Cmentarna lilja/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Cmentarna lilja
Wydawca Kurjer Wileński
Data wydania 1910
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

W niedzielę po Bożem Narodzeniu Ingryda siedzi pod oknem w bawialni i haftuje. Pani radczyni robi pończoszkę, siedząc jak zwykle na kanapie.
Panuje zupełna cisza.
Przed chwilą wyszła z pokoju imość Stawa, która przyszła oznajmić, że młody pan układa swój tłomok, nieomylny znak, że wybiera się w drogę.
— Jeszcze wcześniej, niż zwykle odchodzi, — dodała z wyrzutem, patrząc na Ingrydę.
Dziewczyna rozumie, czego od niej żądają, a ona nie może nic uczynić. Haftuje w dalszym ciągu z pochyloną głową. Zapada jakby w odrętwienie, a smutne jej myśli układają się w fantastyczny obrazy.
Zdaje się jej, że chodzi po pokojach górnego piętra domu. Mija długi szereg salonów z meblami w pokrowcach, a obrazy, żyrandole i lustra zakryte są muślinem. Na posadzkach ściele się gruba warstwa pyłu. Wreszcie wchodzi do pokoju, w którym dotąd nigdy nie była. Pokój maleńki, wybity ciemnem suknem. Przy bliższem obejrzeniu widzi, że ani sufit, ani ściany nie są obite ciemnem suknem, a pokryte gęsto — nietoperzami. Pokój ten jest gniazdem nietoperzy.
W jednem z okien wybita jest szyba, zapewnie tędy zwierzątka te dostały się tu w takiej dużej ilości. Wisiały w zimowem odrętwieniu i ani jeden nie poruszył się, gdy dziewczyna weszła. Każdy jak płaszczem otulony był rozpostartemi skrzydłami i wisiał zaczepiony o ścianę jednym pazurem.
— Czy też imość Stawa wie o tem, że nietoperze zajęły cały pokój?
— Naturalnie, że wiem. Jest to ich pokój, panno Ingrydo. Pani o tem jeszcze nie wie, że w każdym starym dworze oddają jeden pokój dla nietoperzy?
— Nigdy o tem nie słyszałam.
— Jak pożyjesz tak długo, jak ja, to się przekonasz, że mówię prawdę.
— Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje?
— Tak trzeba. Nietoperze, to ptaki kumy Troski, — ona każe je przyjąć.
Ingryda spojrzała w okno i zobaczyła, jak przed ganek zajechały obszerne czarne sanie, zaprzężone w karę konie.
Imość Stawa wyszła pośpiesznie na ganek i zgięła się w głębokiem ukłonie.
Z sań wysunęła się staruszka w długiej szarej pelerynie z mnóstwem fałd na plecach.
— Ingrydo, przyjechała kuma Troska, słyszałam dzwonki jej sań. Zauważyłaś zapewnie, że jej sanie nie mają dzwonków, tylko kołatki, malutkie kołatki, ale słychać ich — oj, słychać dobrze, zejdź i przywitaj ją.
Gdy Ingryda zeszła na ganek kuma Troska rozmawiała z imość Stawą.
Przyglądając się starej pani, zauważyła, że płaszcz jej składał się ze skrzydeł nietoperzy. Chciała przyjrzeć się jej twarzy, ale kuma Troska stała odwrócona od niej plecami. Udało się jej tylko zobaczyć rękę, którą podała imość Stawie; jeden z jej palców był dłuższy i zakończony krzywym pazurem.
— Czy u was wszystko po staremu? — zapytała kuma Troska.
— Tak jest, szanowna pani!
— Nie zasiewano pól, nie obcinano drzew, nie naprawiono mostu, nie wyczyszczono alei?
— Tak, łaskawa pani!
— Dobrze, tak być musi. Nie pozwalam również kopać rudy, ani oczyszczać pól z zarośli.
— Tak pani!
— Nie czyszczono studni?
— Nie, nie czyszczono!
— Dobrze, podoba mi się. Dobre tu miejsce. Widzę, że za lat kilka ptaki moje zajmą tu cały dom. A jak przeszły święta Bożego Narodzenia?
— Święta Bożego Narodzenia? Pani radczyni cały dzień robiła pończochę i myślała o swoim synie. Wieczór Bożego Narodzenia przeszedł u nas jak inne wieczory. Ani choinki, ani podarunków. Nie jeździliśmy do kościoła i nie było świątecznego obiadu.
