Ave Patria, morituri te salutant...

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ave Patria, morituri te salutant...
Pochodzenie Ave Patria
Data wydania 1935
Wydawnictwo Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
AVE PATRIA, MORITURI TE SALUTANT...

Kamimura umilkł na chwilę, napełnił czarę wodą, i podnosząc ją zwolna, powlókł ciężkiemi oczami po żołnierzach.
Wszyscy jakby nagle skamienieli, że tylko spojrzenia zamigotały i twarze sprężyły się w oczekiwaniu.
— Za waszą śmierć bohaterską piję!
Wypił do dna i, pochylając się ku nim, wyciągnął rękę i znów zawołał:
— A teraz idźcie! Idźcie na swoje trumny-brandery i zgińcie co do jednego! Japonja potrzebuje śmierci waszej... czeka na nią... Idźcie i zgińcie!
Wołał ogromnym głosem, jakby głosem wszystkiej ojczyzny.
— Banzaj! — wyrwał się ze wszystkich piersi jeden krzyk potężny.
— Banzaj! — runął powtórnie, jak huragan; szable wyświsnęły z pochew, i tłum młodzieńców skłębił się, zakołysał, rozwinął w mieniącą wstęgę i ruszył ku schodom na pokład, twarze wybłyskiwały z mroków sali, niby miecze ogniste, a oczy lwie, oczy zapamiętałe, oczy, piorunów pełne i mocy, strzeliły błyskawicami uniesień i bezgranicznego szczęścia.
Szli parami, mocnym a elastycznym krokiem marynarzy.
Szli w dumnem milczeniu wybranych na śmierć niezawodną.
Szli cichą kohortą piorunów, rzuconych dłonią przeznaczenia.
Cisza się stała, milczenie grobu wionęło tchem lodowatym. Tylko szum morza przedzierał się z pokładów, dalekie bicie fal i powiędłe, rozwiane echa jakichś głosów, a oni przechodzili niemym szeregiem, dumni, młodzi, szczęśni jak bogowie, szable zniżali przed wodzem, podnosili głowy, a oczy wierne topili w jego oczach, a uśmiechy tkliwe, niby kwiaty oroszone, rzucali mu do stóp...
„Nie zginęła! Oto na jej głos święty podniósł się ofiarny huf i z uśmiechem szczęścia idzie na bój nieubłagany, na śmierć pewną, na zatratę...
„Nie zginęła! O te piersi bohaterskie rozprysną się wraże fale! Poświęceniem przemogą, a miłością zwyciężą nawet śmierć samą...
„O ziemio wschodzącego słońca! Wróg nie stratuje twoich pól kwietnych, nie splugawi twoich świątyń serdecznych, nie pohańbi cię niewolą... bo oto stado orłów zerwało się z gniazd, rzuciło wszystką słodycz życia i leci osłonić cię swojemi piersiami, leci spaść na wroga, zwyciężyć i umrzeć dla ciebie!
„O ziemio moja święta!“
Modlił się Kamimura, idąc za nimi na pokład.
Słońce już zachodziło za góry dalekie, czerwony brzask pylił się na falach rozdrganych, mrok, niby ciche, omdlałe westchnienia, obtulał zwolna świat, a słodki spokój wieczora spływał z bladego, ostygłego nieba.
Tylko morze huczało gniewnie, chlustając bryzgami pian, i szalupy szarpały się niecierpliwie u boków pancernika.
Schodzili do nich, w głębokiem milczeniu, niby korowód widm, zstępujących do wspólnego grobu.
Było ich stu dwudziestu.
Hirosze i Kataoka zamykali pochód.
Kamimura, wsparty o burtę, patrzył za nimi, cała załoga oddawała im ostatnie honory, pożegnalna flaga miotała się na maszcie.
Naraz świst rozdarł powietrze, śruby zawarczały, i szalupy rzuciły się na morze, lecąc wierzchem fal i roztrącając grzbiety spienione…
Kamimura długo stał na pokładzie, prowadząc ich zadumanemi oczami, póki nie przepadli w oddaleniu, że tylko smugi dymów błądziły za nimi i stado mew rozkrzyczanych.
A szalupy pędziły wciąż szerokim gardzielem zatoki ku morzu, niekiedy zapadały jakby w przepaści, ale po chwili wznosiła się fala i sunęły niby białe, ogromne ptaki; błękitnawe warkocze dymów przysłaniały je płaszczem, przez który ledwie widniały brzegi uciekające.
