Cyrulik Sewilski/Akt IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Beaumarchais
Tytuł Cyrulik Sewilski
Data wydania 1932
Wydawnictwo Bibljoteka Boya
Drukarz Drukarnia Zakł. Wydawn. M. Arct S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT IV
Na scenie panuje mrok.
Scena I
BARTOLO, DON BAZYLJO, z papierową latarnią w ręku.

BARTOLO. Jakto, Bazyljo, ty go wcale nie znasz? Czy to możliwe?
BAZYLJO. Choćbyś mnie pan pytał tysiąc razy, zawsze odpowiem jedno i to samo. Jeżeli panu oddał list Rozyny, z pewnością jestto jeden z wysłańców hrabiego. Ale, sądząc po wspaniałym datku który mi wręczył, możebne że to i sam hrabia.
BARTOLO. Skądże znowu! Ale, skoro mowa o datku, dlaczegoż przyjąłeś?
BAZYLJO. Wydawało się że pan jesteś w zmowie, nie rozumiałem nic, w przypadkach zaś trudnych do osądzenia, sakiewka pełna złota wydaje mi się argumentem bez repliki. A potem, jak powiada przysłowie, bierz Michale...
BARTOLO. Rozumiem, co Bóg...
BAZYLJO. Co kto daje.
BARTOLO. Ha, ha!
BAZYLJO. A tak; ułożyłem tak parę przysłów z małemi warjacjami; ale przejdźmy do rzeczy: co pan postanowiłeś?
BARTOLO. Na mojem miejscu, Bazyljo, czy nie uczyniłbyś wszystkiego co możebne, aby ją posiadać?
BAZYLJO. Dalibóg, nie, doktorze. We wszelkim rodzaju dóbr, posiadać, to jeszcze mało; używać czegoś, to dopiero czyni szczęśliwym; otóż, mojem zdaniem, zaślubić kobietę wbrew jej skłonności, znaczy, narażać się...
BARTOLO. Obawiałbyś się wypadeczku?
BAZYLJO. He, he, kochany doktorze, wielki na nie urodzaj w tym roku. Wolałbym nie zadawać gwałtu młodemu serduszku.
BARTOLO. Uniżony sługa, mój Bazylciu. Wolę, z dwojga złego, aby ona płakała że mnie ma, niż żebym ja umarł z tego że jej nie mam.
BAZYLJO. A, chodzi o życie! Żeń się tedy, doktorze, żeń się.
BARTOLO. Tak też uczynię, i jeszcze tej nocy.
BAZYLJO. Dowidzenia zatem. Pamiętaj tylko, mówiąc z Rozyną, uczernić ich wszystkich gorzej djabłów.
BARTOLO. Masz słuszność.
BAZYLJO. Oszczerstwo, doktorze, tylko oszczerstwo. Zawsze trzeba skończyć na tem jednem.
BARTOLO. Oto list Rozyny: oddał mi go ten Alonzo, i wskazał mimowoli, jak go należy użyć.
BAZYLJO. Dowidzenia: będziemy tu wszyscy o czwartej.
BARTOLO. Czemu nie wcześniej?
BAZYLJO. Niepodobna; rejent zajęty.
BARTOLO. Małżeństwo?
BAZYLJO. Tak; u cyrulika Figaro; wydaje zamąż bratanicę.
BARTOLO. Bratanicę? Nie ma żadnej.
BAZYLJO. Tak powiedziano rejentowi.
BARTOLO. Hultaj należy do spisku; cóż u djaska!
BAZYLJO. Czyżbyś pan myślał?...
BARTOLO. Na honor, ci ludzie są tak obrotni! Tak, przyjacielu, nie jestem spokojny. Wracaj do rejenta i sprowadź go natychmiast.
BAZYLJO. Deszcz leje, czas w istocie djabelski, ale nic mnie nie wstrzyma, gdy chodzi o to by panu usłużyć. Co pan robi?
BARTOLO. Odprowadzam cię; czyż nie ochwacili mi całej służby rękami tego przeklętego Figara! Jestem sam.
BAZYLJO. Mam latarnię.
BARTOLO. Weź, Bazyljo, ten klucz, czekam na ciebie, czuwam; ktobądźby przyszedł, poza rejentem i tobą, nie dostanie się do domu.
BAZYLJO. Przy takich ostrożnościach, może pan być pewny sprawy.

