Cyrulik Sewilski/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Beaumarchais
Tytuł Cyrulik Sewilski
Data wydania 1932
Wydawnictwo Bibljoteka Boya
Drukarz Drukarnia Zakł. Wydawn. M. Arct S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT III
Scena I
BARTOLO, sam, pogrążony w rozpaczy.

Cóż za humory! cóż za humory! Zdawała się już spokojna... Ot, niech mi kto powie, co jej wpadło do głowy, że nie chce już nauki don Bazylja! Wie, że on krząta się koło mego małżeństwa... (Pukanie do drzwi). Róbże, człowieku, co chcesz, aby spodobać się kobiecie; jeśli opuścisz jeden punkcik, ale to jeden jedyny... (Ponowne pukanie). Zobaczmyż, kto to taki.

Scena II
BARTOLO, HRABIA, w stroju studenta.

HRABIA. Niech spokój i wesele mieszkają zawsze w tym domu!
BARTOLO, szorstko. Nigdy życzenie nie zjawiło się bardziej w porę. Czego pan tutaj szuka?
HRABIA. Panie, jestem Alonzo, bakałarz, licencjat...
BARTOLO. Nie trzeba mi preceptora.
HRABIA....Wychowanek don Bazylja, organisty, który ma zaszczyt uczyć muzyki pańską...
BARTOLO. Bazyljo! organista! który ma zaszczyt!... Wiem to wszystko; do rzeczy.
HRABIA, na stronie. Cóż za człowiek! (Głośno). Nagła słabość, która zmusiła go zostać w łóżku...
BARTOLO. W łóżku! Bazyljo! Dobrze, że mnie zawiadomił; idę natychmiast.
HRABIA, na stronie. Tam do licha! (Głośno). Mówiąc: w łóżku, panie doktorze, miałem na myśli: w pokoju.
BARTOLO. Choćby tylko chodziło o lekką niedyspozycję: maszeruj naprzód, idę za tobą.
HRABIA, zakłopotany. Panie, miałem zlecenie... Czy nikt nie może usłyszeć?
BARTOLO, na stronie. To jakiś hultaj. (Głośno). Ech, nie, mości dyplomato! mów bez obaw, jeśli potrafisz.
HRABIA na stronie. Przeklęty staruch. (Głośno). Don Bazyljo polecił mi uwiadomić.
BARTOLO. Mów głośniej, niedosłyszę na jedno ucho.
HRABIA, podnosząc głos. Och, najchętniej... Że hrabia Almawiwa, który zamieszkał na rynku w tem mieście...
BARTOLO, przestraszony. Cicho, mów cicho...
HRABIA, głośniej. ...Wyprowadził się dziś rano. Ponieważ to przeze mnie don Bazyljo dowiedział się, że hrabia Almawiwa...
BARTOLO. Ciszej, ciszej, proszę cię.
HRABIA, tym samym tonem. ...bawi w tem mieście, jak również ja odkryłem, że senora Rozyna pisała doń...
BARTOLO. Pisała doń? Drogi przyjacielu, ciszej, zaklinam! Ot, siądźmy tu i pogwarzmy po przyjacielsku. Odkryłeś tedy, powiadasz, że Rozyna...
HRABIA, z dumą. Rozumie się. Bazyljo, zaniepokojony o pańskie sprawy, prosił mnie, bym panu pokazał list; ale sposób, w jaki pan przyjmuje...
BARTOLO. Ech, Boże! przyjmuję jak najlepiej. Ale czy może pan mówić ciszej?
HRABIA. Nie dosłyszy pan na jedno ucho, mówiłeś.
BARTOLO. Daruj, daruj, mości Alonzo, jeśli wydałem ci się nieufny i twardy; ale jestem tak otoczony intrygantami, pułapkami... a przytem twoja postawa, wiek, mina... Daruj, daruj. Więc cóż? masz list?
HRABIA. Doskonale! Skoro mówimy z tego tonu... Ale obawiam się, czy kto nie podsłuchuje.