Słońce już zaszło, na zachodzie rozlewały się kałuże purpury i złota, morze sczerwieniało, poczynając wrzeć i przewalać się ciężko, fale, niby węże rdzawe, zaroiły się rozpluskanemi stadami, prężyły się z głębin i, wynosząc łby okrwawione w brzaskach, leciały z krzykiem na szalupy, ogarniając je długiemi cielskami, targały zawzięcie, jakby chcąc powstrzymać i zawrócić, ale podarte i stratowane opadały z jękiem.
Mewy krzyczały nad nimi jękliwie, długo i żałośnie.
Ale w szalupach wciąż trwało milczenie, nikt nie wiedział, co się dokoła dzieje, bo wszystkie dusze krążyły ostatnim, pożegnalnym lotem, tam nad Japonją, nad zarysami, ginącemi na zawsze, w ostatnie brzaski zachodu niosły się rozełkane żalem i tęsknotą…
Port się zapadał za nimi w głębie wód, las masztów malał, zdawał się już pajęczyną, miasto stawało się majaczeniem, forty na wybrzeżach płaszczyły się niby kraby, wyrzucone przez fale, a olbrzymie doki, fabryki, wyniosłe drzewa jakby uciekały od nich w głąb lasów, w chaos mroków, że tylko jeszcze niekiedy huczały za nimi pierzaste głosy syren i słabe, konające echa jakichś dźwięków…
Zbierali je w rozmodlonem milczeniu, jak te ostatnie przenajświętsze tchnienia ojczyzny, traconej na zawsze, gdy naraz szalupy spięły się, niby konie spłoszone, olbrzymie fale wyniosły je nagle i, strząsając z grzbietów, rzuciły w rozszumiałe przepaści.
Byli już na pełnem morzu, wichry zajęczały nad nimi, spienione bryzgi jęły skakać dokoła, niby psy rozjuszone.
Hirosze dał sygnał, zatoczyli krótkie półkole i, lecąc jakby naprzełaj fal, a bliżej brzegów, ledwie dojrzanych, wpadli w cały archipelag wysepek, gęsto rozrzuconych i tak pełnych sadów rozkwitłych, że wynosiły się z wód, niby białe chmury, zróżowione zachodem.
Wili się niepostrzeżenie wąskiemi przepływami, jakby nieskończoną kwietną aleją. Ptaki śpiewały w gąszczach, a biały, wonny okwiat sypały na nich wiśnie pochylone; gdzie niegdzie przebłyskiwały światła, gdzie niegdzie w łodziach, kołyszących się pod obłokami kwiatów, śpiewały dziewczyny, czasem przecinała im drogę barka rybacka, ciężko pochylona pod żaglem wzdętym, a niekiedy ponury, daleki huk morza przedzierał się wskróś sadów, jakby ich wołał.
Pędzili całą siłą pary, że wkrótce i te wysepki przepadły w mrokach morza i nocy, jak sen przeszły, jak sen prześniony niepowrotnie, iż niejedno serce ścisnął żal gryzący, niejedna dusza załkała boleśnie, ale twarze były zawarte całą mocą woli, oczy nieodgadnione i uśmiechy wiły się na ustach pobladłych.
Niebo zagasło, ostatnie chmury dopalały się na zachodzie, a bezmierna pustka wód i przestrzeni opadła na nich i niby w całun siny spowijała.
Było już prawie ciemno, gdy zawinęli do jakiejś wysepki samotnie sterczącej dzikiemi rumowiskami skał poszarpanych.
W małej zatoce, wciśniętej głęboko i zamaskowanej ruchomą tamą, pokrytą drzewami, tuliło się dziesięć statków, podobnych do czarnych, olbrzymich płazów, odpoczywających w cichości, a kilka torpedowców leżało na kotwicach, niby psy przyczajone.
Wysiedli z szalup i, jak cienie, bez szmeru, rozpełzli się w mrokach.
Milczenie znowu zapadło, statki leżały niby trupy, wyrzucone na brzeg, pokłady były puste, okna ciemne, kominy nie dymiły, żaden głos się nie rozlegał, nawet wody zatoki leżały martwą taflą ołowiu, tylko morze huczało, bijąc nieustannie, a jakieś ptaki krzyczały wśród skał.
Noc szybko zapadała, cały świat grążył się w zielonawe odmęty mroków, na horyzoncie niebo stapiało się już z morzem w jedną nieprzeniknioną otchłań, pełną wrzawy posępnej, bełkotliwych ruchów fal, majaczeń sinawych grzyw i rozdrganej pustki, dyszącej zgrozą i lękiem.
