Ania na uniwersytecie/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
Zew śmierci.

Zmrok już gęsty zapadał, gdy Ania w towarzystwie Ruby Gillis siedziała w ogrodzę jej rodziców. Proponowano dzisiaj Ani przejażdżkę do Białych Piasków przy świetle księżyca, odmówiła jednak, pragnąc ten wieczór spędzić w towarzystwie Ruby. Zresztą ostatnio więcej czasu poświęcała dawnej swej przyjaciółce, chociaż częstokroć zastanawiała się nad tem, po co to robi właściwie i wracając do domu niejednokrotnie postanawiała, że więcej już Ruby nie odwiedzi.
Gillis‘ówna z każdym dniem wyglądała gorzej. Nawet przyznała się, że zrezygnowała z posady w Białych Piaskach, lecz uczyniła to jakoby tylko na żądanie ojca, który twierdził, że lepiej będzie, gdy posadę tę obejmie dopiero od Nowego Roku. Czuła się już tak źle, że dziergane koronki wypadały z jej osłabionych przezroczystych rąk. Wesołość jednak nie opuszczała jej ani na chwilę i zawsze z humorem opowiadała o swych konkurentach, którzy, jak zwykle prowadzili między sobą zaciekłą walkę. Opowiadania te były przyczyną, dla której Ania postanawiała Ruby więcej nie odwiedzać. To, co niegdyś wydawało jej się naiwne i zabawne, stało się okrutne, śmierć przeglądała przez uporczywą maskę życia. Ruby jednak przywykła widocznie do częstych odwiedzin przyjaciółki i za każdym razem Ania musiała jej przyrzec, że nazajutrz odwiedzi ją znowu. Pani Linde niechętnie spoglądała na te ciągłe wizyty Ani u Gillis‘ów i usiłowała wytłumaczyć dziewczynie, że gotowa jeszcze sama wpaść w suchoty. Maryla także okazywała ostatnio swe niezadowolenie.
— Po każdej takiej wizycie wracasz do domu znużona, — twierdziła.
— Bo to wszystko ogromnie mnie smuci, — tłumaczyła Ania łagodnie. — Wiem jednak, że Ruby potrzebny jest teraz jakiś życzliwy człowiek, nie mogę jej więc odmówić. Ruby zdaje się walczyć z jakąś nieprzezwyciężoną, wrogą siłą. Patrząc na to wszystko, uczuwam po każdej wizycie szalone znużenie.
Ale tego wieczora, gdy Ania siedziała z Ruby w ogrodzie, atmosfera wydała jej się inną. Ruby była dziwnie spokojna, nie mówiła nawet o swoich miłosnych sukcesach. Otulona ciepłym wełnianym szalem, leżała w hamaku i patrzyła jasnym wzrokiem przed siebie.
Tuż za domem Gillis‘ów wznosił się kościół parafjalny, okolony starym cmentarzyskiem. Srebrzyste promienie księżyca odbijały się zimnym blaskiem na gładkim kamieniu płyt mogilnych.
— Jak poważnie wygląda cmentarz w poświacie księżyca, — odezwała się nagle Ruby. — Jak upiornie! — wzdrygnęła się — niedługo będę tam leżała, ty i Diana i wszyscy inni będą żyli dalej, a mnie pogrzebią na starym cmentarzu...
Anię zaskoczyły te słowa. Nie potrafiła teraz znaleźć żadnej odpowiedzi.
— Ty zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? — szepnęła Ruby po chwili.
— Tak, moja złota, — odparła Ania cicho.
— Wszyscy o tem wiedzą, — Ruby zaśmiała się z goryczą. — Tylko ja nie chciałam się do tego przyznać, bo... — wyciągnęła ręce błagalnie. — Ja nie chcę umrzeć! Lękam się śmierci!
— Dlaczego? — zapytała Ania ze spokojem.
— Boję się, że nie pójdę do nieba, Aniu... Jak myślę o tem, to ogarnia mnie dziwna tęsknota! Biblja mówi, że w niebie jest bardzo pięknie, ale przecież tam musi być zupełnie inaczej, niż tutaj.
Ani przyszła teraz na myśl pewna historia, opowiadana kiedyś przez Izabellę Gordon; była to historja jakiegoś starca, który w ten sam sposób się wyrażał o przyszłem życiu. Dawniej ta historja wydawała się Ani ogromnie zabawna, pamięta nawet, że obydwie z Priscillą śmiały się do łez. Teraz, słysząc to z ust Ruby wcale nie miała ochoty do śmiechu. Wydało jej się to raczej bardzo tragiczne i bardzo prawdziwe. Tak, w niebie musiało być inaczej, niż tutaj na ziemi. Ruby do innego życia była przyzwyczajona. Wesołość jej i beztroska nie nadawały się zupełnie do atmosfery niebiańskiej, żeby też móc jej teraz powiedzieć coś takiego, coby jej przyniosło ulgę.
