Cymbelin (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Cymbelin
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VIII
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT PIĄTY.
SCENA I.
Pola między rzymskim a brytańskim obozem.
(Wchodzi Postumus z zakrwawioną chustką).

Postumus.  Krwawa bielizno, zachowam cię wiecznie;
Moja cię wola tak umalowała.
Gdyby mąż każdy moim poszedł śladem,
Ach, jakże wielu zabiłoby żony,
Lepsze od siebie, za drobne usterki!
O, mój Pizanio, nie wszystkie rozkazy

Swojego pana dobry pełni sługa:
Powinność każe dobre tylko pełnić.
Gdybyś chciał, Boże, błędy moje karać,
Do tych poleceń życiaby mi brakło,
Czasby pokuty miała Imogena,
Mnie, godniejszego pomsty, ciosby dotknął.
Ale za małe jednych przekroczenia
Z ziemi zabierasz, na miłości dowód,
Aby ich zbawić od nowych przekroczeń;
Innym dozwalasz grzech popierać grzechem,
A każdy nowy od starszego cięższy,
Nowym jest szczeblem ziemskich pomyślności.
Do twej zabrałeś chwały Imogenę;
Niechaj się twoja święta wola spełni,
W cierpliwość tylko uzbrój mnie, o Panie!
Z rzymską do brzegów tych przybyłem szlachtą,
By walczyć przeciw żony mej królestwu.
Dość już, Brytanio, żem panią twą zabił;
Pokój ci! Dłoń ta rany ci nie zada.
O, racz modlitwy mej wysłuchać, Boże!
Wszystkie te włoskie przybory odrzucę,
Wdzieję wieśniaka brytańskiego odzież,
Przeciw tym walcząc, z którymi przybyłem.
Za ciebie umrę, droga Imogeno,
Której mi pamięć każdą chwilę życia
W śmierć zmienia gorzką. Ubogi, nieznany,
Rzucę się śmiało w odmęt niebezpieczeństw,
Bez nienawiści ludzkiej ni miłości.
Większą dziś światu odwagę pokażę,
Niż biedny kubrak spodziewać się każe.
Daj mi, o Boże, siłę Leonatów!
Na mód twych hańbę pokażę ci, święcie,
Cnót więcej w sercu niż blasku na grzbiecie.

(Wychodzi).
SCENA II.
Pole między dwoma obozami.
(Z jednej strony wchodzą: Lucyusz, Jachimo i rzymska armia, z drugiej armia brytańska, za nią Leonatus Postumus w ubiorze biednego żołnierza. — Obie armie przechodzą scenę i wychodzą. — Wchodzą: Jachimo i Postumus, walcząc; Postumus zwycięża i rozbraja Jachima, potem wybiega).

Jachimo.  Uczucie winy męstwo mi odbiera.
Rzuciłem potwarz na ziemi tej panią,
A wiatr wiejący nad jej dzielnicami,
Jakby na pomstę, siły me unosi;
Inaczej bowiem natury wyrzutek,
Wiejski ciemięga, w mem własnem rzemiośle
Jakby nade mną mógł dziś tryumfować?
Rycerski honor w ten broniony sposób,
Nie jest honorem ale pośmiewiskiem.
Jeśli nad chłopem górą tu panowie,
Jak chłop ten górą nad Rzymu panami,
Albo się mylę, lub wkrótce świat powie,
Że my pół-ludźmi, a wy pół-bogami (wychodzi).

(Bitwa. Brytańczycy uciekają, Cymbelin pojmany; wbiegają na odsiecz: Belaryusz, Gwideryusz i Arwiragus).

Belaryusz.  Stój! stój! korzystne tu jest stanowisko;
Wąwóz zajęty; nic nam nie zagraża,
Jak nasze własne, nikczemne tchórzostwo.
Gwideryusz  i Arwiragus. Stój! stój! a bij się!

(Wbiega Postumus i pomaga Brytańczykom, odbijają Cymbelina i wychodzą. Wchodzą: Lucyusz, Jachimo, Imogena).

Lucyusz.  Uciekaj, chłopcze, ratuj twoje życie!
Od przyjaciela przyjaciel tu ginie,
I wszędzie nieład wielki, jakby wojna
Z zawiązanemi biegała oczyma.
Jachimo.  To sprawa nowo przybyłych posiłków.
Lucyusz.  Potrzeba nagle dziwny obrót wzięła:
Pchnijmy rezerwy, lub musim uciekać.

(Wychodzą).
SCENA III.
Inna część placu boju.
(Wchodzą: Postumus, brytański Pan).

Pan.  Przychodzisz z miejsca, gdzie stawiono opór?
Postumus.  Tak jest. Ty, widzę, od tych, co pierzchnęli.
Pan.  Prawda.
Postumus.  Nie myślę robić ci wyrzutów;
Wszystko przepadło, gdy Bóg nas wyzwolił.
Król już od swoich odcięty był skrzydeł,
Już armii naszej środek przełamany
Poszedł w rozsypkę; wszystko się rzuciło
Ku ciasnym w górach wąwozom strwożone,
Gdy nieprzyjaciel, w gorącej pogoni,
Więcej miał ofiar niż ofiarnych nożow;
Łakomy rzezi, jednych trupem walił,
Niejeden upadł ledwo szablą tknięty,
A wielu sama trwoga powaliła.
Wkrótce też przejście było zawalone,
Trupami z tyłu zabitych żołnierzy,
Lub żywym murem tchórzów ocalonych
Na wieczną hańbę.
Pan.  Gdzie wąwóz ten leży?
Postumus.  Przy placu boju. Sama już natura
Dała mu rowy i przedpiersień z trawy.
Zrozumiał wagę tego stanowiska
Podeszły wojak, co niedarmo żywił
Przez długie lata długą siwą brodę,
Gdy taką oddał ojczyźnie usługę.
Zajął więc wąwóz; przy nim dwóch wyrostków,
Których wiekowi nie miecz zakrwawiony,
Aleby raczej przystały palcaty,
Z twarzą do maski, bielszą niż oblicza,
Które zalotność lub skromność osłania.
Tam stał i wołał do uciekających:
„Sarny brytańskie, nie męże tak giną!
Kto kroku cofnie, niech do piekła idzie!