Jakiś niepokój rodził się w przestrzeniach, wichry przelatywały ze skowytem, a zadyszany, gniewny krzyk morza wrzał coraz potężniej, skłębiał się niekiedy w głuche, zdławione tętenty, jakby tysiące koni leciało po ziemi spieczonej, wybuchał krótkim, wstrząsającym rykiem i opadał, walił się ciężko w przepaści, jak trup.
Burza srożyła się gdzieś daleko.
Ale w cichej zatoce jakby wiedziano o tem, bo długo jeszcze leżało martwe milczenie. Dopiero gdy nad portem dalekim rozżarzyły się blade ledwie dojrzane łuny, rozpoczął się gorączkowy, pospieszny ruch, zaskrzypiały naraz windy, buchnęły światła, kolosy jęły się poruszać, a torpedowce przewijały się ze świstem ich bokami.
Hirosze, jako wódz wyprawy, lustrował wszystkie statki.
Na każdym maszyny były już pod parą, kapitanowie stali na swoich mostkach, a załogi zajmowały zwykłe stanowiska.
Niewymowne milczenie zalegało pokłady.
Hirosze przesuwał się, jakby wśród mar.
Ni jeden głos nie zerwał się z ust drżących, tylko serca prężyły się, rozsadzane niemym krzykiem, a uścisk ręki starczył za rozmowę, spojrzenia stawały się pocałunkami, uśmiechy były pożegnaniem, gesty — przysięgą…
Śmierć wionęła tchem lodowatym, stała się chwila jakby wyznań najtkliwszych i namaszczeń ostatnich.
Jeszcze jedno spojrzenie na świat, jeszcze jedno nieme, dręczące pytanie, i żywi zaczną zstępować do grobów.
Hirosze szedł coraz ciszej i lękliwiej, ale chociaż bezmierny smutek przygniótł mu duszę, wypełniał surowo swój obowiązek, sprawdzał wszystko, co był powinien, zaglądał nawet pod pokłady do magazynów, wypełnionych olbrzymiemi głazami, pospajanemi żelazem, schodził do komór maszynowych, gdzie w krwawych brzaskach uwijali się półnadzy palacze, a potem oddawał kapitanom zapieczętowane rozkazy, ogarniał raz jeszcze wilgotnemi oczami salutujące załogi i znikał, jak cień.
Aż przyszedł moment ostatni, otwarła się tama, błysnął sygnał i statki zaczęły wychodzić, ustawiając się kilwatorem, torpedowce szły po bokach, jak psy owczarskie, strzegące stada.
Wyprawa ruszyła i przepadła w ciemnościach.
Morze otworzyło ramiona bezmierne i objęło ich w moc swoją.
Hirosze stał na rufie przodowego, zapatrzony w dalekie gasnące łuny.
Płynęli bez świateł, czołgając się ostrożnie wskroś burzy i nocy, niby ciąg dzikich zwierząt, śpieszących na krwawy żer.
Noc była nieprzenikniona; czarna, rozwichrzona topiel przewalała się z głuchym porykiem; ni jednej gwiazdy w przepaściach nieba, ni jednego zarysu rzeczy stałej, nic, prócz spienionych odmętów ciemności, kołysań i szumów złowrogich.
Statki szły pełną parą, walcząc zawzięcie z morzem, burza podnosiła coraz wyżej swój łeb rozszczekany, wichry zlatywały z ciemnic rozwytemi stadami, a fale, niby ogiery nieprzeliczone, goniły się z dzikim kwikiem, skakały do burt i waliły się na pokłady.
I tak przechodziły całe godziny.
Burza stawała się już chaosem żywiołów rozpętanych, góry wody wzdymały się z głębin i pękały ze świstem, niewypowiedziany wrzask przepełniał powietrze, krzyczało morze, krzyczały wichry, krzyczały maszyny, pracujące nieustannie, zapamiętały wir rzucał statkami, że rozlatywały się na wszystkie strony, jak drzazgi, ale wstawały niezmożone i wyciągnięte w linję, szły dumnie wskróś tańca sił, pożerających się nawzajem, szły niepowstrzymanie, choć biły w nie wybuchy ślepej i bezmyślnej potęgi, a pijane, oszalałe moce waliły taranami huraganów.
Hirosze wiódł wyprawę z nieulękłą pewnością, zamieniał jakieś słowa ze sternikiem, wołał coś tubą do maszyn, sprawdzał sekstans, podawał nie kiedy sygnały, które błyskawicami rozpruwały ciemnice, i znowu stał na rufie, chciwie zapatrzony tam, gdzie były już tylko mroki nieprzejrzane.
