Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Pisma - Tom 32 - Ave Patria.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

śnie dla ojczyzny dalekiej, jeden za drugim kładły się stosem bohaterskim, szły w przepaści ze straszliwym majestatem poświęceń i obowiązku.
Świt się już robił, niebo zajaśniało, ciężki, przesmutny dzień podnosił się ze wschodu, a od wybrzeży pełzały mgły coraz gęstsze, że szarawy, nieprzenikniony mrok zatapiał zwolna morze, wzgórza i statki, aż wszystko przepadło w mętnej topieli.
Tylko bitwa nie ustawała ani na chwilę.
Dziki, oszalały huragan miotał się coraz srożej i potężniej.
Wszystkie baterje pracowały nieustannie, setki armat biło, co chwila tysiące kul przelatywało z gwizdem i świstem, tysiące błyskawic przedzierało się krwawemi źrenicami, tysiące grzmotów wstrząsało powietrzem — strzelano ze wszystkich fortów i szańców; bito ciągle, bito bezustannie, bito z przerażającą monotonnością, że już te nie milknące ani na chwilę ryki dział, wybuchy granatów, trzask pękających szrapneli, szumy morza rozhukanego i wycia wichrów zlewały się w jeden lękliwy, żałosny hymn, przy którym umierały brandery.
Już ich siedem leżało na dnie wąskiej gardzieli, a ósmy konał, rozszarpany przez kule, gdy Hirosze krzyknął do steru:
— A teraz my!
— Ostatni! — szepnął, jak echo, Kataoka.
Zabełkotały śruby, drugi brander przesunął się cicho, szczęknęły łańcuchy, sprzęgli się ze sobą,