Doktór Pascal/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Doktór Pascal
Podtytuł Powieść
Data wydania 1894
Wydawnictwo Red. tyg. "Romans i Powieść"
Druk Drukiem A. Pajewskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Docteur Pascal
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


VI.

Dni całe upływały. Październik był z początku wspaniały, jesień gorąca, płomienna aureola lata, szeroka w swej dojrzałości, pod niebem bez chmury. Potem pogoda się popsuła, wiatry straszne się zerwały i jedna wielka ostatnia burza, potokami poorała pochyłości wzgórz. I na dom ponury, na Soulejadę całą, zbliżanie się zimy nałożyło jakby woal nieskończonego smutku.
Było to nowe piekło. Pomiędzy Pascalem i Klotyldą nie było już żywych i głośnych kłótni. Drzwiami już nie trzaskano, podniesione głosy nie zmuszały Martyny do wbiegania na górę co chwila. Teraz zaledwie rozmawiali ze sobą i ani słówkiem nie wspominali o owej scenie nocnej. On przez jakiś skrupuł niewytłomaczony, jakąś dziwną drażliwość, z której sobie sprawy nie zdawał, nie chciał rozpoczynać przerwanej dyskusyi, wymagać oczekiwanej odpowiedzi, wyrażenia wiary w niego i uległości. Ona po tem wielkiem wstrząśnieniu moralnem, które ją całą jakby przemieniło, namyślała się jeszcze, wahała się, walczyła, odsuwając to ostateczne oddanie się jemu, w jakimś instynktownym buncie przeciw tej konieczności, która ją jednak porywała. I nieporozumienie trwało dalej, wśród głębokiej ciszy smutnej ponurego domu, w którym już szczęścia nie było.
Dla Pascala była to epoka, w której cierpiał strasznie, choć bez jednego słowa skargi. Ten spokój pozorny nietylko go nie uspakajał, lecz owszem drażnił. Zapadł on w ciężką nieufność, wyobrażając sobie, że one ciągle walczą przeciw niemu, i że jeżeli go pozostawiają w spokoju, to dlatego jedynie, że najczarniejsze knują spiski w najgłębszej tajemnicy. Niepokoje jego nawet wzrosły, z każdym dniem oczekiwał jakiejś katastrofy, już widział ukochane swoje papiery pochłonięte przez jakąś otchłań, nagle się otwierającą, całą Soulejadę zburzoną, zapadłą, na proch startą. Prześladowanie, wymierzone przeciw myśli jego, przeciw jego życiu moralnemu i umysłowemu, kryjąc się tak pod płaszczykiem spokoju, stało się denerwującem, nieznośnem do tego stopnia, że wieczorem kładł się do łóżka cały rozgorączkowany. Często dreszcz go jakiś przejmował i oglądał się szybko, sądząc, że za plecami swemi dojrzy nieprzyjaciela, gotującego się do jakiegoś zdradzieckiego czynu, lecz nie było nikogo, tylko ten jego dreszcz własny w głębi ciemności. Innym razem, podejrzeniami żyjąc, całemi godzinami stał na czatach ukryty za żaluzyami, albo zaczajony w jakimś kurytarzu, ale żywa dusza się nie ruszała i słyszał tylko bicie pulsu w swych własnych skroniach. Niepokoje te do szału dochodziły. Nie kładł się do łóżka, dopóki nie zrewidował starannie wszystkich pokoi, nie sypiał; jeśli zasnął, budził się za najmniejszym szmerem, gotów do obrony.
A bardziej niż cokolwiek innego, powiększała szał ta myśl stała i ciągle rosnąca, że rana, która go tak boli, zadana mu jest przez jedyną istotę, którą on kocha na świecie, przez tę Klotyldę uwielbianą, na którą patrzył, jak rosła w piękności i wdzięku od lat już dwudziestu, której życie było dotychczas jakby kwiatem wonnym, jego życie rozjaśniającym. Ona!.. o Boże!.. ona, dla której serce jego pełne było czułości bezgranicznej, której nawet analizować nie chciał i nie śmiał!.. ona, która się stała jego radością, jego odwagą, jego nadzieją, cała ta młodość nowa, w której zdawało mu się, że się odradza! Gdy ona przechodziła z główką podniesioną, kołyszącą się na szyjce tak delikatnej, tak okrągłej, tak świeżej, on czuł się jakby odnowionym, skąpanym w zdrowiu i radości, jak w dniach powrotu wiosny!.. Cała zresztą jego egzystencya tłomaczyła to opanowanie, to ogarnięcie jego istoty przez to dziecko, które, jeszcze malutkiem będąc, wdarło się do jego serca i powoli rosnąc całe w nim miejsce zabrało.
Od chwili ostatecznej swego zamieszkania w Plassans prowadził on życie benedyktyńskie, zamknięty w księgach swoich, zdała od kobiet. Nikt nie znał żadnej innej jego miłości jak dla tej pani, już dziś nieżyjącej, której nigdy nie ośmielił się nawet paluszków ucałować. Zdarzały się co prawda czasami wyjazdy do Marsylii, skąd na noc nie wracał, ale były to tylko nagłe i gwałtowne porywy, z pierwszą lepszą, bez jutra. Nigdy nie żył, zachował w sobie cały zapas męzkości, której fale teraz huczały i burzyły się pod grozą zbliżającej się starości. Byłby się dał porwać uczuciu dla jakiegokolwiek zwierzęcia, dla, psa znalezionego na dworze, któryby go w rękę polizał, a tu oto Klotylda, którą kochał jako małą dziewczynkę, jako dziecko, odrazu staje się kobietą dojrzałą i pożądania godną i owłada nim, zamęcza go, wrogiem jego zostaje.
Pascal, taki zawsze wesoły, taki zdrów, odrazu wpadł w jakieś czarne usposobienie i surowość nieznośną, unosił się za najmniejszem słówkiem, krzyczał na Martynę, która podnosiła nań w takich chwilach zdziwione oczy, jak uległe zwierzę, niesłusznie bite. Od rana do wieczora, smutek swój roznosił po domu całym z twarzą tak złą, że nikt nie śmiał słowa do niego przemówić Nie prowadzał już ze sobą Klotyldy, wychodził na wizyty swoje sam. Tak też sam pewnego razu po południu wrócił cały wzburzony wypadkiem, jaki mu się wydarzył, mając na sumieniu swojem, jako lekarz w próbach zuchwały, śmierć człowieka. Poszedł zastrzyknąć swego eliksiru Lafouassowi, szynkarzowi, którego ataksia takie nagle zrobiła postępy, że go już za straconego uważał. Pomimo to upierał się, aby walczyć z choroba, i prowadził dalej kuracyę.