A powracał często, prawie bezwiednie i patrzył tęskliwie, bacząc jednocześnie na zarysy statków, płynących za nim, niby szeregi czarnych trumien, zasypywanych ustawicznie burzliwym piaskiem ciemności.
I naraz drgnęło mu serce, zakute w surową moc obowiązku, trysnęły olśniewające wspomnienia, rozwarła mu się dusza do głębi, podniosła się w niej wszystka pamięć żywota, wszystkie dnie wstawały z zapomnienia i szły przez pamięć czarownym, weselnym korowodem. Spowił go różany obłok marzeń i, kołysząc pieściwie, wiódł w okwiecony gaj cichego, człowieczego szczęścia i śpiewał hymny istnienia.
Bezmierna tęsknota wżarła mu się w serce.
— Nigdy! Nigdy! Nigdy! — zaskowyczał żal, dziki, niewypowiedziany żal.
Sto żelaznych pazurów zakręciło mu wnętrzności, że porwał się oszalały, jakby chcąc runąć w burzę, uchwycić się wichrów i uciekać z tego grobu i powrócić do życia.
Ale stanął, wodząc przerażonemi oczami dokoła, bo rozległ się w nim surowy, mocny głos matki:
— Cieszę się, żem cię wydała na świat, bo teraz mogę cię oddać ojczyźnie. Bądź dumnym, że możesz za nią umrzeć.
To był jej ostatni głos pożegnań! Pamiętał go i czuł w sercu, jak ogień niezgaszony: wyprostował się naraz i szepnął pokornie:
— Umrę, matko! Umrę!
Rozprężył się dumnie, wzgardą zabił chwilę słabości, stał się znowu wodzem nieustraszonym, stał się już tylko zimnym, nieubłaganym ciosem, jaki miał spaść na wrogów.
Było już po północy, gdy torpedowce wysunęły się pośpiesznie i poleciały na zwiady, a statki zmieniły szyk, ustawiając się w długą ławę, skośnie rzuconą na fale.
Mieli jeszcze kilka godzin drogi przed sobą, ale już przysłonięto najszczelniej wszystkie otwory, aby najmniejszy błysk się nie przedzierał, nawet kominy dostały zwierzchu rodzaj kapturów, pochłaniających światło, a ludzie, czepiając się lin i barjer na wyższych pomostach, wlepiali w ciemności niespokojne oczy i kamienieli w cichej grozie oczekiwania.
Ale niewiadome czaiło się jeszcze gdzieś daleko.
Burza się uciszała, jeszcze niekiedy zrywały się z głębin stada bydląt ryczących, a czasami zawył huragan, rozmiótł fale i grzmotnął w olbrzymy, że pokładały się jękiem, ale oszalałe ramiona burzy biły już coraz słabiej i bezsilniej.
Tylko pobladła ze złości, dzika noc marcowa szła z nimi nieodstępnie, szła podobna do otchłani zielonawych lodów, szła rozdygotana, siejąc dokoła wiatry skamlące, a tak zimne, że obmarzały pokłady i fale gryzły niby ogniem, a niekiedy wybuchały gwałtownemi, długiemi ulewami, to sypała gęstą śnieżycą, co jak pierzaste, białawe chmury, spływała miękko, opadając bez szmeru falami szarego zmarzniętego światła, iż wszystko stawało się sypką, rozdrganą, cichą szarością, w której statki błądziły niby widma wylękłe, a czasami opadała głęboka cisza, jakby noc przyczajała się, nasłuchując trwożnie jakichś głosów dalekich.
I tak naprzemian szły monotonne, długie godziny.
Ale te chwile ostatnie zdały się być wiekami, wlokły się tak wolno, a tak ciężko, tak długo, jakby się już nigdy skończyć nie miały.
Między załogą, z godziny na godzinę, wzrastało coraz większe zdenerwowanie, z każdego statku jakieś rozpalone oczy błądziły z niepokojem w nieprzebitej nocnej kurzawie i na każdym z utęsknieniem czekano tej chwili ostatniej, chwili boju. Liczono już minuty, liczono sekundy, liczono nawet uderzenia śrub, bełkocących w głębiach.
I nic dokoła, wciąż pustka i noc.
Tylko Kataoka spokojnie stał przy sterze, a Hirosze, chodząc po moście, czuwał nad wszystkimi i myślał wciąż jedno i to samo:
— Oto zwolna, niepostrzeżenie, nieubłaganie zbliża się śmierć.
