Strona:Klemens Junosza - Chłopski honor.djvu/7

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Może być, odrzekł żyd, ja za Wickiem nie chodzę.
    — Cóż we wsi mówią?
    — Nic, mówią, że teraz deszcz bardzo na kartofle potrzebny.
    Kalitkiewicz zaczerwienił się jak burak zaklął, splunął i chciał już odejść, ale zatrzymał się.
    — Słuchajno, Szmulu, — rzekł cichym głosem, wziął go za rękę i za węgieł karczmy odprowadził.
    — Darmo to nie będzie, — dodał, — tylko prawdę mi powiedz — co tam u nich?
    — Stary kiepski...
    — Oh!
    — Bardzo kiepski, ksiądz był, doktór był. Szkoda! sprawiedliwy człowiek, porządny gospodarz... Panie, dla czego pan tam nie pójdzie.
    Kalitkiewicz się żachnął.
    — Po co?
    — Do ojca...
    — Nie chciał mnie znać za życia.
    — On chciał, ale pan nie chciałeś.
    — Nie twoja rzecz; jak będzie czas, przyjdę po swoje.
    — Wola pańska... jabym poszedł... choćby po dobre słowo. Jak matka umierała, pan nie był, jak ją chowali, także pan nie był. Ja wiem, że to ojcu było bardzo markotno...
    — Nie miałem czasu i dość; co się tłumaczyć mam. Tak zrobię, jak mi się podoba.
    — To nie dobrze pan zrobi. U nas stoi w zakonie, a i u państwa pewnie też stoi, że dzieci powinny szanować rodziców; za to Pan Bóg długie życie daje.
    — Ha! ha! Mój Szmulu, cóż się tobie zdaje, że ja tu pięć mil po to przyjechałem, żebyś mnie przykazań Bożych uczył, co?
    — Ja nie wiem.
    — Nauki mi nie potrzeba, bo jej mam dość, a że mi trochę pieniędzy braknie...
    — Dla czego Wincentemu nie braknie?
    — Co Szmul równa?! Co innego Wincenty, co innego ja. On chłopem się urodził, chce być chłopem i chłopem też jest. Byle miał sól do kartofli i trochę okrasy, to dość, — mnie czego innego potrzeba. Ja w mieście mieszkam, ja komorne płacę, ja się muszę ubrać po pańsku i żyć nie byle jak i kompanję trzymać nie byle z kim. U mnie musi być i cygaro porzą-