Strona:Klemens Junosza - Chłopski honor.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

traktu, niby strumienie do wielkiej rzeki, wpadają dróżki wiejskie, krzywe, kręte, błotne i wyboiste: zwyczajnie jak nasze wiejskie drożyny. I sam trakt co prawda, Panie odpuść, z grobelką straszną z mostem, co go ludzie mijają.
W karczmie zagrodzkiej mieszka arendarz, Szmul. Obrotny żydzisko, pieniądze w ręku mu rosną, chwili spokojnie nie usiedzi; do jednego zagada, od drugiego kupi, w innego gorzałki kwartę wmówi. Po okolicy też wciąż się uwija, od dworu do dworu, od wioski do wioski i nie tylko panów, nietylko gospodarzy, ale w dziesięciu wsiach dokoła dziecko najmniejsze zna; nawet psa każdego po przezwisku potrafi zawołać.
Jest ranek — kilka fur przed karczmą stoi. Szmul między niemi się kręci; koguta u jakiejś kobieciny targuje; tłumaczy jej, że na jarmarku ceny takiej, jak u niego, nie dostanie. Tak się zagadał i zakrzyczał, że nie spostrzegł nawet, jak go ktoś ciężką ręką po ramieniu uderzył i krzyknął mu w same ucho:
— Hej! Szmul!
Drgnął żyd z przestrachu i obejżawszy się zawołał: — Aj waj! co pan Kalitkiewicz wyrabia? co to za moda jest?
— Powinność twoja psia słuchać, co mówię.
— Co to psia? jaka psia? ja nie jestem pana sługa...
— Nie gadaj-no dużo, tylko chodź...
— Gdzie? poco?
— Kiedy ci mówię: chodź, to idź. Certuj się z chamami, z chłopstwem, ale nie ze mną?.
— Ny, ny, ja wiem, co pan Kalitkiewicz jest pan, aj jaki pan! jaki wielki pan! po co pan tu do nas przyjechał?
Kalitkiewicz żyda wziął na bok i do ucha mu szepnął:
— Cóż stary?
— Jak stary, niechętnie odpowiedział żyd, co dzień starszy...
— Chory?
— Albo ja wiem?
— Ty nie wiesz? ty, który słyszysz, jak trawa rośnie.
— No to co? Pan się pyta, czy stary chory — albo ja doktór?
— Ale Wicek wczoraj po doktora jeździł.