Bajbuza/Tom I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

V.

Bajbuza siedział wieczorem pode dworkiem w cieniu starych lip, które już bujny liść okrywał, i zabawiał się rozmową codzień powstającą o zaciągach, o oddziałach, o knowaniach Czarnkowskiego i Górki, gdy ponad płotem otaczającym podwórko ukazała się twarz uśmiechnięta, ogorzała i rumiana Szczypiora.
Zerwał się rotmistrz, naprzeciw niemu biegnąc z otwartemi rękami.
Chorąży właśnie z konia zsiadał, a wozy idące za nim nadciągały i przy nich wysłaniec, co ich powrot miał przyśpieszyć.
— Szczypiorze, leniwcze — krzyczał ściskając go Bajbuza — a cóż się z tobą stało… jużem oczy wypatrzał, piersi wywzdychał za tobą, a kląłem, co wlezie!
— A no! nie mogło być inaczej — rzekł węzłowato chorąży. — Śpieszyłem jakem mógł; gdy się dowiesz dlaczegom się opóźnił, sam mi to pochwalisz.
— Nie! Jeżeliś koni oszczędzał — odparł Bajbuza — nie miałeś racyi, jeżeli siebie…
— Ale ktoby tam o sobie myślał! — przerwał oburzony Szczypior. — Ot to mi pięknie, człowieka o to posądzać…
— Więc cóż masz na obronę? — zapytał rotmistrz.
Szczypior znowu zagryzał wąsa.
— Chodźmy do izby — rzekł — rozmówimy się.
Bajbuza niecierpliwy nalegał…
— Anibyś ty mógł odmówić, ani jam się wymawiał od tego — rzekł Szczypior. — Księżna Sapieżyna, miła twoja sąsiadka, wybierała się do Warszawy, do królowej JMci, na której dworze wychowaną była. Dwór ma własny nieliczny, prosiła mnie, abym jej towarzyszył. Rozumiesz, iż z niewiastą się nie tak pośpiesza jak samemu z czeladzią. Ztąd zwłoka.
— Jakto? — zakrzyknął uradowany Bajbza, nie mogąc ukryć, jak mu ta wiadomość miłą była. — Księżna jest tu?
— Właśnie gdy my tak o niej rozprawiamy, zajeżdża na zamek w gościnę do dawnej pani — rzekł Szczypior kłaniając się. — Źlem zrobił?
Uściskał go w milczeniu Bajbuza.
— Ale cóż ją pod ten czas, gdy tu się na burzliwą elekcyę zabiera, mogło sprowadzić?
— Nie wiem — rzekł uśmiechając się Szczypior. — Niespokojna była o królowę, ciekawą może, naostatek i o waszmościnem zdrowiu rada się była naocznie przekonać, bo tam rozniesiono wiadomość, żeś rękę utracił.
— Ah — przerwał rotmistrz — o mnie się pewnie troszczyła najmniej. Prawdziwym powodem, że się jej na wsi nudziło, a królowa może dała jej wiedzieć, że radaby ją widziała.
Zwrócił się do Szczypiora.
— Może w tem i coś więcej jest, o czem ty nie wiesz, bo królowa radaby wdowę młodą wyswatać i ma pono dla niej napatrzonego na Litwie magnata. Kaliński mi o tem wspominał.
Gdy tak rozmawiali, czeladź tymczasem z wozu ciężką skrzynię wnosiła pod dach, do sypialni pańskiej, a tuż i Kaliński zwietrzywszy że pieniądze nadejść musiały, natychmiast się stawił.
Bajbuza był już w siłach odziać się i sam stawić przed królową, przynosząc jej swą ofiarę, ale mu ta myśl wstrętną była. Musiałby podziękowań słuchać a może obietnic. Z drugiej strony wabiła go do zamku przytomność księżnej, za którą tęsknił, lecz ze dwojga pierwszy, wstręt od przechwalania się z tem co czynił, przemogła. Spojrzał na rękę swoją.
— Buccella mi zakazuje ciasnej sukni wdziewać i ręki męczyć, do zamku więc jechać nie mogę, królowej pilno. Szczypior mnie wyręczy i z Kalińskim pieniądze zawiezie.