Stójcie! lub będziem dla was Rzymianami!
Gdy jak bydlęta śmierci unikacie,
Tu was wykłujem jak w jatkach bydlęta!
Stójcie! bo dla was jedynym ratunkiem
Odwrócić czoła i z wrogiem się spotkać“.
Ci trzej, w uczynku jakby trzy tysiące —
Gdzie wszystko pierzcha, tam trzech nieulękłych
Za armię stoi — jednem stój! stój! słowem
A bardziej męstwa szlachetnym przykładem,
Zdolnym na lancę kądziel nawet zmienić,
Blade oblicza znów krwią ozłocili,
Zbudzili czucie wstydu i honoru.
Ci, co stchórzyli tylko za przykładem,
(Ten zbrodniarz tylko, co pierwszy tył daje),
Spojrzeli znowu na rzymskie zastępy,
Jak lew na strzelców pogląda oszczepy.
Wróg się też wstrzymał, zaczął ustępować,
Pierzchnął nakoniec. Jak kurczę uciekał
Tam, gdzie przed chwilą sunął się jak orzeł;
Zwycięzcy krokiem przemierzone pola,
Teraz, spłoszony, mierzył jak niewolnik;
Nasi zaś tchórze (jak resztki żywności
W długiej podróży), są naszem zbawieniem;
Gdy im zwycięstwa odchylono wrota,
Ha, z jakim ogniem puścili się w pogoń
Po trupach, rannych, po karkach przyjaciół,
Jakby niesieni falą niewstrzymaną!
Z dziesięciu, których wprzód jeden wróg gonił,
Każdy dwudziestu trupem teraz ściele;
Ten, co przed chwilą bez oporu ginął,
Przebiega teraz pola jak pogromca.
Pan.  Dziwne przemiany! Starzec, dwoje chłopiąt,
I ciasny wąwóz!
Postumus.  O, tylko się nie dziw!
Widzę, że wolisz podziwiać, co słyszysz,
Niż rodzić dziwy. Czy masz czasem chętkę
O tych wypadkach rymy składać śmieszne?
Przyjdę ci w pomoc. Jak ci się te zdają:

„Wąwóz i starzec-dziecko a z nim dwoje dzieci,
Zbawili Brytańczyków od rzymskiej zamieci“.
Pan.  O, nie gniewaj się tylko!
Postumus.  Minąłbym się z celem,
Bo kto zmiata przed wrogiem mym jest przyjacielem;
Jeśli się przy nim zwykły obyczaj ostoi,
Jak od wroga, ucieknie od przyjaźni mojej.
Zrobiłeś, widzę, ze mnie wierszokletę.
Pan.  Gniewasz się? Bądź zdrów! (wychodzi).
Postumus.  I znowu ucieka!
To pan! o zgrozo! być na placu boju,
A pytać drugich, co tam za nowiny!
Jakby dziś wielu honor swój oddało,
By tylko nędzny kadłub swój ocalić!
Niejeden zginął, co w tej myśli pierzchnął,
A ja, jak w mojej zaklęty niedoli,
Nie mogłem znaleźć śmierci na tem polu,
Gdziem słyszał jęki i ciosy jej widział.
Czy to nie dziwy, że tak szpetny potwór
W słodkich się słowach, miękkich kryje łożach,
Lub uczt kielichach; tam sług więcej liczy,
Niż między nami, co miecz jego nosim
Wśród bitw zajadłych? Lecz znajdę go przecie.
Walczyłem dotąd w sprawie Brytańczyków,
Teraz do rzymskich wracam znowu pułków;
Nie myślę walczyć, pozwolę się zabrać
Pierwszemu, co mnie spotka żołdakowi.
Za krwi potoki przez Rzymian wylane,
Krwawa być musi Brytańczyków zemsta.
Śmierć jedna wszystkie moje skończy męki,
A nie dbam z której dosięgnie mnie ręki;
Dziś dla mnie życie żadnej nie ma ceny,
Chcę je poświęcić dla mej Imogeny!

(Wchodzi dwóch brytańskich Dowódców i Żołnierze).

1 Dowód.  Dzięki ci, Boże! Lucyusz jeńcem naszym.
Mówią, że starzec i jego synowie
Byli anieli.
2 Dowód.  Walczył z nimi czwarty,

W chłopskiej siermiędze.
1 Dow.  I ja tak słyszałem,
Ale nie można żadnego z nich znaleźć. —
Stój! Kto ty jesteś?
Postumus.  Żołnierz jestem rzymski,
Któryby głowy nie uchylał teraz,
Gdyby odpowiedź w swych znalazł kolegach.
2 Dow.  Bierzcie go! Noga rzymska się nie wymknie,
Aby tam zanieść nowiny, powiedzieć,
Jakie tu kruki dziobały ich trupy.
Chełpi się z czynów, jakby co dostojne,
A więc do króla prowadźcie junaka.

(Wchodzą: Cymbelin, Belaryusz, Gwideryusz, Arwiragus, Pizanio i Jeńcy rzymscy. Dowódcy przedstawiają Postuma Cymbelinowi, który go oddaje Stróżowi więzienia).
SCENA IV.
Więzienie.
(Wchodzą: Postumus i dwaj Stróże).

1 Stróż.  Z tej tu obory nikt się nie wykradnie.
Szczyp teraz trawę, jeśli ją tu znajdziesz,
2 Stróż.  I jeśli znajdziesz potrzebny apetyt. (Wychodzą Stróże).
Postumus.  Witaj, więzienie, do wolności drogo!
Przenoszę los mój nad los podagryka,
Co woli jęczeć wśród wiecznych boleści,
Niż z rąk lekarza najlepszego — śmierci
Przyjąć lekarstwo i cierpienia skończyć.
Sumienie moje! cięższe nosisz pęta,
Niż ręce moje albo moje nogi.
Daj mi klucz skruchy, Boże miłosierny,
Bym wrota wiecznej wolności otworzył!
Czy to wystarczy, że za grzech żałuję?
Żal dzieci ziemskich gniew ojców łagodzi;
Miłosierniejszy jest ojciec niebieski.
Jeżeli muszę skruchy akt odprawić,
Gdzież lepsze miejsce jak ciemne więzienie,

Nie przymuszone, ale dobrowolne?
Na mej wolności zapłatę, o Boże!
Nie żądaj więcej nad to, co posiadam,
Boś litościwszy od nikczemnych ludzi,
Którzy od swego dłużnika bankruta
Biorą ćwierć, szóstą lub dziesiątą cząstkę,
A dają resztę, by się znów odgrzebał.
Tego nie żądam: zabierz moje życie
Za drogie życie mojej Imogeny;
Choć mniej jest warte, zawsze to jest życie
Twojej potęgi stemplem naznaczone.
Ludzie nie ważą każdego pieniążka,
I lżejszy biorą przez stempla szacunek;
Przyjm, to co daję, boć twój stempel nosi.
Jeśli, o Boże! przyjmiesz ten rachunek,
Zabierz me życie i skrusz moje pęta.
A teraz z tobą, droga Imogeno,
W milczeniu będę prowadził rozmowy (usypia).

(Uroczysta muzyka. Wchodzą, jak widzenie, Sycyliusz Leonatus, ojciec Postuma, starzec w rycerskiem ubraniu, prowadząc za rękę podeszłą matronę, swoją małżonkę, a matkę Postuma; za nimi postępują dwaj młodzi Leonaci, bracia Postuma z ranami odniesionemi w bitwie, w której polegli. Otaczają śpiącego Postuma).

