Ania na uniwersytecie/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ IV.
Nowa przyjaciółka.

Kingsport jest starem osobliwem miastem, pamiętaj ącem najwcześniejsze lata, gdy było małą niepozorną osadą za czasów kolonizacji i przetrwało spowite w atmosferę starożytności, jak poważna matrona, ubrana w staromodne szaty, zabytki najwcześniejsze swej młodości. Gdzie niegdzie daje się zauważyć piętno epoki nowoczesnej, lecz samo centrum zostało nietknięte dłonią postępu. Miasto przepełnione jest wielkiem mnóstwem cennych zabytków, które otaczają romantyczne legendy dawnej przeszłości. Niegdyś było ono punktem granicznym podczas najazdów dzikich hord Indjan, a było to w owym czasie, kiedy Indjanie postanowili upomnieć się o dawne swe prawa. Potem Kingsport stało się niejako kością sporu między Anglikami i Francuzami i przechodziło co pewien czas z rąk do rąk. Oczywiście każda taka zmiana zostawiała odpowiednie ślady na wewnętrznem życiu tego nieszczęsnego miasta.
W samym środku miejskiego parku wznosi się wysoka wieża, zabazgrana autografami licznych turystów, a tuż poza miastem na niskiem płaskowzgórzu pozostały jeszcze ruiny dawnych fortyfikacyj francuskich i kilka luf armatnich, sterczących w czeluściach między murami. Kingsport posiada rozmaite zabytki historyczne, niezwykle ciekawe dla przyjezdnych, a wśród tych zabytków na pierwszy plan wysuwa się stary cmentarz św. Jana, leżący w samem centrum miasta, otoczony cichemi ulicami, staremi domami zasłuchanemi w szmer życia nowoczesnych czasów. Każdy obywatel Kingsport przepojony jest dumą, mówiąc o cmentarzu św. Jana, bo przecież każdy niemal posiada tam mogiły swych przodków, których imiona zapisały się w ten lub inny sposób na kartach historji osobliwego miasta. To też stare te mogiły potomkowie utrzymują w jak najlepszym porządku i starają się prześcignąć w nadzwyczajnej tej troskliwości. Przeważnie groby pokryte są płytami z szarego kamienia i tylko w rzadkich wypadkach zauważyć się daje jakiś skromny rzeźbiony pomniczek. Pomniczki takie przeważnie przystrajają obywatele Kingsport rzeźbioną w kamieniu czaszką, skrzyżowanemi piszczelami, a na samym szczycie umieszczają uśmiechniętą twarzyczkę cherubina. Bardzo niewiele mogił pozostaje w zaniedbaniu. Są to przeważnie groby tych ludzi, których potomkowie oddawna już tutaj nie mieszkają, to też nawet napisy na kamieniu zatarły się dawno i trudno je nawet dzisiaj odczytać. Cały cmentarz ocieniają konary rozłożystych drzew, wśród których dają się przeważnie zauważyć wysokie klony i buki, nieczułe na silne podmuchy wiatrów i zupełnie obojętne na to, co się dzieje w cieniu ich gałęzi.
Zaraz następnego dnia popołudniu Ania udała się na cmentarz św. Jana. Obydwie z Priscillą były przed południem w Redmond i zarejestrowały się jako studentki. Po spełnieniu tej formalności reszta dnia pozostawała do ich dyspozycji. Umknęły szybko z uniwersytetu, z pośród tłumu zupełnie obcych sobie ludzi, z których wszyscy wyglądali tak, jakby zasadniczo nie wiedzieli jeszcze w którą stronę mają się zwrócić.
Nowicjusze podzielili się na drobne gromadki i spoglądali pytająco na siebie; nowicjuszki, bardziej rozgarnięte od chłopców obiegły szerokie schody i chichotały ze sobą głośno. Gilbert i Karol biegali od gromadki do gromadki, wszędzie ich było pełno.
— Wątpię, czy nadejdzie kiedyś dzień, gdy z przyjemnością spojrzę na Karola Slone, — rzekła Priscillą, gdy obydwie z Anią przechodziły obok gawędzących studentów. — Może wtedy będę uważała, że jego wyłupiaste oczy są całkiem miłe i nawet pełne uroku.
