Ania na uniwersytecie/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ VI.
W parku.

— Co będziecie robiły, panienki? — zapytała Izabella, wbiegając pewnego popołudnia niedzielnego do pensjonatowego pokoju Ani.
— Zamierzamy pójść na spacer do parku, — odparła Ania. — Właściwie powinnam wykończyć zaczętą bluzkę, ale w taką pogodę jak dzisiejsza, trudno jest zająć się szyciem. Coś takiego jest w powietrzu, co wnika do mej krwi i wywołuje radość w duszy. Napewno gdybym spojrzała na słońce, ręce by mi poczęły drżeć i nie byłabym zdolna uczynić ani jednego równego ściegu. Chcemy więc pójść do parku i rozkoszować się cieniem przemiłych sosen.
— Czy w wyrażeniu „my“ masz na myśli tylko siebie i Priscillę?
— Nie, uwzględniam także Gilbert’a i Karola, a bylibyśmy bardzo radzi, gdybyś i ty przyłączyła się do towarzystwa.
— Ale, — szepnęła Iza z rozpaczą — musiałabym przez cały czas pozostawać na drugim planie, a to się jakoś nie zgadza się z usposobieniem Izabelli Gordon.
— Widzisz, nowe doświadczenia rozszerzają pogląd na życie. Chodź z nami, a będziesz mieć więcej zrozumienia dla tych wszystkich biedaków, którzy przez całe życie pozostają na drugim planie. Ale gdzie się podziały wszystkie twoje ofiary?
— Och, mam już ich dosyć, nie mogłam ich znieść dzisiaj. Pozatem jestem od kilku godzin jakoś dziwnie zniechęcona. W zeszłym tygodniu napisałam do Anatola i Augustyna. Włożyłam listy do zaadresowanych kopert, ale ich nie zakleiłam i stało się coś bardzo śmiesznego (to znaczy dla Anatola będzie to śmieszne, bo Augustyn napewno się zasmuci). Śpieszyłam się bardzo, a chcąc dopisać jeszcze coś do listu Anatola, byłam pewna, że właśnie jego list wyjęłam z koperty. Potem obydwie koperty zakleiłam i zaniosłam na pocztę. Dziś rano otrzymałam od Augustyna odpowiedź. Wyobraźcie sobie, moje złote, że omyliłam się i dopisek znalazł się w liście Augustyna. Naturalnie jest teraz na mnie wściekły. Mam nadzieję, że się da przebłagać, chociaż ta jego wściekłość wcale mnie nie martwi. Jednakże to wszystko wpłynęło na mój zły humor. Przyszłam więc do was, żeby się trochę rozweselić. Jak się tylko zaczną mecze piłki nożnej, będę już miała wszystkie niedziele zajęte. Strasznie lubię piłkę nożną. Kupiłam sobie bajeczną czapkę i sweter o barwach redmondskich i tylko w tym kostjumie będę występowała podczas zawodów. Z biegiem czasu gotowi mnie tu nazwać chodzącą kukłą fryzjerską. Wiesz, Aniu, że twój Gilbert został wybrany dowódcą footbalowej drużyny nowicjuszów?
— Tak, wczoraj nam o tem mówił, — rzekła Priscilla, domyślając się, że Ania, dotknięta tym dziwnym zwrotem nowej przyjaciółki, niema zamiaru na to pytanie odpowiedzieć. — Przyszli do nas obydwaj z Karolem. Wiedząc o ich wizycie, pochowałyśmy natychmiast wszystkie poduszki panny Ady. Tę jasną haftowaną schowałam w kącie za krzesłem, bo byłam pewna, że tam nic jej się już nie stanie. Ale wyobraź sobie, że Karol Slone właśnie usiadł na tem krześle, a dostrzegłszy leżącą na ziemi poduszkę, podniósł ją, położył na krześle i usiadł na niej. Nie masz pojęcia jak ta poduszka potem wyglądała! Biedna panna Ada zapytała mnie dzisiaj z wyrzutem, dlaczego pozwoliłam na to. Wytłumaczyłam jej, że widocznie takie już było przeznaczenie i, niestety, ja osobiście nic nie mogłam na to poradzić.
— Te poduszki panny Ady doprowadzają mnie do szaleństwa, — wtrąciła Ania. — W zeszłym tygodniu znowu jakieś dwie wykończyła i ustawiła pod drzwiami. Teraz nie podobna wejść do pokoju, nie zapaliwszy światła, bo się można potknąć o te poduszki. Zeszłej niedzieli, gdy doktór Davis wygłaszał swoje kazanie o tych wszystkich, którzy walczyć muszą z niebezpieczeństwem fal morskich, pomyślałam w duszy: Odnosi się to i do tych, którzy zmuszeni są mieszkać tam, gdzie panuje przesadna miłość dla niezliczonej ilości poduszek! A zatem jesteśmy już gotowe! Chłopcy też już zbliżają się od strony cmentarza św. Jana. Czy idziesz z nami, Izo?