Scena II
ROZYNA, sama, wychodzi ze swego pokoju.

Zdawało mi się, że ktoś rozmawia. Północ już biła, Lindora niema! Ten straszny czas był właśnie pomyślny dla jego zamiarów. Mając pewność, że nie spotka nikogo... Ach! Lindorze! jeżeli ty mnie zwiodłeś!... Co za szelest?... Boże, to opiekun. Wracajmy.

Scena III
ROZYNA, BARTOLO.

BARTOLO, ze światłem w ręku. A, Rozyno, skoro jeszcze nie śpisz...
ROZYNA. Właśnie się kładę.
BARTOLO. Czas jest tak straszny, że nie usnęłabyś z pewnością, a mamy do pomówienia o rzeczach bardzo naglących.
ROZYNA. Czegóż pan sobie życzy? Nie dosyć znęcać się nademną cały dzień?
BARTOLO. Rozyno, słuchaj.
ROZYNA. Jutro.
BARTOLO. Chwileczkę, jeśli łaska.
ROZYNA, na stronie. Gdyby on nadszedł!
BARTOLO, pokazuje jej własny list. Znasz ten list?
ROZYNA, poznając. Och! wielkie nieba!
BARTOLO. Nie mam zamiaru, Rozyno, czynić ci wymówek: w twoim wieku można się zapomnieć; ale jestem twoim przyjacielem, posłuchaj.
ROZYNA. Tchu mi brak.
BARTOLO. Ten list, który pisałaś do hrabiego Almawiwy...
ROZYNA, zdumiona. Do hrabiego Almawiwy!...
BARTOLO. Widzisz, jaki to niegodziwy człowiek, ten hrabia: skoro otrzymał list, natychmiast pośpieszył otrąbić swoje zwycięstwo: mam go od kobiety, której hrabia uczynił ofiarę z tego listu.
ROZYNA. Hrabia Almawiwa!...
BARTOLO. Trudno ci się oswoić z tą niegodziwością. Niedoświadczenie, Rozyno, czyni płeć twoją ufną i łatwowierną; otóż, dowiedz się, w jaką pułapkę chciano cię zwabić. Ta kobieta kazała mnie przestrzec o wszystkiem, prawdopodobnie aby oddalić niebezpieczną rywalkę. Drżę cały jeszcze! najohydniejszy spisek między Almawiwą, Figarem i Alonzem (to ów mniemany uczeń don Bazylja, w istocie zaś nosi inne imię i jest jedynie podłym stręczycielem hrabiego) miał cię wciągnąć w przepaść, z której nicby cię nie zdołało ocalić.
ROZYNA, ze zgrozą. Cóż za ohyda!... jakto, Lindor?... ten młody człowiek...
BARTOLO, na stronie. A, to Lindor.
ROZYNA. Dla hrabiego Almawiwy, dla innego...
BARTOLO. Oto, co mi powiedziano, oddając list.
ROZYNA, wzburzona. A, cóż za nikczemność!... ale będzie ukarany. Doktorze, wszak miałeś zamiar mnie zaślubić?
BARTOLO. Wiesz, jak żywe przywiązanie...
ROZYNA. Jeśli zdołało przetrwać, gotowam zostać pańską żoną.
BARTOLO. Dobrze więc; rejent przyjdzie jeszcze tej nocy.
ROZYNA. To nie wszystko; o nieba, czyż można zaznać więcej upokorzenia!... Dowiedz się pan, że, za chwilę, ten niegodziwy ośmieli się wejść przez żaluzję, od której zdołali wykraść kluczyk.
BARTOLO, oglądając klucze. Ha, zbrodniarze!... Moje dziecko, nie opuszczę cię już ani na chwilę.
ROZYNA, ze zgrozą. Och, panie, a jeśli są uzbrojeni?
BARTOLO. Masz słuszność; postradałbym owoc zemsty. Idź do Marceliny: zamknij się na dwa spusty. Pójdę po siłę zbrojną i będę czekał pod domem. Przytrzymawszy panicza jako złodzieja, za jednym zamachem będziemy mieli przyjemność pomścić się i pozbyć się go zarazem! I bądź pewna, że miłość moja nagrodzi ci...
ROZYNA, w rozpaczy. Zapomnij pan tylko o mym błędzie. (Na stronie). Ha, dosyć się sama ukarałam!
BARTOLO, odchodząc. Chodźmy się zaczaić. Wreszcie złapałem ptaszka (wychodzi).