— A wy? — zapytał chorąży.
— Ja? no, pozostanę tu na ławie pod lipą — dodał Bajbuza — i po wszystkiem…
Po obiedzie więc, jak postanowił, worki znowu w mniejszy sepecik zamknąwszy, Szczypior posłuszny zawiózł je królowej.
Spodziewała się widzieć rotmistrza, i zapytała o niego zdumiona.
— Przyjaciel mój — odparł Szczypior — kazał mi przeprosić W. Król. Mość, iż sam przybyć nie mógł. Ręka mu jeszcze dolega, a Buccella broni ją męczyć i odziewać się. Choć pragnął więc, ale sam się stawić nie zdołał.
— A cóż wam zlecił? — spytała Anna — w rzeczy tych pieniędzy, które mi pożycza?
— Nic, oprócz żebym je u stóp W. Król. Mości złożył — dodał kłaniając się Szczypior. — Innego polecenia nie mam.
Wtem księżna Teresa, która może w nadziei zobaczenia Bajbuzy wyszła była razem z królową, spytała cicho Szczypiora.
— Jakżeś go waszmość znalazł? Chory jest jeszcze?
— Chorobą tego nazwać niemożna — odparł Szczypior. — Żołnierzowi rana, to tak jak miłościwym paniom gdy która się przy krosnach igłą zakole. Niema się co wiele troszczyć… ale palce zawiązać potrzeba.
Uśmiechnęła się królowa.
— Rotmistrz — dodał chorąży — musi o to dbać, aby ranę wygoił, bo elekcya za pasem, a tam może na nową się przygotować nam potrzeba. Chce być zdrów, aby na koń siąść i panu hetmanowi lub wojewodzie ruskiemu stanąć do boku.
Królowa podniosła oczy do góry.
— Bóg nas uchowa od rozlewu krwi — rzekła — i elekcya się odbędzie spokojnie. Może ja to po kobiecemu sądzę, ale mi się zdaje, że im większe siły z obu stron się gotują, tem pewniej walki nie rozpoczną, boćby brat przeciw bratu stawać musiał.
Księżna podchwyciła żywo.
— A! wymodlemy u Boga, że nas od tej największej klęski uchroni.
Na tem się skończyła rozmowa, a Szczypior pożegnawszy się, chciał już wynijść, gdy go na bok odwołała księżna.
— Pozdrówcie rotmistrza odemnie — rzekła śmiejąc się — i powiedźcie mu, że radabym mu za eskortę podziękowała. Niechże prędko zdrów będzie.
To mówiąc i zarumieniwszy się jak dzieweczka, skłoniła się chorążemu i pośpieszyła za królową.
Nazajutrz sekretarz królowej przybył z zapytaniem, jak ma skrypt, który ona wydać chciała na pożyczone pieniądze, ułożyć. Bajbuza go spoił, nakarmił i odesłał z odpowiedzią.
— Powiedz waszmość królowej, żem ja nie żyd, ani lichwiarz, pieniądze rad daję, a jej zostawiam obmyślenie, jak i co napisać zechce. Mnie to obojętne, spokojny jestem.
Jak gdyby przy lepszej myśli i sił przybyło Bajbuzie, od tej chwili cudownie się krzepił a rana goiła na podziw, co Buccella swoim smarowaniom i maściom przypisywał i chwalił się z nich przed królową. A że na myśli wojnę z Simoniusem miał ciągle, nie wstrzymał się od dodatku.
— Radbym, ażeby ten nieuk, ten szalbierz, ranę był widział i kości, które z niej wychodziły, i jakem gojenie prowadził, a rękę znowu tak uczynię silną jak była!
Kto wie, kość nowa może jeszcze twardsza będzie niż pokruszona.
Próba wkładania sukni poszła szczęśliwie i ręka też podwięzywania nie potrzebowała, a że Bajbuzie bardzo pilno było znowu na koń siąść, lice ująć, i przygotować się do elekcyjnych niewczasów, nie słuchając więc już lekarza, sam sobie dał swobodę zupełną i naprzód jej użył, aby do kościoła pójść Panu Bogu podziękować, że kula nie w głowie utkwiła, potem zaraz na zamek się stawić.