— Och, — westchnęła Ania. — Nie mogę ci opisać, jak się czułam, czekając na swoją kolejkę w sekretarjacie uniwersyteckim. Zdawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą. Pragnęłam wtedy jak najprędzej zapaść się pod ziemię. Ci starsi studenci patrzą dziwnie zgóry na pierwszorocznych, jak gdyby byli czemś lepszem od nas.
— Zaczekaj do przyszłego roku, — uspakajała ją Priscilla. — Wtedy i my będziemy miały prawo patrzeć odpowiednio na tych nowicjuszy. Oczywiście to nie jest bardzo szlachetne uczucie, ale trzeba tak postępować, jak tamci postępują. Na pewno jestem o dobre dwa cale wyższa od tych wszystkich nowicjuszy i lękałam się tylko, żeby któryś nie chciał mnie odprowadzić do domu. Gotowi mnie ludzie wziąć za słonia, albo za wielkoluda.
— Najważniejsze to, że w Redmond nie będzie już tak miło jak w seminarjum, — westchnęła Ania, siląc się na swą dawną filozofję, która miała zatuszować przypływ złego humoru. — Gdyśmy opuszczały seminarjum, znałyśmy wszystkich i wszyscy nas znali, a teraz mamy wrażenie, że w Redmond ziemia nam się z pod nóg usuwa. Jestem tylko szczęśliwa, że ani pani Linde, ani pani Eliza Wright nie są świadkami obecnego mego nastroju. Napewno pokiwałyby głowami, ze słowami: „A nie mówiłam“, i byłyby przekonane, że to jest właśnie początek smutnego końca, wówczas, gdy ja mam wrażenie, że to jest koniec smutnego początku.
— Właśnie. To brzmi zupełnie po twojemu. Jestem pewna, że się tu jakoś zaaklimatyzujemy, poznamy wszystkich, a reszta pójdzie jak po maśle. Aniu, czyś zauważyła tę dziewczynę, stojącą u drzwi garderoby przez cały czas naszego pobytu wewnątrz gmachu? Taka przystojna, o ciemnych oczach i maleńkich czerwonych ustach?
— Owszem, widziałam. Zwróciłam na nią uwagę bo zdawało mi się, że jest jedyną osobą, czującą się tutaj, jak ja. Chociaż ja mam ciebie, a ona widocznie niema nikogo.
— Ale musi to być jakieś nieśmiałe stworzenie. Kilkakrotnie zdawało mi się, że zamierza podejść do nas, ale widocznie nie miała odwagi. Chciałam nawet żeby podeszła. W pewnej chwili nawet zamierzałam uprzedzić ją, ale przykro mi było przechodzić przez taki duży hall i zwracać na siebie uwagę studentów. Ta dziewczyna jest najładniejsza ze wszystkich nowicjuszek, ale widocznie nawet uroda na początku pobytu w Redmond na nic się nie zdaje, — dodała Priscilla ze śmiechem.
— Chciałabym po śniadaniu pójść na cmentarz św. Jana, — rzekła Ania. — Wątpię, czy atmosfera cmentarna przyczyni się do poprawy humoru, z drugiej znów strony wydaje mi się, że jest to jedyne miejsce, gdzie można odrobinę odpocząć. Usiądę na jednej z ławek, przymknę oczy i wyobrażę sobie, że jestem w lesie Avonleaskim.
Jednakże Ania nie uczyniła tego, bowiem na cmentarzu św. Jana dostrzegła tyle interesujących rzeczy, że przez cały czas nie przymykała oczu ani na chwilę. Obydwie z Priscillą przeszły szeroką bramę i zbliżyły się do ogromnego pomnika, na szczycie którego w niedbałej pozie stał wielki lew, wykuty z szarego kamienia.
— Bo pod Inkerman każdy cień był krwawy. I wszystkie one przebiły pierś naszej ojczyźnie, — recytowała Ania, spoglądając na kamiennego lwa ze wzruszeniem. Znalazły się w tej chwili w maleńkiem zacisznem ustroniu, gdzie nawet podmuch wiatru nie dochodził. Wszędzie dokoła ciągnęły się oddzielne mogiły, przykryte ciężkiemi płytami i wszystko zdawało się tchnąć duchem dawnych czasów.
