Ania z Avonlea/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIII
Rozkoszna majówka

Idąc Ścieżką Brzóz, Ania spotkała Dianę, dążącą ku Zielonemu Wzgórzu. Usiadły na brzegu Źródła Nimf, gdzie delikatne paprocie rozprostowywały swe liście, niby zielone duszki, budzące się ze snu.
— Szłam właśnie cię zaprosić na moje urodziny — rzekła Ania.
— Na twoje urodziny? Ależ twoje urodziny były w marcu!
— To nie z mojej winy — zaśmiała się Ania. — Jeśli moi rodzice radziliby się mnie w tej sprawie, byłabym z pewnością wybrała wiosnę. Rozkosznie musi być przyjść na świat jednocześnie z fiołkami i konwaljami — zdaje ci się wtedy, że jesteś ich mleczną siostrą. Postanowiłam przynajmniej obchodzić moje urodziny na wiosnę. Janka będzie w domu, a Priscilla przyjedzie w sobotę. We czwórkę wyruszymy do lasu na spotkanie wiosny, gdyż tego roku żadna z nas nie przywitała jej jeszcze należycie. Chciałabym zwiedzić wszystkie pola i ustronia wokoło. Jestem przekonana, że znajdziemy moc pięknych zakątków, które nigdy nie były widziane, chociaż na nie często patrzano. Zaprzyjaźnimy się z niebem, wiatrem i obłokami i przyniesiemy do domu wiosnę w sercach.
— To brzmi prześlicznie — rzekła Diana. — Ale czy w lesie nie jest jeszcze zbyt wilgotno?
— Weźmiemy kalosze — było Ani ustępstwo na rzecz praktycznej strony życia. — Tylko, proszę cię, przyjdź wczesnym rankiem pomóc mi przygotować prowjant. Chcę zabrać najdelikatniejsze przysmaki: paluszki, ciasteczka kruche z białym i różowym lukrem, pianki i biszkopty. Musimy coprawda wziąć i butersznyty, choć to nie jest bardzo poetyczne.
Sobota okazała się cudownym dniem na majówkę. Poranek był jasny, ciepły, słoneczny; figlarny wietrzyk płynął poprzez łąki i sady. Na zalanych blaskiem wzgórzach i polach rozpostarła się młodziutka, kwiatami przetykana, zieleń.
Nawet pan Harrison, bronujący ziemię w pobliżu swego domostwa, uczuł w swych bynajmniej nie młodzieńczych kościach czarodziejski wpływ wiosny. Nagle echo przyniosło doń dźwięczne głosy i śmiech wesoły — skrajem lasu przesunęły się cztery postacie dziewczęce z koszyczkami w rękach.
— W dniu takim, jak dzisiejszy, łatwo jest być szczęśliwą — rzekła Ania z właściwą sobie filozofją. — Postarajmy się spędzić go tak, by na zawsze pozostawił nam rozkoszne wspomnienie. Szukamy dziś tylko piękna — na wszystko inne zamykamy oczy. „Pierzchnijcie smutki“... Janko, myślisz o jakiejś przykrości, doznanej wczoraj w szkole!
— Skądże wiesz? — zdumiała się Janka.
— Och, znam ten wyraz twarzy — obserwowałam go nieraz u siebie. Nie myśl o tej przykrości, niechaj poczeka do poniedziałku, a jeśli nie poczeka, tem lepiej! Dziewczęta, spójrzcie na tę łąkę fiołków! Oto coś, co należy umieścić w zbiorze wspomnień. Jako osiemdziesięcioletnia staruszka — jeśli kiedykolwiek nią będę — potrafię w myśli odtworzyć ten obraz tak żywym, jak go teraz widzę. Oto pierwszy cudowny dar dzisiejszego dnia.
— Jeżeli pocałunek mógłby być rzeczą materjalną, to powinienby być fiołkiem — marzyła Priscilla.
Ania promieniała.
