Ania z Avonlea/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIV
Zażegnane niebezpieczeństwo

Pewnego wieczoru Ania, wracając do domu, spotkała panią Linde, która, jak zwykle, dźwigała na swych barkach cały wór kłopotów, tyczących się spraw kościoła i gminy.
— Właśnie wracam od Cottonów. Chciałam, by Alicja przyszła na parę dni pomóc mi w gospodarstwie — opowiadała. — Była u mnie w zeszłym tygodniu, bo chociaż powolna z niej pomocnica, ale lepsza, niż żadna. Niestety, nie przyjdzie — jest chora. Mąż jej także kaszle i stęka. Umiera od lat dziesięciu i zapewne jeszcze drugie dziesięć będzie umierał. Jest to strasznie nieszczęśliwa rodzina, i Bóg jeden wie, co się z nią stanie.
Pani Linde westchnęła, jakgdyby wątpiła, czy Bóg zna rozmiary tej nędzy.
— Maryla we wtorek była u okulisty, prawda? Cóż powiedział? — pytała dalej.
— Był bardzo zadowolony — odrzekła Ania z radością, — twierdzi, że nastąpiła znaczna poprawa i niebezpieczeństwo utraty wzroku zupełnie minęło. Nie będzie tylko mogła dużo czytać ani haftować. A jakże z pani przygotowaniami do bazaru dobroczynnego?
Avonleaskie Koło Pomocy organizowało jarmark i podwieczorek, a pani Linde była duszą tego przedsięwzięcia.
— Świetnie. Dobrze, żeś mi przypomniała. Pani Allan poradziła, by urządzić namiot w stylu staroświeckiej kuchni i wydawać podwieczorek złożony z pasztetu, pieroga, fasoli i tem podobnych potraw. Zbieramy więc na wszystkie strony staroświeckie meble. Pani Fletcher pożyczyła nam kilimy swej matki, pani Boulter kilka starych foteli, a ciotka Marja swój kredens z oszklonemi drzwiami. Sądzę, że Maryla użyczy mosiężnych lichtarzy. Staramy się też wyławiać, skąd się da, staroświecką porcelanę. Pani Allan specjalnie zależy na zdobyciu granatowego chińskiego półmiska. Może wiesz, u kogo z naszych znajomych możnaby go znaleźć?
— Widziałam taki u panny Józefiny Barry. Napiszę do niej z prośbą o pożyczenie go nam na tę uroczystość.
— Będę ci bardzo wdzięczna. Myślę, że podwieczorek odbędzie się za dwa tygodnie. Wuj Andrews przepowiada deszcz i burzę na ten czas, a to, jak wiesz, jest rękojmią pięknej pogody.
Przysłowie „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju“ doskonale dawało się zastosować do wuja Andrewsa. Był on przedmiotem niemiłosiernych drwin, gdyż jego przepowiednie co do pogody nie sprawdzały się prawie nigdy. Pan Wright, uważany za miejscowego dowcipnisia, twierdził, że obywatele Avonlea nie mają potrzeby udawać się o wskazówki meteorologiczne do obserwatorjum; wystarczało zapytać o nie wuja Andrewsa i oczekiwać wprost przeciwnej pogody. Niezrażony tem bynajmniej wuj trwał przy swych proroctwach.
Ania, wróciwszy do domu, wydobyła z kieszeni list, adresowany do Maryli.
— To zapewne list od wuja naszych bliźniąt — rzekła zaniepokojona, — ciekawam też, co on pisze?
— Najprostsza rzecz otworzyć list i przeczytać — odpowiedziała Maryla trochę szorstko.
Ktoś bardziej spostrzegawczy mógłby zauważyć, że i ona była niespokojna, lecz wolałaby umrzeć, niż zdradzić się z tem. Ania rozdarła kopertę i przebiegła wzrokiem nieczytelne i nieortograficzne pismo.
— Donosi nam, że nie może zabrać dzieci na wiosnę. Chorował prawie całą zimę i ślub jego został odłożony. Pyta, czy zechcemy zatrzymać je do jesieni, a wtedy postarałby się przyjechać po nie. Zatrzymamy je, prawda, Marylo?
