Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ROZDZIAŁ XIV
Zażegnane niebezpieczeństwo

Pewnego wieczoru Ania, wracając do domu, spotkała panią Linde, która, jak zwykle, dźwigała na swych barkach cały wór kłopotów, tyczących się spraw kościoła i gminy.
— Właśnie wracam od Cottonów. Chciałam, by Alicja przyszła na parę dni pomóc mi w gospodarstwie — opowiadała. — Była u mnie w zeszłym tygodniu, bo chociaż powolna z niej pomocnica, ale lepsza, niż żadna. Niestety, nie przyjdzie — jest chora. Mąż jej także kaszle i stęka. Umiera od lat dziesięciu i zapewne jeszcze drugie dziesięć będzie umierał. Jest to strasznie nieszczęśliwa rodzina, i Bóg jeden wie, co się z nią stanie.
Pani Linde westchnęła, jakgdyby wątpiła, czy Bóg zna rozmiary tej nędzy.
— Maryla we wtorek była u okulisty, prawda? Cóż powiedział? — pytała dalej.
— Był bardzo zadowolony — odrzekła Ania z radością, — twierdzi, że nastąpiła znaczna poprawa i niebezpieczeństwo utraty wzroku zupełnie minęło. Nie będzie tylko mogła dużo czytać ani haftować. A jakże z pani przygotowaniami do bazaru dobroczynnego?
Avonleaskie Koło Pomocy organizowało jarmark i podwieczorek, a pani Linde była duszą tego przedsięwzięcia.
— Świetnie. Dobrze, żeś mi przypomniała. Pani Allan poradziła, by urządzić namiot w stylu staroświeckiej kuchni i wydawać podwieczorek złożony z pasztetu, pieroga, fasoli i tem podobnych potraw. Zbieramy więc na wszystkie strony staroświeckie meble. Pani Fletcher pożyczyła nam kilimy swej matki, pani Boulter kilka starych foteli, a ciotka Marja swój kredens z oszklonemi drzwiami. Sądzę, że Maryla użyczy mo-