Że do królowej JMci idąc wystroił się w najlepsze szaty jakie miał, to się samo z siebie rozumie, ale Szczypior milczący pomyślał, że nie na samą królowę miał baczność, starając pańsko i rycersko wystąpić.
Prześladował go księżną, ale rotmistrz z żywością wielką się opierał posądzeniom.
— Daj ty mi pokój — mówił — ja sobie kobietami głowy nie zaprzątam, ani je znać chcę. Złote, powiadają, jarzmo małżeńskie, ale gdyby było i drogimi kamieniami sadzone, wolę mieć szyję swobodną, niż je sobie nakładać. Księżnę wielce szanuję, ale i ona niewiastą jest, a ja się ich boję.
Człowiek żonaty nie rad z domu, ociężeje, przyjdą dzieci, musi dla nich zbierać, więc nic już nie może, ręce związane… Światu z niego nic. Daj mi pokój.
Na zamku, jak się spodziewać było można, od królowej JMci doznał najwdzięczniejszego przyjęcia.
— Niech Bóg waszmości zapłaci — odezwała się wzruszona, ze łzami na oczach — iżeś miał litość nad wdową, która tej rzeczypospolitej życie swe całe i mienie poświęciła, a teraz co ma najdroższego radaby jej dać. Weźcie Zygmunta, którego ja za syna mego dawno adoptowałam. Strzegłam i pilnowałam tego wraz z siostrą, aby się wychował jak przystało królowi polskiemu. Katolik gorliwy, języka dobrze świadom, czuje się dziecięciem tej ziemi jako ja. Bóg da szczęśliwie wam panować będzie. Ja tego tylko dożyć pragnę, aby mu jagiellońską koronę na skroń włożyć.
— Miłościwa pani — odezwał się Bajbuza — my też wszyscy z serca tego pragniemy, aby on nam panował, a gdy hetmana ma za sobą, o czem nie wątpię, pewnym być może, iż rakuzkiego kandydata zwycięży. Potrzeba tylko, aby, da-li Bóg wybrany zostanie, corychlej tu sam przybywał i rządy objął, bo rakuszanie wichrzyć nie omieszkają.
Wszczęła się tedy rozmowa zaraz w tym przedmiocie, który królowę najżywiej obchodził i przeciągnęła tak, że Bajbuza ledwie stojącą w orszaku królowej księżnę mógł powitać zdaleka.
Wydała mu się teraz po kilku niewidzenia miesiącach jeszcze piękniejszą niż kiedykolwiek, zachwycającą, a choć przed Szczypiorem niewiast się zapierał, oczu od niej oderwać nie mógł.
W czasie tego posłuchania właśnie oznajmiono arcybiskupa Solikowskiego, a rotmistrz usunął się na stronę i miał teraz zręczność bliżej księżnę widzieć, a rozmówić się z nią.
Dziękowała mu naprzód za Szczypiora, dowiadywała się o zdrowie, a rotmistrz ją zapytał, czy długo tu bawić myśli.
— Sama nie wiem — rzekła — czasem mi się zdaje, że królowej jestem potrzebną. Następują chwile, w których się dla niej też ważne losy korony tej rozstrzygać będą. Nie zawadzi, gdy ją życzliwe serca otoczą. Jam wszystko jej winna, a choć służbą powolną chciałabym się wypłacić.
— Będziesz więc księżna — odezwał się Bajbuza — patrzeć na te smutne rozterki nasze, które na elekcyi wybuchnąć muszą.
My się gotujemy mężnie stawać przy hetmanie. Spodziewamy się, iż siły zbierze, ale jaki temu koniec Pan Bóg da, On tylko wie.
— Dobry! dobry! — prędko podchwyciła księżna.
Zawahała się nieco i dodała.
— Jam tu teraz na tym dworze tak jak obca. Osób się wiele zmieniło. Nie potrzebuję was prosić, nie mając opiekuna, abyście jako sąsiad mój, pamiętali o mnie. Wdową jestem.