Otóż nieszczęście chciało tego dnia, że maleńka szprycka z głębi flaszeczki wyciągnęła jakąś cząsteczkę nieczystą, której filtr nie wyłowił. Przy ukłóciu ukazała się kropla krwi... jakby na złość tego dnia, na domiar wszystkiego, ukłócie trafiło na żyłę. Zaniepokoił się odrazu, widząc, że szynkarz zbladł, tchnie ciężko i poci się wielkiemi kroplami. Zrozumiał, co się stało, gdy nastąpiła śmierć piorunująca, twarz poczerniała, wargi zsiniały... Było to zakażenie wyraźne i Pascal mógł tylko obwiniać niedokładność swoich preparatów i całą metodę swoją jeszcze w kolebce, w stanie barbarzyństwa będącą. Zapewne, Lafouasse był i tak stracony, byłby może ciągnął jeszcze najwyżej z pół roku wśród cierpień straszliwych, ale zawsze brutalność faktu niemniej była okropna — ta śmierć tak gwałtowna i jakiś żal rozpaczliwy, jakieś nadwerężenie wiary, jaka wściekłość przeciw nauce tak niedostatecznej, niedokładnej i zbrodniczej!.. Powrócił do domu zzieleniały ze strapienia i ukazał się dopiero nazajutrz po szesnastu godzinach zamknięcia w swoim pokoju, gdzie, rzuciwszy się wpoprzek łóżka, leżał bez tchu i bez świadomości prawie.
Tego dnia po południu Klotylda, która szyła obok niego w dużej sali, zdecydowała się przerwać tę ciężką ciszę. Podniosła na niego oczy i przypatrywała się, jak się denerwował, przerzucając jakąś książkę i szukając wyjaśnienia, którego tam nie było.
— Mistrzu, tyś chory... Dlaczego nie powiesz?.. jabym cię pielęgnowała...
Nie ruszając się od owej książki, mruknął tylko głosem głuchym:
— Chory?.. a cóż to ciebie obchodzi?.. Nie potrzebuję niczyjej pomocy...
Z całą łagodnością odezwała się znowu:
— Jeśli masz jakie zmartwienie... gdybyś mi je mógł powierzyć, toby ci ulgę przyniosło... Wczoraj wróciłeś taki smutny!.. Nie trzeba poddawać się tak wrażeniom... Spędziłam noc bardzo niespokojna, trzy razy przychodziłam pod drzwi twoje, trapiona tą myślą, że ty cierpisz może...
Chociaż tak łagodnie i słodko mówiła, słowa te były jakby uderzeniem bicza dla niego. W tym chorobliwym nastroju nerwowym uniósł się nagle wściekłym gniewem, odrzucił książkę i cały drżący zerwał się na nogi.
— Więc mnie szpiegujesz!.. Nie mogę nawet ukryć się we własnym pokoju, żebyś uszów do muru nie przytykała i nie podsłuchiwała mnie!.. Tak!.. słuchacie nawet bicia mego serca!.. czatujecie na śmierć moją, aby tu wszystko zniszczyć i spalić...
I głos jego się podnosił, a całe to cierpienie niesłuszne wydzierało się z niego w skargach i prośbach.
— Zabraniam ci się mną zajmować... Nie masz mi nic innego do powiedzenia?.. Namyśliłaś się?.. Czy możesz już położyć lojalnie rękę swoją na mojej i zapewnić mnie, że jesteśmy w zgodzie?..
Ale ona nie odpowiadała, tylko dalej patrzyła na niego jasnemi oczyma, w których szczerze widać było, że chce jeszcze pozostać panią siebie i nie wiązać się słowem. Jego jednak ten opór do tem większego doprowadził gniewu. W uniesieniu stracił miarę wszelką. Wyrazy mu się na ustach plątały, gestem ją wypędzał z pokoju.
— Idź precz!.. idź precz!.. Nie chcę, abyś zostawała przy mnie!.. nie chcę, żeby wrogi moje mnie otaczali!.. nie chcę, żeby ktokolwiek był przy mnie i mnie do szaleństwa doprowadzał!..
Podniosła się, bardzo blada i wyprostowana odeszła, nie obejrzawszy się nawet, unosząc ze sobą robótkę swoją.
Przez następny miesiąc Pascal próbował szukać ucieczki w zawziętej a bezustannej pracy. Dniami całemi pozostawał sam jeden w sali, a nawet noce tu spędzał, wertując stare dokumenty, celem ostatecznego skrystalizowania swych prac o dziedziczności. Możnaby sądzić, że go ogarnęła jakaś wściekła żądza przekonania się o słuszności nadziei swoich, zmuszenia wiedzy do tego, aby mu dała pewność, że ludzkość może się odrodzić, zdrowsza i potężniejsza. Przestał wychodzić z domu, zaniedbał chorych swoich i żył w papierach tylko bez powietrza, bez ruchu. I po miesiącu takiego przepracowania, które go wyczerpywało, nie kojąc jego cierpień domowych, wpadł w takie wycieńczenie nerwowe, że choroba, od pewnego czasu w zarodku będąca, objawiła się z niepokojącą gwałtownością.
Teraz Pascal, wstając rano, czuł się odrazu bardziej znużonym, bardziej ciężkim i słabym, niż dnia poprzedniego, gdy się kładł do łóżka. Było to ciągłe jakieś i stałe rozprzężenie całej jego istoty: nogi się pod nim gięły po pięciu minutach chodzenia, ciało całe jakieś rozbite po najmniejszym wysiłku, cierpienie jakieś niepokojące za najmniejszym ruchem. Czasami zdawało mu się, że nagle ziemia pod stopami jego trzęsie się i usuwa. Jakiś szum w uszach ciągły ogłuszał go, blaski w oczach zmuszały go do zamykania powiek, jakby pod grozą gradu iskier. Nabrał jakiegoś wstrętu do wina, nie jadł prawie nic, trawił źle. Potem w apatyi tego rozleniwienia wzrastającego ogarniały go nagłe uniesienia gniewu, szały bezużytecznej działalności. Równowaga była całkowicie popsuta, a słabość jego umysłu i woli rzucała go z jednego krańca na drugi, bez żadnej racyi i przyczyny. Od najdrobniejszego wzruszenia oczy jego łzami się przepełniały. W końcu zamknął się w swoim pokoju w porywach takiej rozpaczy, że płakał gorzkiemi łzami godziny całe, bez żadnego bezpośredniego strapienia, jedynie pod ciężarem ogólnego jakiegoś i nieokreślonego smutku rozpaczliwego.
Ale to złe wzrastało; szczególniej po jednej z takich wycieczek do Marsylii, wycieczek starokawalerskich, jakie robił czasami. Być może, że spodziewał się znaleźć tam rozrywkę chwilową, ale silną, w rozpuście, która by mu ulgę przyniosła. Został tylko dwa dni i wrócił jak by spiorunowany, rozszalały niedołęztwem swojem, z twarzą wybladłą i oczyma niepewnemi człowieka, który utracił wiarę w siły męzkości swojej. Był to wstyd, nie dający się wypowiedzieć, obawa, którą wściekłe w próbach usiłowania zamieniły w pewność, co musiało zwiększyć tylko jego dzikość — nieśmiałego kochanka. Nigdy do rzeczy owej nie przywiązywał wielkiej wagi, teraz był przez nią, jakoby opanowany, cały wzburzony, zrozpaczony, rozstrojony tak, że dochodził do myśli o samobójstwie: Nie pomagało wcale i to nawet, że rozumiał dobrze, iż to jest przejściowe, że na dnie tego wszystkiego musi leżeć jakaś przyczyna chorobliwa, pomimo to przecież poczucie nieudolności niemniej go uciskało i przygniatało i wobec kobiet był jak chłopiec zbyt młody, któremu żądza odbiera panowanie nad sobą.
