Całe życie biedna/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Całe życie biedna
Pochodzenie Szkice obyczajowe i historyczne
Wydawca Józef Zawadzki
Data powstania 1839
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.

Takim sposobem Sędzia z Panem Mateuszem, obmyśliwszy wszystko, zapewniwszy sobie pomoc Bałabanowicza, który nie omieszkał wychwalić i pod niebiosa wynieść konkurenta, pokazawszy mu stan majątku fałszywie, ale do okoliczności stosownie; zabierali się ostatecznie już kończyć. Całe sąsiedztwo nic o tém jeszcze nie wiedziało, wszyscy spokojni siedzieli i ani się nikt nawet tego knowania nie domyślał. Sędzia zaraz w dni kilka stawił się w Złotéj Woli i zastawszy w różowym humorze Panią Podkomorzynę, oświadczył jéj od P. Mateusza prośbę, aby raczyła dadź swój Konsens jego odwiedzinom, w celu pozyskania affektu JM. Panny Anny. Najpomyślniejszą otrzymał odpowiedź, którą już była uprzedzona przez Bałabanowicza nagotowała P. Dorota. Jéj najbardziéj pochlebiały te grzeczności i te ceremonje, które przypominały młodość i P. Podkomorzego.
Całkiem fałszywe mając wyobrażenie o P. Mateuszu, cieszyła się, że tak zacny i majętny kawaler starał się o jéj siostrzenicę. Co się tycze Anny, ta ledwie się domyślać mogła o co chodzi, ztąd że jéj Ciotka kazała się staranniéj ubierać i w pokoju dosiadywać przy gościu. Przeczuwała jednak wszystko, nie wiedząc o niczém, i modliła się po cichu, aby od niéj Bóg odwrócił tego, jak innych. Nie wiedząc bowiem sama czemu, czuła ku P. Mateuszowi ten wstręt instynktowy jakiś, który zawsze zwiastuje, że się człowieka strzedz potrzeba. Nie darmo dała nam to uczucie natura, jest to przestroga jéj, często lekce ważona, a bardzo jednak ważna!
P. Mateusz jak kot przy kominie, pochował swoje pazurki i pokazywał się w Złotéj Woli takim, jakim się mógł i powinien był podobać. Z największą bacznością pilnował godzin, zaglądał do zégarka, pieścił psy, ustawiał krzesełka na miejscu, z westchnieniem mówił o dawnych czasach, wychwalał dawne zapomniane zwyczaje. Słuchała go z radością P. Dorota, a gdy jeszcze począł ją wypytywać o nieboszczyka Podkomorzego, o zdrowie piesków, i chwalić Bałabanowicza, jako wzór wierności i pracowitości, wznosił ją do siódmego nieba. Łatwo pojąć, że tym sposobem P. Mateusz wkradł się prędko w łaski Pani Doroty głębiej, niżeli ktokolwiek bądź inny. Sam on pewny już był wygranéj, lecz dla oka i starodawnych zwyczajów, przedłużał konkury, za co zresztą Ciocia wdzięczna mu była.
Z Anną był grzecznym ale zimnym Mateusz, nie cisnął się do niéj, w obec tylko Ciotki czasem ją zagadnął zdaleka. Zawsze poważny, pełen uszanowania, nie okazywał żadnéj miłości i po starodawnemu jak się to u rodziców starano o pannę, tak on konkurował o nię u Ciotki. Biedna dziewczyna przestraszona nie pojmowała tego, jak będzie mogła zostać żoną takiego człowieka. Znała go ona od razu; postępowanie Mateusza w oczach Anny, dało miarę obłudy, na jaką mógł się zdobyć. Widziała, że nie o nią, nie o jéj przywiązanie, serce, osobę, lecz o posag jéj starał się. W głowie jéj się zawracało i nie raz łzy gorącemi zlewała w nocy poduszki, myśląc jakiemu ją człowiekowi oddadzą. Im dłużéj bowiem konkurował Mateusz, tym bardziéj przekonywała się, że nic być przeciw niemu nie może, tak zręcznie trafił do słabości P. Doroty i potrafił ująć ją sobie. Domyślała się z daleka napiętych sieci, słysząc nieraz pochwały oddawane mu przez Bałabanowicza, najpospoliciéj ganiącego wszystkich. Słudzy nawet byli zręcznie ujęci i przekupieni, żeby go chwalili.
I gdy ona napróżno modliła się, żeby ją Bóg ze szpon tego zręcznego ptaka uwolnił, wszystko przeciwnie jéj życzeniu, a stosownie do jego zamiarów nakłaniało się. Codzień Mateusz bardziéj w łaskę Ciotki się wkradał.
