Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Chciałabym wiedzieć, jak wygląda dusza... dusza ludzka — mówiła zamyślona Priscilla.
— Jak ta światłość — odrzekła Ania, wskazując na promienie słoneczne, przesiane przez koronę brzozy. — Wyobrażam sobie, że dusze utkane są ze światła. Jedne mają różowe odblaski, inne łagodne migotanie światła księżycowego na wodzie, jeszcze inne są blade i nikłe, jak mgły o brzasku.
— Czytałam kiedyś, że dusze są jak kwiaty — przypomniała sobie Priscilla.
— W takim razie twoja dusza jest żółtym narcyzem — rzekła Ania. — Diany szkarłatną różą, a Janki kwiatem jabłoni, słodkim i zdrowym.
— Twoja zaś białym fiołkiem alpejskim z purpurowemi żyłkami w sercu — dodała Priscilla.
Janka szepnęła Dianie, że nie może zrozumieć, o czem one rozmawiają. Czyż mogła?
Przy świetle złociście zachodzącego słońca dziewczęta wróciły do domu, niosąc koszyki pełne narcyzów z ogródka Heleny — swoją wiązankę Ania złożyła następnego dnia na jej grobie. Raszki pogwizdywały wśród sosen, a od stawu dochodził żabi rechot. Woda w małych jeziorkach pomiędzy wzgórzami miała blaski topazów i szmaragdów.
— A jednak spędziłyśmy miły dzień — rzekła Diana, jakgdyby nie była spodziewała się tego.
— Rozkoszny — poprawiła Priscilla.
— Nawet ja jestem zachwycona lasem — przyznała się Janka.
Ania milczała. Patrząc wdal na gasnące blaski, myślała o słodkiej Helenie Gray.