Scena IV
ROZYNA, sama.

Miłość jego nagrodzi mi... Nieszczęśliwa! (Wydobywa chustkę i rozpływa się we łzach). Co czynić?... On tu przyjdzie. Chcę zapanować nad sobą i czekać tu przybycia Lindora, aby przyjrzeć się przez chwilę jego całej ohydzie. Nikczemność jego postępku będzie mą ochroną... Och, bardzo mi jej potrzeba. Ta szlachetna postawa! to słodkie oblicze! głos tak tkliwy!... i, mimo to, jest jedynie haniebnem narzędziem uwodziciela! Och, nieszczęśliwa! nieszczęśliwa... Nieba, otwierają żaluzję. (Pierzcha).

Scena V
HRABIA, FIGARO, otulony płaszczem, ukazuje się w oknie.

FIGARO, mówi na zewnątrz. Ktoś uciekł; mam wejść?
HRABIA, z zewnątrz. Mężczyzna?
FIGARO. Nie.
HRABIA. To Rozyna; twoja przeraźliwa postać przyprawiła ją o ucieczkę.
FIGARO skacze do pokoju. Dalibóg, i ja tak myślę... Dotarliśmy tedy, mimo deszczu, piorunów i błyskawic.
HRABIA, owinięty w długi płaszcz. Podaj mi rękę. (Skacze również do pokoju). Przy nas zwycięstwo!
FIGARO, odrzuca płaszcz. Przemokliśmy do nitki. Wspaniały czas na romantyczne wyprawy! Jakże się Waszej Dostojności wydaje ta noc?
HRABIA. Cudowna dla kochanka.
FIGARO. Tak, ale dla powiernika?... A gdyby ktoś nas tu przychwycił?
HRARIA. Czyż nie jesteś ze mną? Co innego mnie niepokoi: czy nam się uda skłonić ją do bezzwłocznego opuszczenia domu.
FIGARO. Masz pan za sobą trzy namiętności, z których każda wszechpotężną jest u płci pięknej: miłość, nienawiść i obawę.
HRABIA rozgląda się w ciemności. W jaki sposób oznajmić tak nagle, że rejent czeka u ciebie aby nas połączyć? Zamiar mój wyda się jej nazbyt śmiały. Gotowa mnie nazwać zuchwalcem.
FIGARO. Skoro ona nazwie pana zuchwalcem, pan nazwiesz ją okrutną. Kobiety bardzo lubią miano „okrutnych“. Zresztą, jeżeli miłość jej jest taka jak pan pragnie, powiesz kto jesteś; wówczas nie będzie mogła wątpić o pańskich uczuciach.

Scena VI
HRABIA, ROZYNA, FIGARO.

