Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Pisma - Tom 32 - Ave Patria.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Japończycy! Niech każdy spełni swój obowiązek!
— Banzaj! Naprzód! — wyrwał się jeden okrzyk i zamarł.
Nadeszła chwila ostatnia.
Hirosze, stojąc poza szeregiem, spokojnie i nieubłaganie rzucał ich w paszczę śmierci.
Brandery wzięły największy pęd i szły niby lwy rozjuszone.
Ale i śmierć czuwała. Już ich dojrzeli. Krwawe strugi buchnęły znowu, huknęły grzmoty, grad kul zaświstał, a sto słońc elektrycznych lunęło na nich potopem światła i naprzeciw wysuwały się, niby jaszczury, czarne, długie torpedowce…
Pierwszy brander zamigotał w świetle i rzucił się naprzód, ku wjazdowi, jakby unosząc się w powietrzu, ale, przywitany huraganem kul, zakręcił się, niby zwierz raniony, ryknął ze wszystkich armat, wspiął się jak koń i przepadł w głębiach.
Za nim wynurzały się z cieniów drugie i, jak stado rozszalałych potworów, rzuciły się niepowstrzymane w huragan ognia i żelaza, jaki się nagle rozsrożył nad niemi.
Zatrzęsła się ziemia, fale jęły się miotać i wyć, niby bydlęta, ogarnięte strachem, a wzburzone ciemności dygotały nieustannemi błyskawicami, bo już ze wszystkich wzgórz biły armaty, gruchotały kartaczownice, sypiąc gęstym, śmiertelnym gradem, a wstrząsające ryki dział oblężniczych rozlegały się