BARTOLO. Któżby? Cała służba ochwacona! Rozyna, wściekła, zamknęła się! Jakaś czart wszedł do mego domu. Upewnię się jeszcze raz... (Otwiera ostrożnie drzwi do Rozyny).
HRABIA, na stronie. Wpakowałem się samochcąc! Utaić teraz list! trzeba się będzie wynosić: toby znaczyło tyle, co nie wejść tu wcale... Pokazać!... Jeśli zdołam uprzedzić Rozynę, pokazać list byłoby mistrzowską sztuką.
BARTOLO wraca, stąpając na palcach. Siedzi przy oknie, plecami do drzwi; czyta list krewniaka, który wprzód otwarłem... Zobaczmyż jej pisanie.
HRABIA, oddając mu list Rozyny. Oto jest. (Na stronie). To mój list odczytuje w tej chwili!
BARTOLO czyta. „Od czasu jak mi zwierzyłeś swe imię i stan...“ Ha! żmija! jej pismo.
HRABIA, przestraszony. Panie! ciszej!
BARTOLO. Ileż wdzięczności ci winienem!...
HRABIA. Kiedy wszystko skończy się szczęśliwie, jeżeli zechcesz poczuwać się do trochy wdzięczności, nie krępuję pana. Sądząc z układów, które toczy w tej chwili don Bazyljo z pewnym filarem prawa w sprawie pańskiego małżeństwa...
BARTOLO. Z filarem.... w sprawie mego małżeństwa?...
HRABIA. Czyż byłbym pana zatrzymywał inaczej? Kazał posiedzieć, że wszystko może być gotowe na jutro. Wówczas, jeśli się będzie opierała...
BARTOLO. Będzie się opierała...
HRABIA chce wziąć z powrotem list, Bartolo chowa go przy sobie. Wtedy-to zdołam być panu użyteczny: pokażemy list, a jeśli będzie trzeba (tajemniczo), posunę się jeszcze dalej: powiem, że mam go od kobiety, dla której hrabia ją zdradził. Pojmuje pan, że pomięszanie, wstyd, żal, mogą, w danej chwili, doprowadzić...
BARTOLO, śmiejąc się. Potwarz! Drogi przyjacielu, widzę teraz, że w istocie, przychodzisz z poręki don Bazylja! Ale, aby to wszystko nie robiło wrażenia czegoś uplanowanego, czy nie byłoby dobrze, aby ona poznała cię wprzódy?
HRABIA wstrzymuje mimowolny odruch radości. Tego zdania był don Bazyljo. Ale jak zrobić? późno jest... mamy tak niewiele czasu...
BARTOLO. Powiem że przychodzisz w zastępstwie. Nie zechciałbyś udzielić jej lekcji?
HRABIA. Niema rzeczy, którejbym nie uczynił dla pańskiej miłości. Ale zważ pan, że wszystkie te historje przebranych nauczycieli, to zużyte sztuczki, sposoby ze starych komedyj; gdyby się czegoś domyśliła...
BARTOLO. Jeśli ja cię przedstawię, skądże obawa! Wyglądasz coprawda więcej na przebranego kochanka, niż na usłużnego przyjaciela.
HRABIA. Hm, sądzi pan, że mina moja może się przyczynić do zamydlenia oczu?
BARTOLO. Wyzywam najsprytniejszą, aby się domyśliła czegoś! Rozyna jest dziś wieczór w piekielnym humorze. Ale, gdybyś ją mógł zobaczyć bodaj na chwilę... Klawikord jest w tym gabinecie. Zabaw się jakoś tymczasem; zrobię co w mej mocy, aby ją przyprowadzić.
HRABIA. Niech się pan strzeże wspomnieć coś o liście.
BARTOLO. Przed rozstrzygającą chwilą? Toby znaczyło zmarnować cały efekt. Nie trzeba mi powtarzać dwa razy... mądrej głowie dość na słowie (odchodzi).