Był gotów. Nie czuł ni żalów, ni trwóg, trzymał duszę w żelaznej uwięzi woli niezłomnej. Wiedział, że musi umrzeć, i sprężał się do ostatniego skoku, jak tygrys… Jeszcze chwila — i runie w bój śmiertelny, w bój nieubłagany… Ojczyzna wysłała ich na śmierć, to zginąć muszą co do jednego… Bądź błogosławiona twoja wola, Japonjo, błogosławiona i święta.
Marzył, patrząc na to wszystko, jakby z poza mgieł nieskończoności, już czuł, że śmierć zbliża się w ciemnościach, że te ciche wiatry coś szepcą tajemnie, że wołają go fale, że wieczność ogarnia go w słodkie objęcia, a noc całuje chłodnemi ustami i tuli do piersi, i wyjawia nieodgadnione…
— Cóżto człowiek? — myślał niekiedy — to fala, która wynosi się z głębin na mgnienie, a przepada na zawsze! Któż wie, że była? Morze jest wieczne, Japonja nieśmiertelna! Jestem i przepadnę, rozprysnę się i może zaledwie będę cieniem, jaki drzewa kładą o zachodzie…
Dziwna słodycz go przejmowała, jakby słodycz spływania w ciszę.
— A może?
Załkała w nim jakaś nieumarła jeszcze nadzieja i zgasła.
Cichy sygnał przeszył powietrze.
Rzucił się na dziób statku; jakiś brzask blady, podobny do rozpierzchłej złotawej plamy, mżył na horyzoncie.
Statki zwolniły bieg.
Na pokładach zawrzała gorączkowa praca ostatnich przygotowań, wysuwano pośpiesznie gardziele armat, rychtowano kartaczownice i nabijano karabiny. Olbrzymie lawety okręcały się bez szmeru, ani jedna winda nie zgrzytnęła, nie szczęknął łańcuch, a ludzie uwijali się cicho, jak cienie.
Niezmierna radość rozpierała serce, uniesienie powiało bohaterskim, palącym wichrem, prawie szaleli z radości.
A daleki, blady wrzask był coraz bliżej, kołysząc się na polach, niby stróżujące, czujne oko.
Torpedowce wróciły z doniesieniem, że na zewnętrznym rejdzie niema ani jednego statku.
Powlekli się jeszcze wolniej, czołgając się prawie po falach, jakby wilki z przy tajonym oddechem i ściągniętemi pazurami.
Cisza znowu spadała na ludzi, cisza spadającej chmury, nim rzygnie piorunami. Wszyscy jakby zamarli na swoich miejscach, tylko nieme, rozognione źrenice wisiały na tem świetle, wynoszącem się z wód, niby czerwony księżyc, wirujący w złotej obręczy blasków.
Była już piąta nad ranem.
Morze znowu zaczęło się burzyć i szarpać, od lądów jeszcze niewidzialnych zimny wiatr zaganiał ze świstem całe stada krótkich, a wysokich fal, miotał niemi i rozbijał o statki, że piany pokryły morze niby śniegiem.
Gęsta biaława mgła rozpełzła się od wybrzeży.
— To reflektor na Tygrysim ogonie — szepnął Hirosze.
— Za dwadzieścia minut dosięgnie nas jego światło.
— Uderzymy zboku, z pod skał, bo całe wejście oświetlone.
— Grób czeka otwarty. Już na nim zapalili pochodnie — rzekł cicho Kataoka.
— Tam, tam pomrzemy, tam.
— Ale tak im sobą zapchamy gardziel, że się udławią!
Wysoko, nad nimi, przeleciało kilkanaście wirujących smug światła.
— Nowy reflektor! Za chwilę nas odkryją!
Widać już było gołem okiem dwa potężne reflektory. Smugi świateł, niby śmigi wiatraków, migotały kołowrotem nieustannych błyskawic, szukając zajadle w pustych przestrzeniach, zakreślały coraz szersze i dalsze kręgi, przecinające noc jakby błyszczącemi sztychami szpad.
Brzeg był już niedaleki, morze tłukło się o skały z wściekłością, uparte, nieustanne bicie fal wstrząsało powietrze głuchym gruchotem, wiatr przelewał się z szumem, a z poza mgieł wynosiły się coraz bliżej i wyraźniej, ciemne, pogięte zarysy wzgórz.
