Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie płotem gruntów szkolnych. Przyjęto również wniosek o zasadzeniu roślin ozdobnych przed kościołem, o ile fundusze Koła na to pozwolą, gdyż, jak twierdziła Ania, zbieranie nowych składek byłoby bezcelowem, dopóki jaskrawy kolor Domu Ludowego żywo przypominał nieudolność ich pierwszego wystąpienia.
Zebranie odbywało się w bawialni Andrewsów i Janka właśnie wstała, ażeby postawić wniosek o wybranie komisji dla zajęcia się sprawą wyżej wspomnianych roślin, gdy do pokoju wpadła Berta Pay.
Miała ona zwyczaj spóźniać się. Ażeby wejściem swem wywołać większe wrażenie — mawiali złośliwi.
Tym razem wejście jej uczyniło rzeczywiście wrażenie, gdy z miną tragiczną zatrzymała się na środku pokoju, wzniosła ręce, przewróciła oczami i zawołała:
— Usłyszałam właśnie straszną nowinę! Pomyślcie tylko! Pan Parker wydzierżawia cały swój płot przy drodze Stowarzyszeniu Aptekarzy dla malowania na nim reklam.
Po raz pierwszy w życiu Berta uczyniła wrażenie, jakiego pragnęła — większego nie uczyniłaby nawet bomba, rzucona pomiędzy spokojnych Miłośników.
— To być nie może! — wykrzyknęła Ania, przerażona w najwyższym stopniu.
— Ja to samo powiedziałam — odparła Berta bardzo zadowolona z siebie. — Powiedziałam, że to być nie może; Parker nie będzie miał odwagi uczynić tego. Ale gdy ojciec mój, spotkawszy go dziś, zapytał, ten wstrętny samolub odparł, że to prawda. Jego farma przytyka do drogi z Nowych Mostów. Jakiż to straszny widok, ogłoszenia o pigułkach rycynowych i plastrach na odciski wdłuż drogi! Czy pojmujecie?
Miłośnicy pojmowali to aż zbyt dobrze. Nawet tym z pośród nich, którzy byli obdarzeni najmniej bujną wyobraźnią, wydało się, iż słyszą już śmiech, jaki będą budziły tego rodzaju