— Jakże się cieszę, Priscillo, że tę myśl wypowiedziałaś, zamiast ukryć ją w sobie. Świat byłby bardziej zajmujący — chociaż i tak jest nim dosyć — gdyby ludzie szczerze wypowiadali swe myśli.
— To byłoby zbyt przykre dla wielu osób — wtrąciła Janka rozważnie.
— Tem gorzej dla nich! Czemu miewają brzydkie myśli? My dziś możemy ujawniać wszystko, bo myślimy tylko o rzeczach pięknych. Ale oto dróżka, której nigdy dotychczas nie widziałam. Chodźmy tędy!
Dróżka wiła się, tak wąska, iż gałęzie sosen muskały twarze dziewcząt, mimo że szły gęsiego. Pod sosnami rozpościerały się poduszki aksamitnego mchu, a dalej, gdzie drzewa były rzadsze i mniejsze, zadziwiała obfitość różnorodnej zieleni.
— Jaka moc lwich paszczy! — wykrzyknęła Diana, — nazrywam ich wielką wiązankę, są takie śliczne!
— Skąd ta nazwa do tak niewinnych kwiatów? — zapytała Priscilla.
— Stąd, że osoba, która je nazwała, posiadała zbyt mało lub zbyt wiele wyobraźni — rzekła Ania. — Ach, dziewczęta, spójrzcie na to!
„To“ było płytką leśną sadzawką pośrodku otwartej polanki, gdzie kończyła się ścieżka. Latem miejsce to wysychało i pokrywało się lasem paproci, teraz zaś było spokojną, lśniącą powierzchnią, okrągłą jak obręcz i przezroczystą jak kryształ. Smukłe młode brzózki otoczyły ją pierścieniem, a drobne paprocie stroiły jej brzegi.
— Jakież to piękne! — zawołała Janka.
— Zatoczmy krąg wokoło, niby leśne boginki — proponowała Ania, rzucając koszyk i wyciągając ręce ku koleżankom.
Lecz taniec się nie udał, bo grunt był bagnisty i Janka wciąż gubiła kalosze.
— Nimfy leśne nie mogą nosić kaloszy — zadecydowała.
— Zanim opuścimy to miejsce, musimy mu nadać jakąś nazwę — rzekła Ania. — Niech każda poda projekt, poczem będziemy ciągnąć losy. Ty, Diano?
— Brzozowa Sadzawka — szybko wybrała Diana.
— Leśne Jezioro — rzekła Janka.
Ania, stojąca poza niemi, błagała wzrokiem Priscillę o mniej pospolitą nazwę.
— Srebrne Wody — rzuciła Priscilla.
Ani wybór padł na „Zwierciadło Nimf“.
Nazwy te, spisane na paskach kory brzozowej ołówkiem, z którym nie rozstawała się nigdy „kierowniczka szkoły“ Janka, wrzucono do kapelusza Ani. Priscilla, zamknąwszy oczy, przystąpiła do ciągnienia.
— Leśne Jezioro — z triumfem odczytała Janka.
Nazwa musiała zostać przyjęta, chociaż Ania w duszy uważała, że los spłatał złośliwego figla sadzawce. Przedzierając się przez gęste podszycie, dziewczęta weszły do lasku, graniczącego z pastwiskiem Slonów. Tutaj trafiły na aleję, zagłębiającą się w stary las, i postanowiły zwiedzić ją. Poszukiwania ich zostały nagrodzone mnóstwem pięknych niespodzianek. Więc trafiły na drogę, nad którą dzikie wiśnie, rosnące z obu stron, tworzyły sklepienie z gałęzi osypanych białem kwieciem. Dziewczęta zrzuciły kapelusze i przystroiły głowy wieńcami tego czarownego kwiecia. Po chwili zagłębiły się w las świerkowy, tak gęsty, iż panował tam zmrok jak o zmierzchu... Ani promienia słońca, ani skrawka nieba!
