Ania na uniwersytecie/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ V.
Listy z domu.

Podczas następnych trzech tygodni Ania i Priscilla czuły się ciągle jeszcze obco w Redmondzie. Lecz pewnego dnia nagle wszystko się odmieniło i wszystko wydało się dziwnie swoje i oddawna już znane — Redmond stał się jakoś milszy, milsi profesorowie, przytulniejsze sale wykładowe, sympatyczniejsi studenci, łatwiejsze wykłady, a życie towarzyskie bardziej ożywione i wesołe. Obcy dotąd nowicjusze, utworzyli nagle niejako jedną rodzinę, która dążyła do tych samych celów, wszystkich poczęły interesować jednakowe kwestje, połączyły ich te same sympatje i antypatje i nawet aspiracje każdego z oddzielna stały się niejako jedną, wspólną nicią, przeciągniętą ponad Redmondem. Obóz nowicjuszy wygrał mecz sportowy ze studentami starszymi, a tem samem „żółtodzióbki“ zyskały u starszych poczucie wielkiego szacunku i poczęły się cieszyć u nich dobrą opinją. Zwycięstwo to odniesiono dzięki nadzwyczajnej strategji Gilberta Blythe, który prowadził do boju swą drużynę i ani na chwilę podczas meczu nie utracił swej równowagi. W nagrodę za swe męstwo Gilbert został obwołany patronem klasy nowicjuszów, a pozatem został członkiem honorowym korporacji „Lamba Theta“, co było niezwykłym zaszczytem dla tak zwanego „żółtodzióbka“. Przed przyjęciem jednak do korporacji zmuszono go do przedefilowania przez wszystkie ulice Kingsportu w wielkim kapeluszu na głowie i w kucharskim dużym fartuchu z kolorowego perkalu. Podjął się tej ceremonji z ochotą, kłaniając się uprzejmie po drodze wszystkim znajomym paniom. Karol Slone, którego w przyjęciu do korporacji pominięto, oznajmił Ani, że nie pojmuje, jak Gilbert mógł się zgodzić na podobną hańbę, bo on, Karol, nigdyby takich warunków nie przyjął.
— Wyobrażam sobie Karola Slone w kucharskim fartuchu i w kapeluszu z wielkiem rondem, — chichotała Priscilla. — W stroju tym przypominałby zupełnie starą babcię Slone. Gilbert nawet tak przebrany wyglądał, jak prawdziwy mężczyzna i traktował tę całą defiladę nader humorystycznie.
Ania i Priscilla zaraz od początku zaczęły brać czynny udział w towarzyskiem życiu Redmond‘u. Zawdzięczały to w pewnej mierze Izabelli Gordon, bo przecież Iza, jako córka bogatego i poważanego obywatela Bolingbroke, miała wszędzie drzwi otwarte, a tam gdzie ona, tam i Ania i Priscilla były mile widziane. Iza, jak sama mówiła „uwielbiała“ nowe swe przyjaciółki, darząc specjalnym sentymentem Anię. Zresztą sama ona była bardzo miłem stworzeniem o czystej, kryształowej duszyczce, mimo odrobiny wrodzonego egoizmu. „Przyjaciele moi, muszą być waszymi przyjaciółmi“, tę zasadę głosiła Iza wszędzie. To też z zupełną swobodą i bardzo szybko wciągnęła do grona nowych swych znajomych obydwie dziewczęta z Avonlea, które dzięki temu miały tem łatwiejsze zadanie, serdecznego zżycia się ze studenterją redmondską. Wprawdzie tem samem w sercach innych nowicjuszek zrodziła się iskierka zazdrości, bo chociaż i one pożądały przyjaźni Izy, to jednak przeważnie pozostawały na drugim planie.
Ania i Priscilla, kierujące się poważnym poglądem na życie, nie przestawały traktować Izy, jak małego rozkapryszonego dziecka, które nie posiada ani odrobiny zdecydowania. Z uśmiechem częstokroć przypominały sobie oświadczenie jej przy pierwszem spotkaniu, że przecież i ona posiada „dużo zdrowego rozsądku“. Jedynie tajemnicą było, kiedy Iza znajdowała czas na studja, bo prawie przez cały dzień uganiała się po Redmondzie w poszukiwaniu nowej rozrywki, a wieczorami pensjonatowy jej pokój przepełniony był gośćmi. Konkurentów miała, ile tylko dusza zapragnie, bo przecież większość nowicjuszów, a także starsi studenci ubiegali się o każdy jej uśmiech. Ona radowała się tem wszystkiem i z rozpromienioną twarzą zwierzała się z każdego nowego sukcesu Ani i Priscilli.
— Ale mam wrażenie, że Anatol i Augustyn nie mają jeszcze dotychczas poważniejszego rywala, — uśmiechała się Ania z odrobiną ironji.
