Chłopski honor/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Chłopski honor
Podtytuł Opowiadanie
Pochodzenie „Zorza“, 1892, nr 41-47
Redaktor Maksymiljan Milguj-Malinowski
Wydawca Maksymiljan Milguj-Malinowski
Data wydania 1892
Druk Drukarnia Józefa Jeżyńskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


I.

Powiadają ludzie co kawał świata zwiedzili, że są w innych krajach takie piękne miejsca, że człowiek oczu od nich oderwać nie może. Góry się wznoszą wysoko aż pod niebo, na ich szczytach wiekuiście śnieg leży, bieli się i rumieni w blasku słonecznym, po spadzistych skałach woda z szumem spada w doliny, rozbija się o głazy miljonami kropelek, niby miljonami perełek ciskając, i spływa w doliny żyzne, urodzajne, zielone, wije się między łąkami, między drzewy różnemi, zdążając daleko, do wielkiej rzeki, co już prosto do morza idzie.
Powiadają, że w krajach niektórych same tylko drogie i pachnące drzewa rosną: pomarańcze, cytryny, oliwne drzewo, migdałowe krzaki, woniejące niby najprzedniejsze kadzidło. Tam winna latorośl pnie się po wzgórzach, jakby u nas chmiel dziki albo powój, a na gałązkach swoich dźwiga grona złociste, lub czarne, a wszystkie duże i pełne soku, z którego wino robią. Tam każdy owoc piękniejszy i słodszy, ptaki ładniejsze, motyle osobliwe, niebo zawsze jasne; ładnie tam.
Ale my, swego chowu ludzie, w owe dalekie kraje nie pójdziemy; tuśmy się urodzili, na tych zagonach pracujemy, na wiejskim cmentarzyku pod białą brzózką na wieczny spoczynek nas ułożą, więc pięknością swego zakątka się cieszmy, a chyba ślepy tylko powie, że tu u nas nie ładnie; ślepy albo bezrozumny.
Nie ma tu gór niebotycznych, ani wodospadów szumiących, nie ma wina, pomarańcz i migdałów, ale jest kawał roli żyznej, jest las szumiący, jest łączka usiana kwiatami, rzeczka, niby wstęga jasna, niebo nad naszemi głowami.
Spojrzyjcie bo tylko na naszą wioskę — Zagrody!
Nieznaczne wzgórze zniża się tu jedną stroną ku rzeczce; pocięte w garbate zagony, srebrzy się żytem, złoci pszenicą. Tam wąsaty jęczmień, tam owies kiściasty, ówdzie znów dalej kwitnąca tatarka bieleje. Wioska między drzewami się tuli, białe chałupy wśród ogródków, koło każdej to sadek wiśniowy, to gruszeczka, to jabłoń, a gdzie-niegdzie stara lipa rozłożysta, sokora ogromna, to znów topolina smukła.
Z za zieloności chat mało co widać, boć to i chaty gospodarskie, nizkie, dobry chłop ręką do strzechy dostanie — dymek się tylko kurzy z kominków; gdy pogodny dzień, to wysoko ponad drzewa się wznosi.
Tuż przy wiosce lipy stoją wieńcem; rozstawiły się dokoła kościołka murowanego, z wieżyczką zakończoną krzyżem.
Dniem, gdy słońce świeci, albo i nocą nieraz, gdy pełny miesiąc na niebie się waży, krzyżyk ten jaśnieje nad wioską, nad polami, nad okolicą całą, jako znak błogosławieństwa Bożego nad ludźmi. Z wieży głos dzwonów nieraz się rozchodzi i płynie a płynie, wołając ludzi przy święcie na nabożeństwo, albo na smutny obrządek pochowania sąsiada.
Po za wioską, ku rzeczce, ogrody się rozciągają warzywne, tam mak się czerwieni, słoneczniki wielkie zwracają się za słońcem — a za rzeczką, precz aż do samego lasu, łąka zielona, pachnąca, kwiatkami usiana — a las! Sosna przy sośnie, dąb przy dębię, a między drzewami leszczyna, a przy ziemi paprocie, a mchy, a jagodziny...
Tu latem jagody, tu jesienią grzyby, tu ptaszyna śpiewa, sośnina pachnie, zajączek między drzewami się przemyka, wiewiórka cudaczne skoki wyprawia... a zimą nieraz głodne wilczysko wyje.
