Ania na uniwersytecie/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XIII.
Na drodze grzechu.

Tadzio i Tola byli już ubrani do szkoły niedzielnej. Przeważnie odprowadzała ich tam pani Linde, bo sama także co niedzielę chodziła na nabożeństwo. Tej jednak niedzieli pani Linde zwichnęła nogę i musiała pozostać w domu. Bliźnięta tem samem miały dzisiaj reprezentować w kościele całą rodzinę, bo nawet Ania poprzedniego wieczora wyjechała do Carmody, aby spędzić ten jeden dzień w towarzystwie tamtejszych przyjaciół. Nadomiar wszystkiego, Maryla znowu dostała migreny.
Tadzio wolnym krokiem schodził po schodach. Tola oczekiwała go na ganku, ubrana poprzednio odświętnie przez panią Linde. Tadzio przy ubieraniu nie potrzebował niczyjej pomocy. Miał teraz w kieszeni centa na kwestę w szkole niedzielnej i oddzielnie pięć centów na kwestę w kościele. Pod pachą trzymał Biblję i kwartalnik kościelny dla dzieci. Umiał dzisiaj doskonale lekcje, a nawet treść katechizmu szumiała mu jeszcze w głowie. Czyż wczoraj nie przepędził całego popołudnia w kuchni z panią Linde na uciążliwem wkuwaniu się katechizmu? Dzięki temu był dzisiaj w doskonałym humorze i gotów był zmierzyć się nawet z najlepszym uczniem.
Gdy podszedł do Toli, pani Linde ukazała się na progu kuchni.
— Umyłeś się? — spytała ostro.
— Chyba to po mnie widać, — odparł Tadzio trochę niegrzecznie.
Pani Małgorzata westchnęła. Miała pewne podejrzenie co do czystości szyi i uszu Tadzia, ale patrzała na wszystko przez palce, wiedziała bowiem, że gdyby nawet chciała się przekonać, Tadzio uciekłby tak szybko, że w żaden sposób nie mogłaby go dogonić.
— Tylko zachowujcie się przyzwoicie, — ostrzegła raz jeszcze obydwoje. — Żebyście się przypadkiem nie zabrudzili. Nie przystawajcie na drodze i siedźcie spokojnie na swoich miejscach. Podczas lekcji katechizmu, słuchajcie uważnie pytań pastora. Żebyście pieniędzy nie zgubili. Podczas nabożeństwa siedźcie cicho i słuchajcie pilnie kazania.
Tadzio nic nie odpowiedział, bo był już na ulicy, a Tola z trudem usiłowała mu nadążyć. W duszy chłopca rodził się bunt. Zdawało się Tadziowi, że bardzo cierpiał, a powodem tego oczywiście była, jak zwykle, pani Linde. Cierpienie Tadzia powstało od chwili zamieszkania jej na Zielonem Wzgórzu, gdyż pani Linde jego zdaniem była osobą bardzo niezgodną i każdego człowieka, czy miał lat dziewięć, czy dziewięćdziesiąt, usiłowała na swój sposób wychować. Wczoraj dopiero przekonywała Marylę, żeby nie pozwoliła Tadziowi pójść na połów ryb z dziećmi Tymoteusza Cottona. Bunt w serduszku Tadzia palił się coraz jaśniejszym płomieniem.
Zaraz na zakręcie uliczki przystanął na chwilę i skrzywił się nieludzko, co wywołało przerażenie w duszy wrażliwej Toli.
— Stłuc ją na kwaśne jabłko! — wybuchnął Tadzio.
— Tadziu, mój drogi, nie klnij, — prosiła Tola błagalnie.
— Przecież słowo „stłuc“ nie jest przekleństwem, a choćby nawet było, to nic mnie to nie obchodzi, — odparł Tadzio ze spokojem.
— Mógłbyś chociaż w niedzielę nie mówić takich brzydkich słów.
Tadzio nie miał zamiaru przyznawać słuszności Toli, ale w zasadzie zorjentował się, że może zbyt brzydko się wyraził.
— Już ja sobie wymyślę jakieś własne przekleństwo! — rzekł.
— Kara boża cię nie minie, — szepnęła Tola uroczyście.
— Wobec tego Pan Bóg jest zły, — odparł Tadzio, — bo powinien wiedzieć, że każdy człowiek musi jakoś wyrazić swoje uczucia.
— Tadziu!! — zawołała Tola, przerażona tem strasznem bluźnierstwem.
— W każdym razie nie mam zamiaru znosić dłużej opieki pani Linde, — zawołał Tadzio. — Co innego Ania i Maryla, ale nie ta warjatka. Zobaczysz, że będę jej teraz robił zawsze na przekór.