— Mam wrażenie, — szepnęła po chwili wahania, — że dokładnie nie zdajemy sobie sprawy, czem jest właściwie niebo i jakie posiada ono znaczenie. Wątpię, czy jest tak inne, od życia na ziemi. Przypuszczam, że i tam dusze ludzkie mogą doznać prawdziwej szczęśliwości, chociażby pod tym względem, że mają możność naśladować Wszechmocnego. Nie powinnaś się lękać, Ruby.
— Nie mogę, — szepnęła Ruby z rozpaczą. — Nawet gdyby tak było, jak mówisz, to jednak niebo nie jest ziemią. Ja pragnę nadewszystko pozostać tutaj. Aniu, przecież jestem jeszcze taka młoda. Prawie wcale nie żyłam i prawie niczego nie doznałam. Tak ciężko walczyłam o życie — i nic mi to nie pomogło, muszę porzucić wszystko na czem mi zależy i pójść gdzie sroga śmierć zaprowadzi.
Anię ogarnęło nagłe przygnębienie. Rozumiała, że każda pociecha byłaby teraz kłamstwem, a to, co mówiła Ruby było istotną, rzeczywistą prawdą. Miała biedaczka porzucić to wszystko, co kochała. Wszystkie swe skarby musiała zostawić na ziemi, chociaż skarby te składały się przeważnie z jakichś nic nieznaczących drobnostek, lecz ona była do nich tak silnie przywiązana.
Ruby wsparła się na łokciu i spojrzała ku czystemu nieboskłonowi.
— Chcę żyć, — szepnęła drżącym głosem, — chcę żyć, jak żyją wszystkie dziewczęta, pragnę wyjść zamąż i mieć dzieci. Ja przecież tak dzieci kocham, Aniu. Tylko tobie to mówię szczerze, bo wiem, że ty jedna potrafisz mnie zrozumieć. Biedny Herbert. Bardzo mnie kocha i ja go także kocham. Tamci wszyscy byli właściwie niczem. Gdybym mogła żyć zostałabym jego żoną i byłabym taka szczęśliwa!
Głowa jej opadła znowu, a z piersi dobyło się gorzkie łkanie. Ania ujęła delikatnie jej rękę. Zdawało się, że ta niema pieszczota sprawiła Ruby większą ulgę, niż wszelkie wypowiadane słowa. Uspokoiła się nieco i przestała szlochać.
— Bardzo się cieszę, że ci to powiedziałam, Aniu, — szepnęła znowu, — już teraz czuję się lepiej. Właściwie już dawno miałam ci o tem powiedzieć, ale jakoś nie mogłam się na to zdobyć. Zdawało mi się zawsze, że gdybym zaczęła mówić z kimś o tem, śmierć zjawiłaby się natychmiast. Wołałam więc o niej nie myśleć. Najgorzej było w nocy, gdy zostawałam sama. Zdawało mi się, że widzę przed sobą pomarszczoną twarz jakiejś staruchy, która przyszła, aby mnie zabrać z sobą. Siłą powstrzymywałam się, aby nie krzyczeć.
— Ale teraz już się nie lękasz, prawda? Wierzysz, że wszystko będzie dobrze.
— Spróbuję... postaram się w to uwierzyć. Ale ty musisz do mnie jeszcze częściej przychodzić, Aniu.
— Dobrze, kochanie.
— Bo przecież, Aniu, to i tak niedługo potrwa. Jestem najzupełniej przekonana. Najlepiej się czuję, gdy ty jesteś przy mnie, zawsze cię najbardziej lubiłam ze wszystkich koleżanek, bo ty nigdy nie byłaś zazdrosna, jak tamte. Wczoraj była u mnie Emilka White. Pamiętasz, jak kiedyś przyjaźniłyśmy się przez całe trzy lata? Potem pokłóciłyśmy się na koncercie szkolnym i odtąd więcej jej nie widziałam. Dopiero wczoraj do mnie przyszła. Mówiła nawet, że już dawno chciała mnie odwiedzić, ale lękała się, że swą wizytą sprawi mi przykrość. Ja znowu ze swej strony byłam pewna, że ona ciągle się jeszcze na mnie gniewa. Prawda, Aniu, jakie to dziwne, że ludzie nie mogą się nigdy zrozumieć?
— Większość przykrości z tego powodu powstaje, — odparła Ania. — Ale teraz, Ruby, muszę już iść, zresztą i ty powinnaś już pójść do pokoju.
— Ale przyjdziesz do mnie znowu?
— Przyjdę wkrótce i uczynię wszystko, aby ci pomóc.
— Już mi pomogłaś, Aniu. Teraz jaśniej patrzę na wszystko... Dobrej nocy...