— Nie widzę innego punktu wyjścia — odpowiedziała Maryla trochę niechętnie, chociaż w duszy czuła tajemną ulgę. — Bądź co bądź nie mamy z niemi tyle kłopotu co dawniej — a może przywykłyśmy już do nich. W Tadziu zaszła duża zmiana.
— Jego zachowanie jest bezwątpienia znacznie lepsze — rzekła Ania oględnie, jakby nie chcąc wyrazić swego zdania o charakterze malca.
Powróciwszy bowiem ze szkoły poprzedniego dnia, Ania nie zastała w domu Maryli, która była na posiedzeniu Koła Pomocy. Tola spała na fotelu w kuchni, Tadzio zaś w śpiżarce, zapomniawszy o bożym świecie, wyjadał z wielkiego słoja sławne śliwkowe konfitury Maryli — „gościowe konfitury“ — według jego określenia. Wstęp do śpiżarni był mu surowo wzbroniony, to też miał minę prawdziwego winowajcy, gdy Ania niespodziewanie stanęła na progu.
— Tadziu, czy nie wiesz, że brzydko postępujesz? Zabroniłam ci przecież dotykać czegokolwiek w śpiżarce.
— Owszem, wiem — przyznał Tadzio niechętnie — ale konfitura jest strasznie pyszna, Aniu. Zajrzałem tylko do słoika, a że wyglądała tak smacznie, chciałem spróbować. Z początku wsadziłem tylko palec — Ania wydała okrzyk zgrozy — i oblizałem go na czysto, ale była jeszcze bardziej dobra, niż myślałem, więc złapałem łyżeczkę i na całego!
Ania palnęła takie kazanie na temat „kradzieży“ konfitur, że Tadzio uczuł wyrzuty sumienia i wśród powodzi łez i pocałunków przyrzekł poprawę.
— Na szczęście w niebie będzie dość konfitur! — rzekł, dodając sobie otuchy.
Ania stłumiła uśmiech.
— Być może — rzekła — ale skąd ci to przyszło do głowy.
— Uczyłem się w katechizmie — odparł Tadzio.
— O, nie, niema nic podobnego w katechizmie, Tadziu!
— A ja mówię, że jest — upierał się Tadzio — właśnie w niedzielę uczyła mnie Maryla: dlaczego powinniśmy kochać Boga? Bo nas stwarza, strzeże[1] i odkupuje.
— Muszę pójść napić się wody — rzekła Ania pośpiesznie.
Powróciwszy, zużyła dużo czasu i trudu na wytłumaczenie Tadziowi, że opuszczenie przecinka zmieniło zupełnie sens zdania z katechizmu.
— Tak, myślałem sobie, że to byłoby za dobrze — westchnął Tadzio z rozczarowaniem. — Zresztą, kiedy Pan Bóg miałby czas na robienie konfitur, jeżeli w niebie jest „jedno wielkie święto“. A czy niedziele są tam także?
— Niedziele i różne inne cudowne dni, Tadziu. Każdy dzień jest jeszcze piękniejszy, niż był poprzedni — zapewniała Ania, zadowolona, że niema w pobliżu Maryli, którąby podobne przekonania raziły. Maryla nie pozwalała bowiem na żadne fantastyczne przeróbki tekstu Biblji. Co niedziela Tadzio i Tola uczyli się jednego pytania z katechizmu i dwóch wersetów z Biblji. Tola uczyła się potulnie i recytowała jak nakręcona maszyna, nie okazując wielkiego zainteresowania ani zrozumienia; natomiast ciekawość Tadzia była podniecona i często zadawał pytania, które kazały Maryli drżeć o jego duszę.
