Strona:PL Beaumarchais-Cyrulik Sewilski.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BAZYLJO. Mam latarnię.
BARTOLO. Weź, Bazyljo, ten klucz, czekam na ciebie, czuwam; ktobądźby przyszedł, poza rejentem i tobą, nie dostanie się do domu.
BAZYLJO. Przy takich ostrożnościach, może pan być pewny sprawy.

Scena II
ROZYNA, sama, wychodzi ze swego pokoju.

Zdawało mi się, że ktoś rozmawia. Północ już biła, Lindora niema! Ten straszny czas był właśnie pomyślny dla jego zamiarów. Mając pewność, że nie spotka nikogo... Ach! Lindorze! jeżeli ty mnie zwiodłeś!... Co za szelest?... Boże, to opiekun. Wracajmy.

Scena III
ROZYNA, BARTOLO.

BARTOLO, ze światłem w ręku. A, Rozyno, skoro jeszcze nie śpisz...
ROZYNA. Właśnie się kładę.
BARTOLO. Czas jest tak straszny, że nie usnęłabyś z pewnością, a mamy do pomówienia o rzeczach bardzo naglących.
ROZYNA. Czegóż pan sobie życzy? Nie dosyć znęcać się nademną cały dzień?
BARTOLO. Rozyno, słuchaj.
ROZYNA. Jutro.
BARTOLO. Chwileczkę, jeśli łaska.
ROZYNA, na stronie. Gdyby on nadszedł!
BARTOLO, pokazuje jej własny list. Znasz ten list?
ROZYNA, poznając. Och! wielkie nieba!
BARTOLO. Nie mam zamiaru, Rozyno, czynić ci wymówek: