Cmentarna lilja/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Cmentarna lilja
Wydawca Kurjer Wileński
Data wydania 1910
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

Ingryda i Anna Stine wędrują po przez odwieczny, mroczny las. Szły bez wytchnienia czwarty dzień, nocując w spotykanych po drodze pastuszych chatach.
Anna Stine ukradkiem spogląda na bladą dziewczynę i prosi Boga o dodanie jej sił.
Staruszka raz po raz się ogląda, zdaje jej się, że Kostusia z kosą kroczy za niemi, pilnując swojej własności.
Nie była przesądną, ani lękliwą; mieszkała sama jedna w głębi lasu, nie obawiając się ani diabłów, ani innych złych sił. Pomimo to spoglądając na Ingrydę, nie wierzy własnym oczom, że obok niej kroczy istota nie z tego świata.
Wrażenie to nie opuszczało jej od czasu, gdy wróciwszy do domu, zastała dziewczynę śpiącą na swojem łóżku.
Wróciła dopiero w poniedziałek, w niedzielę bowiem podczas pogrzebu Ingrydy, pani pastorowa silnie się rozchorowała i Anna przesiedziała noc całą przy jej łóżku.
Chora bredziła o zjawieniu się mary i oglądała się z niepokojem za zjawiskiem.
Ody starucha przekonała się, że Ingryda naprawdę uciekła z trumny, chciała pobiedz na plebanię z tą wiadomością, ale dziewczyna tak błagalnie prosiła i taką trwogę okazywała przed zetknięciem się ze swoimi opiekunami, że Anna zaniechała swego zamiaru.
Przytem nie mogła opuścić gorączkującej, chorej dziewczyny.
Śmierć stała u jej wezgłowia, zdawało się, że każdej chwili nikły płomyk życia zgaśnie jak zdmuchnięta świeca.
Tak mało było w niej życia, tak podobną była do widma, że staruszka sama nie była pewną z kim ma do czynienia. Po kilku dniach wypoczynku, gdy Ingryda stanowczo wzbraniała się powrócić do swych opiekunów, staruszka przypomniała sobie, że ma siostrę, pełniącą obowiązki gospodyni w bogatym pańskim dworze, tam też postanowiła udać się z dziewczyną.
W bogatym domu, pod opieką Stawy, nie powinno Ingrydzie być źle, chociażby tylko, jako służącej.
Pod wieczór czwartego dnia weszły na pagórek, skąd zobaczyły dolinę z dużem jeziorem pośrodku. Na jeziorze rozciągała się spora wyspa, połączona mostem z lądem, a na wyspie wznosił się duży, pański dwór.
To Münkshütte, gdzie służy siostra Anny Stine.
Kobiety zatrzymały się na pagórku, oczyściły zabłocone suknie i wytarły mchem podarte obuwie. Ingryda miała na sobie starą suknię Anny, a wyglądała tak nędznie, że staruszka patrząc na nią wzdychała z żalu i obawy, czy taką biedną, chorą dziewczynę przyjmą do służby.
Skończywszy porządkowanie toalety, kobiety zeszły z górki i już szły dworskiemi polami.
Wszędy znaczyły się ślady opuszczenia. Pola były nieuprawione, zarosłe krzakami. Mostek, prowadzący na wyspę, był zgniły, aleja wiodąca do dworu zarosła trawą i zagrodzona zwalonem przez wicher drzewem.
Annie Stine ścisnęło się serce na widok takiego zaniedbania, i pomyślała z trwogą:
— Czy czasem siostra jej nie umarła? nie do uwierzenia, aby taki nieporządek panował w miejscu, gdzie służyła Stawa.
Gdy Ingryda potykając się weszła na niepewny mostek, przekonała się, że było ich troje. Przyszedł ktoś na ich spotkanie i szedł obok dziewczyny. Wyraźnie go widziała, chociaż nie słychać było kroków. Chciała o tem powiedzieć Annie, lecz obawa ścisnęła jej gardło i nie mogła głosu wydobyć. Tymczasem towarzysz podszedł zupełnie blizko i wówczas Ingryda poznała go — to był on — jej pan student.
Obawa jej pierzchła. Dobroczynne ciepło rozlało się po jej skostniałych członkach.
Jak to dobrze, że on przyszedł i wprowadzi ją na nowe miejsce. Raz po raz obracała głowę w lewą stronę, właściwie wyraźnie widziała tylko uśmiechnięte z dobrocią usta jego, a gdy stanęła, chcąc mu się lepiej przyjrzeć — zniknął. Następnie znów się zjawił i szedł obok niej.
Nie mówił nic, tylko się uśmiechał, ale to było wystarczające — czuła, że jest ktoś, kto się nią opiekuje.
I dlatego, gdy weszła do kuchni dworskiej, policzki jej krasił lekki rumieniec i oczy błyszczały wesoło; wątłą była i nikłą, jak świeżo rozkwitły kwiatek, i jak on wdzięczny.
Spoglądała, jak we śnie i zaledwie ją dziwiło, że w kuchni są dwie Anny Stine, łudząco do siebie podobne.
Druga Anna Stine była ładnie ubraną, miała na sobie wełnianą spódnicę i biały czepek, związany pod brodą. Minęła długa chwila, nim się domyśliła, że ta druga, to zapewne siostra Anny, gospodyni Stawa.
Obok kuchni był pokoik z meblami w niebieskich pokrowcach, tam Stawa zaprosiła swoich gości i poczęstowała kawą z doskonałem ciastem migdałowem.
Anna Stine bez straty czasu przystąpiła do celu swej wizyty. Wie ona dokładnie, że Stawa cieszy się takiem zaufaniem pani radczyni, że ta porucza jej przyjmowanie służby. Ingryda wychowana w domu pastora, pragnie obecnie wyuczyć, się dokładnie gospodarstwa. Dlatego Anna ją tu przyprowadziła, bo wie, że nigdzie nie znajdzie lepszej szkoły. Gospodyni wobec komplementów siostry, zachowywała się obojętnie i milcząco. Dziwiła się, że służąca pastora nie ma własnej sukni i nosi suknię Anny. Podług niej dobra służąca znajdzie służbę wszędzie, bez potrzeby udawania się tak daleko.
Złe były widoki dla Ingrydy.
Wówczas Anna Stine postanowiła uderzyć w struny uczuciowe siostry.
— Ty, Stawo, żyłaś tu sobie, przez długie lata, jak pączek w maśle, a mnie bieda nieraz dała się dobrze we znaki. Nieraz byłam chora i tak samotna, że nie miał mi kto szklanki wody podać, a jedynie to dziewczę przybiegało do mnie rankami i wieczorami, pomagając mi i rozweselając mnie w w mojej biedzie. Dotąd cię o nic nie prosiłam, teraz, gdy pragnę się odwdzięczyć tej sierocie, odprawiasz nas, jak żebraków, bez dobrego słowa nawet.
— Nie rozumiesz mnie, siostro Anno. Nie mogę nic dla ciebie zrobić, bo nie mówisz mi całej prawdy. Ja sama pochodzę z Rocklandu, a nie znam tam chaty, w którejby wyrosnąć mógł taki buziak i takie oczy, jakie ma to dziewczę.
Rozumiem, że chcesz pomódz jej, ale twoja siostra przecie rozumu nie straciła i nie uwierzy każdej bajce.
Anna Stine zmięszana opuściła oczy, Ingryda zaś postanowiła zwierzyć się Stawie i cichym, miłym swym głosem opowiedziała jej historję swego życia.
Podczas opowiadania dziewczyny złagodniały ostre rysy twarzy gospodyni i przybrały przyjacielski wyraz. Szczególniej zainteresował ją ustęp o studencie i przekupniu, zapytała się Ingrydy, czy się nie boi tego warjata.
— Zupełnie się go nie obawiam, odparła, nie jest on właściwie warjatem, tylko bardzo, bardzo lękliwym.
— Zaczekajcie tu na mnie, zaniosę teraz kawę pani radczyni i pomówię z nią o waszej sprawie.
Gospodyni wyszła i niedługo wróciła.
— Chodźcie ze mną, rzekła, pani radczyni chce zobaczyć dziewczynę, która już leżała w trumnie.
Anna Stine zatrzymała się przy wspaniałych drzwiach wejściowych. Ingryda zaś śmiało podeszła do siedzącej na kanapie siwowłosej pani i podała jej swą małą rączkę. Zazwyczaj bardzo nieśmiała, nawet w skromnem otoczeniu, tu w tym bogatym dworze czuła się zupełnie swobodną, była jak u siebie w domu.
— Więc to ty, moje dziecko, byłaś pochowaną i ktoś cię wyratował, opowiedz mi, proszę, tę historję.
Ingryda na nowo rozpoczęła opowiadać dzieje krótkiego swego życia. Gdy doszła do wypadku z przekupniem, pani radczyni podeszła do niej, odsunęła jej chustkę z czoła i uważnie popatrzyła w oczy.
— Hm, rzekła, wierzę — że takie oczy mogą skutecznie rozkazywać. Po raz pierwszy w swem życiu Ingryda usłyszała komplement.