— Stefek Slone powiada, że w niebie nic się nie robi, tylko spaceruje w białych sukniach i gra na harfie. On chce tam pójść dopiero, gdy będzie stary, bo może wtedy będzie mu się tam lepiej podobało. Mówi, że chodzić w sukni to okropna rzecz — i ja tak myślę. Dlaczego mężczyźni-aniołowie nie mogą nosić spodni? Stefka to bardzo obchodzi, bo zrobią z niego pastora. Babka zostawiła dla niego pieniądze, ale dadzą mu je tylko wtedy, gdy będzie pastorem. Bo babka koniecznie chciała mieć taką godną osobę w rodzinie. Stefkowi jest wszystko jedno, on wolałby zostać kowalem. Już on się dosyć nadokazuje, zanim zacznie być pastorem — bo potem to nic z zabawy. Ja tam ani myślę być pastorem. Chcę być kupcem, jak pan Blair i mieć całe skrzynki karmelków i bananów. Do takiego nieba, jak twoje, Aniu, tobym jeszcze poszedł, ale żeby mi pozwolili grać na harmonijce zamiast na harfie. Jak myślisz, pozwolą?
— Myślę, że pozwolą — było całą odpowiedzią, na którą Ania mogła się zdobyć, nie wybuchając śmiechem.
Tego wieczoru posiedzenie K. M. A. odbywało się u Janki Andrews. Z powodu ważnych spraw na porządku dziennym wymaganą była obecność wszystkich członków, K. M. A. dokonało już cudów, działalność jego znajdowała się w pełnym rozkwicie. Mateusz Spencer dotrzymał obietnicy i wczesną wiosną uporządkował część drogi graniczącą z jego farmą. Kilkunastu obywateli, jedni, aby się nie pozwolić prześcignąć Spencerowi, inni, pobudzeni do czynu przez Miłośników, poszło za jego przykładem; to też wkrótce na miejscu dawnych nędznych zarośli, przytykających do drogi, ukazały się aksamitne pasy miękkiej murawy. Domy, przed któremi droga nie została uporządkowana, wyglądały tak zaniedbane, iż ich właściciele, zawstydzeni, postanowili już przyszłą wiosną zabrać się do ulepszeń. Ów trójkąt na rozdrożu, w środku którego Ania urządziła kwietnik z geranjum, nienapastowany przez żarłoczne krowy, zdaleka przyciągał wzrok przechodniów. To też Miłośnicy uważali, że powodzi im się świetnie, pomimo że pan Boulter, uprzejmie zagadnięty przez starannie dobraną delegację w sprawie starej rudery na jego gruntach, odpowiedział szorstko, iż nie życzy sobie, by się ktokolwiek mieszał do jego interesów.
Na tem nadzwyczajnem posiedzeniu postanowiono wysłać podanie do Komitetu Szkolnego, uprzejmie prosząc o ogrodzenie płotem gruntów szkolnych. Przyjęto również wniosek o zasadzeniu roślin ozdobnych przed kościołem, o ile fundusze Koła na to pozwolą, gdyż, jak twierdziła Ania, zbieranie nowych składek byłoby bezcelowem, dopóki jaskrawy kolor Domu Ludowego żywo przypominał nieudolność ich pierwszego wystąpienia.
Zebranie odbywało się w bawialni Andrewsów i Janka właśnie wstała, ażeby postawić wniosek o wybranie komisji dla zajęcia się sprawą wyżej wspomnianych roślin, gdy do pokoju wpadła Berta Pay.
Miała ona zwyczaj spóźniać się. Ażeby wejściem swem wywołać większe wrażenie — mawiali złośliwi.
Tym razem wejście jej uczyniło rzeczywiście wrażenie, gdy z miną tragiczną zatrzymała się na środku pokoju, wzniosła ręce, przewróciła oczami i zawołała:
— Usłyszałam właśnie straszną nowinę! Pomyślcie tylko! Pan Parker wydzierżawia cały swój płot przy drodze Stowarzyszeniu Aptekarzy dla malowania na nim reklam.
Po raz pierwszy w życiu Berta uczyniła wrażenie, jakiego pragnęła — większego nie uczyniłaby nawet bomba, rzucona pomiędzy spokojnych Miłośników.
— To być nie może! — wykrzyknęła Ania, przerażona w najwyższym stopniu.