W pierwszym tygodniu grudnia Paskala męczyć zaczęły straszne newralgie. Trzeszczenie kości głowy doprowadzało go do szalonej obawy, że mu czaszka pęknie. Zawiadomiona o tem stara pani Rougonowa zdecydowała się nareszcie pewnego dnia przyjść odwiedzić chorego syna. Ale przedewszystkiem wsunęła się do kuchni, chcąc najprzód wyspowiadać Martynę. Ta ostatnia, przestraszona i mocno zmartwiona, opowiedziała jej, że pan z pewnością, jest blizki waryacyi i jako dowody przytoczyła jego ruchy dziwne, zachowanie się niezwykło, bieganie ciągłe po pokoju, zamykanie na klucz wszystkich szuflad, rewizyje całego domu od góry do dołu, czasem i do godziny drugiej w nocy. Mówiąc to, miała oczy łez pełne i w końcu pozwoliła sobie wypowiedzieć zdanie, że pewno szatan wlazł w ciało pana i że dobrzeby było zawezwać do rady księdza proboszcza od świętego Saturnina.
— Mój Boże, człowiek taki dobry — powtarzała — dla którego możnaby się dać pokrajać na ćwierci!.. Jakież to nieszczęście, że go nie można zaprowadzić do kościoła, co wyleczyłoby go z pewnością niechybnie!..
Ale Klotylda, usłyszawszy głos babki swej, zeszła także na dół. Ona także włóczyła się po wszystkich tych pustych pokojach i żyła po największej części w wielkim salonie parterowym, niezamieszkanym i zwykle nieużywanym. Zresztą, wszedłszy do kuchni, nie odezwała się lecz stanęła i słuchała z właściwą sobie miną refleksyi i oczekiwania.
— A!.. to ty! kochanko!.. Jak się masz! — zawołała pani Felicyta. — Martyna mi powiada, że dyabeł jakiś wlazł w skórę Pascala i męczy go!.. To jest zresztą i moje zdanie, tylko powiem, że ten dyabeł nazywa się pychą. Zdaje mu się, że wie wszystko i że jest zarazem papieżem i cesarzem... i naturalnie, jak się kto nie zgadza z jego zdaniem, to go do rozpaczy doprowadza...
Wzruszyła ramionami, pełna niewypowiedzianej i bezgranicznej wzgardy.
— Co do mnie, śmiałabym się z tego, gdyby to nie było takie smutne... Taki oto człowiek, co to naprawdę nie wie dokładnie nic a nic, który nigdy nie żył, który zawsze siedział tylko głupio w książki swoje zaryty... Postaw go naprzykład w jakim salonie... to zobaczysz... nic a nic... głupiutki, jak nowonarodzone dziecię... A kobiety?.. przecież on i na tem wcale się nie zna...
I, zapominając, do kogo mówi, nie widząc tej służącej i tej panienki, półgłosem, konfidencyonalnie dodała:
— Ha!.. to tak!.. widzisz i za bardzo skromnym być nie trzeba... i to odpokutować człowiek musi... Ani żony, ani kochanki... ani nic!.. Widzisz, to mu nakoniec mózg w głowie przewróciło...
Klotylda nie ruszyła się z miejsca. Tylko powieki zasunęły się powoli na jej duże pełne myśli oczy. Potem znowu podniosła wzrok, lecz zachowała swój spokój zewnętrzny istoty zaciętej, która nie może powiedzieć nic o tem, co się w jej duszy dzieje.
— Jest pewno na górze... nieprawdaż?.. — zaczęła znowu pani Felicyta. — Przyszłam go odwiedzić, bo się to przecież musi raz skończyć... to jest przecież głupstwo nad głupstwami...
I pobiegła żywo na schody; tymczasam Martyna wróciła do swoich rondli, a Klotylda poszła na dalszą wędrówkę po pustych pokojach.
Na górze, w sali, Pascal był jakby ogłupiony, siedząc bezmyślnie nad książką, rozłożoną na stole. Nie mógł już czytać, wyrazy mu uciekały, zacierały się w oczach i znaczenie swoje traciły. Ale upierał się przy swojem i przerażał się śmiertelnie, czując, ze traci nawet swobodę i łatwość pracy, tak dotychczas potężną. A matka, zaraz z miejsca, jak tylko weszła, zaczęła go strofować, wydarła mu książkę z ręki i odrzuciła daleko na inny stół, wołając, że, jeśli kto jest chory, to się leczyć powinien.
On podniósł się z gestem gniewu, gotów ją wypędzić tak, jak wypędził Klotyldę. Potem ostatnim wysiłkiem woli, opanował się i pozostał pełnym szacunku dla niej.
— Moja matko — rzekł — wiesz dobrze, że nigdy z tobą dyskutować nie chciałem... Daj mi pokój.. bardzo cię o to proszę.
Ona nie ustąpiła i zaatakowała go z innej strony, napadając na jego ciągłą nieufność i niechęć. To on sam rozgorączkowywa się, chociażby tylko tem, że mu się zdaje ciągle, iż go jacyś wrogowie osaczają, czekając tylko okazyi, aby go okraść i zniszczyć. Czyż to rozsądny człowiek może sobie tak dopuszczać do głowy, że go ktoś będzie tak zawzięcie prześladował. I znowu zarzuciła mu, że mu się w głowie przewróciło z tym jego jakimś tam wynalazkiem, z tym sławnym eliksirem, co ma wszystkie choroby leczyć!.. To też nic nie warto, jeśli się komuś zdaje, że Panem Bogiem został, a tembardziej w takich razach rozczarowania bywają okrutne. I przytem zrobiła lekką aluzyę do tego Lafoussa, do tego karczmarza, który umarł nagle pod szprycką. Naturalnie, ona doskonale rozumie, że mu to nie może być przyjemne i że od tego istotnie rozchorować się można.
Pascal, powstrzymując się ciągle z oczyma ku ziemi spuszczonemi, powtarzał:
— Moja matko... proszę cię na wszystko... daj mi spokój...
— Aa!.. co mi tam gadasz!.. nie dam ci spokoju!.. — zawołała ze zwykłą zapalczywością, która jej się została pomimo podeszłego wieku. — Umyślnie po to przyszłam, żeby cię trochę rozruszać, żeby cię wyrwać z tej gorączki, która cię zjada... Nie!.. tak dłużej trwać nie może, nie mam wcale ochoty, żebyśmy się stali na nowo pośmiewiskiem całego świata przez te twoje dzikie historye... Musisz się leczyć!..
Wzruszył ramionami i szepnął po cichu, jakby sam do siebie z miną niespokojnego i nieprzekonanego uporu:
— Nie jestem chory.
Ale na to pani Felicyta aż podskoczyła, nie mogąc się powstrzymać.
— Jakto!.. nie jesteś chory!.. ty... nie chory! Doprawdy to tylko lekarz może nie widzieć własnego szaleństwa. Otóż ja ci powiem, że wszyscy ci, którzy cię otaczają i mają do ciebie przystęp, są tem przerażeni: dostajesz po prostu obłędu dumy i strachu!
Tym razem Pascal podniósł żywo głowę i patrzył jej prosto w oczy, a ona tymczasem mówiła dalej:
— Oto jest to, co ci miałam powiedzieć i czego ci nikt inny powiedzieć nie śmiał... Ale nieprawda?.. jesteś pełnoletni i powinieneś wiedzieć, co ci robić należy. Trzeba na to oddziaływać, trzeba myśleć o czem innem, nie dać się owładnąć tej myśli jedynej, tembardziej, jeżeli się należy do takiej rodziny, jak nasza... Ty ją znasz!.. strzeż się i lecz!..