— Tu leży ciało Alberta Crawford‘a, — czytała Ania wytarty napis na kamieniu, — dowódcy Arsenału Jego Królewskiej Mości w Kingsport. Służył w armji aż do zawarcia pokoju w roku 1763, wystąpił z wojska wskutek nagłego zasłabnięcia. Był dzielnym oficerem, najlepszym mężem, idealnym ojcem i nieodżałowanym przyjacielem. Umarł 29 października 1792 roku, w wieku lat 84. To jest napis dla ciebie, Prissy. Ileż to taki człowiek musiał mieć przygód w życiu. Wątpię jednak czy za życia obdarzonoby go tak wielu pochwałami.
— A tutaj drugi, — rzekła Priscilla. — Posłuchaj, „Pamięci Aleksandra Rossa, który umarł 22 września 1840 roku, w wieku lat 43. Służył wiernie ojczyźnie przez dwadzieścia siedem lat i dosłużył się zaszczytnej śmierci“.
— Świetny napis, — szepnęła Ania w zamyśleniu, — nie chciałabym mieć lepszego po śmierci. Przecież wszyscy służymy jakimś ideałom, a nikt nie wypisuje na nagrobkach o naszej wiernej służbie. Patrz, Prissy, taki mały samotny grobek. „Pamięci ukochanego dziecka“, a tutaj drugi „Poświęcony pamięci tego, który niewiadomo gdzie jest pochowany“. Ciekawa jestem gdzie się znajduje ta nieznana mogiła. Istotnie, Prissy, nigdy w życiu nie zdarzyło mi się widzieć takiego ciekawego cmentarza. Miałaś słuszność mówiąc, że będę tu często przychodzić. Polubiłam odrazu to miejsce. Ale widzę, że nie jesteśmy tu same, tam jakaś dziewczyna stoi przy końcu alei.
— Wiesz, że to zdaje się ta sama, na którą zwróciłyśmy uwagę w Redmond. Obserwuję ją od kilku minut. Już kilkakrotnie zamierzała iść w naszą stronę i kilkakrotnie się cofała. Musi być albo bardzo nieśmiała, albo też bardzo dumna. Podejdźmy do niej. Łatwiej jest zawrzeć znajomość na cmentarzu, niż w Redmond, prawda?
Poczęły iść wąską kamienistą ścieżką w kierunku nieznajomej, która siedziała teraz na kamiennej ławeczce pod rozłożystym kasztanem. Istotnie była niezwykle piękna, choć rysów nie posiadała regularnych. Włosy miała koloru laskowych orzechów, oczy ciemne i zaróżowione policzki. Miała na sobie wytworny bronzowy kostjum, a na drobnych nóżkach maleńkie modne trzewiczki. Duży czerwony kapelusz przystrajały złociste maki, a cała postać dziewczyny sprawiała wrażenie sylwetki, wyciętej z żurnala. Priscilli przyszło na myśl, że kapelusz, który sama miała, jest już bardzo zniszczony; Ania zaś zastanowiła się czy bluzka, którą sama sobie uszyła, podług wzoru pani Linde, nie wyglądała śmiesznie w zetknięciu z eleganckiem ubraniem młodziutkiej nieznajomej. Przez chwilę zdawać się mogło, że obydwie przyjaciółki zaniechają swego zamiaru podejścia do przyszłej swej koleżanki. Lecz minęły już pierwszą kwaterę grobów i trudno się było teraz cofnąć, gdyż w ciemnych oczach samotnej dziewczyny, dojrzały niemy błysk powitania. Wreszcie zerwała się z ławki i, z wesoło wyciągniętemi ramionami, poczęła biec w ich stronę z przyjaznym uśmiechem, dzięki któremu pierzchło dawne jej onieśmielenie.
— O, jakże chciałam wiedzieć kim jesteście, — zawołała z zapałem. — Umierałam z ciekawości. Widziałam was dzisiaj rano w Redmond. Prawda, jak tam okropnie? Wołałabym raczej zostać w domu i wyjść zamąż.
Ania i Priscilla wybuchnęły głośnym śmiechem, słysząc tę nieoczekiwaną konkluzję. Ciemnooka dziewczyna zaśmiała się również.