Scena III
HRABIA, sam.

Ocalony! Uff! czart nie człowiek! ciężko dać sobie z nim rady! Figaro zna go dobrze. Zacząłem od kłamstwa... to mi dawało płaski i niezręczny wygląd; a on ma oczy!.... Na honor, gdyby nie nagłe natchnienie z tym listem, trzeba przyznać, byłbym się zbłaźnił jak głupiec. O nieba! słychać sprzeczkę. Gdyby Rozyna uparła się nie wyjść! Słuchajmy... Nie chce: stracony owoc podstępu! (Nadsłuchuje znowu). Idą, idą; nie pokazujmy się zrazu. (Wchodzi do alkierza).

Scena IV
HRABIA, ROZYNA, BARTOLO.

ROZYNA, z udanym gniewem. Wszystkie perswazje zupełnie zbyteczne; powiedziałam już: nie chcę słyszeć o muzyce.
BARTOLO. Słuchajże, dziecko, to pan Alonzo, uczeń i przyjaciel don Bazylja, wybrany przezeń dla nas na jednego ze świadków. Muzyka uspokoi cię, ręczę.
ROZYNA. Och, co do tego, może się pan rozstać z tą myślą: ust nie otworzę dziś wieczór!... Gdzież jest ten nauczyciel, którego nie umiesz odprawić? Wyłożę mu w dwóch słowach, co myślę o nim i jego Bazylju. (Spostrzega kochanka i wydaje krzyk). Och!
BARTOLO. Co tobie?
ROZYNA, przyciskając obie ręce do serca, zmieszana. Ach, Boże, panie... Ach, Boże, panie...
BARTOLO. Znów słabo się jej robi! Panie Alonzo!
ROZYNA. Nie, nie słabo... tylko, że, na skręcie... Och!...
HRABIA. Nogę pani wytknęła?
ROZYNA. Tak, tak, nogę wytknęłam. Strasznie zabolało.
HRABIA. Spostrzegłem to.
ROZYNA, spoglądając na hrabiego. Jakby mi coś serce przeszyło.
BARTOLO. Usiądź, usiądź. Cóż to, niema fotela? (Idzie po fotel).
HRABIA. Ach! Rozyno!
ROZYNA. Cóż za nierozwaga!
HRABIA. Mam tysiąc ważnych rzeczy do powiedzenia.
ROZYNA. On nas nie opuści.
HRABIA. Figaro przyjdzie nam pomóc.
BARTOLO przynosi fotel. Masz, duszyczko, usiądź. Nie zanosi się na to, panie bakałarzu, aby mogła odbyć lekcję dziś wieczór; odłóżmy na inny raz. Do widzenia.
ROZYNA, do hrabiego. Nie, zaczekaj pan; cokolwiek zelżało. (Do Bartola). Czuję, że źle się zachowałam: pójdę za pańskim przykładem, starając się naprawić...
BARTOLO. O, o, poczciwe serduszko! Ale, po takiem wzruszeniu, dziecko, nie ścierpię, byś sobie zadawała najmniejszy przymus. Bądź pan zdrów, mości bakałarzu.
ROZYNA, do hrabiego. Chwileczkę, jeśli łaska. (Do Bartola). Będzie mi się zdawało, że pan się gniewa na mnie, jeśli mi pan nie pozwoli dowieść mego żalu i odbyć posłusznie lekcji.
HRABIA, na stronie, do Bartola. Lepiej się nie sprzeciwiać, wierzaj pan.
BARTOLO. Dobrze już, dobrze, kochaneczko. Tak daleki jestem od wszelkiego gniewu, że zostanę tu cały czas, gdy będziesz śpiewać.
ROZYNA. Nie, nie; wiem, że muzyka nie ma dla pana żadnego powabu.
BARTOLO. Upewniam, że dziś wieczór wyda mi się czarująca.
ROZYNA, do hrabiego, na stronie. Męki!
HRABIA, biorąc nuty z pulpitu. Czy ten utwór ma pani ochotę zaśpiewać?
ROZYNA. Tak, to śliczna aryjka z Daremnej Przezorności.
BARTOLO. Ciągle ta Daremna Przezorność!
HRABIA. To dziś najmodniejsza nowość. Mamy tu obrazek wiosny, nakreślony woale żywo. Jeśli pani chce spróbować...
ROZYNA, patrząc na hrabiego. Z przyjemnością; obrazy wiosny czarują mnie; to młodość natury. Skoro miną dni zimowe, ma się uczucie, że serce wzbiera jakoś mocniej: tak jak więzień długo zamknięty smakuje z większą rozkoszą urok wolności, którą mu wrócono.
BARTOLO, pocichu, do hrabiego. Zawsze w główce te romantyczne koncepta.
HRABIA, cicho. Bierze pan to za aluzję?
BARTOLO. Tam do kata! (Siada na fotelu, który zajmowała Rozyna).
ROZYNA śpiewa[1].

Idzie już, idzie
Czarowna wiosna,
W koło już dyszy
Jej woń miłosna;
Wszystko się budzi
Na nowe życie,
I kwiatów zapach,
I serca bicie;
Bydełko hoże
Wyległo z sioła,

Jagniątka młode
Skaczą dokoła;
Bekiem wesołym
Gwarzą o wiośnie,
Wszystko kiełkuje,
Wszystko het! rośnie,
Kwiateczki, owieczki,
Wesele ziemi;
Czuwają pieseczki
Wierne nad niemi;
A w czułym Lindorze
Aż skacze serce,
Ukoić się nie może
Wciąż, ach, wciąż, myśli o swej pasterce.

Zdala od matki,
Młoda pastuszko.
Gdzie mkniesz, śpiewając,
Tajemną dróżką?
Niby to nie wiesz,
Niby nie szukasz,
Czyż tem śpiewaniem
Kogo oszukasz?
Już piersią prujesz
Szumiące trzciny,
Już płoną lica
Hożej dziewczyny;
Wszystko ją drażni,
Wszystko ją wzrusza,
W biednem dziewczęciu
Zamiera dusza;
W zaroślach się czai
Lindor ze drżeniem.
Obecność swą zdradził
Czułem westchnieniem;
Już tuli ją, ściska,
A dziewczę, rade,
Ząbkami aż błyska.
Choć głośno, głośno, wyrzeka na zdradę


Prośby, przysięgi,
Westchnienia tkliwe,
Słodkie spojrzenia,
Pieszczoty żywe,
Miękczą pomału
Srogość dziewczyny,
I wnet pasterka
Odpuszcza winy.
A gdyby nawet
Natręt zazdrosny,
Próbował zmącić
Duet miłosny,
Serc dwojga chęć młoda
Szczęścia, ach, tyle w słodkiej chwili stwarza,
Że, każda, bodaj najsroższa przeszkoda,
Rozkoszy tylko im nowej przymnaża.