— Tu mieszkają djabliki leśne. Są one bardzo złośliwe, lecz nie uczynią nam krzywdy, gdyż nie wolno im broić wiosenną porą. Właśnie jeden zerknął ku nam z poza tej starej karłowatej sosny. A czy zauważyłyście tę grupkę pod wielkim muchomorem? Dobre duchy wybierają sobie siedziby na zalanych słońcem polanach.
— Pragnęłabym spotkać tutaj dobrą wróżkę — rzekła Janka. — Jakby to było cudnie móc zażądać spełnienia trzech życzeń, a chociażby tylko jednego! Jakie byłyby wasze życzenia? Ja pragnęłabym być bogatą, piękną i mądrą.
— Ja wysoką, i smukłą — rzekła Diana.
— A ja — sławną — wygłosiła Priscilla.
Ania pomyślała o kolorze swych włosów, lecz odrzuciła tę myśl, jako zbyt egoistyczną.
— Ja życzyłabym sobie, by na świecie i w sercach ludzkich wiecznie panowała wiosna — rzekła.
— To znaczy pragnąć, aby ziemia stała się niebem! — zauważyła Priscilla.
Za lasem droga spuszczała się w dół ku strumykowi, przeciętemu kładką. Dalej zaś roztaczało się bogactwo zalanego słońcem bukowego lasu, gdzie listowie było zielone i świeże, powietrze — niby przezroczyste złote wino, a na ziemi słały się drżące plamy promieni słonecznych. I znowu gaj dzikich wisien, i dolina giętkich sosenek, a wreszcie wzgórze tak strome, że dziewczęta zadyszane dosięgły szczytu. Tam oczekiwała je najrozkoszniejsza niespodzianka.
Poza niemi rozciągały się pola, dochodzące do „górnej drogi“ z Carmody; przed niemi zaś, otoczony bukami i świerkami, widniał mały ogródek, lub coś, co kiedyś było ogródkiem. Okalał go rozsypujący się mur kamienny, porośnięty mchem i trawą. Można było jeszcze odróżnić ślady dawnych ścieżek, środkiem ciągnął się szpaler krzaków różanych, a z jednego brzegu sznur wisien, osypanych śnieżno-białym puchem. Cały ogród tonął w morzu białych i żółtych narcyzów, wśród których gdzie niegdzie wychylały się kępki soczystej szmaragdowej trawy.
— Ach, jakże bosko! — zawołały chórem trzy głosy. Ania, zapatrzona, milczała.
— Jakim cudem powstał tu ten ogród? — zapytała Priscilla zdumiona.
— Musi to być ogród Heleny Gray — objaśniła Diana. — Matka opowiadała nam o nim, ale nigdy go nie widziałam i nie sądziłam, żeby mógł istnieć jeszcze. Znasz tę historję, Aniu?
— Nie, chociaż nazwisko nie jest mi obce!
— Widziałaś je na cmentarzu. Helena pochowana jest w topolowej alei. Znasz ten nagrobek kamienny z napisem: „Tu spoczywa Helena Gray, zmarła w dwudziestej drugiej wiośnie życia“. Obok jest grób Jana Graya, ale bez nagrobka. Dziwne, że Maryla ci o tem nie opowiadała. Ale to historja z przed trzydziestu lat, więc wszyscy o niej zapomnieli.
— Ach, musimy ją usłyszeć — zawołała Ania — usiądźmy wśród narcyzów, a Diana niechaj opowiada. Spójrzcie tylko, tysiące kwiatów rozsypanych wokoło — jakgdyby kobierzec, utkany ze słonecznych i księżycowych promieni, zaściełał ogród. Co za bajeczne odkrycie! I pomyśleć, że przez sześć lat mieszkałam stąd o milę i nie znałam tego cudu! Zaczynaj, Diano.
