Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


żeby się zdemaskował. A co do płotu — wszystko będzie w porządku... powiedz o tem Miłośnikom.
— Świat składa się z różnych typów ludzkich, niektóre powinnyby nie istnieć, — rozmyślała Ania tego wieczoru w swoim pokoiku. — W żadnym razie nie byłabym rozgłaszała tej wstrętnej rozmowy, więc sumienie moje jest czyste na tym punkcie. Doprawdy nie wiem, czemu zawdzięczamy taki obrót sprawy. Ja nic nie zrobiłam, a trudno przypuszczać, ażeby Opatrzność używała za narzędzie do swoich celów takich ludzi, jak Parker i Corcoran.


ROZDZIAŁ XV
Początek wakacyj

W cichy złocisty wieczór, kiedy wietrzyk tajemniczo szemrał wśród świerków, otaczających dziedziniec, a cienie wydłużały się leniwie na skraju lasu, Ania, zaryglowawszy drzwi szkoły, schowała klucz do kieszeni. Westchnęła z zadowoleniem; rok szkolny zakończył się. Komitet Szkolny odnowił z nią umowę na rok następny, nie szczędząc przy tej sposobności serdecznych wyrazów uznania — tylko pan Andrews zwrócił jej uwagę, że powinna częściej używać rózgi. I oto dwa miesiące dobrze zasłużonego wypoczynku uśmiechały się do niej zachęcająco. Schodząc ze wzgórza z koszykiem kwiatów w ręce, Ania czuła zadowolenie ze świata i ze siebie. Od chwili ukazania się pierwszych fiołków nie zaniedbywała nigdy swej cotygodniowej pielgrzymki do grobu Mateusza. Wszyscy w Avonlea, z wyjątkiem Maryli, zapomnieli już o cichym nieśmiałym Mateuszu Cutbercie; lecz w sercu Ani obraz jego żył wiecznie. Pamiętała ze czcią o tym staruszku, który pierwszy otoczył ją miłością, jakiej jej osamotnione dzieciństwo tak gorąco pragnęło.