— Naprawdę, nie wierzycie mi? Siądźmy na tej płycie i zawrzyjmy znajomość. To nie jest takie trudne. Jestem pewna, że polubimy się nawzajem, przekonania tego nabrałam, gdym was po raz pierwszy ujrzała w Redmond dzisiaj rano. Miałam ochotę już wtedy podejść do was.
— A dlaczegoś tego nie uczyniła? — zapytała Priscilla.
— Bo nie miałam odwagi. Właściwie rzadko kiedy umiem się na coś zdecydować, a gdy już się wreszcie zdecyduję, mam wrażenie, że powinnam uczynić coś całkiem odwrotnego. To bardzo nieprzyjemne uczucie, ale urodziłam się już z takiem usposobieniem i nic mi już nie pomoże. Tak samo i w tym wypadku. Nie mogłam się zdobyć na to, żeby podejść do was i zawrzeć z wami znajomość, chociaż miałam ogromną ochotę.
— A myśmy myślały, że jesteś taka nieśmiała, — wtrąciła Ania.
— Nie, nie, kochanie. Nieśmiałość nie należy do wad, czy zalet Izabelli Gordon, zdrobniale Izy. Nazywajcie mnie zwyczajnie Izą, bardzo was proszę. A teraz, jakie są wasze imiona?
— To jest Priscilla Grant, — rzekła Ania, wskazując przyjaciółkę.
— A to jest Ania Shirley, — odwzajemniła się Priscilla.
— Jesteśmy z wyspy księcia Edwarda, — zawołały po chwili obydwie razem.
— Ja pochodzę z Bolingbroke, z Nowej Szkocji, — pochwaliła się Izabela.
— Bolingbroke! — zawołała Ania. — To przecież ja się tam urodziłam.
— Naprawdę? To znaczy, że jesteś także „sinonoską“.[1].
— Mylisz się — zaprotestowała Ania. — Dan O‘Connell powiedział, że jeżeli człowiek rodzi się w stajni, to nie znaczy, że jest koniem. Moją ojczyzną jest wyspa ks. Edwarda.
— W każdym razie bardzo się cieszę, żeś się urodziła w Bolingbroke. To tak, jakbyś była moją sąsiadką, prawda? Sprawia mi to wielką przyjemność, bo jak ci kiedykolwiek wyjawię jakąś tajemnicę, będę miała uczucie, że powiedziałam ją komuś swojemu. Często się zwierzam z tajemnic, nie umiem ich zatrzymać przy sobie, to znaczy wcale się o to nie staram. Jest to jedna z moich licznych wad, a za drugą taką wadę uważam swoje niezdecydowanie. Uwierzycie mi, że pół godziny czasu straciłam na to, aby się zdecydować czy przyjść tutaj, na cmentarz! Raz wolę czarne, raz znów wabi mnie czerwone, wreszcie zamykam oczy i po ciemku wybieram. Czy to nie śmieszne? Powiedzcie, co myślicie o moim wyglądzie?
Słysząc to naiwne zapytanie, Priscillą znowu wybuchnęła śmiechem, gdy tymczasem Ania z powagą ujęła rękę Izabeli i oznajmiła:
— Już dzisiaj rano doszłyśmy do wniosku, że jesteś najpiękniejszą dziewczyną w Redmond.
Maleńkie usteczka Izabeli rozchyliły się w uśmiechu zadowolenia, ukazując równocześnie dwa rzędy bielutkich zębów.
— I ja tak myślałam, — rzekła po chwili z przekonaniem, — ale pragnęłam dla upewnienia usłyszeć jeszcze czyjeś zdanie. Nawet w tej kwestji nie potrafię się zdecydować. Gdy już nareszcie dojdę do wniosku, że jestem ładna, coś w duszy szeptać zaczyna, że wcale tak nie jest. Pozatem mam taką starą ciotkę, która zawsze powtarza z westchnieniem: „Byłaś takiem ładnem dzieckiem. Dziwna rzecz, jak się dzieci zmieniają, stając się dorosłymi ludźmi“. Bardzo lubię ciotki, ale nie takie, jak moja. Proszę was, powiedzcie mi zupełnie otwarcie, czy jestem ładna. Ogromnie lubię słuchać zdania obcych ludzi. Będę wam niewymownie wdzięczna, jeżeli mnie o tem przekonacie. Ja wam także potem szczerze powiem.