— Ale długo nią nie pozostaniecie — rzekł Bajbuza wesoło. — Co do mnie, mówić nie potrzebuję, żem tu jak wszędzie gotów na usługi wasze. Wdzięczen będę, gdy mi pozwolicie pisać się sługą.
Skłoniła się księżna. Spojrzeli sobie w oczy.
— Waćpan zmizerniałeś przez tę ranę — rzekła.
— A księżna pani odmłodniałaś z tą wiosną — przerwał Bajbuza. — Jam się haniebnie wymęczył, nietyle cierpieniem, co bezczynnością. Drudzy się krzątali, jam leżeć musiał przykuty, jeżeli nie do łoża, to do izby. Dla mężczyzny taka niewola śmierci się równa. Ale teraz — dodał wesoło — siądę na koń i wyciągnę w pole z podwójną ochotą i rozkoszą, bom wygłodniał!
— Królowa mi zestarzała — szepnęła księżna przedłużając rozmowę — cierpiała też wiele.
— Odżyje gdy siostrzeńca zobaczy — rzekł Bajbuza.
— O nim tylko mówi i marzy — dodała księżna. — Winien też jej Bóg miłosierny, aby tę pociechę miała i na tronie go ujrzała.
Królowa wychodziła z sali, więc i księżna z nią, pożegnawszy uprzejmie Bajbuzę, ustąpić musiała. Wrócił do domu rotmistrz rozmarzony i Szczypior nawet postrzegł, iż choć nic w ustach nie miał, jakby upojonym się wydawał.
A że kłamać i udawać nie umiał, przyznał się, że mu miłem było i królowę widzieć i swą sąsiadkę księżnę, za którą tęsknił.
Szczypior się ośmielił odezwać.
— Toć chyba dobrowolna tęsknota, bo wam, panie rotmistrzu, łacnoby było na nią patrzeć zawsze.
To mówiąc się uśmiechał.
— A to jak? — zapytał Bajbuza.
— Przecie ona wolna i wy także — odezwał się Szczypior.
— Co się waćpanu śni? — odparł na to Bajbuza ramionami ruszając. — Jam prosty szlachcic, a ona księżna; ona młoda, ja poczynam siwieć; piękna, jam brzydki… jakże mi się tu porywać z motyką na słońce.
Chorąży się uśmiechnął.
— Prezumpcyi za wiele, wada wielka — odezwał się — ale też za małe o sobie rozumienie, szkodzi w życiu. Księżnaby za was wyszła z ochotą wielką, a tak, to ją jaki Kostka wam z przed nosa pochwyci.
— Kostka? Jaki Kostka? — podchwycił poruszony rotmistrz — o żadnym Kostcem nie słyszał.
— Mnie o nim Kaliński rozpowiadał — odezwał się Szczypior. — Syn to jest wojewody sandomirskiego, który się tu przy dworze królowej za kobietami kręci i sławę z tego ma, że im głowy zawraca. Pierwszy strojniś i zawsze najpiękniej ubrany, ale to fraszka, gdyby mu natura nie dała twarzy, która niewiasty zachwyca. Chwalą go niepomiernie, a nawet i z tego, że piękniejszych, bielszych rąk u mężczyzny nie widziały.
Śmiał się Szczypior patrząc na swoje, które czarne były i namulane, a i Bajbuza, choć dosyć kształtne miał, widać na nich było, że często łuk naciągały, a popręg i siodła i oręża chwycić się nie wzdragały.
— Mój Szczypiorze — odezwał się — jeżeli mężczyzn z białych rąk cenić będą, ja nie stanę w rzędzie kompetytorów do nagrody. Męzka dłoń namulaną być powinna. Wstydziłbym się, gdyby mnie z waszym Kostką utrapionym z białych rąk chwalono.
— Po wielu innych — ciągnął dalej przyjaciel Szczypior — powiadają, że teraz Kostce nasza księżna bardzo w oko wpadła. Porzucił wszystkie inne, którym się zalecał, i teraz prawie z zamku nie wychodzi.
Zadumał się Bajbuza.
— Radbym go poznał — rzekł.
— O to nie będzie trudno — mówił Szczypior — wszędzie go pełno. Hej! hej! żalby było księżnej za jednookiego.