Zbladł znowu i patrzył jej w oczy, jak gdyby chciał zbadać, ile i co mianowicie z niej jest w nim. W końcu odparł:
— Masz racyę, matko, dziękuję ci bardzo..
Potem, gdy został sam. zapadł znowu na krzesło przed biurkiem swojem i chciał na nowo zacząć czytanie. Ale tak samo jak przedtem nie był w stanie skupić o tyle uwagi swojej, aby zrozumieć wyrazy, których litery przed oczyma mu się mąciły. I wyrazy, wymówione przez matkę, szumiały mu w uszach, trwoga, która w nim tkwiła od jakiegoś czasu, wzrastała, ustalała się i obecnie już mu wskazywała niebezpieczeństwo natychmiastowe, stanowczo określone. On, który dwa miesiące temu pysznił się tak tryumfalnie tem, że do rodziny nie należy, czyż ma teraz pozyskać najstraszniejszy do wód, że jest jej nieodrodnym członkiem!..
Czyż będzie musiał dojrzeć odradzającą się w jego własnym szpiku plamę familijną, czyż będzie musiał z tych wyżyn, na jakie się wzniósł, spaść prosto w szpony potwora dziedzicznego!..
Matka powiedziała: stajesz się szaleńcem dumy i strachu. Myśl wszechwładna, pewność rozegzaltowana, że zadaniem jego jest obalić cierpienia, dodać ludziom woli, przetworzyć ludzkość i uczynić ją zdrowszą i silniejszą, to pewno nie jest nic innego, jak tylko początek szaleństwa wielkości... A te obawy jakichś zasadzek, ta potrzeba czatowania na wrogów, których czuł po za sobą, czyhających na jego zgubę... toć to przecież wyraźne początki manii prześladowczej!.. Wszystkie przypadki, jakie się w rasie wydarzyły, do tego jednego ogólnego rodzaju strasznego się zbliżały: szaleństwo w bliskim terminie, paraliż ogólny i śmierć!.
Od tego dnia Pascal był jakby opętany. Stan wycieńczenia nerwowego, do jakiego doprowadził go nadmiar pracy i cierpienia, czynił go teraz bezopornym na to widmo bezustanne szaleństwa i śmierci. Wszystkie chorobliwe wrażenia, jakich doznawał, znużenie straszne zaraz od chwili wstawania, te szumy w uszach, te błyski w oczach, nawet to złe trawienie i te ataki płaczu łączyły się z sobą i były dla niego szeregiem dowodów jasnych, że ten ostateczny rozstrój umysłowy, którym, jak mu się zdawało, był zagrożony, jest bliski. Zatracił on w zupełności dla siebie samego umiejętność doktorską i władzę obserwacyi, dla postawienia dyagnozy, i jeżeli jeszcze w dalszym ciągu rozumował, to z tym jedynie skutkiem, że wszystko przekręcał i wszystko mylił wśród tego moralnego i fizycznego przygnębienia, w jakiem zostawał. Nie miał już władzy nad sobą, był już jakby waryatem w tem przekonywaniu się w każdej chwili, że waryatem zostać musi.
Dni całe tego bladego grudnia zostały zużyte przez niego na takie coraz większe zagłębianie się w tę chorobę swoją.
Co rano chciał się wydrzeć niejako tej manii, która go prześladowała, a jednak codzień pomimo to, zamykał się w głębi sali swojej i na nowo rozpoczynał kręcić się myślą koło jednego i tego samego zawiłego punktu i rozplątywać zasupłany węzeł szałów swoich. Długie studya, jakie odbył nad dziedzicznością, badania te doniosłe, prace, jakich dokonał, teraz zwracały się przeciw niemu i dostarczały mu tylko coraz więcej, coraz potężniejszych i z każdą chwilą odradzających się powodów niepokoju. Na to stałe pytanie, które sobie stawiał, jaki mianowicie jest u niego rodzaj dziedziczności, akta, w szafie nagromadzone, odpowiadały mu mnóstwem najrozmaitszych kombinacyj. Przedstawiały się one w tak wielkiej liczbie, że się teraz gubił pomiędzy niemi. Jeżeli się pomylił, jeżeli nie może się postawić na zewnątrz ich wszystkich, jako szczególny wypadek wrodzoności, to rodzi się kwestya, jaki jest miano wicie ten rodzaj dziedziczności, który się u niego przedstawia? Czy to jest dziedziczność wsteczna z przeskokiem jednej, dwóch, a może i trzech generacyj? Albo znów czy stan jego przypadkiem nie jest objawem dziedziczności bezpośredniej, coby stanowiło jeden więcej dowód na poparcie jego teoryi tkanki zarodowej?..
Albo może należy tu widzieć szczególniejszy wypadek podobieństw nieokreślonych, nagłe ukazanie się w nim jakiegoś nieznanego przodka dawniejszego u schyłku życia?... Od tej chwili nie było już dla niego spokoju. Zapalony żądzą odnalezienia swojego przypadku choroby, rwał się do pracy, przewracał notatki swoje, zagłębiał się w księgi i traktaty. I sam siebie badał i studyował, z każdego najmniejszego wrażenia, jakie od nosił, wyciągając jakieś nowe wnioski, grupując fakty, wedle których mógłby się rządzić i zakwalifikować. W dniach, w których inteligencya jego była bardziej leniwa, w których zdawało się, iż doświadcza wrażeń jakichś widzeń szczególnych, przechylał się w sądzie o sobie na stronę zboczenia nerwowego, po rodzinie odziedziczonego; gdy znowu w inne dni, kiedy myślał, że to go od nóg chwytać zaczyna, gdy się czuł ciężkim i jakichś bólów niezwykłych doznawał, przypuszczał, że ulega wpływowi pośredniemu jakiegoś członka rodziny, z zewnątrz rodu przychodzącego. Wszystko się gmatwało w jego głowie i nie mógł się już zoryentować wśród tych niepokojów imaginacyjnych, które wstrząsały jego organizmem osłabionym. I co wieczór wracała ta sama konkluzya ostateczna, ten sam dźwięk, jakby dzwonu pogrzebowego w jego głowie: dziedziczność, dziedziczność straszna i okrutna, obawa zostania waryatem!
W pierwszych dniach stycznia Klotylda, niechcący, obecna była przy scenie, od której serce jej się gorzko ścisnęło. Siedziała przy jednem z okien wielkiej sali, czytując, ukryta po za wysokiemi plecami starego fotela, gdy wtem spostrzegła Pascala, wychodzącego z głębi pokoju, gdzie od dnia poprzedniego zniknął, zamknąwszy się dla wszystkich. Trzymał on w obu rękach otwarty szeroko przed oczyma wielki arkusz zżółkłego papieru, w którym poznała owo drzewo genealogiczne. Był on tak pochłonięty, z wzrokiem w ten arkusz wlepionym, że mogłaby się pokazać, nie zwracając na siebie jego uwagi. I rozłożył drzewo to na stole i dalej przypatrywał mu się długo z uwagą głęboką, z tem przerażeniem, pytającem, coraz bardziej złamany i jakby błagający, z oczyma, łez pełnemi. Dlaczegóż to jest tak!.. mój Boże!..