Port Artura leżał niby potwór czarny, warujący wśród wód rozhukanych i toczący dokoła krwawemi ślepiami reflektorów, strome góry obejmowały go nieprzebytym pierścieniem, przez który wiodło tylko jedno wąskie przejście do wnętrza.
Statki rzuciły się nieco wbok, pod brzegi, a unikając wciąż odkrycia, leciały rozciągniętym szeregiem prosto ku czerniejącej gardzieli.
Czarne, olbrzymie kadłuby, kołysząc się niby na trapezach, szły już pełną parą, przemykały się, jak widma wskroś migotów świateł i wskroś fal spiętrzonych, zapadały co chwila i co chwila wynosiły się zuchwale, parły się niepowstrzymane, leciały z wichrami w zawody, jak burza groźne, i jak burza pełne piorunów.
A na pokładach stali już wszyscy, gotowi, nieulękli, milczący.
Nieskończenie długie chwile przechodziły w śmiertelnej ciszy oczekiwań.
Jeszcze tysiąc metrów… podrywają się gwałtownie… wznoszą… lecą w przepaści… mkną niby ptaki ogromne, a wszystkie serca biją w rytm maszyn, prężą się do bólu, aż do niemego krzyku, że oczy zachodzą mgłą i dusze kamienieją.
Jeszcze sześćset metrów… myśli są wirem błyskawic, drżeń i lęków, może zdążą… O, trwaj, nocy… o, trwaj… byleby runąć w to przejście… byle je zapchać własnemi trupami…
— Prędzej, prędzej! — krzyczą do maszyn.
Brak już tchu, brak sił, nieruchomieją oczy, zimny dreszcz pokrywa ciała płaszczem lodowatym. Rozbite bryzgi sieką twarze, wiatr świszcze, włosy się podnoszą.
Jeszcze pięćset… Karabiny drżą w rękach… obłąkane oczy tłuką się o białe skały… już światła migocą w głębi… jakieś domy… wszystko zaczyna wirować… drży, chwieje się…
Jeszcze czterysta… tysiące słońc kręci się nad głowami… fale się palą… pożar dokoła… spadają jakby w przepaści ogniste…
Naraz ze wszystkich wzgórz rzygnęły potoki świateł i runął grzmot.
Wtedy Hirosze, jak trup blady, a jak bóg spokojny, dał sygnał:
— Japończycy! Niech każdy spełni swój obowiązek!
— Banzaj! Naprzód! — wyrwał się jeden okrzyk i zamarł.
Nadeszła chwila ostatnia.
Hirosze, stojąc poza szeregiem, spokojnie i nieubłaganie rzucał ich w paszczę śmierci.
Brandery wzięły największy pęd i szły niby lwy rozjuszone.
Ale i śmierć czuwała. Już ich dojrzeli. Krwawe strugi buchnęły znowu, huknęły grzmoty, grad kul zaświstał, a sto słońc elektrycznych lunęło na nich potopem światła i naprzeciw wysuwały się, niby jaszczury, czarne, długie torpedowce…
Pierwszy brander zamigotał w świetle i rzucił się naprzód, ku wjazdowi, jakby unosząc się w powietrzu, ale, przywitany huraganem kul, zakręcił się, niby zwierz raniony, ryknął ze wszystkich armat, wspiął się jak koń i przepadł w głębiach.
Za nim wynurzały się z cieniów drugie i, jak stado rozszalałych potworów, rzuciły się niepowstrzymane w huragan ognia i żelaza, jaki się nagle rozsrożył nad niemi.
Zatrzęsła się ziemia, fale jęły się miotać i wyć, niby bydlęta, ogarnięte strachem, a wzburzone ciemności dygotały nieustannemi błyskawicami, bo już ze wszystkich wzgórz biły armaty, gruchotały kartaczownice, sypiąc gęstym, śmiertelnym gradem, a wstrząsające ryki dział oblężniczych rozlegały się co chwila, i co chwila z dzikim świstem i warkotem przelatywały kloce stalowe i co chwila straszliwy trzask, jakby tysiące piorunów, rozdzierał powietrze, a morze, od pękających w głębiach pocisków, tryskało wulkanami.
Ale brandery, zasypywane ogniem i żelazem, bite ulewą granatów, rozdzierane szrapnelami, szły wciąż naprzód z radosnym szumem bander, powiewających na masztach, szły, niczem nie powstrzymane; już waliły się pokłady, padały maszty i kominy, pryskały burty, woda wdzierała się przez boki potrzaskane, pożary ogarniały pomosty, wybuchały komory amunicyjne, ale pod dumnym znakiem wschodzącego słońca ludzie walczyli do ostatniego tchu, i nieulękli, zapamiętali, oślepli od dymów, cali w krwi i ranach, rozrywani żywcem, zamiatani straszliwą wichurą kartaczów, spowici w chmury dymów i płomieni, walili się na dno gorejącemi stosami trupów, padali w otchłań z krzykiem bohaterskiego szaleństwa i triumfu.