(Słuchając, Bartolo zdrzemnął się. Podczas ostatniego kupletu hrabia odważa się ująć rękę, którą okrywa pocałunkami. Wzruszenie zwalnia śpiew Rozyny, czyni go słabszym, i wreszcie odejmuje jej głos w środku kadencji. Orkiestra oddaje wrażenia śpiewaczki, zwalnia, i milknie wraz z nią. Bartolo, który pod wpływem muzyki usnął, budzi się. Hrabia zrywa się, Rozyna i orkiestra podejmują żywo dalszy ciąg aryjki. W razie powtórzenia ostatniej strofy, powtarza się tąż samą grę).

HRABIA. W istocie, śliczna aryjka i pani wykonała ją, istotnie, ze zrozumieniem...
ROZYNA. Zbyt pan łaskaw: cały zaszczyt po stronie nauczyciela.
BARTOLO, ziewając. Zdaje mi się, że cokolwiek zdrzemnąłem. Człowiek naugania się po chorych; chodzę, biegam, wspinam się po piętrach, i, skoro tylko siądę, moje biedne nogi... (Wstaje i popycha fotel).
ROZYNA, pocichu, do hrabiego. Figaro nie przychodzi!
HRABIA. Starajmy się zyskać na czasie.
BARTOLO. Ale, mości bakałarzu, powiedziałem już raz staremu Bazyljo: czy nie umiałby znaleźć do nauki czegoś weselszego, niż te wielkie arje, co to jeżdżą w górę, na dół, jak na kółkach, hi, ho, a, a, a, a, i które zawsze trącą mi pogrzebem? Ot, coś z tych kuplecików, które śpiewano za czasu mej młodości i które każdemu łatwo wpadały do głowy. Umiałem tego dawniej... hehe! Ot, naprzykład!... (Podczas riturnelli szuka w pamięci, drapiąc się po głowie, i podśpiewuje, strzepując palcami i przebierając kolanami sposobem starców).

Czy chcesz, Rozynko, dostać oto
Mężusia caca, szczere złoto?...

(Do hrabiego, śmiejąc się). W piosence jest Franusia, ale ja podstawiłem „Rozynka“, aby jej umilić piosenkę i dostosować rzecz do okoliczności. He! he! he! he! niezłe, co?
HRABIA, śmiejąc się. Ha! ha! ha! ha! W istocie, wyśmienite.

Scena V
FIGARO w głębi, ROZYNA, BARTOLO, HRABIA.

BARTOLO, śpiewa.

Czy chcesz, Rozynko, dostać oto
Mężusia caca, szczere złoto?
Nie jestem, mówię ci najszczerzej,
Ów czuły Tyrcis, król pasterzy;
Lecz gdy zżyjesz się ze mną,
Uznasz, żem jest dość jary,
Zaś w alkówce, w noc ciemną,
Wszelki kocur jest szary.

(Tańczy w takt melodji; Figaro, niewidziany przez niego, powtarza z tyłu ruchy doktora).

Nie jestem, mówię ci najszczerzej, etc.