Drzewo nie chciało mu odpowiedzieć po jakim przodku dziedziczy chorobę swoją i on nie może zapisać na ćwiartce swojej obok innych tego przypadku, czy rodzaju dziedziczności, jaka się w nim samym objawia. Jeżeli ma zostać wTaryatem, dlaczegóż drzewo genealogiczne, tak starannie opracowane, nie powie mu wyraźnie nic!.. Toby go z pewnością uspokoiło, gdyż sam przekonany był, że cierpienia jego głównie z niepewności pochodzą?.. Ale łzy zasłaniały mu oczy i pomimo to patrzał ciągle, cały się skupiając w tej potrzebie dowiedzenia się, od której rozum jego już się mącić zaczynał. Nagle Klotylda schować się musiała, widząc go, idącego wprost ku wielkiej szafie, którą otworzył na oścież. Chwycił w ręce akta, rzucił je na stół i gorączkowo przeglądać zaczął.
Rozpoczynała się na nowo scena z owej strasznej nocy, podczas burzy straszliwej, galop zmor, defilada tych wszystkich widm, wywołanych, powstających z tej masy papierów i pyłu. W przelocie każdemu z nich rzucał pytanie i prośbę gorącą, żądając, aby mu wskazano początek jego choroby, spodziewając się jednego wyrazu, jednego szeptu, któryby mu pewność dał jakąś. Z początku były to tylko jakieś jęki niewyraźne, potem zaczęły się tworzyć wyrazy zrozumiałe, zaczęły się formować urywki zdań, jasno wypowiedziane.
— Czy to ty?.. czy ty?.. czy ty?.. O!.. matko stara, matko wszystkich nas, czy ty dajesz mi swój szał?.. Czy może ty, wuju alkoholisto... czy to może za twoje, wuju bandyto, zastarzałe pijaństwo ja rozumem swoim mara zapłacić?.. A może to ty... synowcze ataksyku, albo ty, synowcze mistyku, a może ty znowu, siostrzenico idyotko, podasz mi prawdę i wskażesz mi jedną z postaci zboczenia tę samą, na którą ja cierpię?.. A może jeszcze ty, wnuku, coś się powiesił, albo ty, wnuku, który zabijałeś, albo ty, wnuczko, która zdechłaś w zgniliźnie... Może którego z was zgon tragiczny zwiastuje mi moje przeznaczenie, upadek w głębie jakichś jaskiń okrutnych, wstrętny rozkład całej istoty7 mojej?..
I defilada szła dalej; powstawali oni wszyscy i przechodzili przed nim wszyscy, jakby burzą niesieni. Akta ożywiały się, przybierały ciało, popychały się i następowały jedne na drugie w tym biegu szalonym ludzkości cierpiącej.
— Ach... któż mi powie, któż mi to powie, kto mnie nauczy?.. Czy ten, co umarł szalonym, czy ten którego suchoty zabrały, czy może ów, którego paraliż zadusił?.. lub też ten, którego niemoc fizyologiczna w dzieciństwie zabiła?.. U którego z nich zobaczyć mogę tę truciznę, od której ja mam umrzeć?.. Jakaż jest owa trutka?.. histerya, alkoholizm, tuberkuloza czy skrofuły?.. i czemże ja mam zostać: epileptykiem, ataksykiem, czy waryatem?.. Waryat! kto powiedział waryat? Oni wszyscy mówią waryat! waryat!! waryat!!..
Łkania dusiły Pascala. Opuścił głowę stroskaną między akta i płakał rzewnie, długo, dreszczami wstrząsany. I Klotylda dziwnym, prawie religijnym strachem przejęta, czując jakby przebiegającą fatalność, która rządzi rasami ludzkiemi, wysunęła się pocichu, oddech powstrzymując, rozumiała bowiem doskonale, że zawstydziłby się bardzo, gdyby się dowiedział, że ona tu jest.
Nastąpiły długie dni takiego rozstroju. Styczeń był bardzo zimny, ale niebo pozostało w czystości swej wspaniałe, wieczne słońce błyszczało na przeczystem morzu błękitu i w Soulejadzie, okna dużej sali, zwrócone ku południowi, tworzyły niejako oranżeryę, utrzymując w niej rozkoszną łagodność temperatury. Mało nawet palić było trzeba, słońce nie wychodziło z komnaty, obrus złota blady, wśród którego muszki, których zima nie zabiła, latały powoli. Nie było żadnego szmeru, tylko drżały ich skrzydła. Była to jakaś leniwa i roskoszna atmosfera, kącik wiosny, zachowany w tym starym domu.
Tutaj to pewnego ranka Pascal w jakiś czas później, podsłuchał rozmowę, która zwiększyła jego cierpienia. Nie wychodził on już teraz prawie nigdy ze swego pokoju przed śniadaniem i Klotylda przyjęła właśnie w sali doktora Ramonda. Usiedli obok siebie w pełni słońca ożywczego i rozmawiali po cichu.
Ramond był już przedtem dwa razy w tym samym tygodniu. Okoliczności osobiste, konieczność przedewszystkiem ustalenia ostatecznego pozycyi swojej, jako do która w mieście Plassans, zmuszały go do tego, aby dłużej nie zwlekał z ożenieniem i dlatego pragnął uzyskać od Klotyldy jakąś odpowiedź stanowczą. Dwa razy poprzednio ktoś trzeci, obcy, przeszkodził mu mówić. Ponieważ Ramond pragnął mieć ją za żonę z jej własnej woli, postanowił więc rozmówić się wprost i bezpośrednio, z całą otwartością i szczerością. Ich dawna znajomość i jakaś koleżeńska przyjaźń, rozsądek i uczciwość obojga upoważniały go do tego. I właśnie z uśmiechem na ustach, wpatrzony w jej oczy, kończył oświadczyny swoje:\
— Zaręczam pani, panno Klotyldo, że to jest rozwiązanie najrozsądniejsze... Pani wiesz dobrze, że cię kocham oddawna, że mam dla ciebie skarby czułości i szacunek głęboki... Toby może jeszcze nie wystarczyło, ale jest także i to, że się rozumiemy i zgadzamy doskonale i że będziemy ze sobą bardzo szczęśliwi... Jestem tego zupełnie pewny.
Nie spuściła oczu, lecz patrzyła na niego otwarcie i szczerze, również jak on na nią z przyjaznym uśmiechem. Był on istotnie bardzo piękny w całej pełni sił młodości.
— Dlaczego — zapytała — nie żenisz się pan z panną Lévèque, córką adwokata?.. Ona jest odemnie piękniejsza, bogatsza, niż ja... i byłaby istotnie bardzo szczęśliwa z tego... już ja wiem.. Mój drogi, panie doktorze... ja się okropnie boję, że pan wielkie głupstwo robisz, mnie wybierając.
Nie niecierpliwił się i z miną, głębokiego przekonania, rozsądku i determinacyi mówił dalej:
— Bo widzi pani, ja panny Lévèque nie kocham, a panią kocham... Zresztą namyśliłem się i wszystko dobrze rozważyłem i powtarzam pani, że doskonale wiem, co robię. Powiedz pani „tak“... mnie się zdaje, że pani nie masz nic lepszego do zrobienia.
Wtedy spoważniała bardzo i jakiś cień przebiegł po jasnej jej twarzy, cień jej rozmyślań, jej walk wewnętrznych, prawie nieświadomych, które ją od tyłu już dni niemą uczyniły.