— Pójdę, ale będę szła z Priscillą i Karolem, bo tylko w ich towarzystwie zniosę to przeniesienie się na drugi plan. Strasznie miły jest ten twój Gilbert, Aniu; ale dlaczego ciągle się włóczy z temi „wyłupiastemi oczami“?
Ania zesztywniała znowu. Nie darzyła nigdy specjalną sympatją Karola Slone, ale przecież i on pochodził z Avonlea, więc zasadniczo nikt obcy nie miał prawa drwić z niego.
— Karol zawsze był przyjacielem Gilbert‘a, — odparła chłodno. — Zresztą to bardzo miły chłopiec. Nie wolno mu dokuczać na temat tych wyłupiastych oczu.
— Nie mów mi o jego dobroci! Niech sobie będzie! Widocznie uczynił coś złego w swojem poprzedniem życiu i Pan Bóg ukarał go takiemi oczami. Mimo wszystko i ja i Prissy ubawimy się dzisiaj w jego towarzystwie. Można drwić z niego otwarcie, a on zdaje się tego nie rozumieć.
Zupełnie zrozumiałe, że „nieznośne dziewczęta“, jak je Ania nazywała, dotrzymały swej obietnicy. Na szczęście jednak Karol pozostawał dalej w swej błogiej nieświadomości. Dumny był z tego, że spaceruje w towarzystwie dwóch młodych studentek, a szczególnie w towarzystwie Izabeli Gordon, która już dawno uważana była za najpiękniejszą dziewczynę pośród grona nowicjuszek. Drwiny przyjaciółek sprawiały przykrość Ani, bo mimo wszystko wierzyła, że Karol Slone posiada jednak wielkie zalety duchowe.
Gilbert i Ania postępowali w pewnem oddaleniu za resztą towarzystwa, zachwycając się upojnym zapachem sosen, których woń potęgowała się jeszcze bardziej w okresie wyjątkowo pogodnej jesieni. Szli wolno wąską dróżką, biegnącą wzdłuż wybrzeża.
— Panuje tu taka cisza, jak w świątyni, — zauważyła Ania, spoglądając ku jasnemu nieboskłonowi. — Szalenie kocham sosny. Zdają się one przechowywać w swym żywicznym soku woń romantyzmu dawnych stuleci. Ogromnie miło jest marzyć w cieniu ich gałęzi i od czasu do czasu pogawędzić z niemi.
— Zasłuchane w ciszę samotności.
I nieziemskim urokiem spowite,
Wszystko darzą uczuciem miłości.
Nawet dusze w ciemnościach ukryte... — wyszeptał Gilbert. — Nie uważasz, że w porównaniu z ich potęgą, nasze aspiracje i ambicje wydają się dziwnie małe?
— Jestem pewna, że w przypływie największego smutku zwróciłabym się o ukojenie do sosen, — odparła Ania nieco sennym szeptem.
— Pocieszam się, że takiego smutku nigdy nie będziesz przeżywać, — rzekł Gilbert, który jakoś nie umiał połączyć pojęcia smutku z wesołem usposobieniem idącej przy jego boku dziewczyny. Nie zdawał sobie sprawy, że ludzie, których umysły wznoszą się bardzo wysoko, częstokroć tracą nagle równowagę i sami nie umieją się wydobyć z przepastnej czeluści rozpaczy.
— Ale są przecież chwile, kiedy człowiek poddaje się smutkowi, — szepnęła Ania w zamyśleniu. — Dla mnie życie jest kielichem największej rozkoszy, który od czasu do czasu podnosi się do ust. Na dnie tego kielicha istnieje gorycz, której każdy człowiek musi zakosztować. Ja osobiście z całą świadomością wychylam ten kielich, choć wiem, że ta gorycz i mnie nie ominie. Pamiętasz ostatnie kazanie doktora Davisa? Mówił, że smutek, zesłany przez Boga przynosi jednocześnie pocieszenie i siłę ducha. Tylko te zmartwienia, które sobie sami stwarzamy przez własną głupotę, są dla nas największemi zmartwieniami. Nie mówmy jednak o smutku, bo słońce tak pięknie świeci. Jest ono także cząstką radości naszego życia.
— Gdybym mógł, starałbym się usunąć z twojej drogi wszelkie smutki i zmartwienia, — szepnął Gilbert. Z tonu jego Ania wywnioskowała, że „niebezpieczeństwo się zbliża“.
— Bardzo nieszłusznie, — odparła pośpiesznie. — Życie każdego człowieka dopiero wtedy jest prawdziwie dojrzałe, gdy nawiedzą je jakiekolwiek zmartwienia. Chociaż przyznani, że o zmartwieniach tych mówimy tak swobodnie wówczas, gdy naogół dobrze się czujemy na świecie. Ale chodźmy, bo tamci są już w pawilonie i czekają na nas.