Chociaż nikt nigdy przed nią o zamiarach pana Mateusza nie mówił, chociaż jakby naumyślnie zostawiano ją na boku, ona widziała tę odegrywającą się komedją, trafnie każdą tłumaczyła sobie czynność i coraz częściéj płakała. Przyszłość jéj okazywała się w prawdziwém, smutném świetle rzeczywistém. Poymowała myślą jakie to będzie życie z człowiekiem, który się żeni dla widoków pieniężnych i który wszystko z siebie zrobić potrafi, byleby dopiął swego celu. Porównywając znajdowanie się jego przy pierwszéj bytności z następném postępowaniem, zrozumiała, że w przeciągu czasu oddzielającym pierwsze od drugich odwiedzin, zajść coś musiało, że Mateusz zna słabą stronę Ciotki i korzysta z niéj rozmyślnie. To przydało jeszcze jéj ku niemu odrazie, która wkrótce w rodzaj nienawiści i wstrętu zmieniła się, o tyle, o ile pełne łagodności serce Anny wstręt i nienawiść pojmowało. Tak, drżąc nad swoim losem, miesiące całe, Anna, badała postępy jakie Mateusz czynił w łaskach Ciotki i coraz bliższą widziała się niechybnéj już zguby.
Naturalnie obrażało ją prócz tego, że Mateusz nic wcale na nią prawie nie zważał, ale bardziéj jeszcze oburzała się na myśl, że on zapewne sądził ją bardzo ograniczoną, kiedy się tak mało maskując, aż do śmieszności P. Dorocie pochlebiał niezgrabnie.
Nieraz brała ją chętka okazać mu niechęć i wzgardę, dać mu do zrozumienia, że wszystko pojmuje i widzi; ale nie mogła się nigdy na to odważyć. W milczeniu więc jak winowajca który patrzy na budujące się dla niego rusztowanie, spoglądała na gotujące się jéj zamęzcie. Nie wiedząc o połowie nawet chytrych zabiegów Mateusza i Sędziego, z ich oczu, z ich szeptów, z miny, domyślała się otaczającego ją spisku. Oni zaś obaj, tak byli pewni, że Anna musi być posłuszną Ciotce, że się nawet nie starali pozyskać jéj względów i traktowali ją jak konia, któregoby kupiec u pana targował.
W takich to okolicznościach zeszła prawie cała zima i miało się ku wiośnie, gdy w skutek narady Sędziego z P. Mateuszem, wypadło ażeby dobijać i kończyć. Tu naturalnie pomyślili, że należało znowu przez Bałabanowicza dowiedzieć się ze szczegółami o posagu i pogadać o interessach, a przez niego natchnąć panią Dorotę wzlędem uczynić się mającego wydziału z majątku dla siostrzenicy.
Znowu tedy Sędzia pojechał do possessyjki Pana Bałabanowicza i pod pozorem rady jakiejś dla chorego konia, zawiozł go do Brzozówki do Pana Mateusza. Tu już poufaléj do niego przystąpili, nie skąpiąc ponczu i obietnic, ażeby nie wydać się ze swoją myślą, zaczęto naprzód od koni, o których prawie cały wieczór była mowa. Dopiero podpoiwszy Pana Kommissarza, Sędzia niby w pół żartem zaczął rozmowę zdaleka.
— E! WPan bo, panie Mateuszu, rzekł zwracając się do niego, powinienbyś już kończyć swoje konkury, mielibyśmy weselisko!
— Samo z siebie! odpowiedział Bałabanowicz susząc kieliszek, mielibyśmy weselisko!
— Wszakże wątpić nie można, dodał Sędzia, że Pani Podkomorzyna nie odmówi ręki siostrzenicy P. Mateuszowi?
— Samo z siebie, rzekł znowu stary.
— Już kiedy P. Bałabanowicz tak mówi, to możesz być swego pewny, Sędzia dodał, no a kiedyż zrękowiny?
— Tak to Państwu o tém mówić, odpowiedział Pan Mateusz udając powagę i zamyślenie, ale potrzeba abym wprzód był pewien, że nie będę miał wstydu.
— Już kiedy ci Pan Bałabanowicz ręczy! rzekł Sędzia — to wyszlij tylko mnie z oświadczeniem, potém sam plackiem do nóg, będą zaręczyny, a daléj daléj po Nowym Roku wesele!
— O! jakżebym był szczęśliwy! krzyknął Mateusz, ja co tyle mam szacunku dla tego domu, a mianowicie dla saméj Podkomorzynéj, kobiéty tak szanownéj, tak godnéj, tak —
— A przytém tak bogatéj, dodał Sędzia żartobliwie, chcąc rozmowę pokierować na majątek. Bałabanowicz usłyszawszy te słowa, jakby go febra porwała, rzucił kieliszek i pierwszy raz przyszła mu myśl, że mąż siostrzenicy może go zdetronizować i wyzuć z zarządu majątku. Była chwila, w któréj po niewczasie zaląkł się i pożałował udzielanéj przez siebie pomocy. Potrafił jednak być do tyla panem siebie, że się w kształcie uśmiechu wymówił.