Pani radczyni zauważyła, że dziewczyna musi być bardzo odważną, postępując w ten sposób z wariatem? Ingryda odpowiedziała, że pragnęła koniecznie ukryć się przed wychodzącymi z kościoła, a przekupień nie jest wcale warjatem, nie czyni nikomu nic złego.
Pani radczyni ciekawą była dowiedzieć się nazwiska tego przekupnia. Ingryda nie zna nazwiska jego, ani imienia, wie tylko, że go przezywają „kozłem“, co go bardzo gniewa.
Kilka jeszcze zapytań postawiła pani radczyni dziewczynie, a mianowicie, jak się zachowuje przekupień, gdy przychodzi z towarem, czy jest jej wstrętnym, czy kpi także z „kozła“?
Dużo goryczy było w głosie pani radczyni, gdy mówiła o „koźle“.
Dziewczyna odpowiedziała, że przekupień zazwyczaj jest łagodny, zupełnie nie wydaje się jej wstrętnym, a ona nie ma zwyczaju kpić z nieszczęśliwych.
Oczy pani radczyni zamgliły się i stały się bardzo przyjazne.
— Moje dziecko, rzekła, posiadasz dobre serce i zdaje mi się umiesz obchodzić się z wariatami, a to wielki dar, — zazwyczaj ludzie boją się tych nieszczęśliwych.
Po tych słowach w pokoju pani radczyni zapanowała cisza.
— Dziecko moje, rzekła po chwili pani radczyni, ponieważ nie masz swego domu, gotowam cię przyjąć i ofiarować ci moją opiekę. Stara jestem i samotna bardzo, będziesz moją towarzyszką, a ja postaram się, abyś miała wszystko, co ci będzie potrzebne.
Może z czasem trzeba będzie zawiadomić twoich przybranych rodziców o tem, że żyjesz, tymczasem, skoro ci tak na tem zależy, niechaj pozostaną w mniemaniu, że cię pochowali. Będziesz mnie nazywała ciotką, a jak tobie na imię?
— Nazywam się Ingryda Berg.
— Ingryda? — powtórzyła zamyślona pani radczyni. Ja dam ci inne imię. Gdy zobaczyłam twoje oczy — gwiazdy pomyślałam sobie, że cię nazwano Mignon’ą.
Młoda dziewczyna odrazu zyskała pewność, że znalazła prawdziwy swój dom. Był to nowy dowód, że sprowadziła ją tu siła nadprzyrodzona.
Dziękując pani radczyni, gospodyni i Annie Stine, dziękowała w myśli swemu niewidzialnemu opiekunowi.




Późnym rankiem budzi się Ingryda na paradnem łóżku z baldachimem, pod haftowaną jedwabną kołdrą.
Muszlinowe zasłony łóżka podtrzymują dwa pyzate amory przyczepione do baldachimu.
Pomiędzy oknami jej pokoju stoi pękata komoda z inkrustacjami z cytrynowego drzewa, a z jej szuflad może wybierać dowoli cieńkiej, pachnącej bielizny.
Naprzeciwko komody stoi piękna szafa pełna sukien jedwabnych, wełnianych, muślinowych, czekających jej wyboru.
Gdy budzi się, obok łóżka jest już przygotowany przybór do kawy, błyszczący srebrem. Każdego ranka jej ząbki gryzą smaczny biały chleb i doskonałe migdałowe ciasto.
Ubrana w wykwintną suknię i koronkową chusteczkę, zaczesuje włosy wysoko i oglądając się w lustrze zadaje sobie pytanie:
— Czy to ty? czy to ty naprawdę; skąd się tu wzięłaś, powiedz! Wychodzi ze swego pokoju i udaje się do salonu. Tam spędza czas haftując, lub rysując wzory na jedwabiu. Po pracy śpiewa, gra na gitarze, lub rozmawia z panią radczynią. Od niej też bierze lekcje języka francuskiego i wskazówki, jak należy się zachować, aby być zupełnie salonową damą.
Przeczucia jej się sprawdzają.
Znajduje się naprawdę w zaczarowanym pałacu, z którego nikt nie wychodzi, ani też nikt nie przybywa. Tylko kilka pokojów wielkiego domu są utrzymane w stanie mieszkalnym, do innych nikt nie zagląda.
Gospodyni Stawa ma do pomocy tylko dwie dziewczyny, pomagające jej przy kuchni i dojeniu krów. Pomimo to jedzenie jest zawsze wyborne, a Ingryda i pani radczyni są obsłużone, jak wielkie damy. Po za tem jest jeszcze stary sługa i stróż rąbiący drzewo. Wskutek swego opuszczenia i osamotnienia stary dwór jest wybornym terenem dla marzeń. Tonie też w nich dusza dziewczyny, i pomimo, że nikt tu kwiatów nie hoduje, jej zdaje się, że ją otacza przejrzysta zasłona pachnących róż, która ją oddziela od rzeczywistego świata.