Sycyliusz.  Przestań, Jowiszu, na ziemskie muchy
Ciskać pioruny z twej dłoni,
Sróż się na Marsa, sróż na Junonę,
Co cię zazdrością swą goni
I zemsty szuka.
Syna, któregom nigdy nie widział,
Jakież było przewinienie?
Zamknąłem oczy, gdy w łonie matki
Czekał na czasów spełnienie.
Wszak jesteś ojcem sierót, o panie!
Jak ojciec mojej sieroty,
Tarczą od niego twoją winieneś
Odpierać trosk ziemskich groty.
Matka.  Ani Lucyna w pomoc mi przyszła,
I w ciężkiej skonałam męce;
Syn mój z mojego wydarty łona

W swych wrogów płacząc wpadł ręce,
Godny litości.
Sycyliusz.  Łaską natury wyrósł młodzieniec
Swoich godny antenatów,
I świat mu przyznał, że nieodrodnym
Był dziedzicem Leonatów.
1 Brat.  A gdy nakoniec dojrzał na męża,
Jak jest ta ziemia szeroka,
Nikt się z nim drugi równać nie ważył
I nikt Imogeny oka
Nie ściągnął, sądzić zdolnej najlepiej,
Gdzie była godność wysoka.
Matka.  Czemu ułudnym zwiedziony ślubem
Był z grodu przodków wyparty,
Dzisiaj się tułać musi po świecie
Okrutnie z objęć wydarty
Swej Imogeny?
Sycyliusz.  Czemuś pozwolił, aby się spotkał
Z Jachimem, Italii gadem,
Który mu duszę zatruł szlachetną
Niesłusznej zazdrości jadom,
I cnotę zdrady zrobiłeś łupem,
Bolesnym światu przykładem?
2 Brat.  Dlatego z cichych wstaliśmy grobów
Rodzice i ja z mym bratem,
My, cośmy legli w obronie kraju
Nieprzyjacielskim bułatem,
By wierność naszą dla Tenancyusza
Krwią naszą stwierdzić przed światem.
1 Brat.  Tak wiernie służył Cymbelinowi
Postumus we krwi i pocie;
Czemuś odroczył, o! królu bogów,
Zapłatę należną cnocie,
Pozwolił, aby wzór cnót rycerskich
Cierpiał w wygnania sromocie?
Sycyliusz.  Otwórz z kryształu okna i spojrzyj,
Przestań potężną prawicą
Na ród szlachetny, na ród rycerski

Miotać gromów błyskawicą!
Matka.  Przestań na biedne, niewinne dziecię
Spoglądać gniewną źrenicą!
Sycyliusz.  Z marmurowego wyjrzyj pałacu,
Ulżyj, lub w ciężkiej potrzebie
Przed jasny synod bogów Olimpu
Zaniesiem skargę na ciebie!
2 Brat.  Ulżyj, lub pójdziem sprawiedliwości
W innem domagać się niebie!

(Zlatuje Jowisz wśród piorunów i błyskawic na orle, ciska piorun; Duchy padają na kolana).

Jowisz.  Milczcie, nikczemne duchy ziemskie, co zuchwale
Przeciw bogu piorunów miotać skargi śmiecie,
Bogu, co na Olimpie w swej potęgi chwale
Błyskawicą i grzmotem strach sieje po świecie!
Wróćcie na Elizejskie pola, biedne cienie,
Na łąki wiecznych kwiatów okryte dywanem,
Bo nie waszą jest troską ludzi przeznaczenie:
Ich smutków i radości Jowisz tylko panem.
Wybranych tylko moich ciężar trosków gniecie,
Bo tem słodszy spoczynek, im cięższa jest praca.
Dłoń moja z morza cierpień wasze wyrwie dziecię;
Koniec prób się przybliża i szczęście już wraca.
Pod gwiazdą moją syn wasz światło ujrzał słońca,
I żonę w mej świątyni moją pojął sprawą;
Imogena go czeka u prób jego końca,
Łzy będą tylko nowych rozkoszy zaprawą.
Teraz na piersiach jego połóżcie tę kartę,
Wyrok jego przeznaczeń stoi tam wyryty;
A skończcie wasze krzyki, bo skargi uparte
Wywołać mogą płomień gniewu mego skryty.
Orle mój, wracaj teraz na Olimpu szczyty!

(Unosi się do góry).

Sycyliusz.  Wśród grzmotów zstąpił, a oddech niebieski
Zapach siarczany na około rozlał,
I orzeł zleciał, jakby chciał nas deptać.
Kiedy powracał do nieba, zostawił
Woń rozkoszniejszą od pól Elizejskich;

Orzeł swe pióra nieśmiertelne muskał,
I dziób swój ostrzył, jak jego zwyczajem,
Kiedy swojego boga widzi radość.
Wszyscy.  Dzięki, Jowiszu!
Sycyliusz.  Bramy marmurowe
Już się zamknęły i bóg już powrócił
Pod dach swojego domu promienisty.
Idźmy szczęśliwi! Idźmy, a bez zwłoki
Wielkie Jowisza spełnijmy wyroki! (Duchy znikają).
Postumus  (budząc się). Śnie, byłeś dziadkiem; spłodziłeś mi ojca,
Stworzyłeś matkę, dałeś mi dwóch braci!
Ale ach! wszystko w jednej znikło chwili!
Umarli szybko, jak się urodzili!
A jam się zbudził. O, biedni nędzarze,
Co rachujecie na potężnych łaskę,
Która snem tylko, jak moje marzenie!
Lecz nie, niejeden o szczęściu nie marzy,
Ani wart szczęścia, a los mu je darzy,
Jak mnie dziś zdarzył ten sen złoty, długi,
Przez miłosierdzie, nie dla mej zasługi.
Jakież to wróżki loch ten nawiedzają?
Książka? Jak piękna! o, bodaj nie była,
Zwyczajem świata, piękniejsza z okładki,
Niż z swojej treści! Różna od dworaków,
Bodaj obietnic swoich nie zawiodła!

(Czyta). „Kiedy lwie szczenię, samo sobie nieznane, nie szukając, znajdzie tchnienie łagodnego powietrza, które je uściśnie; kiedy gałęzie, od okazałego odcięte cedru, przez długie lata umarłe, odżyją, z sędziwym pniem się połączą i odzielenią: wtedy i Postumus skończy swoje cierpienia, Brytania będzie szczęśliwa i zakwitnie w pokoju i obfitości“.

Jeszcze marzenia, lub niby wyrazy,
Które szalony bez myśli powtarza.
Z dwóch rzeczy jedna: lub tu myśli niema,
Lub rozum ludzki myśli tej nie zgadnie.
Do mego życia książka ta podobna,
Więc ją zatrzymam choćby przez sympatyę.

(Wchodzi Stróż więzienia).