— Dziękujemy, — zaśmiała się Ania, — ale obydwie z Priscillą doskonale zdajemy sobie sprawę z naszego wyglądu i zbyteczne byłyby wszelkie twoje zapewnienia.
— Och, wy się ze mnie śmiejecie. Wiem, myślicie, że jestem bardzo głupia i próżna. A w rzeczywistości niema we mnie ani odrobiny próżności. Nigdy nie lubię prawić komplementów dziewczętom, jeżeli na to nie zasługują. Bardzo się cieszę, że was poznałam. Przyjechałam tu w sobotę i do tej chwili umierałam z tęsknoty za domem. To straszne uczucie, prawda? W Bolingbroke jestem znaną osobistością, a tutaj, w Kingsport jestem niczem! Były nawet chwile, że mdlałam ze zmartwienia. A gdzie wy mieszkacie?
— Ulica św. Jana 38.
— Coraz lepiej. Ja mieszkam na rogu Wallace Street, ale strasznie nie lubię mego pensjonatu. Jest dziwnie ponury i opuszczony, a mój pokój wychodzi na maleńkie ciemne podwórze. To podwórze wydaj e mi się najbardziej przy krem miejscem na świecie. Co noc zbierają się tam koty chyba z całego miasta. Lubię koty, rozciągnięte na miękkim dywanie przed rozpalonym kominkiem, ale takie koty, wrzeszczące po nocy na podwórzu nie są miłemi zwierzętami. Pierwszej nocy po przyjeździe strasznie płakałam, a koty na podwórzu usiłowały mi wtórować. Szkoda żeście nie widziały mego nosa nazajutrz rano. Wołałabym raczej nigdy nie wyjeżdżać z domu!
— Nie rozumiem jak mogłaś zdobyć się na wyjazd do Redmond, jeżeli jesteś osobą tak niezdecydowaną, — zawołała Priscilla, ubawiona paplaniną nowej znajomej.
— Nigdybym się na to nie zdobyła, kochanie. To ojciec chciał, żebym tu przyjechała. Uparł się, sama nie wiem dlaczego. Dla takiej istoty, jak ja studja są czemś bardzo niedopasowanem, prawda. Cóż mogłam zrobić, musiałam ulec. Mam przecież zdrowy rozum.
— O! — zawołała Priscilla mimowoli.
— Tak, ale trudno jakoś nim kierować. A tutejsi studenci muszą być bardzo mądrzy, uczeni i poważni. Nie chciałam wyjeżdżać do Redmond, ale uczyniłam to na żądanie ojca. Zwyczajnie, uparł się stary. Pozatem wiedziałam, że jak zostanę w domu, będę musiała wyjść zamąż. Matka znowu tego żądała, a matka moja jest osobą ogromnie zdecydowaną. Nie chciałabym wyjść teraz zamąż, bo pragnę jeszcze kilka lat mieć swobodę. Jak wyszumię, to dopiero osiądę na stałym gruncie. Chociaż studja moje wydają mi się bardzo śmieszne, to jednak śmieszniejsze jest wyobrazić sobie mnie stateczną mężatką, czy nie? Mam dopiero osiemnaście lat, postanowiłam więc raczej przyjechać do Redmond, niż wyjść zamąż. Wyobraźcie sobie przy mojem niezdecydowaniu, nie umiałabym sobie wybrać męża z pośród wszystkich kandydatów.
— Więc jest ich aż tak wielu? — zaśmiała się Ania.
— Mnóstwo. Chłopcy mnie bardzo lubią, ale dotychczas tylko dwaj mi się oświadczyli. Tamci wszyscy byli za młodzi i za biedni. Rozumiecie przecież, że muszę wyjść zamąż tylko za bogatego człowieka.
— Dlaczego musisz?
— Moje złote, czy wyobrażacie sobie mnie, jako żonę biednego urzędnika? Nic nie umiem robić i jestem bardzo rozkapryszona. O nie, mój mąż musi mieć bardzo dużo pieniędzy. Właśnie tamci dwaj byli tacy bogaci. Ale ja na żadnego z nich nie mogłam się zdecydować, dla mnie wybór był tak samo trudny, jakbym wybierała męża z pośród stu kandydatów. Gdybym nawet wybrała jednego z nich, z pewnością, potem żałowałabym, że nie zostałam żoną tego drugiego.