To mówiąc, Tadzio zszedł z porośniętej trawą dróżki na piaszczysty gościniec, zanurzając stopy w unoszącej się kurzawie z prawdziwem zadowoleniem.
— To tylko początek! — zawołał wyzywająco. — Postaram się przed kościołem rozmawiać, jaknajgłośniej. Podczas nabożeństwa także nie ucichnę ani na chwilę, a jak mnie ksiądz zapyta o coś, powiem, że nie potrafię odpowiedzieć. Te pieniądze także postaram się zgubić.
Zdecydowanym ruchem Tadzio wyjął z kieszeni obydwie monety i cisnął je do ogrodu państwa Barry.
— Szatan cię chyba opętał! — zawołała Tola bliska płaczu.
— Głupia jesteś! — odparł chłopiec. — Robię tylko naprzekór. Rozmyśliłem się nawet w tej chwili i nie mam zamiaru iść do kościoła. Wolę pobawić się z Cottonami. Oni dzisiaj na pewno nie przyjdą do kościoła, bo matki niema w domu, więc nikt i tak nie będzie o tem wiedział. Pójdziesz ze mną, Tolu?
— Ani mi się śni! — zaprotestowała Tola.
— Właśnie, że pójdziesz, — rzeki Tadzio, — bo jak nie, to powiem Maryli, że w poniedziałek w szkole Franek Bell cię pocałował.
— Cóż mogłam na to poradzić? Uczynił to przecież znienacka! — zawołała płaczliwie Tola, rumieniąc się ze wstydu.
— Nawet nie broniłaś się i byłaś w doskonałym humorze, — szydził Tadzio. — Zobaczysz, że powiem, jak nie pójdziesz. Chodźmy tędy, to będzie najkrótsza droga.
— Ja się boję krów, a tam się pasą na łące, — usiłowała Tola w jakiśkolwiek sposób się wykręcić.
— Też masz się czego bać, — zaśmiał się Tadzio. — Te krowy są młodsze od ciebie.
— Ale o wiele większe, — wyszeptała dziewczynka.
— Krzywdy ci nie zrobią. No, chodź! Świetna historja! Jak dorosnę, nie będę wcale chodził do kościoła. W niebie sam sobie dam radę.
— Po śmierci pójdziesz gdzieindziej, jak za życia nie umiesz święcić dnia odpoczynku, — szepnęła Tola, idąc niechętnie za bratem.
Tadzio nie bał się piekła, bo przecież było ono bardzo daleko, a łowienie ryb z dziećmi Cottonów było prawie tuż przy nim. Tola szła wolno, ciągle się oglądając i to właśnie najbardziej irytowało Tadzia. „Powiesić te głupie dziewczyny!“ Tadzio tym razem nawet w myśli nie wymówił słowa „stłuc“, chociaż nie żałował, że raz użył tego „przekleństwa“, ale teraz nie należało kusić zbytnio sił wyższych.
Dzieci Cottonów bawiły się na podwórzu i na widok Tadzia zaczęły wznosić radosne okrzyki. Piotruś, Tomek, Adolf i Mira mieli dzisiaj zupełną swobodę, bo matka ich i starsze siostry wyjechały. Tola pocieszyła się trochę ujrzawszy Mirę, lękała się bowiem, że znajdzie się sama w tej gromadzie nieznośnych chłopców. Mira była takim samym urwisem, jak chłopcy, ale w każdym razie nosiła chociaż sukienkę.
— Pójdziemy na ryby! — oznajmił Tadzio z triumfem.
— Hura! — zawołali mali Cottonowie.
Wszyscy udali się na poszukiwanie glist, a na czele szła Mira z małą blaszaną miseczką. Toli zbierało się na płacz. Och, pocóż ten paskudny Franek Bell pocałował ją wtedy? Gdyby nie to, z pewnością nie poszłaby z Tadziem.
Nad staw woleli nie chodzić, bo mógłby jeszcze ich ktoś dojrzeć i zdradzić, że nie są w kościele. Postanowili pójść nad brzeg strumyka, tuż za domem Cottonów. Zabawa była wspaniała, bo nałowili mnóstwo pstrągów. Tadzio przezornie zdjął buciki i pończochy i od Tomka Cottona pożyczył palto, aby nie zabrudzić swego ubrania. Tola popadła w większą jeszcze rozpacz. Automatycznie szła za innymi, lecz ciągle myślała o kościele i siłą tylko powstrzymywała łzy. Mira chciała jej pożyczyć swego fartuszka, lecz Tola z pogardą odmówiła.
