Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Pisma - Tom 32 - Ave Patria.djvu/010

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Niebo zagasło, ostatnie chmury dopalały się na zachodzie, a bezmierna pustka wód i przestrzeni opadła na nich i niby w całun siny spowijała.
Było już prawie ciemno, gdy zawinęli do jakiejś wysepki samotnie sterczącej dzikiemi rumowiskami skał poszarpanych.
W małej zatoce, wciśniętej głęboko i zamaskowanej ruchomą tamą, pokrytą drzewami, tuliło się dziesięć statków, podobnych do czarnych, olbrzymich płazów, odpoczywających w cichości, a kilka torpedowców leżało na kotwicach, niby psy przyczajone.
Wysiedli z szalup i, jak cienie, bez szmeru, rozpełzli się w mrokach.
Milczenie znowu zapadło, statki leżały niby trupy, wyrzucone na brzeg, pokłady były puste, okna ciemne, kominy nie dymiły, żaden głos się nie rozlegał, nawet wody zatoki leżały martwą taflą ołowiu, tylko morze huczało, bijąc nieustannie, a jakieś ptaki krzyczały wśród skał.
Noc szybko zapadała, cały świat grążył się w zielonawe odmęty mroków, na horyzoncie niebo stapiało się już z morzem w jedną nieprzeniknioną otchłań, pełną wrzawy posępnej, bełkotliwych ruchów fal, majaczeń sinawych grzyw i rozdrganej pustki, dyszącej zgrozą i lękiem.
Jakiś niepokój rodził się w przestrzeniach, wichry przelatywały ze skowytem, a zadyszany, gniewny krzyk morza wrzał coraz potężniej, skłębiał się niekiedy w głuche, zdławione tętenty, jak-