Wszyscy usiedli w pawilonie, obserwując zachód rozpłomienionej tarczy słonecznej.
Na lewo leżało miasto Kingsport, ze swemi jasnemi dachami, połyskującemi w świetle ostatnich słonecznych promieni. Z drugiej znów strony roztaczał się widok na port, cichy o tej porze i zupełnie wyludniony.
— Wracajmy do domu aleją Spofford‘a — zaproponował Gilbert. — Zobaczymy te wszystkie „piękne domy bogaczy“. Aleja Spofford’a jest najwspanialszą ulicą w Kingsporcie. Tylko miljonerom wolno tutaj budować własne domy.
— Och, doskonale, — zawołała Iza. — Właśnie chciałam ci coś ciekawego pokazać, Aniu. Dostrzegłam tam pewien domek, który napewno nie został wybudowany przez miljonera. Domek ten znajduje się zaraz przy bramie parku i zjawił się prawdopodobnie jeszcze w owym czasie, gdy aleja Spofford‘a była tylko zwykłą wiejską drogą. Mówię: zjawił się, bo jestem pewna, że nie został wybudowany ludzką ręką! Tamte wielkie domy wcale mi się nie podobają, bo są zbyt nowe i zbyt wspaniałe. Za to ten mały domeczek jest jak marzenie, a nazywa się... ale zaraz, musisz go przedtem zobaczyć.
Istotnie gdy schodzili z niewielkiego pagórka, dostrzegł już z oddali ów domek, o którym opowiadała Iza. Stał on na skrzyżowaniu ulic, a z obydwu stron otaczały go wysokie sosny, zdające się sprawować nad nim macierzyńską swą opiekę. Domek zarośnięty był dzikiem winem, które ominęło tylko dość duże okna, uzbrojone w proste zielone okiennice. Przed domem znajdował się ogródek, okolony niskim murowanym parkanem. Mimo jesieni, w ogródku panowała zupełna wiosna, dzięki świeżej zieleni rozrosłych krzewów i różnorodnego kwiecia. Od furtki do frontowego wejścia domku biegła wąziutka ścieżka, wybrukowana lśniącemi kamykami. Wogóle sam domek sprawiał wrażenie baśniowej chatki zbudowanej z pierników i cukierków, o którym tak często opowiada się małym, zasłuchanym dzieciom. Najbliższy sąsiad, wysoki, potężny dom, własność króla tytoniowego, wydawał się bardzo nędzny w swym kontraście i zdawał się jakby zakłócać atmosferę tęczowych baśni. Zdaniem Izy była tylko ta różnica, że mały domek „zjawił“ się nagle, a tamten wielki jego sąsiad „zbudowany“ został ludzką ręką.
— Najładniejszy zakątek, jaki widziałam w życiu, — zawołała Ania z zachwytem. — Widok tego domku wywołał w duszy mojej dziwny jakiś dreszcz. Uważam, że jest o wiele ładniejszy od kamiennego domu panny Lawendy.
— Powinnaś zapamiętać jego nazwę, — wtrąciła Iza. — Patrz na łuku bramy widnieje napis: „Ustronie Patty“. Podoba ci się? Nazwa ta nie pasuje dziwnie do otoczenia tych wielkich kamienic. „Ustronie Patty“, czyż to nie prześlicznie brzmi? Ja poprostu oniemiałam, jak to zobaczyłam.
— A któż to jest Patty? — zapytała Priscilla.
— Patty Spofford, to nazwisko starej właścicielki tego domku, jak się dowiedziałam. Ta stara dama mieszka tutaj ze swoją siostrzenicą, a musiały obydwie mieszkać tu także przed setkami lat, bo patrząc na ten domek odnosi się takie wrażenie. Taka niewielka przesada jest tylko dowodem fantazji poetyckiej. Jestem pewna, że któryś z bogaczy chciał już niejednokrotnie odkupić to ustronie, ale podobno Patty nigdy się na to zgodzić nie chciała. Za domkiem ciągnie się rozległy sad, który będziecie mogli zobaczyć z tamtej przecznicy. Wyobraźcie sobie, prawdziwy sad w alei Spofford‘a!
— Będę teraz marzyć o „Ustroniu Patty“, — szepnęła Ania. — Wydaje mi się ono takie bliskie i swoje. Ciekawa jestem czy kiedykolwiek uda nam się zajrzeć do środka.
— Bardzo wątpię, — rzekła Priscilla.
Na twarzy Ani zaigrał tajemniczy uśmiech.
— A ja święcie wierzę, że to kiedyś nastąpi. Możesz to nazwać przesadą, lecz uczuwam poprostu pewność, że zawrę kiedyś bliższą przyjaźń z tym baśniowym domeczkiem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.