— A — tak — bogatéj! dodał cicho po chwilce.
Sędzia i Pan Mateusz po sobie spójrzeli.
— Mnie o to najmniéj chodzi, rzekł obojętnie konkurent, wszakże wiesz Sędzio, że chociaż nie tracę majątku, rządzić nim nie lubię i kłopotów jakie przynoszą interessa nie cierpię. Gdyby nie to, że czując prawdziwy szacunek ku Pannie Annie, postanowiłem starać się o nią, dawnobym prosił Pana Bałabanowicza, żeby moje interessa przyjął na siebie, a sambym wyjechał.
Stary lis, spójrzał w oczy mówiącemu, jakby usiłował z nich wyczytać, czy prawdę szczerą mówi. Ale Mateusz tak doskonale grał rolę obojętnego, że go oszukał.
— Toż samo, mówił daléj gospodarz, gdybym miał co po żonie, pewniebym jakiemu uczciwemu człowiekowi oddał w zarząd.
— Czyż to być może, pomyślał w duchu Bałabanowicz, żeby on mnie miał za uczciwego! Osobliwsza rzecz, pokazuje się że to głupi człowiek. Tém ci lepiéj. Odchrząknął pomyślawszy to i spójrzał śmieléj. A Sędzia podchwycił.
— Jużciż pewnie, Pani Podkomorzyna da co po siostrzenicy?
— A — a — jąkając się Bałabanowicz wybąknął, coś da! Samo z siebie, że coś da —
— Naprzykład? rzekł Sędzia.
Kommissarz obejrzał się, bojąc się czy go nie chcą złapać, ale się upewnił gdy P. Mateusz, wcale niby nie uważając o czém była mowa, przerwał.
— Nalewajcie wina!
— Naprzykład? powtórzył Sędzia.
— Ja tego nie wiem, rzekł Bałabanowicz. Lecz myślę że — tu się zaciął, a Sędzia zaraz powtórzył łapiąc go.
— WPan myślisz że —
— Ja myślę, że nic nie wiem, szepnął Bałabanowicz bawiąc się kieliszkiem. Jednakże —
— Jednakże co?
— Pani Podkomorzyna może teraz dać jaki kapitał.
— A! mnie się to nie zdaje! zawołał Sędzia, nie lepiejże dla niéj wypuścić jaki folwark. Naprzykład Dorotynki?
— Te — te — te — bąkał Bałabanowicz — ja tego nie wiem.
Sędzia z P. Mateuszem postrzegli bojaźń Bałabanowicza, a zręczny konkurent, zaraz pochwycił.
— E! co tam da to da! Tu się uważa honor połączenia z tak szanownym domem! A zresztą jeśli mi puści folwark jaki, wcześnie sobie Pana upraszam za Kommissarza pełnomocnego, a jeśli zechcesz wziąć w possessją, gotów jestem choćby dziś kontrakt podpisać?
— Cóż to za głupi człowiek, wszak on mi wierzy! myślał Bałabanowicz, ale uśmiechając się ukłonił i rzekł.
— Pewnie puści jaki folwark.
Mateusz trącił w bok łokciem Sędziego i mrugnął na niego.
— Jakeś łaskaw panie, mówił konkurent, dajże mi słowo, że mi nie odmówisz! słowo honoru?
— A, a, a — samo z siebie! bardzo jestem — jestem, za zaufanie — ufanie — jąkał się Bałabanowicz.
— Niechże ci podziękuję! dodał porywając się od stołu Mateusz i biegnąc go uścisnąć, mój szanowny.
Bałabanowicz odsunął krzesło i cały chwiejący się, ściskał wzajem Mateusza, myśląc sobie
— Ależ to czysty warjat! wszak on mnie ma za poczciwego człowieka!
— Wina! wina! zawołał gospodarz, wypijemy zdrowie pana Bałabanowicza mojego od dziś plenipotenta. Podano, wypito a kommissarz nie posiadał się z radości. Przychodziło mu wprawdzie na myśl czasem, że sobie z niego żartują, tak to dla niego nową było rzeczą widzieć tyle zaufania i szacunku u obcych, kiedy u Żydów nawet miał najpowszechniejszą reputacją szachraja, jednakże nic nie okazywało, żeby to nie miało być szczerem, i nakoniec wziął to wszystko za dobrą monetę.
— Dorotynki to dobry majątek, rzekł Sędzia wracając do rozmowy, folwark w pszennéj ziemi, lasy towarne, nad rzeką. —
— Dochody małe, małe — odpowiedział Bałabanowicz, jeszcześmy go nie urządzili.