Stróż.  Chodź ze mną, mopanku; czyś na śmierć przygotowany?
Postumus.  Przegotowany raczej; a przygotowany od dawna.
Stróż.  Mowa tu o szubienicy; jeśliś i na nią przygotowany, toś niewątpliwie dobrze ugotowany.
Postumus.  Tak więc jeśli dla widzów dobrą będę ucztą, potrawa zapłaci swoje koszta.
Stróż.  Ciężki to dla ciebie rachunek, mój paniczu; ale przynajmniej tę będziesz miał pociechę, że już nikt nie będzie się domagał od ciebie nowej zapłaty; nie będziesz się lękał rachunków po gospodach, które tak często zatruwają odjazd, jak rozweselają przybycie. Przybywasz omdlały dla niedostatku jedzenia, odjeżdżasz, zataczając się dla zbytku picia; markotny, żeś zapłacił za wiele i markotny, żeś zapłacony za wiele; sakiewka i mózg, oboje puste; mózg tem cięższy, że był trochę za lekki, a sakiewka tem lżejsza, że jej ujęto za wiele ciężaru. Otóż dla ciebie skończą się wszystkie te sprzeczności. Jak miłosierny stryczek trzygroszowy! W okamgnieniu sumuje ci tysiące; niema lepszego buchaltera; kwituje ci przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Szyja twoja, paniczu, służy mu za pióro, księgę i liczmany, a nie każe ci długo czekać na pokwitowanie.
Postumus.  Większa dla mnie radość umrzeć, niż żyć dla ciebie.
Stróż.  To prawda, że kto śpi, ten nie czuje bólu zębów. Człowiek jednakże, który ma snem twoim zasnąć, a którego ma oprawca do łóżka rozebrać, zdaje mi się, żeby chętnie pomieniał się na miejsca ze swoim kamerdynerem; bo to jak widzisz, paniczu, nie wiesz, gdzie cię zaprowadzi ta droga.
Postumus.  Jako żywo, mój bracie, wiem doskonale.
Stróż.  To twoja śmierć ma oczy w głowie; nigdy jej tak malowanej nie widziałem. Albo kierują tobą ludzie, którzy udają, że wiedzą; albo sam udajesz, że wiesz to, czego, jestem pewny, nie wiesz; albo na własne ryzyko idziesz się o to wypytać; ale co znajdziesz na końcu drogi, nie sądzę, żebyś kiedy wrócił nam powiedzieć.
Postumus.  Powtarzam ci, mój bracie, że tylko tym zbywa na oczach do kierowania się na drodze, w którą się wybieram, którzy je zamykają dobrowolnie i nie chcą ich używać.
Stróż.  Co za szaleństwo, żeby człowiek używał oczu na wypatrzenie drogi ślepoty; boć ani wątpliwości, że szubienica jest drogą zamkniętych oczu.

(Wchodzi Posłaniec).

Posłaniec.  Zdejm mu łańcuchy; poprowadź twego więźnia do króla.
Postumus.  Przynosisz dobre nowiny: wołają mnie do wolności.
Stróż.  To się dam powiesić.
Postumus.  A będziesz wolniejszy od stróża więzienia: niema ryglów dla umarłych, (Wychodzą: Postumus i Posłaniec).
Stróż.  Chyba ten człowiek chce pojąć szubienicę za żonę i płodzić młode szubieniczki, bo nigdy jeszcze pochopniejszego nie widziałem. A jednak, na sumienie, są większe od niego łotry, które żyć pragną, choć to Rzymianin; są też między nimi i tacy, co umierają mimo woli, jakbym i ja zrobił, gdybym do ich liczby należał. Chciałbym, żebyśmy wszyscy jednej byli myśli, a myśli uczciwej. Byłaby to wielka klęska dla stróżów więzienia i szubienic! Mówię przeciw własnemu interesowi; ale i moje życzenie ma także swoje dogodności (wychodzi).

SCENA V.
Namiot Cymbelina.
(Wchodzą: Cymbelin, Belaryusz, Gwideryusz, Arwiragus, Pizanio, Panowie, Oficerowie i Służba).

Cymbelin.  Zrządzeniem bogów tronu mego zbawcy,
Stańcie przy boku moim. Ja boleję,
Że niema śladu biednego żołnierza,
Który tak dzielnie z wrogiem naszym walczył,

Złote kirysy łachmanami wstydził,
Tarcze wyprzedzał piersiami nagiemi!
Kto mi go znajdzie, ten szczęśliwy będzie,
Jeżeli może szczęśliwym go zrobić
Królewska łaska.
Belaryusz.  Nigdy nie widziałem
Tyle dzielności w tak biednem stworzeniu,
Rycerskich czynów w tym, który z pozoru
Żebraka tylko zdał się zapowiadać.
Cymbelin.  Ni wieści o nim?
Pizanio.  Darmo go szukano
Między trupami, między żyjącymi:
Przepadł bez śladu.
Cymbelin.  Z wielkim moim żalem
Jestem dziedzicem należnej mu płacy;
Więc ją do waszej dodam; wy jesteście
Ramieniem, sercem i mózgiem Brytanii,
Która, wyznaję, wam swe życie winna.
Czas teraz spytać, skąd tu przybywacie.
Belaryusz.  Jesteśmy szlachtą w Kambryi urodzoną;
Chełpić się z czego więcej zabraniają
Prawda i honor; mogę tylko dodać,
Żeśmy uczciwi.
Cymbelin.  Ugnijcie kolana;
Na mych rycerzy pasowani wstańcie.
Towarzyszami mianuję was mymi,
Dodam zaszczyty zasług waszych godne.

(Wchodzą: Korneliusz i Panie).

Twarze ich, sprawy zwiastują mi ważne.
Czemu nasz tryumf z tym witacie smutkiem?
Twarz ta Rzymianom dziś tylko przystoi.
Korneliusz.  Witam cię, królu! Szczęście twe zatruje
Moja wiadomość: królowa umarła.
Cymbelin.  Komuż wiadomość taka mniej przystoi
Niż lekarzowi? A jednak wiem dobrze,
Lekarstwo może życie nam przedłużyć,
Lecz śmierć, na końcu, weźmie i lekarza.
Jakże skończyła?

Korneliusz.  Jak żyła — w szaleństwie.
Okrutną była dla świata za życia,
W śmierci dla siebie była okrutniejszą.
To, co wyznała, gdy każesz, powtórzę,
A jej niewiasty, jeśli się omylę,
Mój błąd naprawią, bo ze łzami w oczach
Były przytomne w chwili jej konania.
Cymbelin.  Opowiedz wszystko.
Korneliusz.  Naprzód nam wyznała,
Że nie kochała nigdy twej osoby,
Lecz twoją wielkość; poślubiła godność,
Twej królewskości była tylko żoną,
Ale się twoją brzydziła osobą.
Cymbelin.  Ona jedynie wiedzieć o tem mogła.
Gdyby przy śmierci tego nie wyznała,
Ustom jej własnym wiarybym odmówił.
Prowadź rzecz dalej.
Korneliusz.  Że córka twa, królu,
Którą się zdała tak gorąco kochać,
W oczach jej była zjadliwym niedźwiadkiem,
Żeby jej życie, gdyby nie ucieczka,
Sama zadaną wydarła trucizną.
Cymbelin.  Czart niezgłębiony! Kto zgadnie kobietę?
Czy na tem koniec?
Korneliusz.  Są rzeczy straszniejsze.
Miała dla ciebie śmiertelną truciznę,
Co się twem życiem zwolna miała karmić,
Żyłkę po żyłce w ciele twem zabijać;
Myślą jej było, w tej powolnej śmierci,
Czuwaniem, płaczem i pocałunkami
Wszystkie potęgi twojej podbić duszy,
Uwikłanego w tę matnię nakłonić,
Żebyś jej syna za następcę uznał.
A kiedy dziwne zniknięcie Klotena
Pokrzyżowało wszystkie jej zamiary,
Rozpacz bezwstydną duszę jej posiadła:
Na przekor niebu i na przekor ludziom,
Wyznała wszystko, żałowała tylko,

Że swoich knowań nie mogła dokonać,
I w bezpokutnej skonała rozpaczy.
Cymbelin.  I wy to wszystko słyszałyście także?
1 Pani.  Wszystko, mój królu.
Cymbelin.  To nie ócz mych wina,
Bo była piękną; ani wina uszu,
Które słuchały pochlebstw jej fałszywych;
Ni serca, które pozorom wierzyło:
Byłoby raczej grzechem jej nie ufać.
Lecz, córko moja, ty możesz powiedzieć,
Że to szaleństwem z mojej było strony,
Które ty swojem stwierdziłaś cierpieniem.
Zlituj się, Boże, i napraw me błędy!