— Ja to samo powiedziałam — odparła Berta bardzo zadowolona z siebie. — Powiedziałam, że to być nie może; Parker nie będzie miał odwagi uczynić tego. Ale gdy ojciec mój, spotkawszy go dziś, zapytał, ten wstrętny samolub odparł, że to prawda. Jego farma przytyka do drogi z Nowych Mostów. Jakiż to straszny widok, ogłoszenia o pigułkach rycynowych i plastrach na odciski wdłuż drogi! Czy pojmujecie?
Miłośnicy pojmowali to aż zbyt dobrze. Nawet tym z pośród nich, którzy byli obdarzeni najmniej bujną wyobraźnią, wydało się, iż słyszą już śmiech, jaki będą budziły tego rodzaju reklamy, rozlepione na półmilowym parkanie. Wszelkie myśli o kościele i gruntach szkolnych rozwiały się wobec nowego niebezpieczeństwa. Zapomniano o zasadach parlamentarnej dysputy, zrozpaczona Ania zaniechała prowadzenia protokółu. Wszyscy mówili jednocześnie — zapanował straszny zgiełk.
— Ach, uspokójmy się! — błagała Ania, najbardziej podniecona ze wszystkich. — Postarajmy się zażegnać niebezpieczeństwo.
— Ciekawa jestem, jak to uczynić? — rzekła Janka z goryczą. — Każdy zna Parkera; ten człowiek zrobi wszystko dla grosza. Nie posiada on iskierki uczuć obywatelskich, ani źdźbła poczucia piękna.
Perspektywa była niewesoła. Józef Parker i jego siostra nie mieli krewnych w Avonlea, więc nie było mowy o wpływach przez stosunki rodzinne. Marta Parker — niewiasta w podeszłym wieku — krytykowała młodzież wogóle, a Miłośników w szczególności. Józef Parker znany był jako jowjalny jegomość o gładkich manierach, tak dobroduszny i łagodny, że należało się dziwić, dlaczego posiadał niewielu przyjaciół tylko. Brak popularności tłumaczył się może tem, że zbyt często szczęściło mu się w interesach. Uchodził za człowieka twardego, który nie dba o zasady.
— Czy nikt nie ma wpływu na niego? — spytała Ania z rozpaczą.
— Odwiedza czasem Ludwikę Spencer w Białych Piaskach — poddała Karola Slone, — zwróćmy się do niej o pośrednictwo!
— Nic z tego! — zawyrokował Gilbert. — Ona nie wierzy w żadne Wiejskie Koła Miłośników, wierzy tylko w dolary i centy. Gotowa jeszcze pochwalać jego zamiary.
— Jedyna rada wybrać delegację, która się doń uda z protestem — namawiała Julja Bell. — Trzeba posłać dziewczęta, bo dla chłopców będzie niegrzeczny. Ale ja nie pójdę — mnie proszę nie wybierać.
— Niechaj idzie Ania sama jedna — wtrącił Oliver Slone. — Jeśli ktokolwiek potrafi przekonać Parkera, to tylko ona.
Ania zaprotestowała. Chętnie pójdzie i będzie miała przemowę, ale musi jej ktoś towarzyszyć jako „duchowa podpora“. Wobec tego Diana i Janka zostały pasowane na „duchowe podpory“, i zebrani rozeszli się, brzęcząc jak pszczoły, wylatujące z ula.
Ania była tak zgnębiona, że nie mogła zasnąć do rana, a gdy wreszcie sen ją zmorzył, śniła, że komitet kazał otoczyć szkołę płotem, na którym widniał napis: „Używajcie niezawodnego środka Purgenu!“
Nazajutrz rano delegacja udała się do pana Parkera. Ania ze swadą zbijała jego niesłychany projekt, Janka zaś i Diana dzielnie „podtrzymywały ją duchowo“. Parker był słodki i uprzejmy, powiedział parę komplementów o wdzięcznych kwiatach wiosennych; bardzo żałował, że musi odmówić tak czarującym młodym osobom — ale interes interesem. W tych ciężkich czasach nie wolno powodować się sentymentami.