Niechże nad tem polem, wioską, rzeczką, łąką, nad lasem zaświeci słonko jasne, niech się przejrzy w tej wodzie srebrzystej, w tej rosie, co na trawie i na kwiatkach wisi, to dopiero się piękność wioski w całej pełni pokaże. I staniesz zdumiony i patrzeć będziesz, i podziwiać wielkość Bożą i urok dziwny tego cichego zakątka.
Może gdzieindziej po świecie wspaniale, bogato i cudnie, lecz u nas jakoś miło i zacisznie.
Aleć ja wam miałem o chłopskim honorze opowiadać, więc, już nie bałamucąc, idę do rzeczy.
Jest w tych Zagrodach i karczma, bo jakże bez niej? jest, i to nawet na całą okolicę sławna, bo się rozsiadła przy gościńcu, co w jedną stronę do Pantoflowa, w drugą do Okpiszewa prowadzi.
W Pantoflowie jarmark co drugi wtorek, a w Okpiszewie co druga środa, więc ruch na gościńcu znaczny, a prócz tego do traktu, niby strumienie do wielkiej rzeki, wpadają dróżki wiejskie, krzywe, kręte, błotne i wyboiste: zwyczajnie jak nasze wiejskie drożyny. I sam trakt co prawda, Panie odpuść, z grobelką straszną z mostem, co go ludzie mijają.
W karczmie zagrodzkiej mieszka arendarz, Szmul. Obrotny żydzisko, pieniądze w ręku mu rosną, chwili spokojnie nie usiedzi; do jednego zagada, od drugiego kupi, w innego gorzałki kwartę wmówi. Po okolicy też wciąż się uwija, od dworu do dworu, od wioski do wioski i nie tylko panów, nietylko gospodarzy, ale w dziesięciu wsiach dokoła dziecko najmniejsze zna; nawet psa każdego po przezwisku potrafi zawołać.
Jest ranek — kilka fur przed karczmą stoi. Szmul między niemi się kręci; koguta u jakiejś kobieciny targuje; tłumaczy jej, że na jarmarku ceny takiej, jak u niego, nie dostanie. Tak się zagadał i zakrzyczał, że nie spostrzegł nawet, jak go ktoś ciężką ręką po ramieniu uderzył i krzyknął mu w same ucho:
— Hej! Szmul!
Drgnął żyd z przestrachu i obejrzawszy się zawołał:
Aj waj! co pan Kalitkiewicz wyrabia? co to za moda jest?
— Powinność twoja psia słuchać, co mówię.
— Co to psia? jaka psia? ja nie jestem pana sługa...
— Nie gadaj-no dużo, tylko chodź...
— Gdzie? poco?
— Kiedy ci mówię: chodź, to idź. Certuj się z chamami, z chłopstwem, ale nie ze mną?.
— Ny, ny, ja wiem, co pan Kalitkiewicz jest pan, aj jaki pan! jaki wielki pan! po co pan tu do nas przyjechał?
Kalitkiewicz żyda wziął na bok i do ucha mu szepnął:
— Cóż stary?
— Jak stary, niechętnie odpowiedział żyd, co dzień starszy...
— Chory?
— Albo ja wiem?
— Ty nie wiesz? ty, który słyszysz, jak trawa rośnie.
— No to co? Pan się pyta, czy stary chory — albo ja doktór?
— Ale Wicek wczoraj po doktora jeździł.
— Może być, odrzekł żyd, ja za Wickiem nie chodzę.
— Cóż we wsi mówią?
— Nic, mówią, że teraz deszcz bardzo na kartofle potrzebny.
Kalitkiewicz zaczerwienił się jak burak, zaklął, splunął i chciał już odejść, ale zatrzymał się.
— Słuchajno, Szmulu, — rzekł cichym głosem, wziął go za rękę i za węgieł karczmy odprowadził.
— Darmo to nie będzie, — dodał, — tylko prawdę mi powiedz — co tam u nich?
— Stary kiepski...
— Oh!
— Bardzo kiepski, ksiądz był, doktór był. Szkoda! sprawiedliwy człowiek, porządny gospodarz... Panie, dla czego pan tam nie pójdzie.