(Figaro zapala wszystkie świece stojące na stole).
HRABIA. Oto ona! — Urocza Rozyno...
ROZYNA, bardzo sztywno. Zaczynałam się już obawiać, że pan nie przybędzie.
HRABIA. Czarujący niepokój!... Pani, nie godzi mi się nadużywać okoliczności i prosić cię byś zechciała podzielić los biednego nieboraka; ale, jakiekolwiek schronienie zechcesz wybrać, przysięgam na mą cześć...
ROZYNA. Panie, gdyby dar ręki nie miał iść w parze z darem mego serca, nie znajdowałbyś się tutaj. Niechaj konieczność usprawiedliwi w pańskich oczach to, co w tym postępku sprzeczne jest ze skromnością płci mojej.
HRABIA. Ty, Rozyno! towarzyszką biedaka bez majątku, bez urodzenia!...
ROZYNA. Urodzenie, majątek! Nie mówmy o tych igraszkach trafu; jeśli upewniasz mnie, że zamiary twoje są czyste...
HRABIA, u jej nóg. Ach, Rozyno, ubóstwiam cię!...
ROZYNA, oburzona. Wstrzymaj się, nieszczęsny!... ty śmiesz bezcześcić!... Ty mnie ubóstwiasz!... Precz! nie jesteś już dla mnie niebezpieczny; czekałam tego słowa, aby cię znienawidzić. Ale, nim cię wydam na pastwę wyrzutom, które cię czekają (z płaczem), dowiedz się, że cię kochałam; dowiedz się, że pokładałam szczęście w tem, aby dzielić twą złą dolę. Nikczemny Lindorze! miałam wszystko rzucić, aby iść za tobą; ale podły sposób, w jaki wyzyskałeś mą sympatję, niegodziwość tego szkaradnego hrabiego Almawiwy któremu mnie sprzedałeś, sprawiły, iż ten dowód mej słabości wrócił w moje ręce. Znasz ten list?
HRABIA, żywo. Masz go od opiekuna?
ROZYNA, dumnie. Tak, jemu zawdzięczam ocalenie.
HRABIA. Nieba! jakżem szczęśliwy! On ma go ode mnie. Wczoraj, w zakłopotaniu, posłużyłem się tym listem, aby się wedrzeć w jego zaufanie, i nie mogłem znaleźć chwili aby cię uprzedzić o tem. Ach, Rozyno! więc to prawda, ty mnie kochasz!
FIGARO Wasza Dostojność, szukałeś pan kobiety, któraby cię kochała dla ciebie samego...
ROZYNA. Wasza Dostojność! co on mówi?
HRABIA, odrzucając obszerny płaszcz, ukazuje się we wspaniałych szatach. O najukochańsza z kobiet! nie czas zwodzić cię dłużej; szczęsny śmiertelnik, którego masz u stóp, to nie Lindor; to hrabia Almawiwa, który umiera z miłości i szuka cię próżno od pół roku.
ROZYNA osuwa się w ramiona hrabiego. Ach!
HRABIA, przestraszony. Figaro?
FIGARO. Niech się Excelencja nie obawia; tak słodkie wzruszenie nie pociągnęło nigdy za sobą przykrych następstw; o, już przychodzi do siebie. Tam do kata; jaka śliczna!
ROZYNA. Ach, Lindorze!... Ach, panie, jakże zawiniłam: miałam jeszcze tej nocy oddać rękę opiekunowi.
HRABIA. Ty, Rozyno?
ROZYNA. Miej na względzie karę, która mnie czekała: strawiłabym życie nienawidząc cię! Ach, Lindorze, możeż być większa katusza, niż nienawidzić, kiedy się jest stworzoną do kochania?
FIGARO, spogląda przez okno. Wasza Dostojność, zatrzask zamknięty, drabinka znikła.
HRABIA. Znikła?
ROZYNA, zmięszana. Tak, to ja... to doktór. Oto owoc mej łatwowierności. Oszukał mnie. Wszystko wyznałam, zdradziłam: wie, że pan jest tutaj i przybędzie z siłą zbrojną.
FIGARO, wygląda jeszcze. Wasza Dostojność, otwierają bramę.
ROZYNA, chroniąc się z przestrachem w ramiona hrabiego. Ach, Lindorze!...
HRABIA, z mocą. Rozyno, ty mnie kochasz! Nie lękam się nikogo; będziesz mą żoną. Będę zatem miał rozkosz skarać wstrętnego starca!...
ROZYNA. Nie, nie, łaski dla niego, drogi Lindorze. Serce moje jest tak pełne, że nie ma w niem miejsca na zemstę.