A Hirosze, jak bóg ukryty w ciemnościach i jak bóg nieubłagany, wciąż rzucał ich na śmierć. Co pewien czas wytryskiwały ognie sygnałów i nowy brander wyrywał się z mroków, leciał z krzykiem wskroś rozmigotanej wichury piorunów i, okryty obłokami płomieni, umierał tam, gdzie już miał grób naznaczony.
I tak jeden za drugim, „jak kamienie, ręką Boga rzucane na szaniec”, waliły się na dno trupy statków i ludzi; jeden za drugim umierały radośnie dla ojczyzny dalekiej, jeden za drugim kładły się stosem bohaterskim, szły w przepaści ze straszliwym majestatem poświęceń i obowiązku.
Świt się już robił, niebo zajaśniało, ciężki, przesmutny dzień podnosił się ze wschodu, a od wybrzeży pełzały mgły coraz gęstsze, że szarawy, nieprzenikniony mrok zatapiał zwolna morze, wzgórza i statki, aż wszystko przepadło w mętnej topieli.
Tylko bitwa nie ustawała ani na chwilę.
Dziki, oszalały huragan miotał się coraz srożej i potężniej.
Wszystkie baterje pracowały nieustannie, setki armat biło, co chwila tysiące kul przelatywało z gwizdem i świstem, tysiące błyskawic przedzierało się krwawemi źrenicami, tysiące grzmotów wstrząsało powietrzem — strzelano ze wszystkich fortów i szańców; bito ciągle, bito bezustannie, bito z przerażającą monotonnością, że już te nie milknące ani na chwilę ryki dział, wybuchy granatów, trzask pękających szrapneli, szumy morza rozhukanego i wycia wichrów zlewały się w jeden lękliwy, żałosny hymn, przy którym umierały brandery.
Już ich siedem leżało na dnie wąskiej gardzieli, a ósmy konał, rozszarpany przez kule, gdy Hirosze krzyknął do steru:
— A teraz my!
— Ostatni! — szepnął, jak echo, Kataoka.
Zabełkotały śruby, drugi brander przesunął się cicho, szczęknęły łańcuchy, sprzęgli się ze sobą, burta w burtę, i niby Lelum Polelum, rzucili się w bój, na wspólną śmierć.
Forteca wyła piorunami, jak furja, ulewa błyskawic przeszywała mroki straszliwym migotem, a huragan kul spadał bezustannie, gdy brandery ostatnie wysunęły się nagle w krąg świateł i skoczyły do przejścia całą mocą maszyn.
— Banzaj! Banzaj! — krzyczeli, lecąc jak wicher.
Hirosze stał na kapitańskim moście, zimny i spokojny.
Rój statków zagrodził mu drogę czarną, rozbłyskaną chmurą.
— Ognia! — zagrały trąbki sygnałowe.
Ryknęły salwy, zaszczekały pompony z kapitańskich pomostów i jakieś szczątki zamajaczyły na falach, jakieś wrzaski nieludzkie podnosiły się w pluskach i grzmotach, ale brandery pędziły, jak burza, tratując wszystko po drodze. Pędziły na śmierć i zwycięstwo.
A bitwa stała się już szałem śmierci, kule przeorywały pokłady, rzygając stalą i ogniem, druzgotały boki, a sypiąc się nieustającym gradem, niby żelaznemi cepami rozmiażdżały rzecz każdą.
Huragan piorunów spadał potopem, ludzie marli dokoła, padając, jak drzewa podarte, walili się trupami na stosy, jeszcze drgające, spadali w morze, jak kamienie, wili się w kałużach krwi, w kupach ciał straszliwie poszarpanych, ale pozostali, porwani bojową wichurą, oślepli w dymach, pijani szaleństwem mordu, walczyli do ostatniego tchu, walczyli już bez pamięci, o śmierć tylko i męstwo. Nawet ciężko ranni, prawie umierający, czołgając się wśród szczątków ciał i pocisków, strzelali jeszcze z karabinów i miotali ręcznemi granatami do torpedowców, uwijających się dokoła stadem zgłodniałych potworów.