Kalitkiewicz się żachnął.
— Po co?
— Do ojca...
— Nie chciał mnie znać za życia.
— On chciał, ale pan nie chciałeś.
— Nie twoja rzecz: jak będzie czas, przyjdę po swoje.
— Wola pańska... jabym poszedł... choćby po dobre słowo. Jak matka umierała, pan nie był, jak ją chowali, także pan nie był. Ja wiem, że to ojcu było bardzo markotno...
— Nie miałem czasu i dość; co się tłumaczyć mam. Tak zrobię, jak mi się podoba.
— To nie dobrze pan zrobi. U nas stoi w zakonie, a i u państwa pewnie też stoi, że dzieci powinny szanować rodziców; za to Pan Bóg długie życie daje.
— Ha! ha! Mój Szmulu, cóż się tobie zdaje, że ja tu pięć mil po to przyjechałem, żebyś mnie przykazań Bożych uczył, co?
— Ja nie wiem.
— Nauki mi nie potrzeba, bo jej mam dość, a że mi trochę pieniędzy braknie...
— Dla czego Wincentemu nie braknie?
— Co Szmul równa?! Co innego Wincenty, co innego ja. On chłopem się urodził, chce być chłopem i chłopem też jest. Byle miał sól do kartofli i trochę okrasy, to dość, — mnie czego innego potrzeba. Ja w mieście mieszkam, ja komorne płacę, ja się muszę ubrać po pańsku i żyć nie byle jak i kompanję trzymać nie byle z kim. U mnie musi być i cygaro porządne i herbata, i arak, i jak kto do kompanji na preferansa zaprosi, to też trzeba mieć na przegranie.
— Żyd się uśmiechnął...
— No, no, — rzekł, — wiadomo: jak po pańsku, to po pańsku; trudno, ale to dużo kosztuje... pan Kalitkiewicz powinien miarkować, że kto chce panem być, musi mieć majątek.
— Mam go przecie...
— Aj, co pan ma! co pan ma! jedno z drugiem tyle co nic.
— A moja edukacja?
— Bardzo ładna edukacja, śliczna edukacja... ale co z niej? chłopom skargi pisać, na gminnych sądach adwokatować... co z tego może być?
— Byłoby, tylko że teraz czasy złe; ludzie nie bardzo wodzą się po sądach, a od starego nie mam nic; sknera grosze dusi.
— Co pan chce? Co ojciec panu ma dać, kiedy pan się jego wstydzi, pan od niego ucieka. Czy ma chodzić za panem i prosić?
— Może przysłać. Ale, mój Szmulu, nie po to ja do was tyli kawał drogi przyjechałem, żeby rozprawiać; ja interes do was mam.
— No...
— Pieniędzy potrzebuję, dajcie mi!
— Ja?
— Alboż nie macie?
— Dla czego nie? mam, tylko jeżeli daję komu, to chcę wiedzieć za co albo na co... Pan hypoteki nie ma, majątku też żadnego niema... jak ja panu mogę dać.
— Łgarstwo! ja przecież sam wart jestem trochę kredytu! a zresztą po starym pól majątku wezmę, wyprocesuję, jeżeli dobrowolnie nie oddadzą. Słuchajcie, Szmulu! krótko mówiąc, kupcie wy moją część. Nie drogo sprzedam...
— Co pan sprzeda? jaką część...
— Moją, po ojcu...
— To jest komedja, panie Kalitkiewicz, — ojciec żyje, a pan już chce sukcesję po nim sprzedawać! Ojciec może wyzdrowieć, może swoją fortunę sprzedać, darować, zmarnować...
— Znacie go, że nie zmarnuje, ani nie sprzeda; nie takiej on natury człowiek, a do grobu gospodarstwa ze sobą nie zabierze... Choćby zaś i wyzdrowiał, to nie na długo...
— Kto to może wiedzieć? kto to może wiedzieć... Panie Kalitkiewicz — rzekł po namyśle — chodźmy do mojego alkierza: pan zdrożony jest, pan potrzebuje się czego dobrego napić...
— Nie mam za co!
— Nu — ja się o pieniądze nie pytam... chodź pan.

Siedzieli obaj zamknięci w alkierzu.

