Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


reklamy, rozlepione na półmilowym parkanie. Wszelkie myśli o kościele i gruntach szkolnych rozwiały się wobec nowego niebezpieczeństwa. Zapomniano o zasadach parlamentarnej dysputy, zrozpaczona Ania zaniechała prowadzenia protokółu. Wszyscy mówili jednocześnie — zapanował straszny zgiełk.
— Ach, uspokójmy się! — błagała Ania, najbardziej podniecona ze wszystkich. — Postarajmy się zażegnać niebezpieczeństwo.
— Ciekawa jestem, jak to uczynić? — rzekła Janka z goryczą. — Każdy zna Parkera; ten człowiek zrobi wszystko dla grosza. Nie posiada on iskierki uczuć obywatelskich, ani źdźbła poczucia piękna.
Perspektywa była niewesoła. Józef Parker i jego siostra nie mieli krewnych w Avonlea, więc nie było mowy o wpływach przez stosunki rodzinne. Marta Parker — niewiasta w podeszłym wieku — krytykowała młodzież wogóle, a Miłośników w szczególności. Józef Parker znany był jako jowjalny jegomość o gładkich manierach, tak dobroduszny i łagodny, że należało się dziwić, dlaczego posiadał niewielu przyjaciół tylko. Brak popularności tłumaczył się może tem, że zbyt często szczęściło mu się w interesach. Uchodził za człowieka twardego, który nie dba o zasady.
— Czy nikt nie ma wpływu na niego? — spytała Ania z rozpaczą.
— Odwiedza czasem Ludwikę Spencer w Białych Piaskach — poddała Karola Slone, — zwróćmy się do niej o pośrednictwo!
— Nic z tego! — zawyrokował Gilbert. — Ona nie wierzy w żadne Wiejskie Koła Miłośników, wierzy tylko w dolary i centy. Gotowa jeszcze pochwalać jego zamiary.
— Jedyna rada wybrać delegację, która się doń uda z protestem — namawiała Julja Bell. — Trzeba posłać dziewczęta,