— Panie Ramond!.. widzę, że to już zupełnie na seryo... Pozwól-że mi pan nie odpowiadać sobie jeszcze dzisiaj i zostaw mi parę tygodni jeszcze do namysłu.. Mistrz jest istotnie bardzo chory, ja sama jestem mocno zaniepokojona... a sambyś pan nie chciał, żebym się decydowała i została twoją własnością w jakiemś chwilowym podrażnieniu i porywie... Teraz i ja zaręczam panu, że mam dla ciebie bardzo wiele życzliwości... ale byłoby to niedobrze postanawiać coś w tej chwili... dom nasz jest zbyt nieszczęśliwy... No, więc dobrze?.. zgadzasz się pan?.. Obiecuję nie dać panu długo czekać..
I, zmieniając przedmiot rozmowy, dodała:
— Tak... mistrz mnie niepokoi. Chciałam się zobaczyć z panem, powiedzieć ci to... Któregoś dnia zastałam go tu, płaczącego rzewnemi łzami, i dla mnie pewnem jest, że go prześladuje obuwa zostania waryatem... Onegdaj, kiedyś pan z nim rozmawiał, uważałam, że go obserwujesz i badasz... Powiedz mi otwarcie, co myślisz o jego stanie?.. Czy jest jakie niebezpieczeństwo?..
Doktór Ramond żywo odparł:
— Ależ nie!.. Jest przepracowany, rozstrojony... i oto wszystko... Jakim sposobem człowiek takiego rozumu, który się tak wiele zajmował chorobami nerwowemi może się mylić do tego stopnia?.. doprawdy nie rozumiem. To jest istotnie rozpaczliwe, że umysły najjaśniejsze, najpotężniejsze, mają czasem chwile takich odskoków i zamąceń!.. Dla niego właśnie, na tę chorobę jego własny wynalazek zastrzyknięć podskórnych byłby bezwarunkowo zbawienny. Dlaczego on sobie tego nie robi?..
A gdy młoda panienka rozpaczliwym gestem dała mu poznać, że on jej już nie słucha, że nie może nawet odezwać się do niego, dodał:
— No!.. to ja z nim o tem pomówię.
W tej właśnie chwili Pascal wyszedł ze swego pokoju, szmerem rozmowy wyciągnięty. Ale, spostrzegłszy ich oboje tak blisko siebie, tak ożywionych, tak młodych i tak pięknych w jasności słonecznej, jakby w słońce ubranych, zatrzymał się na progu. I oczy mu się rozszerzyły, a wyraz bladej jego twarzy się zmienił.
Ramond wziął za rękę Klotyldę, chcąc ja jeszcze chwilę zatrzymać.
— Więc mam twoje słowo, panno Klotyldo, nieprawdaż?.. Chciałbym, żeby ślub się odbył tego lata... Wiesz, jak bardzo cię kocham... nie dajże mi długo czekać na odpowiedź swoją...
— Bądź pan spokojny — odpowiedziała. — Nim miesiąc upłynie, wszystko będzie skończone.
Pascal, słysząc to, zachwiał się na nogach, jakgdyby mu się w oczach zaćmiło Teraz znowu ten chłopak, przyjaciel, uczeń, włazi do domu jego, aby mu ukraść jego dobro, aby mu zabrać jego szczęście:.. Powinien był przewidywać takie rozwiązanie, a jednak nagła wieść o prawdopodobieństwie tak bliskiem tego małżeństwa, zgnębiła go, jakby jakaś katastrofa niespodziewana, w której życie jego zawalić się musi. I ta istota, którą on urobił, którą uważał za swoją, i ta pójdzie sobie bez żalu żadnego, zostawi go, pozwoli mu zdechnąć samemu w tym kącie, na tym barłogu!.. Jeszcze dnia poprzedniego tyle mu narobiła przykrości, tyle się przez nią nacierpiał, że pytał siebie, czy nie rozstanie się z nią, czy jej nie odeśle do brata, który się o nią ciągle upomina. Już był taki moment jeden, w którym na to był w zupełności zdecydowany dla wspólnego dobra ich obojga. I teraz, nagle, gdy tak brutalnie zastał z tym człowiekiem, usłyszał jak mu dawała obietnicę odpowiedzi prędkiej, gdy pomyślał, że ona pójdzie za mąż, że go niebawem opuści... zdawało mu się, że otrzymał cios w samo serce!..
Wszedł ciężkim krokiem; młodzi ludzie oboje obejrzeli się i, ujrzawszy go, byli jakby zaambarasowani trochę.
— Mistrzu kochany!.. mówiliśmy tu właśnie o tobie — rzekł nareszcie wesoło Ramond. — Tak, spiskowaliśmy, ażeby nic przed tobą nie ukrywać... Mistrzu!.. powiedz, dla czego się nie leczysz.. Nic ci przecież poważnego nie grozi, w tydzień albo dwa staniesz na nogi... ale coś robić trzeba...
Pascal, który osunął się na jakieś krzesło, patrzył na nich, nic nie mówiąc... Zdobył się na tę siłę, że się przezwyciężył i na twarzy jego nie było widać rany, jaka mu serce krwawiła. Z pewnością umrze od tego i nikt na świecie nie będzie wiedział, co go zabiło. Ale ulgą było dla niego módz się gniewać, odmawiając gwałtownie wypicia bodaj jednej szklanki rumianku.
— Leczyć się!?... ja!... na co się to przyda?... Czyż to nie koniec jeszcze z tem głupiem cielskiem mojem!...
Ramond nalegał z uśmiechem człowieka zdrowego, silnego i spokojnego.
— Ale gdzież tam! jesteś od nas młodszych bardziej krzepki, mistrzu!.. Przypadkowe osłabienie.. a przecież sam znalazłeś środek... zastrzyknij sobie eliksiru swego..
Nie mógł mówić dalej, bo mu Pascal przerwał z gwałtownością i uniesieniem niebywałem. Krzyczał, jak szalony: Cóż to chcecie, żebym się zabił, tak jak zabiłem Lafouassa!.. Zastrzykiwanie?.. także wynalazek piękny, którego się on wstydzić powinien, a nie chluby w nim szukać! Przeczył medycynie, przysięgał, że już w życiu nigdy żadnego chorego nie dotknie. Gdy człowiek dochodzi tego, że się staje do niczego niezdolnym, powinien zdychać jak pies!... To jest zawsze najlepiej dla niego samego i dla tych, co go otaczają. Zresztą on sam postara się to zrobić i zrobić jaknajśpieszniej!..
— E!... co tam!... — kończył Ramond, żegnając się, żeby go bardziej nie drażnić — zostawiam ci, mistrzu, Klotyldę i jestem spokojny... Ona to już urządzi, jak się należy!...
Ale tego ranka Pascal doszedł do szczytu swej fizycznej wytrzymałości i wieczorem już musiał położyć się do łóżka i został w niem do następnego wieczoru, nie chcąc nikogo wpuścić do swego pokoju. Naprożno Klotylda, zaniepokojona mocno, pięścią do drzwi kołatać zaczęła, nie odpowiedział ani słowa. Napróżno Martyna sama błagała pana przez dziurkę od klucza, aby jej chociaż odpowiedział, czy czego nie potrzebuje. Cisza panowała grobowa; zdawało się, jakgdyby pokój był pusty zupełnie. Potem rano, trzeciego dnia, gdy młoda dziewczyna prawie niechcący nacisnęła klamkę, drzwi się otworzyły... może już od godzin wielu nie były zamknięte?...