— Drwisz ze mnie, czy co? — podchwycił Bajbuza — pięknym go mienisz, upodobanym kobietom, a mówisz że jednooki jest.
— Tak, bo choć oczu ma dwoje, ale na jedno nie widzi — dodał Szczypior — o czem nie lubi aby mówiono. Na oku tego nie znać, że go niezręczny cyrulik przed laty pozbawił.
Chwilę zaledwie pomyślawszy Bajbuza dodał.
— Cóż Kaliński mówi, jak księżna jest dla niego?
— Wcale grzeczną i uprzejmą być ma — rzekł Szczypior.
Rotmistrzowi zadrgała twarz.
— Chwała Bogu! — rzekł szybko — chwała Bogu. Radbym ją widział ubezpieczoną i zamężną. Wdowieństwo dla tak pięknej i młodej niewiasty, przy swobodzie jaką daje, niedobre jest. Księżna jej nie nadużyje pewnie, to prawda, ale dosyć dwu takich panów Kostków, aby potwarz na nią rzucono. Bylem wojewodzica sandomirskiego poznał, sam mu dziewosłębem gotówem być.
Szczypior ramionami ruszył.
Tymczasem o swataniu, o Kostce i o kobietach nie pora było myśleć, a nazajutrz już rotmistrz musiał kopijników swych ściągających się lustrować i nanowo oddział swój doprowadzać do porządku. A ponieważ żywiej się tu poruszać mogło przypaść w tej wojnie, którą przewidywano, i Szczypior i Bajbuza postanowili ludziom swym, miasto całych kopij długich, dość ciężkich i w obrotach w polu niezręcznych, dać lekkie, połowiczne, które i ściągnąć i zaopatrzyć było potrzeba w proporce z barwą, po którejby się ludzie łacno poznawali. Oprócz tego od karwaszów począwszy do plat na nogach, każdą zbroję dowódzca pilny obejrzeć musiał, i w worek u siodła żołnierzowi zajrzeć, czy w nim zamiast łyk, pęt, noża, szydła, i t. p. nie wetknął flaszki z gorzałką.
Dni więc schodziły szybko obu dowódzcom, a rotmistrz temu zajęciu rad był, chociaż mu się serce razem krajało.
— Gdybyżeśmy się na nieprzyjaciela wybierali? — mówił — radowaćby się można, ale kto wie przeciw komu i rusznice i kopie skierować będziemy musieli. A wszystkiemu winni warchołowie jak Górka, dla których nic świętego niema.
Kopijnicy naostatek z nowemi proporcami, z odnowioną bronią, w świecących jak zwierciadła zbrojach byli gotowi, i gdy się rotmistrz dowiedział, że hetman do Warszawy się zbliża, ruszył razem ze Szczypiorem na spotkanie jego nocą, aby orszak Zamojskiego pomnożyć.
W mieście już wiedziano o tem, że hetman ciągnie i wiadomość ta przyczyniła się do uspokojenia umysłów; doznano bowiem na sejmie konwokacyjnym, jak bez niego o ład było trudno.
Przybywał Zamojski pierwszy jakby gospodarz i dozorca, aby później nadciągającym nie dopuścić nieładem i samowolą mięszać porządek.
Miasto się wysypało patrzeć na wspaniały ten wjazd, który z okazałością pańską, powagą wielką, w spokoju i karności się odbył.
Ludu, dworu, rycerstwa, oddziałów broni różnej, ochotników jak Bajbuza liczba znaczna bardzo towarzyszyła hetmanowi; szły wozy, wieziono namioty, a że w polu stać miano, wszystko co w obozie potrzebnem być mogło. Nie obyło się i bez ciurów wlokących za rycerstwem, ale Zamojskiego ciury nawet, jak powiadano, lepiej wyglądały niż niejednego żołnierze.