— Pani radczyni zapomina o Synie Bożym, sądząc, że On zapomniał o jej synie... Cóż jej syn, zapewnie teraz w domu? A może mu lepiej?
— Nie, nie lepiej, wciąż taki bojaźliwy.
— Czy ubiera się po chłopsku, i nie wchodzi do pokoju?
— Tak.
— Je w kuchni i śpi w drwalni?
— Tak.
— I wy nie wiecie, jak go uleczyć?
— Nie wiemy nic, nie rozumiemy nic.
Kuma Troska milczy przez chwilę i znów zaczyna mówić jeszcze ostrzejszym tonem.
— To się może jeszcze zmienić; a pomimo wszystko nie jestem z was zadowoloną.
Odwróciła się od imość Stawy i uporczywie zaczęła wpatrywać się w Ingrydę, która cofnęła się wstecz przerażona.
Kuma Troska miała małą zmarszczoną twarz, zęby, brwi i ciemna cera czyniły ją łudząco podobną do nietoperza.
— Gdy ta dziewczyna tu przyszła, myślalyście, że sam Bóg ją tu przystał. Po oczach jej poznać można, że może uleczyć chorego. I cóż zrobiła?
— Nic nie zrobiła!
— To moja sprawa, rzekła kuma Troska. Umyślnie jej nie powiedziałam, dlaczego ją tu zatrzymano. Gdyby o tem wiedziała, nie marzyłaby o przybyciu tu swego ukochanego. A gdyby nie żywiła tej nadziei, nie doznała by rozczarowania. Rozczarowanie pozbawiło ją energji i dlatego nie była w stanie nic zrobić dla warjata. Nawet na niego nie spojrzała. Nienawidzi go dla tego, że nie jest tym, którego oczekiwała. To dzieło rąk moich, imość Stawo!
— Tak pani, gdy ty się bierzesz do dzieła, zawsze cel osiągniesz.
Kuma Troska wyjęła szarą koronkową chustkę i wytarła zaczerwienione oczy.
— Nie staraj się okazywać lepszą, niż jesteś, imość Stawo. Wiem, że wam nie podoba się, iż moje ptaki zajęły tu pokój. Wy i wasza pani myślicie tylko o tem, aby mnie oszukać. Ale teraz to już wasz koniec nadchodzi.
— Tak, teraz może szanowna pani być zupełnie spokojną, — teraz już koniec. Młody pan zapakował już swój tłomok — odchodzi. To, o czem pani radczyni marzyła przez całe lato i jesień — skończone. Myślałyśmy, że jej się uda zatrzymać go w domu, a ona nie zwracając uwagi na naszą dobroć, — nic dla niego nie zrobiła.
— Tak. Ona mogła być doskonałą dla was pomocnicą — a teraz powinna pójść stąd precz. Właśnie o tem chciałam pomówić z jej wielmożnością.
Kuma Troska zaczęła wchodzić na schody, za każdym krokiem skrzydła się unosiły, jakby do fruwania.
Ingryda bezwolnie szła za nią, czuła się pod jej władzą.
Gdy weszła do bawialni, kuma Troska siedziała na kanapie obok radczyni i szeptała z nią, jak z przyjaciółką.
— Nie jesteś jeszcze zdecydowaną, czy masz ją zatrzymać, a w twoim ogrodzie nie rośnie ani jeden kwiatek, czy młoda dziewczyna może żyć w takim domu? Młodość wnosi ze sobą choć nieco wesela i radości, a tobie ich nie trzeba. Postaraj się o miejsce dla niej w innym domu, a tu jej nie trzymaj, — to chciałam ci powiedzieć. A jak ci się wogóle powodzi?
— Noże i nożyce krają dzień cały serce moje, — odezwała się pani radczyni. Żyję tylko nim, a jemu jest gorzej, znacznie gorzej; już mi brak sił, wytrzymać trudno.
Ingryda drgnęła na odgłos dzwonka — i przebudziła się. Tak plastyczne było jej widzenie, że oglądała się wokoło, szukając kumy Troski i jej ponurego zaprzęgu przed gankiem.
Jej wielmożność zadzwoniła na imość Stawę, a gdy ta nie przychodziła, posłała po nią Ingrydę.