I mogła wejść swobodnie do tego pokoju, w którym noga jej nigdy nie postała. Był to duży pokój, wychodzący na północ i z tego powodu zimny. Zobaczyła w nim tylko łóżko żelazne małe bez firanek, przyrząd do natrysków w jednym rogu, długi stół czarny drewniany, krzeseł parę, na stole, na półkach wzdłuż ścian cała alchemia, moździerze, kociołki, ruszty, maszyny, narzędzia, butle, retorty.
Pascal był ubrany i siedział na skraju łóżka, które widocznie chciał sam posłać, lecz się tym wysiłkiem wyczerpał.
— Mistrzu, pozwól mi pielęgnować cię! — rzekła wzruszona i zalękniona, nie śmiejąc iść dalej i przystąpić bliżej.
Gestem najwyższego znużenia odpowiedział na tę serdeczną propozycyę.
— O!... możesz wejść... nie wybiję cię!... nie mam siły na to dosyć!...
I od tego dnia tolerował ją obok siebie i pozwolił jej usługiwać sobie. Ale miewał jednak swoje kaprysy. Nie chciał, aby wchodziła, gdy leżał w łóżku, jakaś chorobliwa wstydliwość na to mu nie pozwalała i zmuszał ją, żeby mu wtedy przysyłała Martynę. Zresztą w łóżku pozostawał rzadko, zwlekał się z krzesła na krzesło w swej bezsilności i nieudolności do jakiejkolwiek pracy. Choroba uczyniła dalsze jeszcze postępy, doszedł do tego, że nad wszystkiem rozpaczał, wyniszczony migrenami i kurczami żołądka, bezsilny, nie mający dosyć władzy w nogach, żeby mógł, jak mówił, „stawiać jednę nogę przed drugą“, przekonany co rano, że tego samego wieczora będzie nocował w Tulettes, w kaftanie szaleńca skrępowany. Chudł z każdym dniem, miał wyraz twarzy bolesny, tragicznie piękny, pod falami włosów srebrnych, które jednak czesał bardzo starannie — co było jego ostatnią kokieteryą. Chociaż pozwalał zajmować się sobą, jednak stanowczo odrzucał wszelkie lekarstwo, tak dalece popadł w zwątpienie zupełne o medycynie.
Wtedy Klotylda o wszystkiem innem myśleć przestała i o niego jedynie się tylko troszczyła. Od wszystkiego innego się usunęła, zaczęła najprzód chodzić do kościoła tylko na krótkie msze ciche, potem zupełnie nawet zaprzestała bywać w kościele. Było to ofiarowanie całkowite osoby swojej, zapomnienie o sobie samej, po trzeba utworzenia sobie szczęścia przez szczęście innej osoby, i działo się to bezwiednie prawie, jedynie za porywem jej serca kobiecego, wśród tego przesilenia, jakie przechodziła, jakie ją do gruntu zmieniało, bez udziału jej rozumu i rozmysłu. Najprzód milczenie zachowywała co do tego wszystkiego, co ich od siebie dzieliło, ale jeszcze nie przyszło jej na myśl rzucić mu się na szyję, wołając, że do niego chce należeć, że może odżyć, ponieważ ona mu się oddaje. W myśli swojej była ona tylko czułą dziewczyną, pielęgnującą go tak, jakby go pielęgnowała jaka inna poczciwa krewniaczka. I było to nieskończenie czyste, nieskończenie niewinne, ta troskliwość, delikatności pełna, to ciągłe uprzedzanie jego pragnień, to ogarnięcie jedną ideą życia całego, tak, że teraz dni przechodziły szybko i niepostrzeżenie, wolne od troski o to, co jest po za obrębem świadomości ludzkiej, pełne jednego pragnienia: uzdrowienia go.
Ale rzeczywistą walkę stoczyć musiała dopiero wtedy, gdy go namówić chciała, aby robił sobie zastrzykiwania podskórne. Uniósł się gniewem, zaprzeczał wynalazkowi swemu, głupcem i idyotą się nazywał. I ona także głos podniosła. Teraz ona jest tą, która wierzy w jego władzę, która się oburza, widząc to zwątpienie jego w swój własny geniusz. Długo opierał się jej, potem, osłabiony, ulegając wpływowi, jaki na niego wywierała, zrobił, co chciała, aby tylko uniknąć tej serdecznej kłótni, której z nim co rano szukała jakby umyślnie. Od razu, od pierwszych zastrzyknięć doznał znacznej ulgi, chociaż nie chciał tego przyznać wcale. Głowa mu się od tego uścisku uwolniła, siły zaczęły wracać powolutku. Było to dla niej tryumfem. Ją za niego duma przejmowała, podnosić zaczęła pod niebiosa jego wynalazek, buntowała się na to, że on się sam nie podziwia i nie widzi na sobie przykładu cudów, jakie czynić może. On się uśmiechał, zaczynał jaśniej widzieć i rozumieć swój stan. Ramond miał racyę... musi to być po prostu tylko wyczerpanie nerwowe. Być może, że pomimo to wszystko zdoła się z tego wydobyć.
— I to ty mnie tak leczysz, dzieciaku — mówił, nie chcąc jeszcze przyznać nadziei swojej. — Skuteczność lekarstwa, widzisz, zależy bardzo od ręki, która je podaje.
Rekonwalescencya wlokła się powoli, trwała cały miesiąc luty. Pogoda była jasna i zimna, ani jednego dnia słońce nie przestawało zlewać sali falami bladych promieni swoich. I przytem jednak wydarzały się jeszcze powroty tych czarnych smutków jego, godziny, w których chory zapadał na nowo w obawy swoje, i wtedy jego opiekunka stroskana musiała się kryć przed nim na drugim rogu pokoju, aby go obecnością swoją bardziej nie drażnić. Nanowo zwątpił o możności wyzdrowienia swego. Stawał się gorzkim, w ironii swojej zgryźliwym i napastliwym.
W jednym z takich złych dni, Pascal, zbliżywszy się do okna, spostrzegł sąsiada swego, pana Bellombre, profesora emeryta, zajętego oglądaniem drzewek w ogrodzie, dla przekonania się, czy dużo mają zawiązków owocowych. Widok tego starca, tak wyprostowanego i eleganckiego, uosabiającego sobą niejako pyszny spokój egoizmu, starca, którego choroba nigdy zapewne żadna z nóg nie zwaliła, rozdrażnił go do najwyższego stopnia.
— Ach!... — zawołał rozwścieczony — oto mi okaz człowieka, który się nie przepracuje nigdy!.. który się nie zmartwi niczem, chociażby tylko przez pamięć o tem, że zmartwienie zdrowiu zaszkodzić może!..
I wychodząc z tego punktu, rozpoczął szeroki ironiczny penegiryk samolubstwa. Być na świecie samemu, nie mieć ani przyjaciela, ani żony, ani dziecka własnego.. cóż to za szczęście!. Ten skąpiec nieużyty, który przez lat czterdzieści nic więcej nie robił, tylko karał dzieci, i który usunął się od wszystkiego, bez nikogo, bez psa nawet, tylko z ogrodnikiem głuchoniemym, starszym od siebie... czyż on nie przedstawia w swojej osobie największej sumy szczęścia możliwego na ziemi?.. Żadnego ciężaru, żadnego obowiązku, żadnej troski o nic, tylko o swoje zdrowie najdroższe!.... Ten jest mędrcem!... i ten żyć będzie sto lat!...