Brandery stały się już jakby wulkanem, bo co chwila wybuchały słupami ognia i żelaza, co chwila tryskały pożary fontannami, co chwila wznosiły się w powietrze okrwawione strzępy ciał, drzewa i stali, a nieustanny grzmot huczał, jakby w kraterze…
Już pomilkły trąbki sygnałowe, pomilkły pompony z kapitańskich mostów, ucichły działa porozbijane, ale brandery jeszcze wciąż szły naprzód; już słabły w pędzie, już się przechylały na boki, drgając jakby w dreszczach przedśmiertnych, już były niby trupy odarte, i nagie, i stratowane — bez pokładów, bez armat, bez kominów, bez burt i pomostów, a pełne ran śmiertelnych, krwi, jęków i zgrozy nieopowiedzianej, i świętego szaleństwa…
Już pędziły ostatkami sił maszyn konających i ludzi dobijanych…
Nadchodziła chwila ostatnia!
A Hirosze już zapomniał o sobie, był tylko ciosem nieodpartym.
— Prędzej! Prędzej! — wołał niekiedy tubą do maszyn słabnących.
Jeszcze żył, jeszcze walczył, jeszcze rozkazywał, jeszcze sam zabijał, ale już jakiś wicher kosmiczny ponosił go ponad wszystko i rozwiewał w nieskończonościach i zatapiał w niebycie…
Jeszcze żył, a coś dręcząco słodkiego przejmowało mu serce, w oczach, wpatrzonych w dymy i ognie, rodziło się widzenie rzeczy niepojętych, a na ustach wykwitał przesłodki uśmiech powitań.
Już się chwiał, jak cień, mrący w nieskończonościach, już się stawał tylko śnieniem o sobie.
I był tylko wichurą uczucia, radośnie ginącą w spokoju.
Ale stał nieruchomie wśród padających granatów i czuwał nad wszystkiem, i chociaż krew zalewała mu twarz, dojrzał kres ostatni, dał sygnał maszynom, brandery spięły się nagle i padły ciężko, jak trupy w grób rozwarty…
— Kingstony! — rozległ się jego rozkaz ostatni.
Nie było już potrzeba zatapiać.
Brandery osuwały się wolno i cicho w głąb rozszumiałą, grążyły się w wodzie z uroczystym majestatem śmierci, morze z sykiem wdzierało się przez boki poszarpane, fale przelewały się przez kadłub… już szczątki burt tonęły… już trupy i ranni spływali… już śmierć kończyła swoją kośbę niemiłosierną.
A tylko na rejach ostatniego mostu, pod słoneczną, poszarpaną banderą, tuliła się jeszcze garść niedobitków.
Opadali jednak coraz niżej, kule w nich biły nieustannie, granaty rwały te nikłe pajęczyny, na których zwisali, że co mgnienie ktoś puszczał reję i, bijąc o liny, jak ptak przestrzelony, spadał...
Tylko jeden Hirosze, mimo ran, trzymał się jeszcze pod tą samą banderą i resztkami sił, głosu i przytomności, wołał niekiedy:
— Banzaj! Banzaj!
Odpowiadały mu kartacze i nieustanny świst kul i pluski fal.
Dzień jasny podnosił się coraz wyżej...
A on opadał zwolna, woda chwytała go za nogi, że wdrapał się na szczyt masztu i przywiązał szczątkami bandery, ale woda podnosiła się wciąż, nieubłaganie, była mu już po pas... podnosiła się do piersi... pluła mu w twarz... wspinała się do ramion... lizała po szyi... i do ust jęła sięgać lodowatym, gorzkim pocałunkiem... na oczy kładła zielone, chłodne płetwy... i szemrała mu jakąś pieśń... kojącą pieśń zapomnienia...
Ostatnim, nadludzkim wysiłkiem uniósł się nieco, wyrwał się jeszcze na chwilę z uścisku śmierci i odwrócił twarz na wschód, tam, skąd płynął różowy poranek, gdzie już słońce wynosiło się ponad fale wzburzone.
Spojrzał z uniesieniem w tę płomienną, przenajświętszą twarz, niby w boże, miłosierne oblicze, i oczy jego zatrzepotały się, jak ptaki, strzeliły błyskawicami szczęścia i dziękczynień, i poleciały lotem nieśmiertelnym w nieskończoność...
Spiętrzone fale porwały go w odmęty i poniosły na zielonych grzbietach ku słońcu, do ojczyzny dalekiej...
Wszystko się skończyło.
I pomarli na swoich trumnach-banderach;
I pomarli na swoich trumnach-branderach;
Ave, Patria!...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.