— Dobrej nocy, kochanie...
Wolnym krokiem szła Ania do domu. Ten ostatni wieczór zdawał się coś zmieniać w jej duszy. Zaczęła inaczej patrzeć na życie, bo miała wrażenie, że ostatnia rozmowa z Ruby wtargnęła do świątyni najgłębszych jej uczuć. Miała wrażenie, że ona sama nigdy nie uczuje lęku, gdy i po nią śmierć wyciągnie swą nieubłaganą rękę. Przecież drobne przyjemności codziennego życia nie powinny być jego celem. Należało szukać celów wyższych, a spełnianie dobrych uczynków powinno być niejako przygotowaniem do wkroczenia w sfery pozagrobowe.
Dopiero nazajutrz Ania dowiedziała się, że ostatnia rozmowa jej z przyjaciółką była jednocześnie pożegnaniem na zawsze. Następnego wieczora K. M. A. wydało pożegnalne przyjęcie na cześć Janki Andrews, która za dwa dni miała wyjechać na Zachód. Właśnie w owej chwili, gdy zabawa dosięgnęła kulminacyjnego punktu, gdy wszyscy tańczyli ochoczo i patrzyli na świat z radością, duszyczka Ruby przeniosła się do wieczności. Od domu do domu poczęła krążyć wieść, że biedna Ruby Gillis umarła. Na szczęście śmierć nastąpiła w nocy, podczas snu i widocznie bez specjalnych cierpień, bo na twarzyczce niegdyś wesołej Ruby pozostał łagodny uśmiech, który krasił ją zawsze za życia. Nawet pani Linde, wróciwszy z pogrzebu, przyznała, że jeszcze nigdy w życiu nie widziała, żeby ktoś tak pięknie wyglądał po śmierci. Nie mogąc nic już uczynić dla przyjaciółki, Ania przyniosła tylko pęk białego kwiecia i posypała niem zmarłą, leżącą w śnieżnobiałej sukni na wysokim katafalku.
Przed wyruszeniem na cmentarz, pani Gillis przywołała Anię do siebie i w milczeniu podała jej małe zawiniątko.
— Ruby zostawiła to dla ciebie, — wyszeptała przez łzy. — Jest to jej ostatnia rozpoczęta robótka. Niestety nie miała jej nigdy wykończyć. Nawet igła tkwi w tem miejscu, gdzie palce Ruby zatknęły ją przed śmiercią.
— Zawsze jakaś robota zostaje niewykończona, — szepnęła pani Linde, tłumiąc łzy, gdy Ania opowiadała jej o tem zdarzeniu. — Ale pocieszmy się, że na świecie zawsze zostanie ktoś, kto tę robotę wykończy.
— Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do myśli, że Ruby nie żyje, — mówiła Ania, gdy obydwie z Dianą wracały do domu. — Jest to pierwsza nasza koleżanka, którą utraciłyśmy na zawsze. I na nas kiedyś przyjdzie kolej.
— To prawda, — odparła Diana szeptem.
Właściwie myślała w tej chwili tylko o szczegółach pogrzebu, o wspaniałej białej trumnie, ostatnim podarunku Gillis‘ów, który ofiarowali córce. Myślała o smutnej twarzy Herbert‘a Spencer‘a i o histerycznym płaczu starszej Gillis‘ówny. Wiedziała jednak Diana, że z Anią w tej chwili o tem mówić nie należy.
— Ruby Gillis strasznie się lubiła śmiać, — wtrącił nagle Tadzio, który przez cały czas dreptał w milczeniu przy boku dziewcząt. — Aniu, czy w niebie też się będzie mogła śmiać? Chciałbym to wiedzieć.
— Sądzę, że tam też się będzie śmiała, — odparła Ania.
— Aniu, co ty mówisz? — zawołała Diana z wymuszonym uśmiechem.
— A czy sądzisz, Diano, że w niebie śmiać się nie wolno? — zapytała Ania z powagą.
— Nie... nie wiem, — wyjąkała Diana. — Ale tak mi się wydaje. Przecież nawet w kościele nie wolno się śmiać.
— Niebo wszakże nie jest kościołem, — odparła Ania.
— Gdyby tam było tak, jak w kościele, wołałbym już dostać się do piekła, bo kościół jest strasznie nudny, — zawołał Tadzio. — Chociaż zawsze pocieszam się nadzieją, że będę żył sto lat, jak pan Tomasz Blewett w Białych Piaskach. Pan Tomasz mówi, że żyje dlatego tak długo, bo pali dużo papierosów, a dym podobno zabija wszelkie bakterje. Aniu, czy ja też niedługo zacznę palić papierosy?
— Ja sądzę, Tadziu, że nigdy nie będziesz palił.
— A co będzie, jak mnie bakterje zabiją? — zapytał Tadzio, wznosząc oczy ku niebu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.