— Więc żadnego z nich nie kochasz? — zapytała Ania po chwili namysłu. Przykro jej było mówić z tą zupełnie obcą dziewczyną o kwestji, która dla niej samej była niejako najważniejszym przejawem życia.
— Oczywiście, że nie. Ja nikogo nie potrafię kochać, to już tkwi we mnie, zresztą wcale tego nie pragnę. Kobieta zakochana staje się niewolnicą. Wówczas mężczyzna stara się ją maltretować. Jabym się bała miłości. Nie, nie, Anatol i Augustyn, to bardzo dobrzy chłopcy i bardzo ich obydwóch lubię. Lubię ich do tego stopnia, że sama nie wiem, który z nich jest lepszy. W tem jest właśnie największy sęk. Anatol jest przystojniejszy, a ja mogę zostać żoną tylko przystojnego mężczyzny. Pozatem jest świetnie wychowany i ma prześliczną czarną czuprynę. Ale jednocześnie jest za dobry. Nie chciałabym mieć takiego dobrego męża. Anatol jest człowiekiem bez wad.
— To dlaczego nie chcesz zaślubić Augustyna? — zapytała Priscilla z uśmiechem.
— Czyż można być żoną człowieka, który ma takie imię? — zawołała Iza z rozpaczą. — Wątpię, czybym to znieść mogła. Coprawda ma wyjątkowo klasyczny nos, a przyjemnie mieć w rodzinie kogoś z takim nosem, bo prawdę mówiąc, mój nos wcale się nie udał. Wszyscy Gordonowie są bardzo przystojni, ale obawiam się, że raczej jestem podobna do Byrnów. Im starsza jestem, tem gorzej. Codziennie przeglądam się w lustrze i dostrzegam, że całe podobieństwo moje do Gordonów znika z każdym rokiem. Matka moja jest z domu Byrne, a ja na moje nieszczęście właśnie jestem podobna do matki. Kiedyś same się przekonacie. Strasznie lubię ładne nosy. Ty masz wyjątkowo ładny nos, Aniu Shirley. Właśnie Augustyn ma bardzo podobny nos do twego, ale niestety nazywa się Augustyn! Nie, bezwarunkowo nie mogę się zdecydować. Gdybym mogła zamknąć oczy i w ten sposób wybrać jednego z moich konkurentów, może już dawno byłabym mężatką.
— A cóż Anatol i Augustyn robią teraz po twoim wyjeździe? — indagowała Priscilla.
— O, mają jeszcze ciągle nadzieję. Kazałam im czekać, aż się wreszcie na któregoś z nich zdecyduję. Są to dobrzy chłopcy, więc czekają cierpliwie. Obydwaj poprostu mnie ubóstwiają. Ja tymczasem mam zamiar ubawić się tutaj do syta. Sądzę, że i w Redmond będę miała mnóstwo konkurentów. Zazwyczaj źle się czuję, nie będąc w męskiem towarzystwie. Ale nie uważacie, że ci młodzi studenci są bardzo mało wytworni? Z pośród wszystkich jeden tylko jest naprawdę przystojny. Zdaje mi się, że mu na imię Gilbert, bo tak go nazywał jeden z kolegów, ten o takich wyłupiastych oczach. Ale, dziewczęta, jeszcze chyba nie idziecie do domu? Moje złote, zostańcie trochę.
— Musimy już pójść, — rzekła Ania chłodniej nieco. — Późno się robi, a ja mam jeszcze w domu zajęcie.
— Ale zobaczymy się znowu, prawda? — zapytała Izabella, otaczając ramionami nowe swe przyjaciółki. — Pozwolicie mi się z wami spotykać? Pragnę się z wami zaprzyjaźnić. Odrazu was polubiłam. Przypuszczam, że nie razi was ta moja wesoła paplanina?
— Ani trochę, — zaśmiała się Ania, ujęta tą serdecznością Izy.