Scena VII
REJENT, DON BAZYLJO, HRABIA, ROZYNA, FIGARO.

FIGARO. Excelencjo, to nasz rejent.
HRABIA. I przyjaciel Bazyljo z nim!
BAZYLJO. Ha! co widzę!
FIGARO. I jakimi trafem, drogi przyjacielu...
BAZYLJO. Jakimż przypadkiem, panowie?...
REJENT. Czy to jest młoda para?
HRABIA. Tak, panie. Miałeś pan połączyć tej nocy senorę Rozynę i mnie u cyrulika Figaro; ale woleliśmy wybrać ten dom, z przyczyn które wyjaśnimy później. Ma pan kontrakt?
REJENT. Mam zaszczyt tedy mówić z Jego Excelencją panem hrabią Almawiwa?
FIGARO. Właśnie.
BAZYLJO, na stronie. Jeżeli poto dał mi klucz od bramy...
REJENT. Mam bowiem tutaj dwa kontrakty, Excelencjo; nie mięszajmy: oto pański; a oto kontrakt szanownego pana Bartolo z senorą... Rozyną również? chodzi zapewne o dwie siostry, które noszą to samo imię?
HRABIA. Podpiszmy, w każdym razie. Don Bazyljo zechce posłużyć za drugiego świadka.
BAZYLJO. Ależ, Excelencjo, nie rozumiem...
HRABIA. Mój dobry Bazyljo, lada drobnostka wprawia cię w zakłopotanie i wszystko cię dziwi.
BAZYLJO. Wasza Dostojność... ale, jeżeli doktór...
HRABIA, rzucając mu sakiewkę. Nie róbże dziecka! Podpisz, a prędko.
BAZYLJO, zdumiony. A!... A!...
FIGARO. W czemże widzisz trudności?
BAZYLJO, ważąc sakiewkę. Teraz już w niczem; ale bo u mnie, skoro raz dałem słowo, trzeba motywów wielkiej wagi... (podpisuje).


Scena VIII
BARTOLO, ALKAD, GWARDZIŚCI, SŁUŻBA z pochodniami, BAZYLJO, HRABIA, ROZYNA, FIGARO.