(spostrzegając Figara). Och! wejdź, mości cyruliku, bliżej, jesteś czarujący.
FIGARO kłania się. Panie, prawda, iż matka powtarzała mi to niekiedy; ale, od tego czasu, powierzchowność moja ucierpiała nieco. (Na stronie, do hrabiego). Brawo, Excelencjo! (Podczas całej tej sceny, hrabia robi co może aby mówić z Rozyną, ale zawsze mu w tem przeszkadza niespokojne i czujne oko opiekuna, co tworzy niemą grę wszystkich aktorów, niezależną od rozmowy Figara z Doktorem).
BARTOLO. Znowu przychodzisz czyścić, krew puszczać, nadziewać pigułkami, ścinać z nóg cały dom?
FIGARO. Panie łaskawy, nie codzień święty Michał; ale, nie licząc codziennych starań, mógł się pan przekonać, że, ilekroć mnie zapotrzebujesz, gorliwość moja nie czeka rozkazów...
BARTOLO. Nie czeka rozkazów! I cóż powiesz, mospanie gorliwy, o nieboraku, który tam ziewa i śpi z otwartemi oczami? a ten drugi, który, od trzech godzin, kicha, że mało czaszka mu nie pęknie i mózg nie wyskoczy! cóż im powiesz?
FIGARO. Co powiem?
BARTOLO. Tak!
FIGARO. Powiem... Tam do kata! temu, który kicha, powiem: „Na zdrowie“, a temu, który ziewa: „połóż się acan spać“. Od tego z pewnością rachunek mój nie urośnie.
BARTOLO. Hm, pewnie; ale urósłby zato od puszczania krwi i medykamentów, gdybym się dał za nos wodzić. I przez tę gorliwość także opatuliłeś ślepia staremu mułowi; twoje kataplazmy wrócą mu może wzrok?
FIGARO. Jeśli nie wrócą, to z pewnością i nie odejmą.
BARTOLO. Niechno ja znajdę tę pozycję w rachunku!... Wszelka bezczelność ma swoje granice!
FIGARO. Dalibóg, panie doktorze, wobec tego że ludzie mogą wybierać jedynie między głupotą a szaleństwem, tam gdzie nie widzę zysku, chcę bodaj mieć uciechę; niech żyje wesołość! Kto wie, czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie?
BARTOLO. Lepiejbyś uczynił, mości rezonerze, gdybyś mi zapłacił sto talarów z procentami, bez krętactw: ostrzegam.
FIGARO. Wątpi pan o mej uczciwości? Pańskie sto talarów! wolałbym raczej być je winien całe życie, niż zaprzeć się ich na jedną minutę.
BARTOLO. I powiedzno jeszcze: jak smakowały małej Figaro cukierki, które jej zaniosłeś?
FIGARO. Jakie cukierki? O czem pan mówi?
BARTOLO. Tak, cukierki, w tutce sporządzonej z ćwiartki listowego papieru... dziś rano.
FIGARO. Niech mnie djabli porwą, jeżeli...
ROZYNA, przerywając. Czy pamiętał pan bodaj doręczyć je odemnie, panie Figaro? Prosiłam o to.
FIGARO. A, a; te cukierki, dziś rano? Jakiż ze mnie ciemięga! Zupełnie mi wyleciały z głowy... Och, wyborne, pani, cudowne!
BARTOLO. Wyborne! Cudowne! Hm, hm, mości balwierzu, złapałeś się trochę! Ładne rzemiosło uprawiasz tu, jak widzę!
FIGARO. O cóż chodzi?
BARTOLO. I które ci zyska śliczną reputację!
FIGARO. Będę się starał ją podtrzymać.
BARTOLO. Powiedz raczej, ścierpieć.
FIGARO. Jak się panu podoba.
BARTOLO. Z wysokiego tonu bierzesz! Wiedz, mój drogi, że, kiedy dysputuję z głupcem, nie ustępuję nigdy.
FIGARO, odwracając się doń plecami. Różnimy się najzupełniej: ja ustępuję zawsze.
BARTOLO. Hę? co on powiada, mości bakałarzu?
FIGARO. Czy pan sobie wyobrażasz, że masz do czynienia z wiejskim golibrodą, który umie tylko machać brzytwą? Dowiedz się pan, że pióro moje znane jest w Madrycie, i że, gdyby nie zawiść...
BARTOLO. No i czemużeś tam nie został, zamiast odmieniać profesję?
FIGARO. Człowiek robi co może; postaw się pan na mojem miejscu.
BARTOLO. Na twojem miejscu! Ech, do kroćset! dopierożbym głupstwa gadał!
FIGARO. Zaczyna pan wcale nieźle; zdaję się w tem na sąd pańskiego kolegi, który oto stoi zagapiony...
HRABIA, przytomniejąc. Ja... ja nie jestem kolegą doktora.
FIGARO. Nie? Patrząc na pańską konsultację, myślałem, że pracujecie w tym samym ogródku.
BARTOLO. Koniec końców, co cię sprowadza? Masz może jeszcze jaki list do oddania tej pani? Mów, czy mam się usunąć?
FIGARO. Jaki z pana szorstki człowiek! Do kaduka, przychodzę pana poprostu ogolić, to wszystko: czy to nie pański dzień dzisiaj?
BARTOLO. Możesz przyjść później.
FIGARO. Właśnie! później! Cały garnizon bierze jutro rano na przeczyszczenie: uzyskałem, przez swoje wysokie stosunki, iż oddano mi go w arendę. Osądź pan, czy mam czas do stracenia! Przejdzie pan do siebie?
BARTOLO. Nie, nie przejdzie pan do siebie. Ale... czemuż nie miałbyś mnie ogolić tutaj?
ROZYNA, wzgardliwie. Bardzo pan grzeczny! Czemu nie w moim pokoju!
BARTOLO. Gniewasz się? daruj, dziecko, kończ lekcję; nie chciałbym ani na chwilę tracić przyjemności słuchania.
FIGARO, cicho, do hrabiego. Nie wyrwiemy go stąd! (Głośno). Hej tam, Żywiec, Młokos? miednicę, wody, wszystko co trzeba.
BARTOLO. Aha, wołaj, wołaj. Toć zniszczyłeś, zmordowałeś, wycieńczyłeś ich do tego stopnia, że trzeba było czemprędzej wyprawić ich do łóżka.
FIGARO. Dobrze więc! pójdę sam poszukać: wszak wszystko jest w pańskim pokoju? (Pocichu, do hrabiego). Wywabię go stąd.
BARTOLO, zdejmuje pąk kluczy i mówi po chwili zastanowienia. Nie, nie, sam pójdę. (Cicho do hrabiego, odchodząc). Miej na nich oko, proszę.