— Bo ja nie jestem wcale taka głupia, na jaką wyglądam. Zresztą powinnyście pokochać Izabellę Gordon tak, jak ją Pan Bóg stworzył, ze wszystkiemi jej wadami. Nie uważacie, że ten cmentarz jest strasznie miły? Bardzobym chciała leżeć tutaj po śmierci. Dzisiaj dostrzegłam mogiłę, której dotychczas nie widziałam ani razu, ta, ogrodzona żelaznym parkanem. Spójrzcie. Sądząc z napisu, jest to mogiła młodego marynarza, który zginął podczas jednej z walk okrętów Shannon i Chesapeake.
Ania podeszła do żelaznego okratowania i zawisła wzrokiem na starej, popękanej już płycie nagrobka. Ogarnęło ją dziwne podniecenie. Zniknął jej z przed oczu stary cmentarz i wysokie, stuletnie drzewa o rozłożystych konarach. Oczami wyobraźni widziała port Kingsportski prawie przed stuleciem. Z dalekiej mgły, wiszącej nad bezmiarem morza wyłonił się w pewnej chwili kadłub okrętu z powiewającą na maszcie flagą Wielkiej Brytanji. Tuż za nim płynął inny okręt, mniejszy nieco z banderą, przewieszoną przez balustradę pokładu. Dłoń czasu odwróciła wstecz kilka kartek wielkiej księgi dziejów. Shannon został zwycięzcą w jednej z ostatnich walk na śmierć i życie. Chesapeake płynął ku przystani, zdany na łaskę i niełaskę wroga zwycięzcy.
— Zbudź się, Aniu Shirley. — Wracaj do nas, — śmiała się Izabela, dotykając jej ramienia. — Oddaliłaś się od nas prawie o sto lat. Wracaj.
Ania ocknęła się z głębokiem westchnieniem; oczy jej świeciły nieziemskim blaskiem.
— Zawsze lubiłam ogromnie historję tych walk, — szepnęła, i chociaż Anglicy zostali wówczas zwycięzcami, sława naszych bohaterów nigdy nie zblednie. Ta mogiła przywiodła mi to wszystko na pamięć i ujrzałam ich walki w wyraźnych konturach. Ten biedny marynarz miał dopiero lat osiemnaście. „Zmarł wskutek ciężkich ran, odniesionych podczas walki“ — tak brzmi napis na płycie. O takiej śmierci marzą wszyscy dzielni żołnierze.
Mówiąc to, Ania odpięła od bluzki bukiecik ciemnych bratków i złożyła na mogile młodego marynarza, który zginął podczas wielkiej bitwy morskiej.
— Co myślisz o naszej nowej przyjaciółce? — spytała Priscilla, gdy pożegnały się z Izą.
— Bardzo mi się podoba. Posiada w sobie coś ujmującego, chociaż jest tak szalenie roztrzepana. Jestem pewna, że ma słuszność, mówiąc, iż nie jest taka głupia, na jaką wygląda. Bardzo miłe dziecko i zdaje się, że dzieckiem zostanie przez całe życie.
— I mnie się podoba, — oznajmiła Priscilla z przeświadczeniem. — Tak samo mówi o chłopcach, jak Ruby Gillis, ale paplanina Ruby przyprawia mnie o zawroty głowy, gdy tymczasem Iza swą gadaniną doprowadza mnie do śmiechu. Właściwie jaka jest między niemi różnica?
— O, bardo wielka, — odparła Ania w zamyśleniu. — Przedewszystkiem Ruby postępuje z chłopcami zupełnie świadomie. Innemi słowy usiłuje każdego w sobie rozkochać. Czyni to prawdopodobnie dlatego, aby się potem pochwalić, że ma tak wielu konkurentów. Tymczasem Iza mówi o swych konkurentach z taką prostotą, jakby mówiła o kolegach. Traktuje chłopców po przyjacielsku i sprawia jej niezwykłą przyjemność, gdy jest nimi otoczona. Nawet Anatol i Augustyn — nie potrafię myśleć o każdym z nich z oddzielna — istnieją dla niej tylko jako towarzysze zabaw, z którymi chętnie w ten sposób przepędziłaby całe życie. Bardzo się cieszę, żeśmy ją poznały i cieszę się, że zobaczyłam cmentarz św. Jana. Zdaje mi się, że poznałam dzisiaj głąb duszy Kingsportu. Nie lubię oglądać rzeczy powierzchownie.


Przypisy

  1. Tak nazywają stałych mieszkańców Bolingbroke.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.