— Przyrzeknę wam co innego — rzekł z porozumiewawczem mrugnięciem jasnych, okrągłych oczu. — Powiem agentowi, żeby użył tylko ładnych, żywych kolorów: żółtego, czerwonego; kolor niebieski musi być wykluczony.
Zwyciężona delegacja powróciła do domu, używając w myśli wyrażeń, nie nadających się do powtórzenia.
— Uczyniłyśmy wszystko, co było w naszej mocy. Resztę musimy zdać na łaskę Opatrzności — powiedziała Janka, nieświadomie naśladując ton i sposób wyrażania się pani Linde.
— Czy też pan Allan nie mógłby na niego wpłynąć — zastanawiała się Diana.
Ania potrząsnęła przecząco głową.
— Bezcelowem jest trudzenie pana Allana, szczególniej teraz, gdy jego maleństwo jest chore. Parker wyślizgnie mu się równie zręcznie, jak nam. Ostatnio zaczął coprawda bardzo regularnie uczęszczać do kościoła, ale czyni to tylko przez wzgląd na religijność ojca Ludwiki Spencer. Parker jest jedynym mieszkańcem Avonlea, któremu przyszło do głowy wynajmowanie płotów. Nawet tacy skąpcy, jak pan Boulter i Wawrzyniec White, nie poniżyliby się do tego stopnia. Zbytnio dbają o opinję ogółu.
Opinja ogółu potępiła oczywiście Parkera, gdy wiadomość o jego postępowaniu rozniosła się po Avonlea. Ale to nie zmieniło postaci rzeczy. — Parker pozostał nieugięty, Miłośnicy zaś starali się pogodzić z myślą, że najładniejsza część drogi do Nowych Mostów zostanie zeszpecona przez ogłoszenia aptekarskie.
Tymczasem na następnem posiedzeniu K. M. A. Ania, wezwana przez prezesa do zdania sprawy z czynności delegacji, najspokojniej oświadczyła, jakoby pan Parker polecił jej poinformować Koło, iż płotu swego nie wynajmie Stowarzyszeniu Aptekarzy.
Janka i Diana nie wierzyły własnym uszom. Zwyczaje parlamentarne, surowo przestrzegane w K. M. A., nie pozwoliły im bezzwłocznie zaspokoić ciekawości. Lecz po skończeniu posiedzenia wszyscy otoczyli Anię, żądając wyjaśnień. Ta ostatnia jednak nie powiedziała nic ponadto, że pan Parker, spotkawszy ją poprzedniego wieczoru na drodze, oświadczył, iż w myśl życzeń K. M. A. postanowił odstąpić od swego zamiaru. Była to szczera prawda. Lecz kiedy Janka Andrews, w drodze powrotnej do domu zwierzyła się Oliverowi Slone ze swego głębokiego przekonania, że w tajemniczej zmianie decyzji Parkera kryło się coś więcej, niż to co Ania wyznała, mówiła także prawdę.
Poprzedniego wieczoru Ania odwiedziła babkę Jasia Irvinga i wracała do domu skróconą drogą, wiodącą z początku przez nisko położone pola nadbrzeżne, następnie przez las bukowy, aż do Jeziora Lśniących Wód, nazywanego przez ludzi o niezbyt bujnej wyobraźni sadzawką Barrych. W tem właśnie miejscu stały przy drodze dwa kabrjolety. W jednym siedział Parker, w drugim Corcoran, obywatel z Nowych Mostów, o którym pani Linde ze znaczącą miną powiedziałaby, iż nigdy żaden cień nieuczciwości nie został mu dowiedziony. Był on agentem towarzystwa sprzedaży narzędzi rolniczych i wybitną osobistością w sprawach politycznych. Zazwyczaj maczał palce — niektórzy mówili całą rękę — w każdym politycznym bigosie, który warzono. Ponieważ zaś Kanada znajdowała się w przededniu powszechnych wyborów, Corcoran był od paru tygodni bardzo czynnym w werbowaniu stronników dla kandydata swojej partji. Właśnie, gdy Ania wychodziła na drogę z pod zwieszających się gałęzi bukowych, doszły ją słowa Corcorana.