Scena VI
FIGARO, HRABIA, ROZYNA.

FIGARO. Och, jakaż nas sposobność minęła! Omal nie dał mi kluczy. Klucz od żaluzji jest w tym pęku?
ROZYNA. Łatwo go poznać: zupełnie nowy.

Scena VII
BARTOLO, FIGARO, HRABIA, ROZYNA.

BARTOLO, wracając, na stronie. Doprawdy, sam nie wiem już co czynię: zostawiać tutaj tego przeklętego golibrodę! (Do Figara). Masz. (Daje mu pęk kluczy). W moim alkierzu, w przegródce sekretarzyka: tylko mi nic nie ruszaj.
FIGARO. Tam do stu kaduków! dobrzebym się wybrał, przy pańskiej podejrzliwości! (Na stronie, odchodząc). Patrzcie, jak niebo opiekuje się niewinnością!

Scena VIII
BARTOLO, HRABIA, ROZYNA.

BARTOLO, cicho do hrabiego. To ten hultaj nosił list do hrabiego.
HRABIA, cicho. Wygląda mi na skończonego draba.
BARTOLO. Już mnie nie złapie.
HRABIA. Sądzę, że co mógł już zrobił w tej mierze.
BARTOLO. Wszystko zważywszy, pomyślałem, iż, z dwojga złego, bezpieczniej posłać go do pokoju, niż zostawiać go tu z Rozyną.
HRABIA. Hoho! niechby spróbował: jabym też miał tu coś do powiedzenia.
ROZYNA. To bardzo grzecznie, moi panowie, szeptać z sobą pocichu bez przerwy! A moja lekcja! (W tem miejscu słychać hałas, jakby tłuczonych sprzętów).
BARTOLO krzyczy. Co się tam dzieje! Przeklęty golibroda upuścił wszystko na schodach! Najpiękniejszy serwis z mojej gotowalni!...

(wybiega).


Scena IX
HRABIA, ROZYNA.

HRABIA. Skorzystajmy z chwili, którą nam dała w ręce przemyślność Figara. Zaklinam panią, chciej mi użyczyć dziś wieczór chwili rozmowy, nieodzownej abym cię wyzwolił z jarzma które ci grozi.
ROZYNA. Och! Lindorze!
HRABIA. Jeśli pozwolisz, wespnę się do żaluzji; co zaś do listu, który otrzymałem dziś rano, byłem zmuszony...

Scena X
ROZYNA, BARTOLO, FIGARO, HRABIA.

BARTOLO. Nie myliłem się; wszystko pobite, potłuczone.
FIGARO. Patrzcież, co za nieszczęście, doprawdy! Ciemno na schodach choć oko wykol. (Pokazuje hrabiemu klucz). Idąc, zahaczyłem się o klucz...
BARTOLO. Trzebaż patrzeć co się robi. Zahaczył się o klucz! Zgrabny!
FIGARO. Na honor, doktorze, niechże pan szuka zręczniejszego.

Scena XI
ROZYNA, BARTOLO, FIGARO, HRABIA, DON BAZYLJO.