Wreszcie, po godzinie, dzieci nałowiły już mnóstwo ryb i, ku wielkiej radości Toli, postanowiły wrócić do domu. Gdy wszyscy wesoło zaczęli się bawić w ciuciubabkę, Tola usiadła cichutko na podwórzu, zatopiona w swych niewesołych myślach. Wreszcie tamtym i to się znudziło, więc postanowili wdrapać się na dach obory. Nagle Tadzio wpadł na pomysł, i począł zeskakiwać z dachu obory na wielką stertę słomy, co przez pół godziny bawiło ogromnie wszystkich.
Ale przecież każda zabawa ma swój koniec. Zdaleka, od strony mostu, doszedł ich odgłos ciężkich kroków; to widocznie ludzie wracali już z kościoła. Tadzio doszedł do wniosku, że należałoby także wrócić do domu. Oddał Tomkowi palto i z żalem spojrzał na złowione pstrągi, bo przecież nie mógł ich zabrać z sobą.
— Bawiliśmy się świetnie, prawda? — rzekł, gdy obydwoje z Tolą wychodzili już z ogrodu Cottonów.
— Ja tam nie, — odparła Tola. — Wątpię czy i tobie ta zabawa sprawiła przyjemność.
— Ogromną! — zawołał Tadzio niezupełnie szczerze. — Pewno, żeś ty się nie bawiła, bo siedziałaś w kącie, jakby cię wielkie nieszczęście spotkało.
— Nie lubię się bawić z Cottonami, — szepnęła Tola z powagą.
— Bardzo są mili, — odparł Tadzio, — i umieją się bawić lepiej od nas. Przynajmniej potrafią korzystać ze swobody. Ja także teraz tak będę robić.
— Ale przy ludziach nie będziesz tak mówić, jak oni, — wtrąciła Tola.
— Właśnie, że będę, — upierał się Tadzio.
— No zobaczymy, — szepnęła Tola już nieco śmielej.
Tadzio także nie był tego pewny, ale przecież nie mógł przyznać słuszności dziewczynie. Teraz, gdy już zabawa minęła, w duszyczce jego zrodził się jakiś niepokój. Może jednak lepiejby uczynił idąc do kościoła, bo wprawdzie pani Linde była niemożliwa, to jednak od czasu do czasu dawała mu czekoladkę, czy cukierek; miała jedyną zaletę, że nie była skąpa. Tadzio pamiętał, że jak w zeszłym tygodniu podarł spodnie w szkole, pani Linde zacerowała je natychmiast i nawet nie powiedziała o tem Maryli.
Uważał jednak, że nie zemścił się jeszcze dostatecznie. Przecież jeden grzech pociągał za sobą drugi, więc należało jeszcze coś takiego uczynić. Gdy usiedli do obiadu, pani Linde zapytała:
— Czy cała klasa była w kościele?
— Prawie wszyscy, oprócz jednego, — odparł Tadzio, zająknąwszy się nieco.
— A jak tam było z katechizmem?
— Dobrze.
— Pieniądze wrzuciłeś do puszki?
— Tak.
— A pani Macferson także była na nabożeństwie?
— Nie mam pojęcia. — Raz przynajmniej powiedziałem prawdę, — pomyślał Tadzio.
— Czy wyszły dzisiaj jakieś zapowiedzi?
— Nie wiem, — głos Tadzia zadrżał nagle.
— Jakto nie wiesz? Przecież byłeś w kościele. O czem pastor dzisiaj mówił?
Tadzio napił się wody i z bezczelnością wyrecytował treść kazania, które pastor mówił przed kilku dniami. Wreszcie pani Linde przestała zadawać pytania, ale apetyt Tadziowi dzisiaj jakoś nie dopisywał. Zwróciło to uwagę pani Linde.
— Co ci się stało? — zapytała. — Chory jesteś?
— Nie, — wymamrotał Tadzio.
— Jesteś dziwnie blady. Możebyś nie wychodził na słońce.
— Wiesz ile kłamstw dzisiaj powiedziałeś? — zagadnęła Tola z wyrzutem, gdy nareszcie po skończonym obiedzie zostali sami.
Tadzia ogarnęła pasja.
— Nie wiem i wcale mnie to nie wzrusza, — zawołał. — Siedź lepiej cicho, Teodoro Keith.
Bez słowa wyszedł z domu i usadowiwszy się za stosem drzewa na podwórzu, postanowił obmyśleć plany na przyszłość.
Mrok i cisza spowijały Zielone Wzgórze, gdy Ania powracała do domu. Ogromnie zmęczona i senna, natychmiast udała się na spoczynek. Zasypiała już prawie, gdy nagle drzwi się otworzyły i tuż przy łóżku usłyszała nieśmiały szept:
— Aniu...
Ania usiadła w pościeli.
— To ty, Tadziu? Co się stało?
Biała, drobna postać podbiegła do jej łóżka.
— Aniu, — wyjąkał Tadzio, zarzucając jej ramiona na szyję. — Ogromnie się cieszę, żeś wróciła do domu! Nie mogłem zasnąć, bo musiałem komuś o tem powiedzieć.