— Jeśli będzie pan głosował za Amesbury... hm. Mam pański weksel na dwie brony, kupione przez pana na wiosnę. Sądzę, że radby pan mieć go zpowrotem. Co?
— N... no tak — przeciągał wyrazy Parker, — jeśli pan tak stawia kwestję... zgodzę się chyba. W dzisiejszych ciężkich czasach należy dbać o grosz.
W tejże chwili obaj spostrzegli Anię i momentalnie przerwali rozmowę. Ania obojętnie skinęła głową i szła dalej, ale Parker zatrzymał ją.
— Może cię podwieźć, Aniu? — zapytał żywo.
— Nie, dziękuję — odparła Ania uprzejmie, lecz z taką kłującą pogardą w głosie, że nawet niezbyt wrażliwy Parker poczuł się dotknięty. Poczerwieniał i gniewnie ściągnął lejce. Ale w następnej chwili już się opamiętał. Spojrzał niechętnie na Anię, która oddalała się spokojnie, ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Czyżby słyszała niedwuznaczną propozycję Corcorana i jego własną, aż zbyt wyraźną odpowiedź? Przeklęty Corcoran! Że też nie potrafił wyrażać się ostrożniej! Dobrze go urządził! I przeklęte rudowłose nauczycielki, które wyskakują z lasów bukowych, gdzie niewiadomo poco się włóczą! Jeśli Ania rozmowę słyszała, to Parker, mierzący wszystkich własną miarką, musiał dojść do przekonania, że opowiadać będzie o jego sprzedajności na prawo i na lewo. Coprawda Parker, jakeśmy to widzieli wyżej, niebardzo dbał o opinję ogółu, ale zostać uznanym za sprzedawczyka! A jeśliby ta wiadomość doszła kiedykolwiek uszu starego Spencera, żegnaj na zawsze nadziejo zdobycia Ludwiki wraz z widokami bogatego dziedzictwa po majętnym farmerze. Już i tak szły słuchy, że Spencer krzywo nań spogląda, nie należało ryzykować więcej.
— Hm... hm... Aniu, chciałem się z tobą rozmówić w sprawie, o której dysputowaliśmy ostatnio. Stanowczo postanowiłem nie wynajmować płotu Stowarzyszeniu Aptekarzy. Wasze Koło zasługuje na poparcie.
Ani wyniosłość zaczynała tajać.
— Dziękuję panu — rzekła.
— I... I... nie wspominaj nikomu o tej mojej pogawędce z Corcoranem.
— W żadnym razie nie miałam zamiaru mówić o niej — rzekła Ania lodowato, gdyż wolałaby raczej widzieć ogłoszenia aptekarskie na wszystkich płotach avonleaskich, niż zniżać się do układów z człowiekiem, który chciał sprzedać swój głos wyborczy.
— Właśnie... właśnie — potwierdził Parker, wyobrażając sobie, że zrozumieli się doskonale. — Nie przypuszczałem, abyś to uczyniła. Przecież ja tylko naciągałem Corcorana — myśli, że jest taki przebiegły. Ani mi się śni głosować za Amesburym — głosuję, jak zawsze, za Grantem. Przekonacie się o tem po wyniku wyborów. Umyślnie naciągałem Corcorana, żeby się zdemaskował. A co do płotu — wszystko będzie w porządku... powiedz o tem Miłośnikom.
— Świat składa się z różnych typów ludzkich, niektóre powinnyby nie istnieć, — rozmyślała Ania tego wieczoru w swoim pokoiku. — W żadnym razie nie byłabym rozgłaszała tej wstrętnej rozmowy, więc sumienie moje jest czyste na tym punkcie. Doprawdy nie wiem, czemu zawdzięczamy taki obrót sprawy. Ja nic nie zrobiłam, a trudno przypuszczać, ażeby Opatrzność używała za narzędzie do swoich celów takich ludzi, jak Parker i Corcoran.


Przypisy

  1. Strzeże: po angielsku preserves znaczy również konfitury, Tadzio zrozumiał więc „stwarza konfitury“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.