— Bezwarunkowo, — przytakiwała Izabella. — Pisuję do nich co tydzień i w listach tych staram się opowiedzieć im o wszystkich moich tutejszych konkurentach. Jestem pewna, że ich to ogromnie bawi. Niestety, nie mogę tylko zdobyć tego, który mi się naprawdę podoba, bo Gilbert Blythe nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi i traktuje mnie, jak małe kociątko, które od czasu do czasu można pogłaskać. Doskonale orjentuję się, dlaczego Gilbert jest dla mnie taki obojętny. Zazdroszczę ci, Królowo Aniu. Powinnam cię właściwie nienawidzieć, a tymczasem bardzo cię kocham i bardzo mi przykro, gdy cię przez jeden dzień nie widzę. Ogromnie się różnisz od tych wszystkich dziewcząt, które znałam dotychczas. Gdy patrzę na ciebie, czuję się małem, nic nieznaczącem stworzeniem i martwię się, że nie posiadam tej twojej siły i mądrości. Te wszystkie rozmyślania wywołują w mej duszy jakieś silniejsze postanowienia, lecz zaraz po chwili gdy ujrzę ładnego chłopca, cała siła woli pierzcha gdzieś w niepamięć. Nie uważacie, że życie studenckie jest wspaniałe? Śmieszne, że na samym początku nienawidziłam Redmondu! Ale gdyby było inaczej, napewno nie zaprzyjaźniłabym się z wami. Aniu, błagam cię, mów mi od czasu do czasu, że mnie odrobinkę lubisz. Sprawi mi to ogromną przyjemność.
— Bardzo cię lubię, kochanie, jesteś miła, dobra i sprawiasz wrażenie maleńkiego kociątka, niewysuwającego nigdy swych ostrych pazurków, — śmiała się Ania wesoło. — Ale chciałabym wiedzieć, kiedy ty się właściwie uczysz?
Jednakże Iza musiała poświęcać pewien czas na studja, bo istotnie czyniła coraz większe postępy. Nawet stary, niemiły profesor matematyki, który nie znosił koedukacyjnych zakładów naukowych i występował zawzięcie przeciwko przyjmowaniu dziewcząt do Redmondu, w żaden sposób nie mógł jakoś wywrzeć swej złości na Izie Gordon. Jedynie pod względem języka angielskiego Iza pozostawała daleko w tyle za Anią Shirley, która również podczas tego pierwszego roku studjów uniwersyteckich wyróżniła się niepospolitemi zdolnościami, dzięki sumiennej pracy podczas ostatnich dwóch lat w Avonlea. Dla Ani najszczęśliwsze chwile pobytu w Redmondzie, były te, kiedy otrzymywała listy z domu. Do nadejścia pierwszych listów, Avonlea wydawało jej się odległe o tysiące mil i dopiero listy te dziwnie ukochaną wieś zbliżyły, tak, że życie dawne zdawało się łączyć teraz w jedną całość z obecnem życiem w Redmondzie. Pierwsza serja wiadomości zawierała sześć listów: od Janki Andrews, Ruby Gillis, Diany Barry, Maryli, pani Linde i Tadzia. Listy Janki były kompletnem arcydziełem pod względem kaligraficznym, bo każde „t“ miało równiutką kreseczkę, a każde „i“ odznaczało się skrupulatnem wykończeniem kropki, jednakże treść tego listu nie była zbytnio interesująca. Janka ani słowem nie wspominała o szkole, która Anię interesowała w pierwszym rzędzie, nie odpowiadała też na pytania, zadane przez Anię w poprzednim jej liście. Opisywała tylko, ile łokci koronek zdążyła wydziergać, jaka pogoda była w Avonlea, jaką będzie miała nową suknię i jak się czuła, gdy ją bolała głowa. List Ruby Gillis był bardzo porywczy. Opłakiwała nieobecność Ani, zapewniając przyjaciółkę, że na każdym kroku odczuwa jej brak, zapytywała czy chłopcy redmondscy są mili, a na samo zakończenie zawiadamiała ją o nowych swych konkurentach. Był to głupiutki, banalny liścik i Anię ubawiłby ogromnie, gdyby nie zauważyła następującego małego dopisku: „Widocznie Gilbert dobrze się czuje w Redmondzie, tak wywnioskowałam z jego listu“, pisała Ruby. „Sądzę, że i Karol ma się niezgorzej“.