Przy odgłosie surm, trąb, bicia w kotły, z rozwiniętemi chorągwiami, Zamojski konno w towarzystwie Żółkiewskiego, Dulskiego i znacznej liczby rycerstwa przeciągnął przez miasto, i połączywszy się z marszałkiem Opalińskim, który nań czekał, wprost na miejsce sobie wyznaczone przez niego jechał, obozem się rozkładając pomiędzy Powązkami, folwarkami miejskiemi i wałami. A że od napaści pewnym być nie mógł, i mniejszą, choć dzielnego żołnierza liczbą rozporządzał, natychmiast się okopywać kazał.
Nazajutrz, nim jeszcze wojewoda poznański nadszedł ze swą zgrają ogromną, hetman z wybranym pocztem, do którego Bajbuza należał, pojechał naprzód na zamek do królowej, już na niego oczekującej.
Wielka tu panowała radość, bo choć Anna żal miała do Zamojskiego i obawiała go się, teraz na nim wszystkie jej spoczywały nadzieje.
Spotkanie było zimne może, ale z obu stron życzliwe i otwarte, o ile być mogło. Hetman oświadczył królowej, iż Zygmunta popierać będzie.
— Chociażby nam, tej na rycerstwie i żołnierzu stojącej rzeczypospolitej — rzekł — zdał się doświadczony wódz, ale mamy nadzieję, że przyszły pan nasz, na ludzi doświadczonych radzie się opierając, z dobrą wolą, podoła temu posłannictwu, jakie Bóg włoży na jego ramiona. My mu wszyscy krwią i mieniem służyć gotowiśmy, jakeśmy nieboszczykowi służyli.
Zmięszana królowa żywo zaręczać zaczęła hetmanowi, iż siostrzan jej ludzi zasłużonych oceni i pójść za nimi nieomieszka.
Rozmowa przeszła zaraz na niebezpieczeństwa chwili, na knowania cesarskich, na Litwę, mówiono o Zborowskich i królowa Anna uradowana okazanem jej poszanowaniem, odetchnęła swobodniej po widzeniu się z Zamojskim, śpiesząc za nie Panu Bogu podziękować.
Chociaż o usposobieniu nuncyusza Annibala z Kapui bardzo był dobrze uwiadomionym Zamojski, natychmiast po zamku pojechał z całą swą komitywą pokłonić się arcybiskupowi Neapolu, aby go publicznie, głośno i jawnie zapewnić, że jako wierny syn kościoła, nie spuszczając z oczów spraw religii katolickiej, w przyszłej elekcyi działać będzie.
Chytry włoch, który codziennie prawie cesarzowi w cyfrowanych listach znać dawał jak tu stało stronnictwo jego, w głos jednak oświadczył, że Stolica apostolska nikogo nie popiera, nie zaleca, nie daje pierwszeństwa, ale tylko nad interesami religii czuwać będzie i dla niej opiekuna i obrońcę chce mieć w przyszłym królu.
Nietrudno było Zamojskiemu w nuncyuszu poznać i przeniknąć cesarskiego sprzymierzeńca, ani Annibalowi w Kapui, po krótkiej z hetmanem rozmowie nabrać przekonania, iż walka z tym człowiekiem nie będzie tak łatwą, jak się może wydawała.
Lecz cóż znaczył w przekonaniu Annibala z Kapui najmędrszy wódz i statysta obok potęgi cesarskiej i siły jaką rakuszanie rozporządzali?
Natychmiast po hetmanie, pośpieszający Górka z Czarnkowskim i wszystkiem co się im około siebie skupić udało, weszli tłumnie, w znacznej odległości, naprzeciw Zamojskiego zajmując rozległą przestrzeń.
Ciekawi, którzy się temu wjazdowi przypatrywali, dziwić się musieli, co tu niemiecki, szlązki i cudzoziemski żołnierz mógł robić, a w ogóle tak zbierana drużyna, iż jak w wieży Babel w obozie ich rozmówić się było trudno jednym językiem. Brzmiały tu one wszystkie tak niesworno, jak u wodzów w głowach myśli się snuły.
Szło Zborowskim i ich przyjaciołom, aby liczbą Zamojskiemu zagrozili, o dobór się nie starano. Stał najlichszy żołnierz obok najlepszego, rycerstwo polskie obok niemieckich zaciężnych, ztąd kłótnie, spory, wrzawy i tumulty nieustanne.