BARTOLO, widzi hrabiego, jak całuje w rękę Rozynę, i Figara, który pociesznie ściska Bazylja; wydaje krzyk i skacze rejentowi do gardła. Rozyna z tymi opryszkami! Aresztujcie wszystkich. Jednego trzymam za kołnierz.
REJENT. To pański rejent.
BAZYLJO. To pański rejent. Czy pan żarty stroi?
BARTOLO. Ha, don Bazyljo! jakimż cudem jesteś tutaj?
BAZYLJO. To ja raczej pytam, jakim cudem pana tu niema?
ALKAD, wskazując Figara. Proszę chwilę zaczekać: znam go. Co robisz w tym domu o tak nieprzystojnej godzinie?
FIGARO. Nieprzystojna godzina? toć pan widzi, że jest równie blisko poranka jak wieczoru. Zresztą, należę do orszaku Jego Excelencji hrabiego Almawiwa.
BARTOLO. Almawiwa!
ALKAD. Więc to nie złodzieje?
BARTOLO. Zostawmy to. Wszędzie indziej, panie hrabio, jestem sługą Waszej Excelencji; ale czuje pan zapewne, iż wyższość stanowiska nie może mieć tutaj znaczenia. Escelencjo, jeśli łaska, proszę się oddalić.
HRABIA. Tak, stanowisko jest tutaj bez siły; ale co ma siłę, to skłonność pani, która daje mi w jej oczach pierwszeństwo nad panem, a której składa oto dowód, oddając mi rękę dobrowolnie.
BARTOLO. Co on mówi, Rozyno?
ROZYNA. Mówi prawdę. Skąd pańskie zdumienie? Nie miałamż być, jeszcze tej nocy, pomszczoną za oszusta? Tak się też stało.
BAZYLJO. A co, nie mówiłem, doktorze, że to musi być sam hrabia?
BARTOLO. Co mnie to obchodzi? Ładne małżeństwo! Gdzież świadkowie?
REJENT. Pod tym względem, wszystko jest w porządku. Kontrakt podpisali ci dwaj panowie.
BARTOLO. Jakto, Bazyljo!... podpisałeś?
BAZYLJO. Cóż pan chce? ten djabeł nie człowiek ma zawsze kieszenie pełne nieodpartych argumentów.
BARTOLO. Drwię sobie z jego argumentów. Użyję swojej władzy.
HRABIA. Nadużywając jej, straciłeś do niej prawo.
BARTOLO. Dziewczyna jest małoletnia.
FIGARO. Upełnoletniła się właśnie.
BARTOLO. Kto ciebie pyta, obwiesiu?
HRABIA. Panienka jest piękna, szlachetnego rodu, ja jestem również szlachcic, młody i bogaty; jest moją żoną: wobec tego tytułu, który jest dla nas obojga jednako zaszczytny, któż mi się ośmieli jej zaprzeczać?
BARTOLO. Nigdy nie wypuszczę jej z rąk.
HRABIA. Nie jest już w pańskiej mocy. Oddaję ją pod opiekę praw; ten pan, którego sam tu sprowadziłeś, ochroni ją przeciw gwałtowi, jaki jej pragniesz zadać. Prawdziwy sędzia jest obroną wszystkich uciśnionych.
ALKAD. Z pewnością. I ten bezużyteczny opór wobec najbardziej chlubnego związku, wskazuje dostatecznie na jego lęk o zły zarząd mieniem pupilki, z którego będzie musiał zdać sprawę.
HRABIA. Ach, niech się zgodzi na małżeństwo, a niczego nie żądam.
FIGARO. Prócz pokwitowania z moich stu talarów; nie traćmy głowy.
BARTOLO, z wściekłością. Wszyscy spiknęli się przeciw mnie... wpakowałem głowę w gniazdo os!
BAZYLJO. Cóż za gniazdo os? Skoro nie możesz mieć żony, zważ, doktorze, zostają ci pieniądze, no, tak, zostają.
BARTOLO. Ech! daj mi pokój, Bazyljo! Tobie w głowie jedynie pieniądze. Dużo dbam o pieniądze! Dobrze więc, przyjmuję; ale czy myślicie, że to mnie skłania? (podpisuje).
FIGARO, śmiejąc się. Ha, ha, ha! panie hrabio! ci się dobrali w korcu maku!
REJENT. Ależ, panowie, ja nic a nic nie rozumiem. Czy nie chodzi tu o dwie panienki, noszące toż samo imię?
FIGARO. Nie, panie, obie są jedną i tą samą.
BARTOLO, w rozpaczy. I to ja uprzątnąłem drabinę, aby małżeństwo tem pewniej mogło się odbyć! Ach, sam się zgubiłem z braku przezorności.
FIGARO. Z braku zdrowego rozumu. Ale, powiedzmy otwarcie, doktorze: kiedy młodość i miłość podadzą sobie ręce aby oszukać starca, wszystko co uczyni aby temu przeszkodzić, można słusznie nazwać Daremną przezornością.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pierre Beaumarchais i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.