ROZYNA, przestraszona, na stronie. Don Bazyljo!
HRABIA, na stronie. Wielkie nieba!
FIGARO, na stronie. To sam djabeł!
BARTOLO, idąc naprzeciw niemu. Ach, Bazyljo, mój przyjacielu, cieszę się że cię oglądam w dobrem zdrowiu. Zatem niedomaganie minęło bez następstw? W istocie, imć Alonzo mocno mnie nastraszył o ciebie: zapytaj go; już, już się wybierałem odwiedzić cię, i, gdyby mnie nie zatrzymał...
BAZYLJO. Imć Alonzo?
FIGARO tupie nogą. Tam do czarta! ciągle jakieś przeszkody! Dwie godziny dla głupiego golenia... Psia klientela!
BAZYLJO, spoglądając po wszystkich. Raczycie mi może wyjaśnić, panowie...?
FIGARO. Rozmówisz się pan, skoro ja odejdę.
BAZYLJO. Ależ, wreszcie, trzeba...
HRABIA. Trzeba milczeć, Bazyljo. Myślisz, że powiesz panu doktorowi coś, o czem nie wie? Opowiedziałem mu, że poleciłeś mi udzielić lekcji w swojem zastępstwie.
BAZYLJO, coraz bardziej zdumiony. Lekcji!... Alonzo!...
ROZYNA, na stronie do Bazylja. Ech, milcz pan!
BAZYLJO. Ona także!
HRABIA, pocichu do Bartola. Powiedz mu pan pocichu, żeśmy się porozumieli.
BARTOLO, do Bazylja, na stronie. Nie zdradź nas, Bazyljo, przecząc że jest twoim uczniem, zepsułbyś wszystko.
BAZYLJO. Ho, ho!
BARTOLO, głośno. W istocie, Bazyljo, twój uczeń jest nad wyraz utalentowany.
BAZYLJO, zdumiony. Mój uczeń!... (cicho). Przyszedłem donieść panu, że hrabia zmienił mieszkanie.
BARTOLO, cicho. Wiem o tem, cicho.
BAZYLJO, na stronie. Kto panu powiedział?
BARTOLO, cicho. On, oczywiście.
HRABIA, pocichu. Ja, rozumie się: słuchaj pan tylko.
ROZYNA, cicho, do Bazylja. Czy to tak trudno, milczeć?
FIGARO, cicho, do Bazylja. Hum! stary drągalu! Toż on głuchy!
BAZYLJO. Kogo tu, u djaska, tumanią? Wszyscy są w tajemnicy!
BARTOLO. I cóż, Bazyljo, adwokat?
FIGARO. Będziecie mieli cały wieczór czas mówić o adwokacie.
BARTOLO, do Bazylja. Słóweczko; powiedz tylko, czy dobrze poszło z adwokatem.
BAZYLJO, zdumiony. Z adwokatem?
HRABIA, z uśmiechem. Możeś się pan nie widział z adwokatem?
BAZYLJO, zniecierpliwiony. Et! nie, nie widziałem się z żadnym adwokatem!
HRABIA, do Bartola, na stronie. Chcesz pan, aby wytaczał sprawę w jej obecności? Odpraw go.
BARTOLO, cicho do hrabiego. Masz słuszność (do Bazylja). Ale co to za choroba przyszła na ciebie tak nagle?
BAZYLJO, w gniewie. Nie rozumiem o czem pan mówi.
HRABIA, wsuwa mu na stronie sakiewkę do ręki. Tak: pan doktór pyta, poco pan tu przyszedł będąc jeszcze tak osłabiony.
FIGARO. Blady jest jak śmierć.
BAZYLJO. A! rozumiem...
HRABIA. Idź do łóżka, drogi Bazyljo; nie wyglądasz dobrze, przyprawiasz nas o śmiertelny niepokój. Idź do łóżka.
FIGARO. Zupełnie ma zmienioną fizjognomię. Idź pan do łóżka.
BARTOLO. Na honor, czuć go febrą o milę. Idź do łóżka.
ROZYNA. Pocoś pan wyszedł z domu? Powiadają, że to zaraźliwe. Idź do łóżka!
BAZYLJO, w ostatecznem zdumieniu. Mam iść do łóżka?
WSZYSCY RAZEM. Ależ tak, tak.
BAZYLJO, spoglądając po wszystkich. W istocie, moi państwo, sądzę, że nieźle uczynię, oddalając się; czuję, że nie jestem tu we właściwem towarzystwie.
BARTOLO. Do jutra zatem: o ile ci będzie lepiej.
HRABIA. Będę u ciebie, Bazyljo, zaraz z rana.
FIGARO. Wierzaj mi, połóż się zaraz i przykryj się ciepło.
ROZYNA. Dobrej nocy, panie Bazyljo.
BAZYLJO, na stronie. Niech mnie djabeł porwie, jeśli cokolwiek rozumiem; i, gdyby nie ta sakiewka...
WSZYSCY. Dobranoc, Bazyljo, dobranoc.
BAZYLJO, odchodząc. Więc dobrze, dobranoc, dobranoc.

(Wszyscy przeprowadzają go śmiejąc się).


Scena XII
ROZYNA, BARTOLO, FIGARO, HRABIA.