(Wchodzą: Lucyusz, Jachimo, Wróżbiarz i inni rzymscy Jeńcy, pod strażą, za nimi Postumus i Imogena).

Nie po daninę przychodzisz, Kajuszu;
Brytańska szabla zdarła traktat stary,
Chociaż niejednej kosztem dzielnej duszy.
Poległych dzieci, by ojców ukoić,
Żądają śmierci wszystkich rzymskich jeńców;
Do ich życzenia przychylam się także.
Więc się gotujcie na śmierć.
Lucyusz.  Pomyśl, królu,
Jak losy wojny zmienne są na ziemi:
Zwycięstwo dał wam szczęśliwy przypadek.
Gdyby usiadło na naszych sztandarach,
Ze krwią ostygłą po ogniach potrzeby
Jeńcomby naszym miecz zemsty nie groził.
Ale jeżeli bogów taka wola,
Jeśli śmierć naszym musi być okupem,
Niech i tak będzie: jesteśmy gotowi,
Rzymianie, umrzeć śmiercią Rzymian godną,
Bo Cezar żyje i resztę obmyśli.
Oto jest wszystko, co się do mnie ściąga.
Teraz o jedną tylko proszę łaskę:
Ten paź mój młody w Brytanii się rodził,
Daruj mu życie, przyjm za niego okup.
Nigdy pan nie miał wierniejszego sługi.

Wierny i tkliwy jak mamka dla dziecka;
Niech swą zasługą me poprze błagania:
Pokornej prośby nie odrzucaj, królu.
Nigdy nikogo z twoich nie pokrzywdził,
Chociaż był wiernym sługą Rzymianina.
Ocal go, królu, a krwi mojej nie szczędź.
Cymbelin.  Twojego pazia widziałem już kiedyś;
Nie są mi obce twarzy jego rysy.
Chłopcze, spojrzeniem kupiłeś me względy.
Jesteś już moim. Sam nie wiem dlaczego
Mówię: żyj, chłopcze, a za twoje życie,
Nie dziękuj panu twojemu; żyj, chłopcze,
Proś Cymbelina, o jaką chcesz łaskę,
Byle mnie godną, korzystną dla ciebie,
Wszystko otrzymasz, choćbyś nawet prosił
O życie jeńca najszlachetniejszego.
Imogena.  Pokorne dzięki składam ci, o panie.
Lucyusz.  Nie żądam, abyś prosił o me życie,
Choć wiem, że będziesz prosił dobry paziu.
Imogena.  Nie, nie, niestety! Są ważniejsze sprawy.
Spostrzegam przedmiot jak śmierć dla mnie gorzki:
Twe życie niech się, jak może, wywikła.
Lucyusz.  On ze mnie szydzi, z wzgardą mnie opuszcza
Krótkie ten liczy radości godziny,
Co wierzy słowu chłopca lub dziewczyny.
Ale dlaczego stoi tak zmieszany?
Cymbelin.  O co chcesz prosić? Kocham cię serdecznie;
Namyśl się dobrze, nim żądanie powiesz.
Czy znasz człowieka, na którego patrzysz?
Chcesz go ocalić? Czy to jest twój krewny,
Czy twój przyjaciel?
Imogena.  To jest rzymski jeniec,
Nie bliższy dla mnie krewny, niż ja, królu,
Dla ciebie jestem, chociaż, jak twój wasal,
Powinowactwa twego jestem bliższy.
Cymbelin.  Czemu na niego patrzysz tak upornie?
Imogena.  Racz mi dać, królu, chwilę posłuchania,
Wszystko ci powiem.

Cymbelin.  O, z całego serca,
Będę uważny. Powiedz mi twe imię.
Imogena.  Fidele, panie.
Cymbelin.  Jesteś moim paziem,
A ja dla ciebie dobrym będę panem.
Idźmy na stronę; mów ze mną otwarcie.

(Cymbelin i Imogena rozmawiają na stronie).

Belaryusz.  Czyliż to chłopię z martwych nie powstało?
Arwirag.  Jak ziarnko piasku do ziarnka podobne,
Tak on do chłopca o różanych licach,
Co u nas umarł, a zwał się Fidele.
Co myślisz?
Gwider.  Tak jest, nasz umarły ożył.
Belaryusz.  Czekajmy końca. Ani spojrzał na nas.
Dziwne są czasem stworzeń podobieństwa.
Gdyby to on był, przemówiłby do nas.
Gwider.  My go jednakże umarłym widzieli.
Belaryusz.  Cicho, czekajmy.
Pizanio  (na stronie).To jest moja pani;
Gdy ona żyje, mniejsza o świat cały.

(Cymbelin i Imogena wracają na przód sceny).

Cymbelin.  Stań przy mym boku i głośno go pytaj.
(Do Jachima). Zbliż się, odpowiedz na pytania chłopca;
Bądź tylko szczery, lub, na moje berło
I na mój honor królewski przysięgam,
Tortury prawdę od kłamstw twych odwieją.
Mów!
Imogena.  Niech mi szlachcic ten powiedzieć raczy,
Skąd ma ten pierścień?
Postumus  (na stronie).Co jemu do tego?
Cymbelin.  Odpowiedz, jaką otrzymałeś drogą
Ten pierścień, który błyszczy na twym palcu?
Jachimo.  Jeśli nie powiem, męczarnią mi grozisz;
Gdy powiem, twoją będzie to męczarnią.
Cymbelin.  Moją?
Jachimo.  Rad jestem, że mnie przymusiłeś
Do wyznań, które w mych piersiach tajone,
Nieustającą były mnie torturą.