Dyssydencki żołdak, któremu się zdawało, że wyzwoliwszy się z religijnych praw, powinien był okazywać jak się czuł swobodnym, dokazywał i szalał. Górce, który sam gwałtownym był, a zuchwalstwo za męztwo brał, wydawało się to wszystko pożądanem.
Prorokowano pewne zwycięztwo dwa razy silniejszej, bo do dziesięciu tysięcy liczącej gromadzie rakuszan.
Na pierwsze posiedzenie hetman już był gotów, ale go przyjaciele otoczyli i nie dopuścili gardła ważyć.
Szczypior, który się wszędzie umiał wcisnąć, był niepozorny, a mimo prostoduszności swej, lisem się w potrzebie podszywał, wypadkiem dostał języka, iż na radzie u Zborowszczyków stanęło, gdyby się hetman sam, bezbronny z kilku tylko przyjaciołmi do szopy udał, napaść go na drodze i zamordować.
Bajbuza z tem poszedł zawczasu do pana wojewody ruskiego, a ten oznajmił hetmanowi. Dulski radził z pocztem i zbrojno ruszyć, ale toby było za pogwałcenie praw, za nowe zuchwalstwo okrzyczanem.
Po długich naradach, nie pozostało nic nadto, by hetman się jeszcze od pierwszych posiedzeń wstrzymał i dał wyburzyć namiętnościom.
Zasadzka, o której się przekonano, iż w istocie uczynioną była, spełzła na niczem.
Tymczasem wybuchnęli zaraz na posiedzeniu Zborowscy wszyscy, domagając się, aby hetman, który tyle ludu zbrojnego przywiódł z sobą, ustąpił precz. Nie chcieli pod mieczem jego i grozą do obrad przystępować.
Z obu stron posypały się też same żądania i zarzuty. Hetman gotów był wojsko oddalić, ale się domagał, aby Górka i Zborowscy swoje też precz odprawili.
Tłumaczył się Zamojski, że sił nie dla przemocy, ale dla bezpieczeństwa potrzebował, a chociaż warunków zgody sobie przedłożonych nie przyjął, pokoju zamącić nie myśli i uczciwemu pojednaniu nie jest przeciwnym.
Ponieważ do niczego przystąpić nie było można wprzódy ażby się jakiś modus vivendi obmyślił pomiędzy przeciwnemi obozy, nastręczyli się pośrednicy do układania warunków.
A że spokojny hetman, dosyć łagodnie postępował i na niektóre z nich przystać był gotów, Górka z Czarnkowskim, Szafrańcowi i Firlejowi, wybranym za pośredników, wprost oświadczyli, że żadnych ustępstw nie uczynią.
Buta ich urosła właśnie tem, że przez arcybiskupa neapolitańskiego, w największej tajemnicy od cesarza odebrali zapewnienie rychłego poparcia.
Mając cesarza za sobą, Górka słuchać już nie chciał o układach żadnych, wprost groził, a z prawa się śmiał. Ledwie silnem wystąpieniem i groźbą też wymogli na nim pośrednicy, iż z kolei przybywać będą na obrady, aby się z hetmanem nie spotykali, inaczej wybuch i przelew krwi był nieuchronny.
Można sobie wyobrazić zniecierpliwienie i gniew tych, co hetmana otaczali, a jego zimnej krwi i spokoju ducha pojąć nie mogli. Gdy z drugiej strony na obozowisku rakuszan i Górki wrzawa, śpiewy i wczesne pieśni zwycięzkie się rozlegały, pod Powązkami panowała cisza, ale rycerstwo upokorzone szemrało. Jeden Bajbuza rozumiał to i pochwalał.
Zamojski udał się do szopy, zimno przedłożył swą sprawę, odparł zarzuty, a ustępstw dalszych odmówił.
— Idzie na zgubę swoją! — wołał Górka wściekły. — Zaślepiła go przeszłość, śni mu się, że to jeszcze Stefan panem.
Zborowscy niecierpliwsi jeszcze od niego, z każdym dniem gniewliwsi, że się im dotąd nic nie dało uzyskać, doszli do ostatecznego rozdrażnienia.