W około wyspy, pośród zarośli, wije się ścieżka, stałe miejsce przechadzek Ingrydy. Przygląda się literom, wyrżniętym na korze drzew, przysiada na wpół zgniłych ławkach i zachodzi do altan tak zbutwiałych, że straszno jest próg ich przestąpić.
Marzy o ludziach, którzy tu dawniej przebywali, wówczas, gdy te ławeczki i altanki tylko co ustawione błyszczały złotem świeżo obrobionych desek.
Przechadza się godzinami po zarośniętych alejach w około mostu, tu, gdzie on się zjawił, aby ją wprowadzić do dworu, gdzie jej było tak dobrze i gdzie ją tak kochano.
Godzinami rozmawia z nim, zwierza mu się ze swoich myśli. W tem miejscu odczuwa najlepiej obecność jego — swego studenta.
Marzy o przybyciu jego, przyjdzie tu niezawodnie, w tych alejach są ślady jego duszy.
Minęło lato i jesień, przybliżało się Boże Narodzenie.
— Panno Ingrydo — rzekła pewnego dnia — gospodyni Stawa, powiem pani nowinę. Na Boże Narodzenie przyjedzie nasz młody pan, właściciel tego majątku. Zawsze o tej porze roku nas odwiedza, dokończyła, wzdychając jakoś tajemniczo.
— Pani radczyni nigdy nie wspomina, że ma syna.
— Nie trzeba o tem mówić, pani radczyni zabroniła.
Gospodyni śpiesznie odchodzi, jakby w obawie dalszych pytań. Ingryda bynajmniej nie jest ciekawą, wprost obawia się rzeczywistości. Chroni swoje sny i piękne marzenia, bojąc się, aby w zetknięciu z rzeczywistością nie straciły barw. Po tej rozmowie on już jej nie odstępuje, towarzyszy stale. Tak jest nim zajęta, że zaledwie starczy czasu na rozmowę z innymi.
Pewnego dnia aleję, prowadzącą do dworu, oczyszczono ze śniegu. Pani radczyni siadła w oknie i patrzy na drogę.
— Czy wiesz, moje dziecko, mówi, kogo ja dziś oczekuję?
Młoda dziewczyna zadrżała i nie pewna swego głosu, skinęła potakująco głową.
— Czy mówiła ci imość Stawa, że mój syn jest nieco dziwny?
Ingryda spojrzała pytająco na radczynię.
— Nawet bardzo dziwny, — on jest... nie! Ja o tem mówić nie mogę... nie mogę, zobaczysz sama.
Ból dźwięczący w głosie matki ścisnął jej serce.
Czemu w tym domu wszystko jest takie dziwne? co tu się dzieje, o czem ona nie wie?
Dotąd była zupełnie pewną, że on jest synem radczyni, panem tego domu; obecnie pewność jej się zachwiała.
A więc to nie on?
Krótki dzień grudniowy ciągnie się bez końca. Pod wieczór na drodze ukazał się stróż wiozący furę drzewa na opał, wjechał w podwórze i zaczął zrzucać szczapy.
— Ingrydo, woła wzburzonym głosem pani radczyni, biegnij szybko na podwórko i każ Andersowi czemprędzej odprowadzić konie do stajni. Prędzej, prędzej biegnij!
Dziewczyna zbiegła ze schodów i wyszła na ganek, — polecenia pani radczyni jednak nie wykonała.
Przy wozie z drzewem stał wysoki mężczyzna, odziany w kożuch barani, i workiem na plecach. Zginając nizko swą wysoką postać, raz po raz kłaniał się szkapom.
— Co to... co to jest? przycisnęła ręce do czoła, — jak to rozumieć? dlaczego pani radczyni jest tak wzburzona? dlaczego stróż tak spiesznie odprowadza konie i jednocześnie tak nizko kłania się „kozłowi“, jaki jest jego stosunek do tego domu?
Czyżby to był młody dziedzic, i jego dziś oczekiwano? więc to nie on ją tu wprowadził? więc to tylko rojenie jej dziecinnej wyobraźni?
Jak smutno; jak smutno!
Czyżby ją tu tak dobrze przyjęto, dlatego, że wyrażała się przychylnie o biednym warjacie?
W nocy, śniąc na swem wspaniałem łóżku pod baldachimem, gdzie amor podtrzymuje wzorzyste zasłony, — dziewczyna płacze i wyrzeka.
— To nie ty wróciłeś do domu!
— Naturalnie, że to ja — odpowiada student.
I we śnie — ona mu wierzy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.