Pierścień ten podłą otrzymałem zdradą;
Do Leonata niegdyś on należał,
Któregoś wygnał, a choć moje słowa,
Ciebie, o królu, głębiej niż mnie dotkną,
Powiem, że nigdy szlachetniejsze serce
Nie biło w piersiach pod nieba sklepieniem.
Mam mówić dalej?
Cymbelin.  Całą wyznaj prawdę.
Jachimo.  Nieporównana córka twoja, panie,
(Myśl sama o niej serce mi zakrwawia,
Rozdziera duszę), przebacz, królu — mdleję.
Cymbelin.  Ma córka? Gdzie jest? O, zbierz wszystkie siły;
Żyj raczej, póki natura pozwoli,
Nimbyś miał umrzeć przed powieści końcem.
Zbierz siły, przemów!
Jachimo.  Niedawnymi czasy,
(Przeklęty zegar, co bił tę godzinę!)
W Rzymie (niech ziemia pałac ten pochłonie!)
Wśród uczty (czemu trucizną nie były
Potrawy, które do ust moich niosłem!)
Dobry Postumus (jak powiem? zbyt dobry,
By się w złych ludzi towarzystwo mieszać,
A i w najlepszych zebraniu najlepszy),
Siedział posępny i słuchał w milczeniu
Uwielbień włoskim sypanych kochankom;
Ich wdziękom, które największego mówcy
Szczytną wymowę robiły jałową;
Kształtom, przy których koślawieć się zdały
Smukłe Wenery, Pallady posągi,
Choć niedościgłe natury utworom;
Postaciom, w których wszystko jest zebrane,
Co mąż w kobiecie uwielbia i kocha;
Urokom, które jak potężny haczyk,
Przez oczy dusze patrzących chwytają —
Cymbelin.  Stoję na węglach. Do rzeczy, do rzeczy!
Jachimo.  Zbyt tylko prędko do rzeczy przystąpię,
Chyba, że pragniesz co najprędzej cierpieć.
Leonat, godny kochanki kochanek,

Przyjął wyzwanie, a nie poniżając
Tych, które nasze wynosiły słowa,
Z całą względnością pewnej siebie cnoty
Swej nam kochanki odmalował obraz,
A gdy słowami w ten obraz wlał duszę,
Przechwałki nasze tylko się zdawały
Naszych kucharek śmiesznem uwielbieniem.
Jak ogłupieli staliśmy i niemi.
Cymbelin.  Tylko do rzeczy!
Jachimo.  Córki twojej czystość,
Mówił nam, była tak niepokalana,
Że przy niej nawet Dyany marzenia
Były gorące, a ja, nieszczęśliwy,
Zacząłem wątpić o jego pochwałach;
Poszedłem w zakład (stos złota z mej strony,
A z jego strony ten kosztowny kamień,
Który na palcu swym nosił dostojnym),
Że w jej komnacie miejsce jego zajmę
I pierścień wygram honoru jej kosztem.
On, godny rycerz, a cnoty jej pewny,
Którą sprawdziłem, chętnie przyjął zakład,
Jakby go przyjął, choćby w swym pierścieniu
Nosił karbunkuł z koła Apollina,
Bo mógłby nawet przyjąć bez obawy,
Gdyby i wozu całego miał wartość.
Więc do Brytanii ruszyłem co prędzej;
Na dworze twoim widziałeś mnie, królu,
Tam mnie twa czysta nauczyła córka,
Jak nieskończona istnieje różnica
Między miłością a między rozpustą.
Ale gdym stracił nadzieję, nie żądzę,
Włoski mój dowcip w waszej tępszej ziemi
Wynalazł środki podłe lecz skuteczne.
Dzięki tym środkom, do Włoch powróciłem
Z takim zasobem pozornych dowodów,
Że rozum stracił szlachetny Leonat.
Wiarę w jej cnotę potrafiłem zabić.
Gdym mu opisał obicie komnaty,

Gdy bransoletkę mu tę pokazałem,
(Przez jaki fortel z jej ściągniętą ręki!)
Gdym znaki ciała tajemne opisał,
Musiał uwierzyć, że węzeł czystości
Pod mojej ręki zerwał się dotknięciem.
Potem — dziś nawet zda się, że go widzę —
Postumus  (występując na przód sceny).
Ha, tak jest, widzisz, ty włoski szatanie!
O, ja szalony, łatwowierny głupiec,
Morderca, złodziej! Niechaj spadną na mnie
Wszystkie męczarnie w piekle czekające
Na zbrodnie przeszłe, obecne i przyszłe!
Dajcie mi stryczek, nóż albo truciznę!
Gdzie sprawiedliwy sędzia i trybunał!
Najwymyślniejsze każ przynieść tortury,
Bo mój uczynek uszlachetnia teraz
Wszystko, czem dotąd brzydzili się ludzie.
Jestem Leonat, córki twej zabójca!
Nie, podle kłamię, tylko ją kazałem
Świętokradzkiemu zabić złodziejowi,
Nikczemnikowi mniejszemu od siebie.
A ona była cnót wszystkich świątynią,
Ba! cnotą samą. Plujcie teraz na mnie
I kamieniami, błotem mnie obrzućcie,
Szczujcie mnie psami; każdy odtąd zbrodniarz
Niech się nazywa Postumus Leonat,
Bo wszystka zbrodnia lżejsza jest od mojej!
O, Imogeno! ty moja królowo!
Ty żono moja i życie ty moje!
O, Imogeno!
Imogena.  Uspokój się, panie,
Słuchaj mnie —
Postumus.  Jakto? czy szydzić chcesz ze mnie?
Zuchwały paziu, oto płaca twoja!

(Uderza ją, Imogena upada).

Pizanio.  Przebóg, ratujcie mą i waszą panią!
O, Leonacie, nie wprzódy lecz teraz
Własną zabiłeś ręką Imogenę.

O pani moja!
Cymbelin.  Czy świat się przewraca?
Postumus.  Skąd mi ten zawrót?
Pizanio.  Zbudź się, pani moja!
Cymbelin.  Jeśli to ona, to widzę, radością
Bóg mnie chce zabić.
Pizanio.  Budzi się. O, pani!
Imogena.  Precz z moich oczu, niebezpieczny sługo!
Ty mi zadałeś truciznę, oddechem
Twym nie zatruwaj książąt obecności.
Cymbelin.  Głos Imogeny!
Pizanio.  Niechaj, pani moja,
Siarczany ogień z nieba na mnie spadnie,
Jeślim nie myślał, dając ci pudełko,
Że ci kosztowne wręczyłem lekarstwo,
Którem otrzymał z własnych rąk królowej.
Cymbelin.  Czy nowa zbrodnia?
Imogena.  To była trucizna.
Korneliusz.  Ha, zapomniałem, królu, ci powtórzyć
Jednego jeszcze zeznania królowej,
Które niewinność człeka tego stwierdzi.
„Jeśli Pizanio, rzekła, da swej pani,
Co z mej wziął ręki jak kosztowny kordyał,
Tem ją otruje, czem szczura struć można“.
Cymbelin.  Co się to znaczy?
Korneliusz.  Często mnie królowa
Nagliła, bym jej zaprawiał trucizny,
Dając za powód, że się chce nauczyć,
Jakie ich skutki, na podłych stworzeniach,
Na psach lub kotach. Lecz ja, niespokojny,
Z obawy jakich myśli niebezpiecznych,
Dałem jej proszek, który po zażyciu
Siły żywotne zawieszał na chwilę;
Lecz odrętwiała natura niebawem
Do swej właściwej powracała siły.
Czy wzięłaś proszki?
Imogena.  Tak myślę, przez chwilę
Byłam umarła.