Po chwili siedzieli obaj zamknięci w alkierzu. Szmul wypędził ztamtąd żonę swoją i bachory, a drzwi zamknął na klucz ze środka. Na stole stała flaszka araku, leżały pszenne bułki i śledź na talerzu; trzy flaszki piwa czekały tylko na to, żeby je otworzyć.
Kalitkiewicz, który, przyjechawszy kilka mil drogi, strząsł się i głodny był, łapczywie rzucił się na jedzenie, pochłaniał z chciwością jadło i arakiem dobrze je zakrapiał. Żyd nie przeszkadzał mu, oparł głowę na rękach i zadumał; może obliczał coś, może jaką spekulację obmyślał, zwyczajnie jak żyd.
Gość podjadłszy dobrze, poczerwieniał na gębie i odsapnął. Szmul nalał mu piwa w szklanicę i grube cygaro z szafki wyjął.
— Niech pan Kalitkiewicz pije, niech pan pali — rzekł, — to wszystko na mój rachunek.
— Oho! znać, że macie ochotę moją część kupić.
— Ja mam dla pana inny interes... aj! jaki to interes! złoty, brylantowy interes! tylko... tu zniżył jeszcze głos — tylko trzeba ostrożnie, bardzo ostrożnie!..
— Cóż u djabła! podpalać mamy, czy mordować?!
— A pfe! a pfe! kto słyszał takie paskudne słowo... Ja mówiłem o interesie, a sekret chciałem dla tego, że interes doskonały: mógłby kto podsłuchać i złapać go nam...
— Ale mówże, co?!
— Panie Kalitkiewicz, to jest majątek. Pan, człowiek uczony, odrazu to zrozumie. Nasz naród łakomy jest i chciwy; trzeba mu powiedzieć o takiej ziemi, co się w niej same złoto znajduje i brylanty, o takim kraju gdzie człowiek nie potrzebuje nic robić, a same najlepsze jedzenie do gęby mu wchodzi, o takiej wodzie, co pachnie jak miód, a smakuje jak mleko — to naród zechce tam iść. — Rozumie pan, panie Kalitkiewicz?
— Co, nie-co słyszałem ja coś, ktoś mi opowiadał, że taki kraj — to właśnie Brazylja i że z innych stron ludzie jadą tam precz...
— Trzeba żeby i tutejsi próbowali.
— Chociażby... niech sobie próbują, ale co mnie z tego? co wam z tego?
— Dziwno mi, że pan zmiarkować nie może... Tam robotników potrzeba.. za każdego, co tam stąd wyjdzie, płacą. Pan Kalitkiewicz może brać po dwadzieścia pięć rubli za człowieka... ja wypłacę, ja Szmul! A prócz tego i ten, co go się namówi, musi się poznać na grzeczności... Skoro pan pokazuje mu taki kraj, gdzie brylanty zbierać można — to on powinien za to wynagrodzić...
— Rozumie się; darmo nie ma na świecie nic!
— Bardzo mądre słowo... ale niech no pan posłucha.
Tu nachylił się żyd i już prawie do samego ucha Kalitkiewicza szeptał: jak trzeba ludzi tumanić; jak im obiecywać, na jakie drogi kierować — a potem wyjął z szafy całą pakę papierów, między któremi były opisy Brazylji z cudnemi obrazkami, bilety na okręt, co miał ludzi przewozić z niemieckiego miasta Bremy już wprost do owego raju, do brylantowej krainy... Oczy się Kalitkiewiczowi świeciły jak u kota, gdy słuchał, jakie wielkie pieniądze zarobić na tem można. Po dwadzieścia pięć rubli za człowieka! oh! gdyby tak z tysiąc ludzi wyprawić! Folwark, kamienica byłyby za to!
— Dobrze! — zawołał — zgoda! Dawaj, Szmulu, zadatek!
— Niech pan wpierw co zrobi.
— Już ty się nie bój... Zrobię...
Żyd głową kręcił. Po brodzie się drapał, ale w końcu namyślił się i dał.
Kalitkiewicza od tej pory opętała głupia pycha jakaś i, po prostu mówiąc, „psu oczy zaprzedał”, żeby swego dopiąć, ludzi jaknajwięcej żeby namówić do owej Brazylji i zarabiać po dwadzieścia pięć rubli od głowy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.