nikogo, do nikogo się nie zbliżał. Otrzymał miano odludka.
Nie lubiono go, i on nie lubił nikogo. Tak czuł się od nich różnym, mimo jednakową pozycyę społeczną.
— Jak oni mało wiedzą! — myślał często, dumny, że wiedział to, czego inni nie wiedzieli, że widział to, czego oni widzieć nie mogli. Przysłuchiwał się czasem rozmowom kolegów i wyraźnie odróżniał prawdę od frazesów. Wiedział że często ani ich cele, ani przekonania nie są tak mocne, nie są oparte na prawdzie, na rzeczywistości.
Aby otworzyć im oczy, musiałby zdradzić swe pochodzenie, a duma zacięta, silna, nie pozwalała mu tego uczynić. Wolał być nieznanym i nielubianym, niż tolerowanym przez „wyrozumowanie“. Miał swój świat odrębny i mroczny.
Czasem późnym wieczorem zimowym wychodził z czapką nasuniętą na oczy, z wysoko podniesionym kołnierzem palta, na Powiśle. Były to chwile, gdy pragnął cierpieć. A chwile się takie zdarzały. Pragnął zobaczyć kogoś ze swych dawnych znajomych, ale nie chciał być poznanym. Drżał na myśl, że może go zaczepić kiedyś na ulicy jakiś obdarty człowiek i zawołać:
— Antek!
Drżał na myśl, że może spotkać ojca.
Stosunek jego do Mańki również uległ zmianie. Mańka pisała mu w listach o jego obowiązkach, o pracy, o poświęceniach, a on musiał przed nią usprawiedliwiać się ze swego zamknięcia, odosobnienia i bezczynności. Musiał kłamać, bo nie chciał otworzyć przed nią swej duszy. A bólu w niej był bezmiar cały.
Wychodził Antek na ulicę Topiel, zatrzymywał się przed domem, gdzie była szulernia, i patrzał. Potem chodził po znajomych mu ulicach i wracał do domu rozstrojony, złamany.
Niejednokrotnie już, już miał wejść do domu na Pradze i zapytać stróża, co stało się ze starcem-warjatem, ale się cofał.
Raz szedł z postanowieniem silnem, że się nie cofnie. Na rogu Zjazdu spotkał złoczyńców, prowadzonych pod konwojem do więzienia. Szli, otoczeni przez żołnierzy, ze swemi tobołkami na plecach lub w rękach, ślizgając się po zamarzłym śniegu. Było ich około pięćdziesięciu. Szczękały ich kajdany głośno, a sylwetki ciemne znaczyły się na czarnem tle pochmurnego wieczoru.
Antek chciał ich wyminąć, ale czuł, że nie może, że musi iść krok w krok za nimi i patrzeć.
Skazani szli spiesznie drobnemi krokami, jedni ustawali na chwilę, wówczas inni ich wyprzedzali. Sprawiało to wrażenie bezustannego ruchu.
Za posępnym pochodem jechały dwa wozy; na jednym z nich siedziała kobieta i dwoje dzieci; trzecie trzymała na ręce.
Antek oczu oderwać nie mógł od obrazu. Patrzał na kobietę, pragnął ujrzeć jej twarz. A potem pobiegł wzrokiem ku przednim szeregom. I doznał wrażenia, jak gdyby ten wąż długi nie kończył się wcale, jak gdyby ciągnął się i ginął w bezkresie. Tam, tam, na moście, widzi ich, i dalej za mostem i dalej, dalej, dalej, bez końca.
Czuł silny ból. Dusiły go łzy, które nie płynęły z oczu kroplami, ale przelewały się pod powiekami; czuł przy mruganiu, że łzy te unoszą się i znów spływają pod dolną powiekę, i nie wysychają.
I nagle zdało mu się, że to nie ludzie dorośli, mężczyzni i kobiety, idą, ale dzieci, małe, drobne, obdarte, głodne i drżące. Widział ich postacie nikłe, ich posiniałe drobne rączęta. Nie niosły one tłomoków, worków i kufrów, ale dzbanki łez. Nieskończony szereg dzieci szedł, a żelazo grało, i każde uderzenie huczało mu pod czaszką, jak odgłos grzmotu.
Widzenie potęgowało się. Ponad tłumem dzieci, które dzbanki niosły, unosił się inny tłum, niemniej liczny. To jakieś widma, upiory, kotłowały się w powietrzu. Między upiorami rozpoznawał męzkie postacie i kobiece. Biegły parami, płynęły w powietrzu. Antek dostrzegł ich twarze — pokurczone były i straszne, dostrzegł ich oczy — paliły się, jak głownie. Widział wyraźnie te oczy, szeroko otwarte, bez powiek, niemrugające, wielkie, ogniste, rozpaczą ziejące. Poznał, że tyle par płynęło nad tłumem, ile dzieci szło w szeregach — więc to rodzice skazanych.
Nagle poczuł dziwną chęć zmieszania się z tym tłumem; chciał również nieść dzbanek i widzieć nad sobą parę rodziców — upiorów.