Chociaż znaczna bardzo przestrzeń dzieliła ich od wojsk hetmana, podkradano się wieczorami, nocami, życia nikt nie był pewien, bo pijane żołnierstwo, bezkarnością ubezpieczone, szło pod wały hetmańskie jak na łowy.
A gdy potem wieczorami przy stołach Górki opowiadano, co dokazywali niemcy i szlązacy, radość panowała nadzwyczajna.
Szczypior znowu dnia jednego dał wiedzieć o zasadzce, a chociaż się raz jego przestroga sprawdziła, lekceważono ją. Zamojski w biały dzień się czuł bezpiecznym.
Na samym wstępie pod szopę, z towarzyszących mu Wacław Wąsowicz postrzegł wymierzoną ku Zamojskiemu rusznicę i gwałtownie go popchnął, gdy w tejże chwili kula mu piersi przeszyła i padł u nóg hetmana.
Pijany Zborowszczyk, któremu w rękach rusznica dymiła jeszcze, ani nawet myślał uchodzić, tak był pewien, że mu się nic nie stanie; żałował tylko, iż samego Zamojskiego nie trafił.
Rozruch się wszczął wielki i wchodzących Zborowszczyków krzykami zaczęto smagać. Sprawaby może przybrała rozmiary większe, gdyby sam hetman nie zażądał, aby ją pokryto milczeniem.
— Wstyd nam uczyni to w obliczu obcych narodów.
Zaledwie się to stało, drugiego dnia strzelono z niewiadomej przyczyny do kanonika inowrocławskiego, stojącego przy biskupie swym, i nie było wątpliwości, że go kula dyssydenta położyła.
Trwoga naostatek ogarnęła samych nawet Górki przyjaciół, który z Czarnkowskim razem szalał, nie znając w tym szale granic. Mogli postrzedz, że się od nich i wspólnictwa z nimi, usuwali ludzie umiarkowańsi. Nie było tajnem, że po Wąsowiczu i Brzezińskim na hetmana czyhano i jego koniecznie pozbyć się chciano.
Rachowano na to, że stronnictwo bez wodza rozbije się i padnie w ręce rakuzkich praktykantów, którzy pieniądzmi i obietnicami sypali.
Ani widać było końca temu wszystkiemu. Karnkowski wahający się, niepewien na którą przechylić się stronę, Górce i Zborowskim dozwalał się coraz szerzej rozpościerać i zuchwalej rzucać.
Ale hetman nie ustępował.
Strzelano, zasadzano się nadaremnie. Gdy niebezpieczeństwo groziło jawne, a boju uniknąć chciał, Zamojski do siebie zwoływał na radę, tak że pod szopą sami rakuszanie swobodnie sobie poczynali.
To ich tylko niepokoiło, że szopa stała bliżej obozu hetmana, niż ich zbiorowiska. Zamojski, gdyby tak chciał być gwałtownym jak oni, łatwoby ich tu mógł osaczyć i krwawym zatargom położyć koniec.
Jednego wieczora rozprawiano o tem głośno pod namiotem pana wojewody poznańskiego, a następnej nocy, jeszcze się w obozach do snu nie kładli, gdy z czterech rogów podpalona budowa ogromnym płomieniem buchnęła.
Chcieli się ludzie hetmana rzucić na ratunek, lecz Zamojski kazał się wstrzymać. Wśród nocy łatwo mógł powstać tumult, a hałastra Górki i Czarnkowskiego czyhała tylko może gotowa do napaści.
Dano więc spłonąć szopie swobodnie, a nazajutrz hetman się dowiedział, że nową bliżej obozowiska prymas budować kazał.
— Nie pójdziemy do niej — rzekł chłodno Zamojski — boć już wiemy, że obrady są niemożliwe, a nie o nie chodzi, ale o przelew krwi, którego my ohydy, dla sławy narodu uniknąć chcemy.
Wszystko to na dobre się obrócić musi, a warchoły same sobie wstydliwy koniec gotują.
Nalegali przyjaciele na hetmana o stanowcze kroki i działanie, uśmiechnął się.
— Cierpliwości — rzekł — Górka padnie przez to, że jej nie ma.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.