BARTOLO, ważnym tonem. Ten człowiek nie wygląda mi dobrze.
ROZYNA. Oczy ma jakby błędne.
HRABIA. Powietrze musiało mu zaszkodzić.
FIGARO. Słyszeliście, jak on gadał sam do siebie? Ba! krucha to rzecz człowiek! (Do Bartola). No, więc cóż, skończymy przecie? (Odsuwa fotel doktora bardzo daleko od hrabiego i podaje ręcznik).
HRABIA. Zanim skończymy, muszę pani powiedzieć coś bardzo ważnego, w zakresie sztuki, w którą mam zaszczyt panią wtajemniczać. (Przysuwa się i szepce Rozynie do ucha).
BARTOLO, do Figara. Ech! zdawałoby się, że ty umyślnie stajesz tak zbliska i wpychasz się przede mnie, aby mi przeszkodzić...
HRABIA, pocichu do Rozyny. Mamy klucz od żaluzji, będziemy tu o północy.
FIGARO okręca szyję Bartola ręcznikiem. Co pan chce widzieć? Gdyby to była lekcja tańca, miałbyś pan jeszcze na co patrzeć, ale śpiew!... Au! au!
BARTOLO. Cóż tam znów?
FIGARO. Nie wiem co mi do oka wpadło. (Przybliża głowę).
BARTOLO. Nie trzejże.
FIGARO. Tu, w lewe. Czy nie byłby pan łaskaw dmuchnąć mi w nie trochę?
(Bartolo ujmuje Figara za głowę, spogląda ponad nim, odpycha go gwałtownie i zbliża się za plecami kochanków, aby podsłuchać ich rozmowy).
HRABIA, cicho do Rozyny. A co się tyczy listu, wiedz, iż, przed chwilą, nie wiedząc już co począć aby zostać tutaj...
FIGARO, zdaleka, chcąc go przestrzec. Hum, hum...
HRABIA. Zrozpaczony, że i tym razem przebranie moje ma być daremne...
BARTOLO, wchodząc między nich. Przebranie daremne!
ROZYNA, przerażona. Och!
BARTOLO. Bardzo dobrze, moja pani, nie rób sobie ceremonji. Jakto! pod moim nosem, w mojej obecności, śmiesz urągać mi w ten sposób!
HRABIA. Co panu, doktorze?
BARTOLO. Przewrotny Alonzo!
HRABIA. Panie Bartolo, jeżeli pan często miewa podobne przywidzenia, nie dziwi mnie już niechęć, jaką panna Rozyna żywi do tego zamężcia.
ROZYNA. Zamężcia! z nim! Ja! Spędzić resztę dni przy boku starego zazdrośnika, który, za całe szczęście, ofiaruje mej młodości ohydną niewolę!
BARTOLO. Hoho! Co ja słyszę!
ROZYNA. Tak; powiadam zupełnie głośno; oddam serce i rękę temu, kto mnie zdoła wyrwać z tego straszliwego więzienia, w którem, wbrew wszelkiej sprawiedliwości, trzymają mą osobę i mój majątek. (Rozyna wychodzi).

Scena XIII
BARTOLO, FIGARO, HRABIA.

BARTOLO. Gniew mnie dławi.
HRABIA. W istocie, panie, trudno, by młoda kobieta...
FIGARO. Tak, młoda kobieta i sędziwy wiek, to kombinacja niebezpieczna dla starców.
BARTOLO. Jakto! gdy chwytam ich na gorącym uczynku!... Przeklęty golibrodo, bierze mnie ochota...
FIGARO. Odchodzę: on zwarjował.
HRABIA. I ja także; na honor, zwarjował.
FIGARO. Zwarjował, zwarjował... (Wychodzą).

Scena XIV
BARTOLO, sam, goni za nimi.

Ja zwarjowalem! Przeklęci uwodziciele! Wysłannicy djabła, w którego sprawie działacie, oby was ten djabeł mógł porwać wszystkich razem... Ja zwarjowałem!... Widziałem ich, jak widzę ten pulpit... i wmawiać mi w żywe oczy!... Ha, jeden Bazyljo mógłby tę rzecz wyjaśnić. Tak, poślijmy po niego. Hej, jest tam który!... Ha, zapominam, że niema nikogo... Sąsiad jakiś, pierwszy lepszy, mniejsza kto. To można rozum stracić!... to można rozum stracić!...

(Podczas antraktu, scena zaciemnia się, słychać nawałnicę, której odgłosy odtwarza również orkiestra).



Przypisy

  1. Aryjkę tę, w guście hiszpańskim, odśpiewano pierwszego dnia w Paryżu, mimo wycia, hałasów i protestów zwyczajnych na parterze w tych dniach zmagań i walki. Lękliwość aktorki nie pozwoliła następnych dni powtórzyć arji, i młodzi rygoryści teatralni chwalili ją wielce za tę wstrzemięźliwość. Ale, jeżeli godność Komedji Francuskiej zyskała coś na tem, trzeba przyznać, że Cyrulik Sewilski wiele stracił. Dlatego to, w teatrach gdzie odrobina muzyki nie jest takiem świętokradztwem, zachęcamy wszystkich dyrektorów do przywrócenia jej, aktorów do śpiewania, widzów do słuchania, a krytyków do przebaczenia, przez wzgląd na rodzaj sztuki i na przyjemność, jaką im sprawi ten śpiewany utwór. (Przypisek autora).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pierre Beaumarchais i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.