Widzenie było męczące, obłędne. Niebo chmurami pokryte. Rzeka czarna, jak węgiel.
Począł rozpoznawać twarze tych ludzi, widział między nimi przedstawicieli wszystkich narodowości, wszystkich ras i pokoleń. Szereg nie kończył się.
Antek zgarnął z żelaznej poręczy mostu garstkę śniegu i począł nim skronie nacierać.
Tak silnie, tak świadomie, nigdy jeszcze nie cierpiał. A jednak mógł uwolnić się łatwo od dręczących przywidzeń, zawrócić i wyjść na śródmieście.
Nie, poszedł aż do samego gmachu więziennego, widział, jak otworzyła się brama, jak garść skazanych popłynęła w ciemny otwór bramy i znikła.
Poszedł dalej. Wszedł spokojnie do szynku na rogu i poprosił o butelkę wódki. Siedzący przy stolikach w izbie zakopconej, zamglonej, ciekawie patrzyli na niego. Antek wzrok ich pytający wytrzymał. Zapłacił należność, wyszedł, siadł do sanek, butelkę ukrył w bocznej kieszeni, wskazał adres.
Jechał tą samą drogą, nie widział już upiorów — widzenie rozpełzło się i znikło. Tylko na śniegu znaczyły się jeszcze ślady stóp ludzkich. Przejeżdżał przez Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat. W oknach wystawowych paliły się światła. Między sklepami rozpoznał jeden: był to skład cerat i tapet. Odwrócił głowę.
Gdy wszedł do swego pokoju, nie zapalił świecy, tylko wyszukał poomacku szklankę, usiadł na łóżku, wepchnął palcem korek do butelki, nalał pełną szklankę wódki i wypił, nalał drugą i wypił, trzecią już do ust niósł, ale nagle wstał, otworzył lufcik i rzucił ją na podwórze; to samo uczynił z butelką. Szkło z głośnym łoskotem uderzyło o asfalt. Zatrzasnął lufcik, usiadł znów na łóżku, nie poruszał się z miejsca. Sprawiało mu ulgę obserwowanie siebie, tego, jak powoli alkohol działać zaczął.
Z początku czuł, jak mu coś w piersiach zakipiało, potem pojedyńcze krople gotującego się w piersiach płynu poczęły mu pryskać na twarz, na ręce; poczuł, że włosy poruszają mu się na głowie, kołyszą łagodnie, jakby się włos z włosem całował i tańczył. Potem para z gotującego się w piersiach płynu poczęła unosić ku głowie, przez policzki.
Przechylił głowę w tył, potem naprzód, potem w prawo i w lewo, potem całym korpusem począł wykonywać ruch kołowy. Wreszcie oparł się o ścianę i zasnął...
Od tego wieczoru Antek zaniechał wycieczek wieczornych, a gdy w trzy miesiące później Mańka doniosła mu w liście, że otrzymała wiadomość o śmierci starego warjata z Pragi i o testamencie, w którym zastrzegł, że zbiory swe zapisuje hrabiemu Zaruckiemu, a hrabia prosi, aby Antek zajął się przewiezieniem do Zarucza szafki starca — powierzył sprawę całą adwokatowi, zapłacił mu z własnej pensyi, którą mu hrabia przysyłał, ale sam na Pragę nie poszedł.
Antek zamknął się w książkach i kursach, a gdy na lato wyjeżdżał do Zaruczaju — zabierał ze sobą kilkanaście dzieł specyalnych i uczył się. — W wolnych chwilach studyował języki, znał francuski, niemiecki, angielski, i włoski, pracował nad hiszpańskim i węgierskim. Po za książkami nie chciał, bał się całą duszą — widzieć cośkolwiek — czuł się słaby, bezradny i głupi.
Po skończeniu uniwersytetu wyjechał zagranicę.
Postanowione było, że Antek (oddawna już pan Antoni) praktykować będzie w Warszawie, a po śmierci hrabiego obejmie dozór nad całą kolonią Zarucką, która rozwijała się, podnosiła, nabierała znaczenia. Przybywały tam nowe gmachy, obok szkoły rzemiosł powstała szkoła ogrodnicza, niższa rolnicza, instytucya poprawcza dla dziewcząt, przytułek dla sierot.
Dzięki bocznicy, kolonja połączona została z siecią kolejową, związana została ze światem.
Hrabia pragnął utworzyć uzdrowisko dla dzieci ubogich, ale obawiał się, że nie pozostanie mu dość środków na to, aby byt ich na przyszłość zabezpieczyć. Należało obliczyć swe siły poważnie, ażeby uniknąć katastrofy.
Aby opisać życie kolonji Zaruckiej, należałoby poświęcić temu przedmiotowi nie jeden tom powieści. Może kiedyś, po latach, wrócimy do niej jeszcze. Teraz powróćmy do pana Antoniego — młodego adwokata, który ma bronić pierwszej sprawy w swem życiu. A sprawa jest ciekawa, zajmuje się nią całe miasto. Idzie o obronę zbrodniarza, który zamordował służącę znakomitej aktorki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.