Belaryusz.  Teraz, moje chłopcy,
Wszystko jest jasne.
Gwider.  To nasz jest Fidele!
Imogena.  Czemu twą ślubną odepchnąłeś żonę?
Pomyśl, że stoisz na urwisku skały,
I pchnij mnie w przepaść (ściska go).
Postumus.  Wiś tak, duszo moja,
Jak owoc, póki drzewo to nie umrze.
Cymbelin.  Dziecię, krwi moja, jakto, czy tej sceny
Ja niemym tylko świadkiem mam pozostać?
O, przemów do mnie!
Imogena  (klęka).Błogosław mi, ojcze!
Belaryusz  (do Gwid. i Arw.). Nie ganię, żeście kochali to chłopię —
Były powody.
Cymbelin.  Łzy z mych ócz ciekące
Niechaj dla ciebie świętą będą wodą! —
Umarła matka twoja, Imogeno.
Imogena.  Boleję nad tem.
Cymbelin.  Występna niewiasta!
Jej to jest dziełem, że się tutaj, córko,
W tak dziwny sposób spotykamy z sobą.
Jej syn, nie wiemy, jak i gdzie się podział?
Pizanio.  Minęła trwoga, powiem teraz prawdę:
Gdy pani moja dwór twój opuściła,
Kloten z dobytą wleciał do mnie szablą,
Śmiercią mi straszną groził zapieniony,
Jeśli nie powiem, jaką poszła drogą.
Miałem przypadkiem list pana w kieszeni,
Ten list go pognał w góry blizko Milford,
By jej tam szukać, w pana mego sukniach,
Które mu wydać byłem przymuszony.
Klął się, że honor pani mojej wydrze.
Co potem zaszło, nie umiem powiedzieć.
Gwider.  Ja skończę powieść: ja go tam zabiłem.
Cymbelin.  Uchowaj Boże! Nie chciałbym, młodzieńcze,
Aby w nagrodę twojej waleczności,
Z ust mych surowy wypaść musiał wyrok.
Dzielny młodzieńcze, słowa twe odwołaj.

Gwider.  Co powiedziałem, królu, to zrobiłem.
Cymbelin.  To był królewicz.
Gwider.  Lecz bardzo niedworny,
Nic królewskiego w swoich nie miał ustach.
Wyzwanie jego w takich było słowach,
Że gdyby tak mi morze zaryczało,
Morzebym chłostał. Uciąłem mu głowę:
Dziękuję Bogu, że tutaj go niema,
Aby podobną powieść o mnie prawić.
Cymbelin.  Żal mi; twój własny potępił cię język.
Co prawo każe, wypełnić się musi:
Śmierć twoją karą.
Imogena.  Kadłub ten bez głowy,
Za mego męża wzięłam resztki.
Cymbelin.  Straże,
Wiedźcie do turmy związanego więźnia.
Belaryusz.  Wstrzymaj się, królu! mąż ten wart jest więcej
Niż człowiek, który z ręki jego zginął.
On swoim rodem jest ci równy, królu,
Sam jeden więcej niż Klotenów pułki
Usług ci oddał. (Do Straży) Zostawcie go wolno:
Nie do łańcuchów zrodzone te ręce.
Cymbelin.  Stary żołnierzu, czy chcesz twe zasługi
Jeszcze należnej pozbawić nagrody,
Wściekłość mą budząc? Co! Równy mi rodem?
Arwirag.  Mówiąc to, zbyt się posunął daleko.
Cymbelin.  Ty umrzesz za to!
Belaryusz.  Wszyscy trzej umrzemy,
Lecz wprzód dowiodę, że dwóch między nami
Są, czem ich moje ogłasza zeznanie.
Zmuszony jestem, dzieci, z mojej strony
Wyjawić prawdę niebezpieczną dla mnie,
Ale, być może, dla was upragnioną.
Arwirag.  Niebezpieczeństwo twoje jest i naszem.
Gwider.  Jak dobro nasze, jego także dobrem.
Belaryusz.  Dobrze więc! Królu, miałeś poddanego
Na twoim dworze, nazwiskiem Belaryusz.
Cymbelin.  Wiem, był to zdrajca z moich ziem wygnany.

Belaryusz.  On się doczekał siwizny tej, królu:
Wygnany, prawda; lecz dlaczego zdrajca,
Nie wiem.
Cymbelin.  Hej, straże, precz z nim do więzienia!
Od śmierci cały świat cię nie uchowa.
Belaryusz.  Miarkuj się, królu. Wprzód musisz mi spłacić
Wszystkie twych synów koszta wychowania,
A gdy odbiorę należną mi sumę,
Możesz ją potem, królu, skonfiskować.
Cymbelin.  Za wychowanie synów mych?
Belaryusz.  Uklękam,
Bom za daleko mą posunął śmiałość;
Nie wstanę, póki nie wzniosę mych synów;
Potem starego ojca nie oszczędzaj.
Dwaj ci młodzianie, choć mnie ojcem zowią,
Potężny królu, memi dziećmi nie są:
To krew jest twoja, z lędźwi twoich wyszli.
Cymbelin.  Co? Dzieci moje?
Belaryusz.  Tak jest, dzieci twoje,
Tak pewno, jak ty ojca twego synem.
Ja, stary Morgan, jestem ten Belaryusz,
Którego niegdyś zrobiłeś banitą;
Twa samowola była moją zbrodnią,
Moją jedyną zdradą, karą moją;
Moim występkiem były moje krzywdy.
Dwóch królewiczów, bo to dzieci twoje,
Przez lat ostatnich dwadzieścia chowałem,
Co sam umiałem, tegom ich nauczył,
A sam widziałeś, królu, co umieją.
Po mem wygnaniu, przez moje namowy
Wykradła dzieci mamka Eryfila,
Którą w zapłatę pojąłem za żonę.
Kara przed zdradą, zdradę podszepnęła.
Im ci dotkliwszą strata dzieci była,
Tem lepiej celu kradzieży dosiągłem.
Ale ci teraz wracam twoich synów,
A sam dwóch słodkich tracę towarzyszy.
Błogosławieństwo z wysokiego nieba

Niechaj na głowy ich spadnie jak rosa!
Godni są bowiem cnoty swojej blaskiem
Na firmamencie jak dwie błyszczeć gwiazdy.
Cymbelin.  Płaczesz i mówisz. Przez was trzech oddane
Od słów są twoich dziwniejsze usługi.
Straciłem dzieci; gdy je w nich znajduję,
Jakżebym synów godniejszych miał żądać?
Belaryusz.  Lecz słowo jeszcze: to jest twój Gwideryusz,
Którego dotąd zwałem Polidorem,
A ten mój Kadwal twym jest Arwiragiem.
Młodszy, w kosztowny płaszcz był owinięty,
Własną królowej haftowany ręką;
Płaszcz ten na dowód mogę ci pokazać.
Cymbelin.  Gwideryusz dziwny nosił znak na szyi,
Czerwoną gwiazdkę.
Belaryusz.  Zobaczysz ten stempel
Mądrej natury wyciśnięty ręką,
Aby o jego świadczyć tożsamości.
Cymbelin.  Więc mi się troje bliźniąt urodziło?
Nie, nigdy matka nie była szczęśliwszą
Przy rozwiązaniu. Błogosław wam, Boże,
Gdy z orbit waszych tak dawno wyrwani,
Wracacie znowu, aby w nich panować!
Lecz ty królestwo tracisz, Imogeno.
Imogena.  Nie, powiedz raczej: wygrywam dwa światy.
O, drodzy bracia, znalazłam was przecie!
Wyznajcie tylko, żem prawdomowniejsza:
Gdym siostrą była, zwaliście mnie bratem,
A ja was braćmi, boście braćmi byli.
Cymbelin.  Czyście już kiedy spotkali się razem?
Arwirag.  Tak jest.
Gwider.  A miłość rosła między nami,
Póki się martwym nie zdała nam trupem.
Korneliusz.  Przez kordyał ręką królowej zaprawny.
Cymbelin.  Cudowny instynkt! Kiedyż całą powieść
Usłyszę od was? To groźne skrócenie,
Zda mi się w dziwne bogate gałęzie,
A każdej chciałbym dokładnie się przyjrzeć.