— Dawno temu — mówiła Diana, — folwark ten należał do starego Daniela Graya, który wówczas mieszkał w dzisiejszym domu Slona. Pewnej zimy jedyny syn Daniela — Jan, wyjechał do Bostonu szukać zajęcia, i tam zakochał się w młodej dziewczynie — Helenie Murray. Pracowała w fabryce, ale niecierpiała swego zawodu. Wychowana była na wsi i do niej tęskniła. Przyjęła oświadczyny Jana pod warunkiem, że zamieszkają w jakiej cichej miejscowości wśród pól i lasów. Przywiózł ją więc do Avonlea. Pani Linde powiada, że ryzykował wiele, żeniąc się Amerykanką, tem bardziej, iż była ona słabego zdrowia i nie miała pojęcia o gospodarstwie. Matka jednak mówi, że była piękna i słodka, a Jan dosłownie całował ślady jej stóp. Stary Gray podarował folwark synowi. Jan wybudował mały domek i mieszkał w nim z Heleną przez cztery lata. Nie wychodziła wcale z domu i prawie nikt jej nie odwiedzał, z wyjątkiem mojej matki i pani Linde. Jan założył jej ten ogród, którym się cieszyła, jak dziecko. Nie była dzielną gospodynią, natomiast zamiłowaną ogrodniczką i kwiatom poświęcała wszystkie wolne chwile. Nagle zachorowała. Matka moja przypuszcza, że biedaczka miała suchoty, zanim tu przybyła. Nie leżała w łóżku, ale z dnia na dzień stawała się bledszą i słabszą. Jan nie pozwolił nikomu doglądać jej, sam ją pielęgnował, a matka mówi, że był delikatny i czuły, jak kobieta. Codziennie wynosił ją, otuloną w szal, do ogrodu i umieszczał na słońcu. Tam czuła się zupełnie szczęśliwą. Podobno rano i wieczór Jan klękał przy niej i modlili się razem, ażeby Bóg zesłał jej śmierć wśród kwiatów. Modlitwa ich została wysłuchaną. Pewnego dnia Jan wyniósł ją, jak zwykle, do ogrodu; zerwał wszystkie rozkwitłe róże i zarzucił niemi całą jej postać. Uśmiechnęła się, przymknęła oczy i... zakończyła życie.
— Jaka smutna historja — westchnęła Ania, ocierając łzy.
— A co się stało z Janem? — spytala Priscilla.
— Po śmierci Heleny sprzedał folwark panu Slone i wrócił do Bostonu. Nowy właściciel przeniósł domek na drogę. Jan, który w dziesięć lat potem umarł na obczyźnie, został przywieziony do Avonlea i pochowany obok żony.
— Nie pojmuję, jak ona mogła pragnąć mieszkać w tym kącie zdala od świata i ludzi — rzekła Janka.
— O, ja to doskonale rozumiem — odpowiedziała przejęta Ania. — Nie zgodziłabym się tak mieszkać stale, bo choć lubię lasy i pola, kocham też ludzi. Ale potrafię odczuć ten stan duszy w Helenie. Była śmiertelnie znużona gwarem wielkiego miasta, tłumami obojętnych dla niej ludzi, co dążą bezmyślnie we wszystkich kierunkach. Pragnęła uciec od tego wszystkiego do jakiejś cichej, zielonej samotni, gdzie znalazłaby spokój. Życzenia jej spełniły się, co niewielu ludziom jest dane. Przeżyła cztery piękne lata — cztery lata bezgranicznego szczęścia. Można jej raczej zazdrościć, niż litować się nad nią. I jakież to poetyczne: zasnąć snem wiecznym wśród kwiatów, żegnana słodkim uśmiechem ukochanego!
— Ona posadziła wiśnie w ogródku. Zwierzyła się mojej matce, że wie, iż nie doczeka ich owocu, lecz cieszy ją świadomość, iż to, co zasadziła, będzie zdobiło świat jeszcze po jej śmierci — objaśniała Diana.
— Jakże się cieszę, że znalazłyśmy tę drogę — rzekła Ania z rozjaśnioną twarzą.— Przecież dziś moje urodziny, a ten ogród i jego historja to cudowny podarunek urodzinowy. Diano, czy matka opisywała ci wygląd Heleny Gray?
— Nie, mówiła tylko, że była bardzo ładna.