— Zawsze to tak bywa, rzekł Mateusz póki się majątek nie doprowadzi do należytego porządku.
— Tak! samo z siebie! ale to dobry majątek?
— A i Kijany nie zły? zapytał Sędzia.
— Tak! samo z siebie, ale rzadki urodzaj tam i bardzo nieumłotne. —
— Ale jak się urządzi, znowu zakończył gospodarz.
— Za lat kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, dodał po cichu plenipotent, oddalając termin tego urządzenia.
— Zapewne! przerwał Sędzia, majątek czasem lat kilkadziesiąt musi się regulować, osuszać, zabudowywać!
— Samo z siebie! potakiwał Bałabanowicz, dziwując się w duchu głupstwu tych panów, którzy nawzajem śmieli się z jego łatwowierności.
— Ale co my tam gadamy o majątkach, przerwał Mateusz, ot lepiéj Sędzio poradź jak tu mamy z oświadczeniem zrobić?
— A cóż? rzeczy przygotowane, pani Podkomorzyna nie od tego? prawda Panie Bałabanowicz?
— Samo z siebie!
— Więc w tych dniach kończmy. Ja z WPanem pojadę, oświadczym się z reguł, plackiem do nóg upadniesz i pośpieszym z zaręczynami. Trzeba żebyś WPan przygotował pierścionki i podarki.
— Już to nie bój się Sędzio, ja w niczém nie chybię, co się tycze zwyczajów.
— Oświadczenie może się odbyć w niedzielę. Zwyczajnie pani Podkomorzyna prosi znajomych z kościoła parafjalnego na obiadek do siebie, więcéj zapewne nikogo nie będzie tylko my dwaj, po obiedzie tedy, upatrzywszy chwilę solemniter oświadczym się, co daj Boże szczęśliwie, a zatém wypijmy przyszłych sukcessów i słodkiego szczęścia w pożyciu z siostrzenicą Podkomorzynéj!
Podniesiono kielichy, Bałabanowicz choć pijany, lecz jak pijak z professii, nie tracąc zupełnie przytomności, wszystko co słyszał notował i pamiętał. Nasi spiskowi umyślnie znowu głosno się z tém przed nim wygadywali, aby Podkomorzyną uprzedził o Niedzieli, i przeszkody jakieby zaproszenie czyjeś na obiad stawiło, usuniono. Nie wątpili oni, że teraz równie już sobie Podkomorzyna życzyła P. Mateusza, jak Mateusz tego zamęzcia, a wreście tak uroczyście zamówiwszy Bałabanowicza na plenipotenta, gospodarz był pewien, że on mu wyrobi puszczenie przynajmniéj jednego folwarku w posagu po Annie.
Tak nastroiwszy wszystko i udarowawszy jeszcze jakimś koniem Bałabanowicza, poźno w nocy rozjechali się spiskowi. Stary lis nie chciał żadnym sposobem nocować i wymawiał się jakimś w okolicy jarmarkiem, uwierzono temu, znając go za największego szachraja na konie, bez którego żaden się najlichszy jarmark nie odbył.
Lecz zaledwie Bałabanowicz był za bramą, uwinął się w wilczurę wytartą i spójrzawszy na oświecony dwór P. Mateusza, tak z sobą rozmawiał.
— Albom ja głupi, albo on, albo on mnie oszuka, albo ja jego! Czy to być może, żeby on mnie miał za uczciwego człowieka? Czy nie drwił on sobie ze mnie. Ale nie! Oni chcieli ze mnie wyrozumieć co Podkomorzyna da po siostrzenicy, jam się im tęgo wywinął i nic nie powiedziałem. Trzeba jechać do Podkomorzynéj i oznajmić jéj o wszystkiém. Niechaj ona nie wyzuwa się z majątku, kto wie czy P. Mateusz zrobi kommissarzem czy nie? a ja może. —
I tu nieśmiał nawet sam sobie głośno swoich zuchwałych myśli powierzyć.
— Niech Podkomorzyna da panience 50,000 złotych, to i to dosyć tymczasem, a zresztą głuchą, ustną obietnicę zapisu, bez wyrażenia jéj w intercyzie. Kto wie? kto wie?
Dumał sobie znów coś niewyrozumiale P. Bałabanowicz poprawując peruki.
— Przy zaręczynach nie będzie mowy o posagu wyraźnéj, a jak przyjdzie pisać intercyzę, złagodzim pana młodego obietnicami zapisu całego majątku, gruszkami na wierzbie — bo kto to wie! sza, Bałabanosiu! to się rozumie! Poprawił peruki i odezwał się do furmana.
— Do Złotéj Woli!

separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.