Jak i gdzie żyłaś? Przez jakie wypadki
Rzymskiemu służyć przyszło ci jeńcowi?
Jak po spotkaniu z braćmi się rozstałaś?
Czemu tajemnie dwór mój opuściłaś?
I was chcę znowu pytać, jaki powód
W zamęt potyczki nagle was wprowadził?
I tysiąc innych tłómaczeń wymagać
O waszych losach, o waszych przygodach.
Lecz nie po temu ni czas, ani miejsce.
Patrzcie, jak Postum zapuścił kotwice
W swą Imogenę; patrzcie, jak z jej źrenic
Lecą niewinne spojrzeń błyskawice,
Na niego, na mnie, braci, na jej pana,
Wszystkich radości oblewają falą;
We wszystkich widać radości tej odblask.
Czas dymem ofiar napełnić świątynie. (Bo Belaryusza).
Tyś mi jest bratem i zawsze nim będziesz.
Imogena.  A moim ojcem. Dzięki twej pomocy
Mogłam tej szczęsnej doczekać się chwili.
Cymbelin.  Radością wszystkich serca przepełnione
Prócz naszych jeńców; ale szczęście nasze
I jeńcy nasi niechaj z nami dzielą.
Imogena  (do Lucyusza). Jeszcze ci służyć będę, dobry panie.
Lucyusz.  Bóg ci błogosław!
Cymbelin.  Zgubiony ten żołnierz,
Co tak odważnie walczył z wami razem,
Jakąby tego miejsca był ozdobą,
Jakiem królewskiej świadectwem wdzięczności!
Postumus.  Ja tym żołnierzem, jam w chłopskiej siermiędze
Walczył przy boku trzech tych bohaterów.
Ubiór zamiarom moim odpowiadał.
Że to ja byłem, przyświadcz mi, Jachimo,
Jam cię powalił, a mogłem cię zabić.
Jachimo  (klęka). I znów upadam, a teraz sumienie,
Jak wprzód twa siła, zgina mi kolana.
O, weź to życie, stokroć ci należne!
Lecz weź wprzód pierścień, weź wprzód bransoletkę,
Własność księżniczki z wszystkich najwierniejszej.

Postumus.  Nie klęcz przede mną, mej nad tobą władzy
Na to używam, aby cię ocalić,
A mojej zemsty, aby ci przebaczyć.
Żyj, a z innymi postępuj uczciwiej!
Cymbelin.  Szlachetny wyrok: zięć przykład mi daje;
Dziś hasłem naszem będzie przebaczenie.
Arwirag.  Dałeś nam pomoc, jakgdybyś już wiedział,
Żeś bratem naszym. Jaka dla mnie radość,
Że jesteś bratem!
Postumus.  Sługą waszym jestem. —
Rzymski mój panie, przywołaj wróżbiarza.
Widziałem we śnie, jak na swoim orle
Jowisz rodziny mej otoczon kołem
Zstąpił widomie do mego więzienia;
Gdym się obudził, znalazłem tę kartę
Na piersiach moich; lecz treść jej tak ciemna,
Że myśli żadnej znaleźć w niej nie mogę.
Niech nam swej sztuki twój wróżbiarz da dowód,
Wyłoży kartę.
Lucyusz.  Hola! Filarmonus!
Wróżb.  Jestem, mój panie.
Lucyusz.  Czytaj i wytłómacz.

Wróżb  (czyta). Kiedy lwie szczenię, samo sobie nieznane, nie szukając, znajdzie tchnienie łagodnego powietrza, które go uściśnie; kiedy gałęzie od okazałego odcięte cedru, przez długie lata umarłe, odżyją, z sędziwym pniem się połączą i odzielenią: wtedy i Postumus skończy swe cierpienia, Brytania będzie szczęśliwa i zakwitnie w pokoju i obfitości.

Ty, Leonacie, lwa jesteś szczenięciem,
Twego nazwiska wierne tłómaczenie,
Bo Leo-natus lwa szczenię się znaczy. (Do Cymbelina).
Łagodnem tchnieniem córka twa cnotliwa;
W naszym języku jest to mollis aër,
A z mollis aër urósł wyraz mulier,
Mulier, kobieta (do Postuma), twoja wierna żona,
Która, w tej chwili, sprawdzając wyrocznie,
Nieznana, ani szukana przez ciebie,

Łagodnem tchnieniem ścisnęła cię, panie.
Cymbelin.  Jest w tem coś sensu.
Wróżb.  Ten cedr niebotyczny,
To twa królewska postać, Cymbelinie;
Twoi synowie, odcięte gałęzie,
Przez długie lata dla ciebie umarli,
Odżyli teraz i z sędziwym cedrem
Łączą się znowu; nowe latorośle
Wróżą Brytanii pokój i obfitość.
Cymbelin.  Dobrze! Zacznijmy teraz od pokoju.
Chociaż zwycięzcy, Kajuszu Lucyuszu,
Przyjmujem zwierzchność rzymskiego Cezara,
I przyrzekamy zwykły płacić haracz.
Jeśli go wprzódy nie chciałem uiścić,
Była to rada występnej królowej,
Którą, wraz z synem, niebo sprawiedliwe
Srogo za grzeszną ukarało radę.
Wróżb.  Niebieskich potęg harmonijne lutnie
Już do naszego stroją się pokoju. (Do Lucyusza).
Widzenie moje, którem ci opisał
Przed ciosem bitwy tej ledwo ostygłej,
Słowo do słowa sprawdziło się teraz.
Bo orzeł rzymski z południa na zachód
Leciał i w słońca utonął promieniach,
Co nam wróżyło, że orzeł nasz, Cezar,
Znów z Cymbelinem zgodzi się promiennym,
Który, jak słońce, świeci na zachodzie.
Cymbelin.  Cześć bogom! Niechaj kłębiące się dymy
Z świętych ołtarzy do nozdrza ich lecą!
Poddanym naszym pokój ten ogłośmy.
Idźmy! Dwóch armii przyjazne chorągwie
Niech szumią razem po ludu ulicach.
Potem, w świątyni wielkiego Jowisza
Zawarty pokój stwierdzim uroczyście.
Podobny pokój nigdy stron nie zgodził,
Nim dłoń z krwi obmył żołnierz, co w krwi brodził.

(Wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 72d.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.