— O, jak to dobrze, bo w takim razie mogę ją sobie wyobrazić, jak zechcę. Więc niechaj będzie drobna i szczupła, o ciemnych, miękkich wijących się włosach i wielkich piwnych oczach w bladej, zamyślonej twarzyczce.
Pozostawiwszy koszyki w ogródku, dziewczęta spędziły resztę dnia na włóczędze po przyległych lasach i polach, odnajdując coraz to nowe czarowne ścieżki i ustronia. Gdy poczuły głód, zasiadły do posiłku w najpiękniejszym zakątku, nad brzegiem szemrzącego strumyka, gdzie białe brzózki wystrzeliwały z pośród wysokich puszystych traw. Przygotowane rączkami Ani przysmaki znikały w mgnieniu oka, nawet niepoetyczne butersznyty spotkały się z gorącem uznaniem apetytów, zaostrzonych długą przechadzką i świeżem powietrzem. Dla przyjaciółek Ania zabrała z domu limonjadę i szklanki, sama jednak piła zimną wodę źródlaną w filiżance, zaimprowizowanej z kory brzozowej. Filiżanka ciekła a woda miała ziemny przysmak, jak to zwykle bywa na wiosnę, lecz Ania lubiała romantyczne sytuacje.
— Czy widzicie ten poemat? — zwróciła się nagle do koleżanek.
— Gdzie? — Janka i Diana wytężyły wzrok, jakby spodziewając się, że zobaczą znaki runiczne na korze brzóz.
— Tam... niżej w strumyku... ten stary omszony pień, po którym woda się sączy cienkiemi niteczkami, a promień słoneczny ześlizguje się, jak złota strzała. O, to najcudowniejszy poemat, jaki kiedykolwiek widziałam!
— Nazwałabym to raczej obrazem — poprawiła Janka — poemat to wiersze i strofy.
— O, nie — Ania potrząsnęła stanowczo główką, przystrojoną wieńcem białego kwiecia. — Wiersze i strofy to tylko szata zewnętrzna poematu i nie są nim bardziej, niż falbanki i koroneczki tobą, Janko. Prawdziwy poemat — to jego dusza, a ten piękny strzęp, to dusza nienapisanego poematu. Nie codzień można zobaczyć duszę — nawet poematu.
— Chciałabym wiedzieć, jak wygląda dusza... dusza ludzka — mówiła zamyślona Priscilla.
— Jak ta światłość — odrzekła Ania, wskazując na promienie słoneczne, przesiane przez koronę brzozy. — Wyobrażam sobie, że dusze utkane są ze światła. Jedne mają różowe odblaski, inne łagodne migotanie światła księżycowego na wodzie, jeszcze inne są blade i nikłe, jak mgły o brzasku.
— Czytałam kiedyś, że dusze są jak kwiaty — przypomniała sobie Priscilla.
— W takim razie twoja dusza jest żółtym narcyzem — rzekła Ania. — Diany szkarłatną różą, a Janki kwiatem jabłoni, słodkim i zdrowym.
— Twoja zaś białym fiołkiem alpejskim z purpurowemi żyłkami w sercu — dodała Priscilla.
Janka szepnęła Dianie, że nie może zrozumieć, o czem one rozmawiają. Czyż mogła?
Przy świetle złociście zachodzącego słońca dziewczęta wróciły do domu, niosąc koszyki pełne narcyzów z ogródka Heleny — swoją wiązankę Ania złożyła następnego dnia na jej grobie. Raszki pogwizdywały wśród sosen, a od stawu dochodził żabi rechot. Woda w małych jeziorkach pomiędzy wzgórzami miała blaski topazów i szmaragdów.
— A jednak spędziłyśmy miły dzień — rzekła Diana, jakgdyby nie była spodziewała się tego.
— Rozkoszny — poprawiła Priscilla.
— Nawet ja jestem zachwycona lasem — przyznała się Janka.
Ania milczała. Patrząc wdal na gasnące blaski, myślała o słodkiej Helenie Gray.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.