Więc Gilbert korespondował z Ruby! Świetnie. Miał przecież do tego zupełne prawo. Tylko!... Ania nie miała pojęcia, że Ruby pierwsza napisała do Gilberta, a on z prostej grzeczności musiał jej na ten list odpisać. Niemile dotknięta odłożyła list Ruby z niechęcią. Dopiero wesoły i miły list Diany, zawierający mnóstwo nowinek, przysłonił przykre wrażenie tamtego dopisku. Może zbyt wiele Diana rozpisywała się o Alfredzie, ale z drugiej strony zawiadamiała Anię o wszystkich nowych wydarzeniach, i dzięki temu listowi Ania wyobraziła sobie przez chwilę, że znajduje się znowu w Avonlea. Z listu Maryli, pozbawionego zupełnie plotek i sensacyj, powiało zdrową atmosferą rodzinnego życia na Zielonem Wzgórzu i czystym sentymentem, jakim tam Anię wszyscy otaczali. Pani Linde nie omieszkała donieść Ani o ostatnich sprawach kościelnych. Nie zajmując się teraz gospodarstwem, pani Małgorzata miała więcej czasu i całą duszą oddawała się ploteczkom miejscowym. W danej chwili wszystkie jej myśli pochłonięte były kwestją tego, co się ostatnio działo na plebanji po ustąpieniu pastora Allan‘a.
„Wątpię czy rozsądny człowiek w ostatnich czasach poświęca się karjerze księdza“, pisała z goryczą. „Najlepszym dowodem są duchowni, których nam teraz przysyłają. A te ich kazania wołają o pomstę do nieba! Przeważna część kazań jest wierutnem kłamstwem i absolutnie nie wpływa zdrowo na parafjan. Nasz pastor obecny, jest człowiekiem zupełnie niepoczytalnym. Zazwyczaj obiera jakiś temat, a potem zaczyna mówić o czemś zupełnie innem. Śmie nawet twierdzić, że zdaniem jego, nawet poganie nie będą potępieni. Też pomysł! Cóżby się stało z wszystkiemi pieniędzmi, jakie ofiarowujemy na cele utrzymania zagranicznych misyj? Ostatniej niedzieli obwieścił, że na przyszły tydzień mówić będzie na temat pływającej siekiery. Radziłabym mu raczej wybierać tematy z Biblji, a sensacyjne opowieści pozostawić na boku. Ładnie wyglądamy, jeżeli kaznodzieja nie potrafi znaleźć tematu do swych kazań w całej treści Pisma Świętego. Aniu, czy chodzisz do kościoła? Mam nadzieję, że o tem nie zapominasz. Ludzie, będący poza domem, traktują modlitwę jako rzecz drugorzędną, szczególnie studenci już oddawna znani są z tego. Mówiono mi nawet, że niektórzy właśnie w niedzielę najwięcej czasu poświęcają na studja. Pocieszani się nadzieją, że ty, Aniu, nie bierzesz przykładu z takich grzeszników. Pamiętaj o swem wychowaniu i bądź ostrożna w zawieraniu znajomości. Nigdy nie możesz przewidzieć, jakich ludzi spotkasz na uniwersytecie. Z powierzchowności mogą być bardzo mili, lecz wnętrza ich przepojone są zgnilizną. Najlepiej będzie, jak będziesz się przyjaźnić tylko z tymi, którzy pochodzą z Wyspy.
„Muszę ci jeszcze opisać ostatnią wizytę pastora na Zielonem Wzgórzu. Była to szalenie zabawna historja i powiedziałam nawet Maryli: Dopieroby się Ania uśmiała, gdyby tu była. Nawet Maryla zanosiła się od śmiechu. Wiesz przecież, że pastor jest mały, tęgi i ma krzywe nogi. Wyobraź sobie, że to duże prosię pana Harrisona znowu tego dnia wtargnęło na nasze podwórze i podeszło do bocznego wejścia całkiem niepostrzeżenie. W tej samej chwili pastor wchodził do bramy. Prosię spłoszyło się i chciało umknąć, więc postanowiło się przecisnąć między krzywemi nogami pastora. Ponieważ pastor jest mały, więc nieszczęsne prosię siłą pędu uniosło go na sobie. Wiatr zrzucił pastorowi kapelusz, a my z Marylą, słysząc głośny krzyk, wybiegłyśmy na podwórze. Chyba nigdy nie zapomnę tego widoku. Nie umiem ci opisać przerażenia biednego prosięcia. Teraz, gdy kiedykolwiek czytać będę w Biblji przypowieść o świni, zawsze stanie mi przed oczami prosię pana Harrisona, unoszące na grzbiecie przerażonego pastora. Biedne zwierzę! musiało mu się zdawać, że ma na sobie djabła. Na szczęście bliźnięta nie widziały tego wszystkiego, uważam, że nie byłby to dla nich odpowiedni widok. Na brzegu strumyka pastorowi udało się zeskoczyć, a prosię, uwolniwszy się od ciężaru, przesadziło strumień i skryło się w lesie. Obydwie z Marylą pomogłyśmy wstać pastorowi i oczyściłyśmy zabłocone jego ubranie. Biedak był siny ze złości i zdawał się za to wszystko mieć żal do mnie i do Maryli, chociaż starałyśmy się mu wytłumaczyć, że to prosię nie należy do naszego inwentarza i że od kilku miesięcy kompletnie nie daje nam spokoju. Uważam, że pastor sam jest sobie winien, bo po co chciał wejść do domu bocznemi drzwiami? Pan Allan nigdyby tego nie uczynił. Nie prędko będziemy mieli takiego pastora, jak pan Allan. Ale cała ta historja dopomogła nam w pewnej mierze, bo od tego czasu prosię pana Harrisona przestało nas odwiedzać.