— Ach!.. ten strach życia!.. stanowczo przyznaję, że niema lepszego tchórzostwa nad to!.. I powiedzieć tu, że ja czasem żałuję, że nie mam dziecka własnego!.. Czyż człowiek ma prawo dawać życie nędzarzom!?.. Trzeba zabijać dziedzictwo złego, zabijać życie!.. Jedyny uczciwy człowiek, jakiego znam!.. patrz!.. to ten podły tchórz stary!..
Pan Bellombre spokojnie pod słońcem marcowem oglądał dalej swoje grusze i jabłonie. Nie pozwalał on sobie ani jednego ruchu zbyt żywego, oszczędzał czerstwej starości. Gdy właśnie spostrzegł jakiś kamyk na środku alei, odtrącił go delikatnie końcem laski a potem przeszedł bez pośpiechu.
— Przypatrz mu się!.. przypatrz!.. Jak on dobrze zakonserwowany!.. jaki piękny!.. jaki wymuskany!.. jaki uśmiechnięty!.. jakby w jego osobie wszystkie błogosławieństwa niebios się spełniły!.. Nie słyszałem nigdy o nikim szczęśliwszym od niego!..
Klotylda, milcząc, cierpiała bardzo nad tą ironią Pascala, w której tyle odgadywała boleści. Ona, która zwykle broniła p. Bellombre, uczuła się zmuszoną zaprotestować przeciw temu. Łzy napełniły jej oczy i odpowiedziała poprostu półgłosem, prawie niedosłyszanym:
— Tak, ale nie jest kochany.
Te wyrazy w jednej chwili powściągnęły bolesną tę scenę. Pascal, jakby zawadziwszy o coś, obejrzał się i popatrzył na nią. Nagłe rozczulenie i jemu łzy do oczu sprowadziło i oddalił się, aby nie płakać.
Jasne dni mijały wśród tych z kolei dobrych i złych godzin. Siły wracały wprawdzie, ale bardzo powoli, i jego do rozpaczy doprowadzało to głównie, że nie może się wziąć na nowo do pracy. Próbował czasami, ale po kilku chwilach, cały w potach, rzucać musiał książkę i pióro. Gdyby się był upierał, byłby z pewnością zemdlał. Dopóty, dopóki nie będzie chciał pracować, rekonwalescencya będzie się wlokła powoli. Jednakże na nowo interesować go zaczęły jego dawne badania, odczytywał ostatnie kartki, jakie napisał, i z tem rozbudzeniem się w nim dawnej istoty uczonego, ukazywać się zaczęły na nowo dawne niepokoje. Na chwilę zapadł w taką jakąś bezwładność umysłową, że dom cały przestał istnieć dla niego: możnaby go było zetrzeć na proch, wszystko mu zabrać, wszystko zniszczyć, a nie miałby nawet pojęcia o klęsce. Teraz znowu zaczął się bać zasadzek i walk, co chwila macał się po kieszeniach, aby się przekonać czy mu klucza od szafy nie skradziono.
Ale pewnego ranka, gdy się w łóżku zależał zbyt długo i wyszedł ze swego pokoju dopiero koło godziny jedenastej, spostrzegł Klotyldę w sali, zajętą bardzo spokojnie malowaniem pastelami bardzo dokładnie gałązki drzewa migdałowego w kwiecie. Podniosła na niego oczy uśmiechnięte i, biorąc w rękę klucz, który przy niej leżał na pulpicie, chciała mu go podać:
— Proszę cię, mistrzu!..
Zdziwiony, nie rozumiejąc jeszcze, przyglądał się przedmiotowi, który mu podawała.
— Co takiego?..
To klucz od twojej szafy, który wypadł ci widać z kieszeni i który znalazłam tu dziś rano.
Wtedy Pascal dopiero wziął klucz z nadzwyczajnem wzruszeniem Patrzył to na klucz, to na Klotyldę. Więc się to nareszcie skończyło?.. Już ona go nie będzie prześladowała, nie będzie się starała okraść go, spalić jego akta! I, widząc ją ciągle uśmiechniętą, także bardzo wzruszoną, doznał wielkiej radości w sercu swojem.
Chwycił ją w ramiona i ucałował.
— Ach!.. córeczko... żebyśmy też mogli nie być tak bardzo nieszczęśliwi!
Potem otworzył jednę z szuflad swego stołu i rzucił w nią klucz tak, jak to dawniej bywało. Od tej chwili Pascal odzyskał siły i rekonwalescencya postępować zaczęła szybciej. Możliwe wprawdzie były jeszcze powrotne nowe ataki, gdyż był istotnie głęboko wstrząśnięty na całym organizmie, ale już mógł pisywać, dni stawały się mniej ciężkie, słońce jakoś też już siły nabrało i gorąco bywało w sali tak silne, że trzeba było do połowy zamykać okiennice. Przyjmować nie chciał nikogo, zaledwie obecność Martyny tolerował, matce, gdy czasami przychodziła dowiadywać się o jego zdrowie, kazał mówić, że śpi. I zadowolonym był tylko w tej rozkosznej samotności, pielęgnowany, przez tę, która wczoraj jeszcze była wrogiem i buntownikiem, dziś jest uczennicą, posłuszną. Długie milczenia panowały pomiędzy nimi i mimo to byli swobodni ze sobą. Rozmyślali, marzyli sami, ze skarbami słodyczy w sercach.
Jednakże pewnego dnia Pascal stał się jakoś niezwykle poważnym. Teraz przekonany był, że przyczyna jego choroby była czysto przypadkowa i że sprawa dziedziczności nic nie ma do tego. Niemniej jednak to go jakoś pokornym czyniło.
— Mój Boże!.. — szeptał — jaką to człowiek jest małostką drobną!.. Ja oto!.. który się uważałem za tak silnego, który tak byłem dumny swoim rozsądkiem zdrowym!.. I oto trochę zmartwienia i trochę zmęczenia o mało mnie do szału nie doprowadziły!.
Zamilkł. Myślał coś głęboko. Oczy mu się rozjaśniły, widać przezwyciężać się zaczął ostatecznie. Nareszcie po pewnej chwili, stanowczo się przemagając, rzekł poważnie:
— Jeżeli teraz jestem już zdrów, to mi to jest bardzo przyjemnie, mianowicie dla ciebie.
Klotylda, nie rozumiejąc na razie, podniosła na niego oczy.
— Dlaczegóż to dla mnie?..
— Naturalnie... z powodu małżeństwa twego... Teraz będzie można oznaczyć datę stanowczą.
na jakby oszołomiona została tem przypomnieniem.
— Ach!, prawda... moje zamążpójście!..
— Jakże myślisz, możebyśmy tak odrazu wybrali i postanowili... co?.. drugi tydzień miesiąca czerwca... nie podoba ci się?..
— Owszem, dobrze, drugi tydzień miesiąca czerwca, to będzie doskonale.
Zamilkli jakoś oboje. Ona wlepiła oczy w jakąś robótkę, którą w rękach trzymała, gdy tymczasem on, zapatrzywszy się w dal, stał nieruchomy z powagą głęboką na twarzy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.