W niebieskim pokoju gospodyni nie było nikogo. Ingryda poszła jej szukać do kuchni i zatrzymała się, słysząc głos Gunnara. Zapragnęła go zobaczyć, musi się przezwyciężyć i zrobić coś dla niego. Może się jej uda namówić go do pozostania w domu.
Schyliła się i spojrzała przez dziurkę od klucza.
Służące gawędziły z wariatem, śmiejąc się z jego dziwnych odpowiedzi. Pytały go z kim się ożeni.
Gunnar uśmiechał się, rad był, gdy go o to pytano.
— Ożenię się z „Cmentarną Lilją“, czy o tem nie wiesz?
— A gdzie ona mieszka?
— Nigdzie nie mieszka, ona domu niema, a siedzi w moim worku.
Służące śmiały się i pytały o jej rodzinę.
— Ona niema ani matki, ani ojca, odrzekł Gunnar, delikatna, piękna jest jak kwiat wyrosły w ogrodzie.
Ingryda cofnęła się, nie mogąc słuchać dłużej. Nie może nic uczynić dla niego, jest jej wstrętnym.
Jeszcze nie zdążyła wejść na schody, gdy odezwał się głos sumienia.
— Niewdzięcznicą jesteś! niczem się nie starasz odpłacić za wyświadczone ci tutaj dobro.
Starała się przedstawić sobie Gunnara w lepszem świetle, nie takim prostakiem. Jakby wyglądał, gdyby zmienił ubranie i odrzucił włosy z czoła? zamknęła oczy, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Próba się nie udawała. Nie mogła go sobie wyobrazić innym, niż był.
Natomiast zobaczyła „tamtego“. Ale jakże był zmieniony! nie uśmiechał się, jak zwykle, usta jego drżały, a w oczach legł wyraz dojmującego cierpienia.
Usłyszała niewyraźny szept.
Nie pozwól mi odejść, zatrzymaj mnie!
Ile męki bolesnej taił-ten ledwie dosłyszalny głos!
— Czy to dalszy ciąg mego snu? — pytała siebie Ingryda, ależ nie, ja nie śpię!
A usta „jego“ wciąż poruszały się cichym szeptem.
— Nie pozwól mi odejść!
Było to jakby błaganie konającej duszy o wyswobodzenie jej z mąk piekielnych.
Wargi „jego“ przestały się poruszać, a pozostały na wpół otwarte, nadając twarzy idiotyczny wyraz.
Krzyk przerażenia wyrwał się z piersi dziewczyny, zatoczyła się i spadła ze schodów.
Poznała w wizji uwielbionej — twarz warjata — „kozła“.
Nie... nie, to być nie może! to nie on... to nie on!
Wizja rozwiała się.
Całą godzinę przesiedziała Ingryda w zimnej sieni, płacząc i łamiąc ręce w bezsilnej rozpaczy.
— Jak go uleczyć, jak wyswobodzić z mąk wiecznego strachu?
W małej bawialni pani radczyni rozmawia z imość Stawą.
Niepewnym, przyciszonym głosem, prosi Stawę o skłonienie jej syna do pozostania jeszcze chociażby przez dni kilka.
Imość Stawa trzyma się odpornie.
— Naturalnie, mogę go prosić, lecz wasza wielmożność wie, że jego nikt nie przekona, skoro nie ma ochoty zostać.
— Pieniędzy nam jeszcze starczy na długo, niema potrzeby zarabiać, czy nie możesz mu tego powiedzieć?
Drzwi się otworzyły i weszła Ingryda.
Sunęła bez szelestu, stąpając lekko z błyszczącemi oczami, w zachwyceniu, jakby patrzyła na coś przepięknego, jej oczom tylko widzialnego. Schmurzyły się brwi pani radczyni, własny ból zmusił ją do okrucieństwa.
— Chodź do mnie, Ingrydo, pragnę z tobą pomówić o twojej przyszłości.
— O mojej przyszłości? — dziewczyna ręką potarła białe swe czoło i dodała ze smętnym uśmiechem, — moja przyszłość jest dla mnie jasną!
Podeszła do stolika, stojącego pomiędzy oknami i zabrawszy leżącą na nim gitarę — wyszła z pokoju.
Pani radczyni i imość Stawa spoglądały na nią w najwyższem zdumieniu. Gdy imość Stawa wróciła do swego pokoju, zastała w nim Ingrydę grającą na gitarze, — obok niej stał Gunnar z promie-niejącemi z zachwytu oczami.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.