„W Avonlea wszystko w porządku. Zielone Wzgórze zaczęło mi się podobać i nie wydaje mi się już teraz takie osamotnione. Sądzę, że tej zimy zacznę robotę nowej kołdry, bo od pani Slone dostałam prześliczny wzór.
„Gdy uczuwam potrzebę jakiejś zmiany, czytam opisy morderstw w dziennikach bostońskich, które otrzymuję regularnie od siostrzenicy. Dawniej nie interesowałam się tem nigdy, ale teraz doszłam do wniosku, że opisy te są jednak bardzo ciekawe. Ach te Stany Zjednoczone, to musi być straszny kraj! Mam nadzieję, Aniu, że ty nigdy tam nie pojedziesz, chociaż ostatnio młode dziewczęta ogromnie lubią włóczyć się po świecie. Przypomina mi to tego szatana z Księgi Hioba. Pan Bóg napewno takich rzeczy nie pochwala.
„Od twego wyjazdu Tadzio sprawuje się jakoś lepiej. Raz tylko był niegrzeczny, więc Maryla ukarała go w ten sposób, że przez cały dzień musiał chodzić w fartuszku Toli. Oczywiście Tadzio przez zemstę podarł Toli wszystkie fartuszki. Zbiłam go za to po łapach, lecz on w godzinę potem zamęczył na śmierć mego koguta.
„Macferson‘owie wprowadzili się już do mego dawnego domu. Ona jest naprawdę świetną gospodynią. Wyrzuciła wszystkie lilje z ogródka, bo twierdzi, że tylko zaśmiecają ogród. Lilje te zasadził jeszcze Tomasz zaraz po naszym ślubie. Sam Macferson musi być dobrym człowiekiem, ale ona niestety dotychczas jeszcze nie wyzbyła się śmiesznych narowów starej panny.
„Aniu, nie ucz się za dużo, i pamiętaj o sobie. Teraz powinnaś już nosić ciepłą bieliznę. Maryla jest bardzo o ciebie niespokojna, ale ja jej tłumaczę, że przecież jesteś już dorosłą dziewczyną i potrafisz doskonale dawać sobie radę“.
List Tadzia tchnął niepojętą rozpaczą:
„Droga aniu. Napis maryli, żeby nie pszywiązywała mnie do parkanu, jak mam iść z hłopcami na połuw ryb, bo się ze mnie śmieją. Szalenie mi smutno bez ciebie, ale w szkole zato wesoło. janka andrews nie jest taka dobra, jak ty. wczoraj nastraszyłem panią linde latarkom. Była strasznie zła, bo postanowiłem zamęczyć jej koguta. właściwie nie chciałem go zabić i nie wiem dlaczego zdech. aniu, muszę to wjedzieć. Pani linde żuciła go do śmietnika, chociaż chciała go przed tem spszedać panu blair, ale pan blair daje za zabite koguty tylko piendziesiont cętów. Więc pani linde poprosiła pastora, żeby się za nią pomodlił aniu, co ona mogła zrobić złego? mam teraz latawca z dłógim ogonem, dzisiaj emilek bolter opowiedział mi w szkole bardzo ciekawą chistorję. Podobno w zeszłym tygodniu stary joe mosey grał z leonem w karty. Było to w lesie i karty leżały na pieńku. Wtem nagle zjawił się jakiś dóży, czarny człowiek, zabrał z sobą karty i pieniek i odszed, ciskając pioruny. emilek muwi, że to był diabeł. Czy to prawda? aniu, muszę to wjedzieć. Pan kimball tak utył, że musi wyjechać do śpitala. Zaczekaj chwilę. Chciałem zapytać marylę jak to się pisze. Właśnie maryla mi powiedziała, że to wcale nie śpital tylko coś innego. Pan kimball przypuszcza, że ma w bżóchu rzmije. aniu co to znaczy muszę to wjedzieć. Pani lawrence też zachorowała na bżóch. Pani linde mówiła, że pani lawrence za bardzo się pieści i za bardzo dba o swoje kiszki“.
— Ciekawa jestem, — szepnęła Ania w zamyśleniu, odkładając listy do kopert, — coby pani Linde powiedziała o Izabelli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.