— Dobrze kochanie.
— Strasznie źle się czuję.
— Dlaczego, Tadziu?
— Bo byłem dzisiaj niegrzeczny, bardziej niegrzeczny, niż zawsze.
— Cóż takiego zrobiłeś?
— Boję ci się powiedzieć, bo na pewno już nigdy mnie nie pocałujesz. Znowu nie mogłem się dzisiaj modlić. Nie śmiałem zwierzyć się Panu Bogu z tego, co uczyniłem.
— On i tak wie o tem, Tadziu.
— Tola też mi to mówiła, ale myślałem, że Pan Bóg może właśnie tego nie zauważył. Postanowiłem przedtem tobie powiedzieć.
— Cóż ty takiego zrobiłeś?
Tadzio zaczął mówić szybko, bez chwili wytchnienia:
— Zamiast pójść do kościoła, łowiłem ryby z dziećmi Cottonów. Później skłamałem pani Linde i... strasznie kląłem, nawet bluźniłem przeciw Bogu.
Nastała cisza. Tadzio umilkł także i nie wiedział, co dalej ma robić. Więc Ania była na niego aż tak zła, że z nim już nigdy rozmawiać nie będzie?
— Aniu, jak mnie ukarzesz? — zapytał po chwili.
— Uważam, mój drogi, że i tak już jesteś ukarany.
— Nie, to ci się tylko zdaje.
— Czy czułeś się dobrze, popełniając te brzydkie czyny?
— Bardzo! — odparł Tadzio stanowczo.
— A teraz sumienie cię ukarało.
— A co to jest sumienie? Chciałbym wiedzieć.
— To jest coś takiego w tobie samym, co ci zawsze mówi, czy robisz źle, czy dobrze. Nie słyszałeś nigdy tego głosu?
— Owszem, ale nie wiedziałem co to jest. Może byłoby lepiej, gdybym wcale nie miał sumienia. Aniu, a gdzie jest to sumienie? Chciałbym wiedzieć. Może w brzuchu?
— Sumienie jest w duszy, — odparła Ania, zadowolona, że dookoła panowały ciemności, bo przecież w takim wypadku należy zachować powagę.
— Wątpię, czy potrafię go się pozbyć, — szepnął Tadzio z westchnieniem. — Aniu, czy powiesz o tem Maryli i pani Linde?
— Nie, mój drogi, nikomu nie powiem. Prawda, że żałujesz tych wszystkich brzydkich czynów?
— Naturalnie.
— I nigdy już nie będziesz tak postępować?
— Nie, ale... — Tadzio zamyślił się nagle, — mogę postąpić znowu źle tylko w inny sposób.
— Prawda, że nigdy nie będziesz mówił brzydkich słów, zawsze będziesz chodził do kościoła i nie będziesz kłamał?
— Nie, bo to się wcale nie opłaci, — rzekł Tadzio z przeświadczeniem.
— Dobrze, kochanie. Powiedz teraz Panu Bogu, że żałujesz swego postępku i poproś Go o przebaczenie.
— A ty Aniu, czyś mi przebaczyła?
— Tak, kochanie.
— W takim razie, — zawołał Tadzio z radością, — wcale mi nie zależy na przebaczeniu Pana Boga.
— Tadziu, co ty mówisz!
— Będę Go prosił, — zawołał Tadzio pośpiesznie, domyślając się z głosu Ani, że powiedział znowu coś bardzo brzydkiego. — Oczywiście, będę Go prosił. Panie Boże, bardzo mi przykro, że byłem dzisiaj niegrzeczny i odtąd zawsze w niedzielę będę spełniał tylko dobre uczynki. Przebacz mi, Panie Boże. No, Aniu, zadowolona jesteś?
— Tak, idź teraz do łóżka i bądź grzeczny.
— Dobrze. Już teraz czuję się lepiej. Dobranoc.
— Dobranoc, — odrzekła Ania, kładąc się znowu z westchnieniem ulgi. Była szalenie senna, ale już po chwili usłyszała przyciszony szept Tadzia:
— Aniu...
Chłopiec stał jeszcze przy jej łóżku. Ania z niechęcią otworzyła oczy.
— Cóż to znowu, Tadziu? — zapytała, tłumiąc zniecierpliwienie.
— Czy widziałaś, jak pan Harrison pluje? Jak myślisz, czy długo musiałbym się ćwiczyć, żeby się tego nauczyć?
Ania usiadła na łóżku.
— Tadziu, — rzekła surowo, — ruszaj natychmiast do swego pokoju i staraj się zasnąć!
Tadzio onieśmielony, wysunął się cichutko z sypialni swej opiekunki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.